1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. 5 kroków do dobrego seksu

5 kroków do dobrego seksu

To, co przeżywamy w łóżku, zależy od poziomu naszej świadomości. Judy Dutton, autorka książki „How We Do It: Jak Science of Sex Can Make You Better Lover”, na podstawie wyników badań naukowych, ankiet i rozmów z ludźmi, podaje kilka wskazówek, które prowadzą do bardziej satysfakcjonującego życia seksualnego.

Róbcie coś razem nie tylko w łóżku

Zapomnij o takich „afrodyzjakach” jak kolacja i film. Judy Dutton sugeruje, żeby zapisać się wspólnie na lekcje tańca lub kurs gotowania. Chodzi o każdy rodzaj działalności, który angażuje umysł i ciało. Naukowcy z Stony Brook University w Nowym Jorku sprawdzili, że skany mózgów par, które są szaleńczo zakochane w sobie po 20 latach małżeństwa i razem coś robią, pokazują taką samą aktywność nerwową jak tych par, które niedawno się zakochały. Podczas wspólnej działalności wytwarza się dopamina, które bierze udział w procesie zakochiwania się. Aby podnieść jej poziom, róbcie ciągle nowe rzeczy razem - przynajmniej raz w tygodniu. Po prostu to zróbcie

Jeśli czekasz na idealny moment, żeby się kochać, możesz się nie doczekać a sfrustrować czekaniem. Gdy wydaje ci się, że nie masz ochoty na seks, rozpocznijcie od czułości. Z seksem jest trochę jak z siłownią, mówi Dutton. Trudno ci się wybrać, ale kiedy już to zrobisz, jesteś szczęśliwy. Różnica między siłownia a seksem jest taka, że w tym drugim przypadku nie musisz kupować karnetu.

Niech natura pracuje na waszą korzyść

Badania wskazują, że kobiety są najbardziej atrakcyjne dla mężczyzn i najbardziej czują swoją seksualność podczas owulacji. Około 14 od pierwszego dnia miesiączki popęd seksualny osiąga szczyt. Zbadano, że kobiety w tym czasie ubierają się bardziej prowokacyjnie i dwa razy częściej dochodzą do orgazmu. Dutton radzi: Nie musisz mówić mu, że masz owulację, uśmiechnij się, weź za rękę i zaprowadź do łóżka.

Postawcie na różnorodność

Naukowcy odkryli, że większa różnorodność w łóżku oznacza więcej orgazmów. Jedno z badań wykazało, że wśród kobiet, które miały seks „bez fanaberii” tylko 50 proc. przeżyło orgazm. Satysfakcję przynoszą: dotyk, seks oralny, stymulowanie łechtaczki, wspólne kąpiele, smarowanie ciała balsamami, żelami, oliwkami.

Bądźcie realistami

Judy Dutton uważa, że jedną z najważniejszych rzeczy do zapamiętania jest reguła „2-6-2”. Badania pokazują, że na 10 razy, 2 razy są wspaniałe, 6 wystarczające a 2 takie sobie. - Myślę, że najważniejsze jest to, aby cieszyć się relacji, jaką masz, a następnie pracować razem, aby zobaczyć, co można jeszcze poprawić - mówi Dutton.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak pobudzić pieszczotami erogenne strefy partnera?

Pieszczoty mogą przynieść większą satysfakcję niż sam seks. (fot. iStock)
Pieszczoty mogą przynieść większą satysfakcję niż sam seks. (fot. iStock)
„Petting" to słowo tak stare jak magnetofon kasetowy. I równie wycofane z użycia. Szkoda, bo opisuje fenomenalną technikę - pobudzania stref erogennych bez odbywania stosunku. Strefy erogenne to nasz cenny zasób seksualny i opłaca się o nie dbać.

Erogenna mapa ciała

Pierwsza prawda o naszych strefach erogennych jest prosta. Bez kontaktu z ciałem gadanie o tym wszystkim nie ma najmniejszego sensu. Zmysły wymagają pielęgnacji i uwagi. I dotyk, którego używamy, pobudzając strefy erogenne, nie jest wyjątkiem. Wszystkie możliwe szkoły psychologiczne akcentują wagę dotyku w naszym życiu, opracowując wskazania minimalnej liczby głasków na dzień, jaką powinnyśmy przyjąć, aby zachować zdrowie. Dotyk i głaskanie redukuje ilość kortyzolu (hormonu stresu), co pozwala rozluźnić się i otworzyć  na kontakt fizyczny i psychiczny. Bez niego  nasze strefy zmieniają się w pustynię.

Druga zasada pettingu jest równie prosta: nie ma zasad. Każdy z nas ma własny, indywidualny rozkład punktów, które reagują na stymulację. Co więcej, każdy z nas ma swoje punkty aktywne w różnym czasie. To znaczy, że na przykład delikatne gryzienie sutków na początku gry wstępnej może być dla niektórych kobiet świetnym bodźcem, ale robienie tego samego pod koniec aktu może sprawiać ból.

Podobno ilość kobiecych i męskich stref erogennych jest jak 5 do 1. „Podobno”, bo tak mówią badania, a nie doświadczenie. Mężczyźni, oprócz genitaliów, dysponują w większości tymi samymi strefami erogennymi, co kobiety, choć o różnej wrażliwości. Wciąż istnieje takie myślenie, że mężczyźni dbają tylko o „porządny stosunek", czyli penetrację, a dotykanie ich nie rusza. Tymczasem większość mężczyzn uwielbia dotyk, a znaczenie pettingu i innych form pobudzania wzrasta wraz z  wiekiem. O ile 20-latek podnieca się szybko i łatwo, o tyle 50-latek będzie potrzebował więcej zabiegów, żeby wkręcić się na obroty. I do tego właśnie mamy strefy erogenne.

