fbpx

Kryzys męskości. Jak zdefiniować współczesnego mężczyznę?

Kryzys męskości. Jak zdefiniować współczesnego mężczyznę?
fot.123rf

Mężczyzna dziś musi zdefiniować się na nowo. Odnaleźć w nowym układzie sił, w którym kobiety stały się niezależne i samowystarczalne. Czy obecny kryzys męskości może być początkiem innej, lepszej jakości? Sytuację komentuje – z męskiego punktu widzenia – psychoterapeuta i seksuolog Michał Pozdał.
Wzorce męskości mocno się pozmieniały na przestrzeni ostatnich lat. Kiedyś dominował model macho, faceta silnego i nieokazującego słabości, później pojawił się typ metroseksualny. Teraz mamy drwala, zarośniętego, męskiego. Czy mężczyźni się w tym nie gubią?

Mam wrażenie, że o ile kiedyś męskość była budowana z cech osobowościowych, o tyle dzisiaj jest ona bardzo fasadowa, na co dowodem jest właśnie ten drwal. Chciałbym trochę zdekonstruować ten wizerunek – bo z jednej strony mamy faceta z zapuszczoną brodą, długimi włosami, ubranego w kraciastą koszulę, która kojarzy się z pracą fizyczną, i dżinsy, które przywołują taki wczesny wizerunek macho lansowany chociażby w reklamach Marlboro. Z drugiej strony, jak pomyślimy o tym, ile kosztuje ta jego wypielęgnowana w barber shopie broda i że on prawdopodobnie skorzystał z rady stylisty albo godzinami śledził trendy lansowane na blogach modowych, żeby się tak ubrać – to robi się z tego jakieś oszustwo. Bo zamiast mężczyzny, który po prostu narzucił na siebie, co miał pod ręką, i poszedł zarabiać pieniądze, mamy do czynienia z facetem, który dba o siebie tak jak kobieta. Dlatego zgadzam się z tym, że wielu mężczyzn nie ma dzisiaj wzorca męskości.

A czy to nie jest trochę tak, że aby mężczyzna mógł dotrzeć do swojej męskości, to powinien paradoksalnie najpierw odkryć w sobie wewnętrzną kobietę, „miękką” sferę psychiki?

Tak, z tym że ja tego nie chciałbym stereotypowo nazywać kobiecą stroną psychiki, ja chcę o tym myśleć jako o ludzkich cechach. To że facet jest wrażliwy, że czasem płacze, jest ludzkie. Mężczyźni dziś częściej się przyznają do tego, że mają tę stronę wrażliwą, lękową. Kobiety zresztą nie są już zainteresowane partnerami w typie macho, mówią o nich, że są martwi emocjonalnie, że nie mogą z nimi pracować nad relacją, że są kiepskimi ojcami, bo nie angażują się w życie swojego dziecka. Faceci żyją jednak w pewnym dysonansie – „To jaki ja mam być? Jak ja mam się zachowywać?”. Szczególnie że pokolenie dzisiejszych trzydziestoparolatków to są ludzie, których ojcowie prezentowali raczej taki stereotypowy wizerunek mężczyzny. Pamiętam, jak w końcówce lat 90. robiłem badania i pytałem o rolę ojca w życiu młodych ludzi. Okazało się wtedy, że większość ojców była wycofana z życia dzieci, to znaczy dawali pieniądze, byli w domu, ale nie interesowali się ich sprawami. Myślę, że gdyby dzisiaj przeprowadzić takie badania, to by już zupełnie inaczej wyglądało, szczególnie w środowiskach wielkomiejskich.

Męskość jest utożsamiana nie tylko z siłą, ale też z wydolnością seksualną. Czy to się obecnie zmieniło?

Zarówno seksualność mężczyzn, jak i kobiet w ostatnich latach uległa ogromnym zmianom. Spory wpływ na to mają media, kultura. Mam np. pacjentów w wieku 20–22 lat z zaburzeniami erekcji, które powstały na skutego tego, że ich rówieśniczki i partnerki przeczytały „50 twarzy Greya” i mają wobec nich bardzo wygórowane oczekiwania seksualne. Faceci otrzymują obecnie sprzeczne komunikaty. Z jednej strony promowany jest wizerunek wrażliwych mężczyzn, którzy dopuszczają swoją emocjonalną stronę w seksualności, a z drugiej strony mówi się im: „erekcja musi być”. Przemysł farmaceutyczny tak się rozwinął, że jeszcze nakręca to wszystko. Na każdym kroku widzimy i słyszymy reklamy środków na zaburzenia erekcji. Facet bez wzwodu traci poczucie swojej wartości. Czasami pytam się pacjentów: „Czego by pan chciał od żony?” i słyszę: „Wie pan co, ja bym chciał, żeby ona mnie po prostu przytuliła i powiedziała, że mnie kocha”. A ona tylko oczekuje, żeby on miał erekcję. Tymczasem sam brak erekcji nie jest chorobą, on jest zawsze objawem czegoś, czy zaburzeń zdrowotnych, np. zbyt wysokiego cholesterolu, czy zaburzeń występujących w relacji albo w akceptacji swojej własnej seksualności. I trzeba po prostu poszukać przyczyny.