Całe nasze ciało to jedna wielka strefa do pieszczenia. W zasadzie wszędzie tam, gdzie ludzka skóra jest delikatna i ukrwiona, możemy znaleźć miejsca, które można zmysłowo lub erotycznie stymulować. Będą to usta, małżowiny uszne, sutki, skóra na wnętrzach ramion i pod kolanami, nadgarstki, okolice pępka, pośladki, wnętrze ud, kark, nawet podeszwy stóp. Naturalnie do stref erogennych zaliczamy także nasze genitalia. I warto pamiętać, że miejsca, gdzie śluzówka przechodzi w skórę, są najbardziej wrażliwe - czubek penisa, strefa anusa, zewnętrze warg sromowych większych. Z niektórymi się urodziliśmy, niektóre rozwinęli nasi poprzedni partnerzy, partnerki, stymulując nas w określony sposób. Do końca życia zachowamy zdolność odbierania wrażeń erotycznych poprzez dotyk i ciągle możemy rozwijać swoje mapy.

Strefy erogenne stymuluje dotykanie ręką, ale także całowanie, lizanie językiem, głaskanie włosami i piórkiem, smyranie lodem, klepanie, delikatne szczypanie czy gryzienie. Trzeba tylko pamiętać o zmianach - rytmu, miejsca, sposobu stymulacji. Żeby się nie znudziło, żeby nie zaczęło boleć, żeby doznania były urozmaicone. 10 minut głaskania w jednym miejscu i koniec szału namiętności. Jeden z pomysłów, który polecam wszystkim kobietom mającym trudność przed z oznajmieniem tego, jak i gdzie chcą być dotykane, to zastosowanie jadalnej farby do ciała. Malują na sobie strzałki, kółka i piszą, co ma się wydarzyć, z humorem i polotem dając znać partnerowi, że kark powinien iść pierwszy, a dopiero po nim pośladki. Już samo zlizywanie farby to obustronna przyjemność.

Orgazmy strefowe

Na koniec o czymś, czego podobno można się nauczyć, a z czym rodzą się niektóre kobiety - orgazmy strefowe. Polegają na szczytowaniu przy niewinnym dotykaniu konkretnej części ciała, niebędącej genitaliami. Kobieta zdolna do orgazmów strefowych na przykład idzie do fryzjera i doznaje rozkoszy od masażu głowy. Jej ciało jest tak wrażliwą strefą erogenną, że pobudzenie może przyjść skądkolwiek.

Jednak niezależnie od tego, jak układa się twoja mapa stref erogennych, pamiętaj, że największą i najsilniejszą strefą erogenną jest mózg. W nim dzieje się duża część cudu zwanego  seksem, to on zawiera przysadkę mózgową w znacznej mierze kontrolującą funkcje seksualne, to tam wreszcie, przy niewłaściwym nastawieniu, może utknąć zablokowane podniecenie. Wolność od negatywnych przekonań na temat seksu uwalnia twoją głowę i umożliwia świadome czerpanie z całego bogactwa stref erogennych, z twojego ciała.

  1. Seks

Przebudzenie księżniczki... kobieta do seksu musi dojrzeć

Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Kobieta do seksu musi się obudzić. Jak księżniczka w bajce: długo śpi, by kiedyś otworzyć oczy i sięgnąć po ten wspaniały owoc. Ale przebudzenie księżniczki w „ziemskiej” kobiecie wygląda trochę inaczej: tu nie wystarczy jeden pocałunek księcia. Przebudzenie to proces, który zaczyna się w chwili narodzin i trwa przez wiele lat.

Księżniczką jest właściwie każda kobieta, która księżniczką się czuje. Rozpoznać ją można na pierwszy rzut oka – po tym, jak jest ubrana, jak chodzi, mówi, skąd płynie jej głos. Czy powstaje w zaciśniętym gardle, czy płynie z uwolnionej przepony. Poznać ją można też po tym, jak wchodzi w kontakty z mężczyznami i jak na nich reaguje.

– Prawdziwa księżniczka nie stara się robić na mężczyźnie wrażenia, nie szuka w jego wzroku akceptacji, aprobaty, pożądania – mówi Katarzyna Gładkowska, psycholożka, trenerka i terapeutka. – Nie próbuje się prezentować, afiszować ze swą atrakcyjnością. Idzie przez życie pewnym krokiem, Nie musi się w niewolniczy sposób podobać innym, zwłaszcza mężczyznom. To nie jest najważniejszy aspekt jej istnienia. Seksualność jest tylko jej częścią, ale częścią oswojoną. Przebudzona księżniczka zintegrowała seksualność ze swoją osobowością, tożsamością.

I tylko taka kobieta potrafi naprawdę czerpać z seksu to, co w nim cenne: przyjemność, satysfakcję i prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Gdy rodzi się córka…

...przed rodzicami stoi trudne zadanie wychowania jej "na księżniczkę". Zwłaszcza przed ojcem: musi jej pokazać, że akceptuje jej płeć i nie jest rozczarowany brakiem syna, bo to ojciec właśnie buduje podstawy seksualnej tożsamości córki. Ważne, by szukał równowagi. Powinien np. raz iść z nią na zakupy i pozwolić jej wybrać sukienkę (także różową, jeśli chce), a innym razem zabrać małą na mecz (jeśli oboje mają ochotę). Chodzi o to, by dziewczynka czuła się akceptowana taka, jaka jest.

Dla matki trudny i wymagający wielkiej dojrzałości jest czas, kiedy jej kilkulatka wchodzi w okres tzw. kompleksu Elektry (to żeński odpowiednik kompleksu Edypa). Córka zakochuje się wtedy w tatusiu i marzy, że zostanie jego żoną. Czasem w myślach wręcz uśmierca mamę. Ważne, by matka w tym czasie nie odrzucała jej w żaden sposób. By tłumaczyła, na czym w rodzinie polega rola każdej z osób. Mówiła, że tata jest mężem mamy, ale kiedy mała dorośnie, spotka takiego mężczyznę jak tata i on będzie jej partnerem. Warto też, by tata to wzmacniał, mówiąc córce, że jest jego ukochaną księżniczką, w pełni akceptowaną, ale on wybrał na żonę jej mamę. Powinien też wyjaśnić jej, że przyszły mąż nie musi być taki sam jak tata, żeby córka nie utrwaliła sobie wizji „mam szukać tylko według wzoru ojca”.

Dziewczynka staje się kobietą

Księżniczka "otwiera oczy": to czas pierwszej miesiączki. Rodzice powinni świętować to, że dziewczynka staje się kobietą.

– To ważna chwila, może nawet najważniejsza – uważa Gładkowska. – Ojciec, przygotowany przez żonę, powinien pokazać córce, że ten moment niesie ze sobą coś pięknego. Powinien z córką rozmawiać, okazywać jej akceptację. Dzięki temu dziewczyna otworzy się na własną seksualność. Zacznie oswajać to, że jest kobietą, wspaniałą istotą, a nie tylko kimś różnym od mężczyzny. Będzie się uczyć, że płci nie trzeba akcentować. Dzięki temu nie będzie odbierać menstruacji jako czegoś wstydliwego, co trzeba wypierać, ukrywać. Zintegruje płeć i duszę.

Kolejny etap, okres dojrzewania, jest wielkim wyzwaniem dla ojca. Córkę zaczynają interesować chłopcy. Zmienia się jej ciało, rosną piersi, okrągleją biodra. Zaczyna podkreślać swą kobiecość. Burza hormonalna powoduje napięcie, wewnętrzny zamęt.

– Dojrzały ojciec wie, co z tym zrobić: akceptować i kochać dalej – mówi psycholog. – Rozmawia z nią. Daje jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzi, że dorastająca dziewczyna za bardzo się negliżuje, delikatnie zwraca jej na to uwagę. Tłumaczy, dlaczego nie powinna odkrywać wszystkiego ze swej rodzącej się kobiecości: by nie była narażona na to, że zostanie przez kogoś użyta. Jego córka wkroczy we wczesną dorosłość bez zrodzonego na tle seksualności poczucia winy.

Niedojrzały ojciec natomiast zaczyna się bać. Jego wyobrażenia, co zrobiłby z tą dziewczyną, gdyby mógł, przekładają się na podejrzenia, co robią z nią inni chłopcy. Czasem staje się wulgarny i opryskliwy.

Matka stara się oddalić moment, kiedy jej nastoletnia córka poczuje się atrakcyjna, pożądana. Robi to z troski, by ją uchronić przed złem tego świata: nadużyciami ze strony chłopców, niechcianą ciążą itp., ale także z lęku przed własną starością i przemijaniem. Dlatego gdy córka osiąga 16–17 lat, powinien nastąpić etap emocjonalnego oddzielania się od matki – inaczej podszyta rywalizacyjnym lękiem postawa może nadszarpnąć samopoczucie i wizerunek dziewczyny.

 

W ramionach księcia

Wzrastająca w pełnym miłości i akceptacji środowisku dziewczyna nie boi się odrzucenia, wchodzi więc w dobre związki z chłopcami. Dobre, czyli spokojne, przyjacielskie relacje oparte na uczuciach. Nie zostanie wykorzystana, bo nie myli pożądania młodego chłopaka ze swoją potrzebą miłości. I decyduje się na utratę dziewictwa mądrze. Inicjacja seksualna to moment, kiedy księżniczka czyni kolejny krok ku przebudzeniu.
– Wiele kobiet traci dziewictwo w nieodpowiednim momencie i z nieodpowiednich pobudek. Silna potrzeba bycia kochaną, moda lub chęć przynależności do pewnych środowisk sprawiają, że dziewictwo tracą dziewczyny, które nie są na to gotowe.
Są jeszcze inne kobiety, które czekają na noc poślubną. I oba przypadki nie są najszczęśliwsze pod względem przeżywania seksualności. Nie chodzi o to, by czekać w nieskończoność, traktując dziewictwo jak jedyną wartość. Kobieta jest nastawiona na to, by być kochaną, akceptowaną, żeby mężczyzna z nią rozmawiał, rozumiał, słuchał. Tracąc dziewictwo z partnerem, który jest czuły, emocjonalnie dojrzewa razem z nią i darzy ją uczuciem, czyni kolejny krok ku integracji swojej seksualności i osobowości, ku pełni. Nieważne, czy później będą razem. Nawet jeśli nie – wszystko zależy od tego, czemu ma służyć inicjacja, czy są między nimi uczucia, czy tylko chęć wykorzystania drugiej osoby.

– "Księżniczkę" ostatecznie budzi partner, z którym się zwiąże – mówi psycholog. – Kiedy ma 20 kilka lat, wchodzi w poważny związek i jeśli ma dużo szczęścia, będzie szczęśliwą kobietą do końca życia. Ale nie będzie to łatwe, bo na temat seksu młode kobiety i ich mężowie mają różne wyobrażenia. Gdy mężczyzna może mieć żonę przez 24 godziny na dobę i czuje się wolny od zakazów, zaczyna eksperymentować. Jest jurny, niecierpliwy i szybko biegnie do celu. A kobieta jest na to zupełnie niegotowa. Potrzebuje, by ją budzić powoli, krok po kroku.

Dochodzi do jednego z poważniejszych życiowych konfliktów między światem kobiet i mężczyzn. Ale "prawdziwa księżniczka" próbuje się dogadać z partnerem. Jeśli on zrozumie, że ona chce być kochana, przytulana, pragnie tego, by ktoś się o nią troszczył, i zadba o te jej potrzeby, kobieta da mu upragniony seks. Emocjonalnie spełniona kobieta uczyni to z radością, ponieważ dla kobiety seks i emocje łączą się ze sobą i nie może ich oddzielić. Jednak większość kobiet w związek czy małżeństwo wnosi zahamowania seksualne, wstyd, poczucie winy i potrzebuje wielkiej delikatności, czułości, cierpliwości i mądrości ze strony partnera, by móc zakończyć proces dojrzewania do seksu.

Już wiem, co TO jest

W wieku lat 35–45 "księżniczka" wreszcie w pełni się budzi: kobieta w tyk okresie na nowo odkrywa seks. Odkrywa, że jest wspaniały. Wreszcie uświadamia sobie, że można to robić nie dlatego, że mąż chce, ale ponieważ sama ma ochotę. Otwiera się na seks i zaczyna go smakować. Ta zmiana to efekt wieloletnich „ćwiczeń” w poznawaniu własnego ciała i sposobach osiągania przyjemności. Ale nie tylko.

– Kluczem do tej zmiany jest nasza dojrzałość – uważa psycholog. – Czujemy się bardziej osadzone w życiu zawodowym, mamy świadomość własnych kompetencji, także poza małżeństwem i seksem. Może już wychowałyśmy dzieci i całkiem nieźle nam to wyszło, więc czujemy się wartościowe, skuteczne i spełnione. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ważny jest nie tylko nasz wygląd, ale także nasza osobowość. Widzimy, że mamy wpływ na własne życie. Rodzą się w nas nowe pasje, na które w końcu mamy czas. Zaczynamy szczerze rozmawiać, bo przestajemy się bać. Otwieramy się na przyjaźnie z innymi kobietami, bo już nie traktujemy siebie jak konkurencji, zaczynamy z nimi rozmawiać, przez co tworzymy swoiste grupy wsparcia, dzięki którym wciąż dojrzewamy. Zaczynamy nazywać to, co się z nami dzieje. To wszystko ma wielkie znaczenie, bo na seksualność kobiety wpływa dosłownie każda dziedzina życia.

Kobieta zaczyna też badać swoje ciało. Zdejmuje poczucie winy, w którym dorastała do tej pory, i zaczyna spontanicznie kontaktować się z fizycznością. Ciało w tym wieku się zmienia i odkrywa, że dotyk jest przyjemny. Wiele kobiet wraca wtedy do porzuconej masturbacji lub robi to po raz pierwszy. A mężczyźni są zachwyceni, gdy żona na ich oczach doprowadza się do orgazmu. Życie seksualne osiąga taki poziom, jakiego nie miało nigdy przedtem.

– "Księżniczka" przeszła bardzo długą drogę, by dotrzeć do punktu, w którym może partnerowi powiedzieć „czuję się w pełni dojrzała, mam świadomość własnych możliwości, ale jeszcze potrzebuję dostać coś od ciebie, by być dopełniona. Dzisiaj już wiem, co to jest” – tłumaczy psycholog.

– Naprawdę przebudzona kobieta rozumie, że jeśli czuje się żabą i myśli o sobie jako o żabie, żaden mężczyzna nie przemieni jej w księżniczkę za pomocą pocałunku, nie przemieni jej serca.
Na poziomie ciała doświadcza czegoś zupełnie nowego, ponieważ jej dusza wkroczyła na inny poziom rozwoju.

Może być tak, że kobieta obudzi się w pełni do seksu dopiero po czterdziestce. I, prawdę mówiąc, często tak właśnie jest. Bo prawdziwie przebudzona księżniczka mająca udane życie seksualne to kobieta, która naprawdę zintegrowała trzy najważniejsze płaszczyzny: seksualność, emocje i duchowość.

  1. Seks

Seksualność powinna cię wzmacniać! Do jej odkrywania wcale nie potrzebujesz partnera

Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks to silna energia. Twórcza, żywa, wiecznie młoda. Mimo to większość z nas nie ma do niej dostępu, wciąż jesteśmy pod wpływem kastrujących mitów na jej temat. Czy są aktualne? Czy seksualność to to samo, co seks i co sprawia, że mężczyźni boją się rozbudzonych kobiet – tłumaczy seksuolog dr Alicja Długołęcka.

Temat seksualności nie jest łatwy. Z jednej strony, mamy oczekiwania i parcie na sukces, czyli posiadanie tak zwanego udanego życia seksualnego, które się określa w liczbach odbytych stosunków i osiągniętych orgazmów…
…a z drugiej – rzeczywistość, którą widać m.in. na warsztatach o seksualności i w indywidualnych rozmowach, gdzie okazuje się, że do sukcesu daleko, a jeszcze dalej do prawdziwej satysfakcji w tej dziedzinie.

Ja to widzę w osobistym wymiarze. Symbolicznie chciałabym przeciąć połączenie z interpretacją mitu o stworzeniu świata, do której szerzenia Kościół się przyczynił: kobieta jest winna grzechu, ciało to siedlisko żądz, a seksualność jest złem. Uważałam, że mnie to już nie dotyczy, bo mam inne poglądy. Jednak kilka wydarzeń uświadomiło mi, że emocjonalnie reaguję według starego wzoru.
Często w dzieciństwie dostajemy przekaz, że cielesność i seks to coś wstydliwego, o czym się nie rozmawia, trzeba się z tym chować. Seksualność łączy się wtedy w jedno z lękiem, wstydem, poczuciem winy i silną ambiwalencją. Z tą mieszanką mamy potem prowadzić owo „udane życie”, do którego zachęcają media, dla odmiany epatujące sterylnym i wysnobowanym seksem. W związku z tym sporo dorosłych ludzi się w tym gubi i w efekcie traktuje seks płytko, jak siłownię lub teatr, albo instrumentalnie, bo coś im tam załatwia. Taki seks może oczywiście spełniać ważne funkcje, ale nieseksualne, np. rozładowywać emocjonalne napięcie lub podnosić poczucie własnej wartości.

Jak sprawić, że seksualność stanie się naszym zasobem, a nie czymś, co nas dodatkowo obciąża?
Próbować żyć z tym bardziej świadomie. Zdobyć się na odwagę i porzucić grę pozorów. I skoncentrować się na ciele. Zwykle, kiedy się zabieramy do jakiegoś tematu, zaczynamy od pracy intelektualnej, by to jakoś ogarnąć poznawczo. Zmieniamy postawy, postawy wpływają na emocje, a my liczymy, że nas to jakoś wyprostuje. A tu okazuje się, że to nie wystarcza. O tym pani właśnie mówiła, że myślenie sobie, a ciało sobie – ono reaguje po staremu. Napina się, zamyka i cierpi albo emituje ciepło, miłość i pożądanie w niekontrolowany sposób, tak że nic z tego nie rozumiemy, więc boimy się tego i to odrzucamy. Dlatego na warsztatach z seksualności, które prowadzę, koncentruję się zwykle na czterech obszarach: cielesności, stereotypach kulturowych, duchowości i relacjach. Ciekawe, choć właśnie uwarunkowane kulturowo, że kobiety rozmowy o stereotypach uważają za najmniej interesujące.

Dlaczego?
Bo koncentrują się na relacjach.

Seksualność kojarzy się im niemal wyłącznie z byciem z drugą osobą. Mityczny „on” włada całą tą sferą.
Celowo takie rozmowy ucinam. Bo tak naprawdę pozostałe obszary są istotniejsze, jeśli patrzymy na seksualność jako zasób. Kobiety czują niechęć, może lęk, by rozmawiać o seksualności w kontekście kulturowym, bo musiałyby wówczas się zmierzyć z własnymi ograniczającymi przekonaniami na ten temat. W obszarze duchowym kojarzy im się to z sekciarstwem. Czują przecież, że to jest jakaś siła, której się poddają w sposób nieświadomy, więc pojawia się w nich lęk. Gdy nie ma się kontaktu z własną seksualnością, ta sfera może się wydawać przerażająca.

Bo bywa, że wymyka się nam spod kontroli.
Poza tym jeszcze niedawno nie wolno nam było czuć pożądania. Podział na „święte” i „dziwki” bardzo nam miesza obraz. Więc wygodniej jest myśleć, że możemy być seksualnie otwarte tylko wtedy, kiedy coś nas otworzy, niemal wbrew naszej woli, na przykład: alkohol, wyjazd służbowy albo tajemniczy brunet. Jesteśmy nauczone, że to jest jakaś rzecz od nas samych niezależna. A najlepiej, żeby przyszedł facet – Pigmalion, który nas stworzy od początku. Jeśli coś nie zadziała, można zwalić na niego winę. To bardzo silny wzór, który zwalnia od odpowiedzialności za siebie. Pora w pewnym momencie dojrzeć i tę odpowiedzialność przejąć. Jeśli chcemy oswoić tę energię, musimy ją chcieć poznać.

Nie mamy do tego dostępu?
Nam się wydaje, że mamy. Przecież seks jest w naszym życiu jakoś tam obecny. Ale na warsztatach widać, że nie znamy swoich ciał, nawet anatomicznie, swoich reakcji, sposobów sprawiania sobie przyjemności, osiągania orgazmu, nie mamy pozytywnych nazw na antyczną waginę lub zinfantylizowaną cipkę. To o czym my tu mówimy? Deklaracje jedno, a rzeczywistość drugie. Interesujące jest to, że w miarę upływu lat zaczynamy zauważać fakt, że z tym seksem to chyba chodzi o coś więcej. Bo uprawianie seksu nie musi mieć wiele wspólnego z dostępem do własnej seksualności. Mam na myśli stan seksualnego otwarcia. To się często wcale nie dzieje w relacji. Po prostu otwiera się w nas przestrzeń pożądania, energii, z którą chcemy płynąć. Co ciekawe, takie doświadczenie przytrafia się częściej kobietom dojrzałym, które uwolniły się od swoich Pigmalionów z wyobraźni.

Chodzi o sytuację, kiedy spotykamy mężczyznę i on nagle na nas tak silnie działa, że mamy ochotę się totalnie w tym zatracić?
To nie on działa, tym razem my się świadomie otwieramy na kogoś. Ważne rozróżnienie: to nie jest zakochanie, w którym koncentrujemy się na marzeniach o tej osobie i na wizji przyszłości, tylko głębokie doświadczenie seksualne. Ponieważ, jak mówiłam, nie wolno nam było czuć pożądania, więc nadal mylimy ten stan z zakochaniem.

Przytrafiło mi się takie otwarcie i wszystko we mnie chciało zaklasyfikować je jak coś więcej niż tylko pożądanie.
No właśnie: tylko czy aż? Wciąż deprecjonujemy tę naszą seksualność. Miłość – coś wielkiego, a pożądanie – zwierzęca żądza, marna fizyczność. Szkoda, bo zarówno próby klasyfikowania tego doznania, jak i to, że natychmiast próbujemy jakoś je uciszyć, zaspokoić, sprawiają, że odbieramy sobie szansę na odkrywanie prawdziwej natury tego, co czujemy. Nie mam nic przeciwko zaspokajaniu pożądania. Ale często spieszymy się za bardzo i nie dajemy sobie szansy, by nieco przedłużyć samo odkrywanie. Rozsmakować się, rozgościć w tym, co czujemy: że nam się gotuje w dole brzucha, mamy poruszony obszar serca. Jeżeli nie kombinujemy, co z tym uczuciem zrobić, nie projektujemy go na żadnego „mężczyznę przyszłości” – wtedy mamy dostęp do czystej energii.

Usłyszałam to na warsztacie tantrycznym: żeby uwolnić seksualność, nie potrzeba drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Prowadząca opowiedziała, że sama kiedyś świadomie postanowiła żyć w celibacie tak długo, aż poczuje, że już na tyle zna siebie  i umie się opiekować swoją energią seksualną, że może się nią dzielić z mężczyzną. A do tego czasu – zero seksu.
Brak stosunków seksualnych absolutnie nie oznacza, że w naszym życiu nie istnieje seks. A tym bardziej energia seksualna. Myślę, że aby naprawdę nauczyć się siebie w tej dziedzinie, potrzeba dłuższego czasu – nawet paru lat. To może być ten czas, kiedy akurat nie mamy partnera. Jednak trzeba się tym zająć, mówiąc krótko, poświęcić czas swojej seksualności, by nie usnęła, tylko wzrastała. A my marnujemy szansę, uważając, że jak jesteśmy bez partnera, to nic z tego. To właśnie dowód na splątanie, o którym mówiłam, że seksualność równa się relacja. Pewnego rodzaju osobność – zarówno w związku, jak i bez niego – to świetny moment, żeby się rozbudzić i poznać swoje reakcje. Nie szukać przypadkowych partnerów, byle się zaspokoić. Wprowadzę proste rozróżnienie, można – za przeproszeniem – rżnąć się, mieć seks i być w relacji. To zupełnie inne poziomy. Przypadkowe zaspokajanie seksualnego głodu to jest to pierwsze, czyli obniżanie poziomu lęku i zagłuszanie emocji w poczuciu bezsensu i desperacji. Zamiast tego warto uczyć się autoerotyzmu: przyjrzeć się sobie, swoim fantazjom, złapać jakiś kontakt z ciałem i mieć seks, czyli kontakt ze sobą. Żeby potem być w relacji. Wie pani, co jest sprawdzonym, świetnym wyzwalaczem energii seksualnej? Ćwiczenia fizyczne i kontakt z naturą. Ale również wszelkie warsztaty odkrywania swojej wewnętrznej mocy, warsztaty bębniarskie...

W moim przypadku to był taniec. Tańcząc, odkryłam, że nie musi być przy mnie nikogo, a moja seksualność aż kipi. Poczułam, że to mój zasób. I że mam do niej dostęp, jeśli chcę.
Dopiero w konsekwencji tego odkrycia przychodzą kolejne. Na przykład jak bardzo to obciąża mężczyzn, kiedy w ich ręce składamy odpowiedzialność za pobudzenie naszej energii seksualnej. Zrzucamy na nich odpowiedzialność za to, jak się czujemy i co czujemy. Bo najpierw jego zadaniem jest nas otworzyć, a następnie zaspokoić. Być mężczyzną w tej kulturze też nie jest łatwo. Nie jest to może poprawne politycznie, ale na pewnym poziomie świadomości seksualność jest po prostu darem. Możemy się nią cieszyć i nią kogoś obdarować. Każdy, kto miał choć przez chwilę dostęp do tej energii w jej czystej formie, czuje intuicyjnie jej potęgę i piękno. Dlatego sfera seksualności łączy się z sacrum. Bo to coś, czego nie ogarniamy, ale czujemy, że jest pełne i doskonałe.

To jest też niezwykły dar dla nas samych. Energia seksualna jest czymś więcej niż napędem do seksu. To napęd do życia.
Dlatego też orgazm tak nas przyciąga. Bo nie jest jedynie doznaniem fizycznym. Bywa przecież tak intensywny, że aż nieprzyjemny, trudny do zniesienia. Orgazm to przede wszystkim doznanie psychiczne, kontakt z czystą energią życiową, graniczne doświadczenie. Jest chwilą, w której nasz logiczny umysł traci kontrolę i doświadczamy życia bez poczucia tożsamości. Dlatego też jest kojarzony ze sferą duchową. W praktykach medytacyjnych chodzi przecież o osiągnięcie tego stanu – bez ego, rozpuszczenia się w czymś większym. Rzadko się o tym mówi, a przecież mamy to zawsze pod ręką. Możliwe, że jest to dostęp do miejsca, z którego przychodzimy jako noworodki i odchodzimy, umierając. W tym sensie obszar seksualności jest ekumeniczny. To samo duchowe doświadczenie niezależnie od wyznania, rasy czy kultury. Absolutnie uwalniające.

Na warsztacie tantry uczyliśmy się, jak samemu rozbudzać swoją energię seksualną. Ciekawe, że wcale nie było to związane z podnieceniem. Raczej z poczuciem ożywienia, otwarcia, ciepła. Robiliśmy ćwiczenia oddechowe, na przykład krążenie energią, podnoszenie jej do góry oddechem...
To ważne, bo często energia nie krąży w ogóle, tak jesteśmy spięte, sztywne ze zmęczenia. Cielesna zbroja nie jest najlepszym strojem do seksu. Trzeba się najpierw rozluźnić, pozwolić energii krążyć. Dopiero wtedy, jeśli zechcemy, eksperymentować ze światem erotyki. Cieszy mnie, że zaczęły się pojawiać sklepy z gadżetami dla kobiet. Wibrator to nie surogat męskiego członka, to narzędzie do poznawania swojego ciała i jego reakcji. Dodam, że penis to zupełnie coś innego, bo nie jest narzędziem do masturbacji, tylko ciałem osoby, z którą pragniemy być w relacji. Boleję nad tym, że wszystko, co się wiąże z autoerotyzmem, jest wciąż tak napiętnowane. Zwłaszcza w przypadku kobiet prawda wygląda tak, że ciało nie jest naszą własnością. Ciągle ktoś określa, co nam wolno czuć, co nie, gdzie się można dotykać i jak. Nasze ciało jest tylko nasze. Jakże ważne jest takie odkrycie dla kobiety! Spotkanie świadomych osób, które chcą razem być w relacji seksualnej, to wymiana darów kobiecości i męskości. Ale to rzadkość. Bo nie ma czegoś takiego jak seks tantryczny czy nawet dojrzały w weekend. Nie oszukujmy się.

Może więc nie warto się starać? Nie dam się wkręcić w odpowiedzi typu: warto, bo seksualność jest piękną dziedziną i ucząc się jej, odkryjemy swoją esencję, a nawet może zbliżymy się w ten sposób do Boga. Chociaż to wszystko może być prawdą. Ale ma swoją cenę. Każda zmiana jest ryzykiem. Może się zdarzyć, że gdy my zaczniemy się rozwijać seksualnie, partner się przestraszy i odejdzie. Albo nie będziemy mogły znaleźć partnera. Mężczyzna, który nie ma kontaktu z własną energią, nie będzie wiedział, co z taką kobietą robić. Dlatego kobiety, u których energia seksualna jest silna, często w naszej kulturze budzą lęk i bywają odrzucane. Porównuję te momenty, w których mamy lepszy dostęp do własnej seksualności, do rozpinania ciasnej koszuli z guzikami. To zapięcie nie zawsze jest złe – daje poczucie granic, trzymania się w ryzach, bezpieczeństwa. Kiedy jednak powoli rozpinamy tę koszulę, czujemy, że zaczynamy wreszcie oddychać pełną piersią. Ale to jest zawsze kwestia decyzji, czy możemy i chcemy sobie na to w danym momencie życia pozwolić.

dr Alicja Długołęcka:
edukatorka psychoseksualna, doradca  partnerski, propagatorka zdrowia seksualnego. Jest autorką i współautorką wielu książek z zakresu edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych, m.in. „Jak się kochać?” (razem ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem).

  1. Seks

Tantra - obalmy mity na jej temat

Na czym polega Tantra? Czy wpływa korzystnie na związki i poprawia jakość seksu? (fot. iStock)
Na czym polega Tantra? Czy wpływa korzystnie na związki i poprawia jakość seksu? (fot. iStock)
Gdy pisałam ten tekst, mój komputer odmówił współpracy. Awarie się zdarzają, a tekst skończony być musi. Po raz pierwszy od wielu lat wzięłam do ręki ołówek i zaczęłam pisać na kartce papieru. Przyszło mi do głowy, że to znakomita analogia. Tantra wydaje się skomplikowana jak technologia stojąca za edytorem tekstu, a tak naprawdę jest równie naturalna jak pisanie ołówkiem po papierze.

Szczególnie nieprawdziwe są mityczne trudności, jakie stoją przed adeptami tantry. Podobnie nimb rozpusty i wyuzdania, i wszystkie wygibasy, jakie przychodzą na myśl o praktyce tantry, to raczej wyobrażenie niż prawda.

Współczesna tantra jest dla wszystkich ludzi

Specjalnie określam tantrę słowem współczesna, bo ma ona inny wymiar i formę niż ta dawna, pochodzącą z Indii, która miała w sobie więcej mistyki i dużo więcej nieumiarkowania. Tantra współczesna korzysta ze zdobyczy psychologii, jest prostsza, łatwiej przyswajalna. Może stanowić istotny element rozwoju wewnętrznego człowieka.

Pamiętam, jak ponad dekadę temu pisałam tekst o Hatha Jodze do popularnego magazynu dla kobiet, w którym starałam się wyjaśnić, że joga nie ma nic wspólnego ze szkodliwymi sektami, a pożytki z niej płynące są niezliczone. Minęło kilkanaście lat, a joga stała się tak powszednia, że moje dziecko ma takie zajęcia w szkole. I nikt rozsądny nie krzyczy, że to obrzędy okultystyczne. Wierzę, że tak samo będzie z tantrą, gdy upowszechni się wiedza, jak dobrze robi ona na związki i jakość seksu.

Na początek trzeba się oswoić z pojęciem „energia". Dla osób, które niezbyt wierzą, że mamy w sobie coś niematerialnego, a jednocześnie silnego i sprawczego, tantra rzeczywiście się nie przyda. Pozostali mogą przestać się obawiać, gdyż to, co można praktykować obecnie w Polsce, zostało wymyślone na potrzeby Zachodu i zachodniego człowieka. Z całym naszym niedowiarstwem, wstydem, wyparciem seksu i emocji. Prekursorem tego dostosowania był Osho, a kolejne szkoły i frakcje kontynuują dzieło. Po drodze badania psychologów (Reich, Lowen) i liczne odkrycia naukowe udowodniły to, co tkwiło u podstaw wschodnich systemów medycznych i filozoficznych.

Ludzkie ciało jest skarbnicą emocji i wspomnień, mamy w sobie energię, której właściwe użycie nie dość, że wzmacnia nas na poziomie emocjonalnym, to także poprawia kondycję naszego ciała. Lepszy i głębszy kontakt z ciałem, energią i emocjami jest niezbędny do odczuwania dobrostanu. Istnieją oczywiście bardziej konserwatywne ścieżki tantryczne, w tym np. buddyjska, które nie odeszły tak daleko od tradycji Wschodu. Jest im bliżej do Tantr, tekstów o miłości i duchowości Śiwy i Śakti niż do nowoczesnych technik pracy z ciałem. Każdemu wedle upodobania.

Po kilku warsztatach już wiemy jak dużo może zyskać z warsztatu tantry para z długoletnim stażem. Taki warsztat to czas tylko dla nas i bardzo cenimy sobie taką bliskość - podkreślała jedna z par.

Tantra i seks

Dla wszystkich, którzy boją się seksualnego aspektu tantry mogę powiedzieć, z perspektywy praktyki, że jej istota nie polega wcale na seksie. Albo inaczej - nie polega głównie na seksie. Po przyzwyczajeniu się do słowa „energia" kolejnym krokiem będzie poznanie, że nasze ciało jest równie duchowe jak to, co do tej pory uważaliśmy za duszę; że w zasadzie nasza dusza siedzi w naszym ciele i naszym zadaniem będzie łączenie tych pozornych przeciwieństw.

Po zaakceptowaniu myśli, że ciało jest równie doskonałe jak duch, wejdziemy na poziom, gdy trzeba będzie pojąć, że duchowość łączy się z seksualnością - jedna zasila drugą, a kochając się z partnerem, za przeproszeniem, uprawiamy święty akt. Praktyka rozwija się powoli i z użyciem prostych metod. Na przykład para siedzi naprzeciw siebie i patrzy sobie w oczy przez długie minuty. Rezultaty są zaskakujące.

Tantra jest wyjątkowa aktywnością, która głęboko dotyka naszej intymności. Pogłębia ją, dzięki czemu w magicznej przestrzeni jeszcze bardziej zbliżamy sie do siebie i wzmacniamy naszą więź. Tantra dla nas to też lekkość i naturalność. Troszczyć się o związek można na wiele sposobów, ale żaden nie jest tak przyjemny. - tłumaczyła para praktykująca tantrę z Zosią i Dawidem Rzepeckimi.

Na radosny seks czas przychodzi później. I jest ono naprawdę radosny. Od razu, ku rozczarowaniu amatorów orgii z udziałem trzydziestu osób, doprecyzuję, że nie ma co myśleć o wieloosobowej rozpuście. Nawet zaawansowane ceremonie tantryczne, przeprowadzane nago, gwarantują bowiem dyskrecję i poszanowania dla granic innych ludzi. Jedyny wywrotowy i naprawdę przekraczający granice aspekt tantry polega na zrozumieniu, że ciało jest równie cenne i święte jak duch i że praktykowanie seksu może być drogą do duchowości.

Skąd więc bierze się lecznicza właściwość tantry, która pomaga mieć szczęśliwe związki i udany seks? Ano z tego, że ludzie dobrze połączeni emocjonalnie i energetycznie zaczynają tworzyć relacje zupełnie innej jakości. Dzięki głębokiemu kontaktowi z ciałem, poszerzonej świadomości żyją spokojniej i szczęśliwiej. Poleżą sobie w jakiejś pozycji przed seksem, potem się kochają (albo nazwijmy to w dowolny inny sposób) i nagle okazuje się, że jakość tego seks jest dużo lepsza od czegokolwiek przedtem. Sporo rzeczy się w tantrze dzieje bez napięcia i naturalnie. Jak wspominałam - to proste jak pisanie ołówkiem po papierze.

I ważne - dlatego na końcu. Jeśli zainteresujecie się tantrą, szukajcie nauczycieli, którym można zaufać. To istotne, żeby trafić na ludzi, którzy będą dobrym przykładem, bo jak w każdej dziedzinie wiele zależy od tego, jaki poziom prezentuje nauczyciel i czy sam siebie ogarnia. Ja pracuję z twórcami tantralove, ze względu na zaufanie, jakie do nich czuję i znakomitą jakość ich warsztatów.

Jak podkreśla jeden z uczestników warsztatów tantrycznych: Dla mnie tantra to sposób na przejście przez życie w harmonii, zdrowiu i szczęściu. To pomocne narzędzie, zestawione z ćwiczeń umysłowych i fizycznych i duchowych, umożliwiające głębsze poznanie siebie i otaczającego cię świata z celem nadrzędnym - żyć w pełni, tu i teraz. I to od zaraz. Tantra odkrywa istotę naszej energii i uczy, jak o nią dbać i z niej korzystać dla dobra własnego i najbliższych, i to na co dzień. 

Marta Niedźwiecka: pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach – pracująca z seksualnością, ciałem, emocjami i relacjami intymnymi.

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.