Jakie sytuacje i momenty w życiu mężczyzny są dzisiaj dla niego kryzysowe? Czy np. pierwsze oznaki starzenia dotykają facetów tak samo jak kobiety?

Myślę, że my generalnie, jeśli chodzi o starzenie się, mamy dużo lepiej niż kobiety. Nadal uważa się, że jak mężczyzna się starzeje, to wygląda dobrze, że jest jak wino – im starszy, tym przystojniejszy. A kobieta to już powinna robić sobie lifting i pompować się botoksem. Niemniej jednak można dzisiaj zauważyć, że mężczyźni reagują na swój wygląd, kwitną sklepy z kosmetykami dla mężczyzn. A skoro jest takie zapotrzebowanie, to znaczy, że mężczyźni zaczęli z tego korzystać i że siwy włos jest dla nich problemem. Myślę więc, że tak, starzenie się jest jakimś momentem kryzysowym. Natomiast jeśli chodzi o seksualność, to mężczyźni kompletnie nie umieją się starzeć w tej kwestii, i to jest dramatyczne. Facetom się cały czas wydaje, że będą tacy wydajni, jak byli w wieku 18–19 lat, czyli wtedy, kiedy się uczyli swojej seksualności. Męskość była zawsze kojarzona z jurnością i myślę, że to właśnie tutaj zaczyna się kryzys wieku średniego u mężczyzny – kiedy nagle widzi, że nie spełnia już kryteriów takiego buhaja, samca.

Sądzę, że swego rodzaju kryzysem są narodziny pierwszego dziecka. Ten temat oburza wiele kobiet, ale pracuję z pacjentami, którzy byli przy porodzie swojego dziecka i od tamtego momentu mają awersję seksualną albo impotencję. Po prostu zobaczyli za dużo. Powszechnie się sądzi, że mężczyzn nie brzydzą i nie przerażają takie rzeczy jak widok krwi. A nagle okazuje się, że oni też mają swoją estetyczną wrażliwość. Owszem, są tysiące mężczyzn, którzy nie mają z tym żadnego problemu, ale u niektórych ten obraz na długo zostaje w pamięci. Dla namiętności w związku to jest bardzo często zabójcze.

Robert Bly pisał w „Żelaznym Janie”, że bycie wrażliwcem, skupianie się tylko na „miękkiej” sferze też wcale nie jest źródłem szczęścia. Zachęcał do tego, żeby odszukać w sobie dzikusa.

Był taki okres, lata 90., kiedy „Żelazny Jan” Roberta Bly na wielu mężczyznach zrobił wielkie wrażenie i do dzisiaj są organizowane różne grupy poszukiwania męskości. Ja jednak podchodzę do tego z rezerwą. Nie podoba mi się koncepcja poszukiwania męskości, w której trzeba odkryć coś w sobie, przerobić, dotrzeć do czegoś. Ja jestem mężczyzną i to ja definiuję, co jest, a co nie jest męskie. Myślę, że my jesteśmy tak różni, że niektórzy bardziej, a niektórzy mniej dopuszczają do głosu tego dzikusa w sobie. Dla mnie jest to głównie związane z akceptacją lub nieakceptacją swojej popędowości. Ale to jest akurat niezależne od płci. Tymczasem mężczyzn zmusza się, by opowiedzieli się po którejś stronie, to jest nierealne.

A jaki wpływ na postrzeganie męskości ma wychowanie? To, że np. chłopcom mniej przyzwala się na okazywanie emocji niż dziewczynkom, uczy się ich bycia twardzielami?

Jest taka opowieść o tym, jak do morza wszedł ojciec z dwójką dzieci – z jednej strony trzymał za rękę chłopca, z drugiej dziewczynkę. Przyszła wielka fala i mężczyzna złapał synka tak, żeby mógł wygodnie ustać na dwóch nogach, a dziewczynkę wziął na ręce. Z tej sytuacji chłopak nauczył się, że ma sobie radzić z przeciwnościami, a dziewczynka, że zawsze będzie obok niej mężczyzna, który ją obroni. I ja mam wrażenie, że my cały czas wychowujemy dzieci w ten sposób. Chłopcy słyszą od urodzenia, co jest męskie, a co niemęskie, i za przejawy braku męskości są karani. Słyszą, że są „babami” albo „lalusiami”. Mnie zawsze denerwuje komunikat: „Nie zachowuj się jak baba”, bo oznacza: „Nie zachowuj się jak słabsza, gorsza płeć”. I tutaj właśnie wychodzi gender. Na przykład społecznie akceptowana jest brutalność chłopców, a gdy dziewczyna pobije dziewczynę, to od razu wybucha afera. Te różnice w podejściu do obu płci widać też w wychowaniu seksualnym w domu – dziewczynka ma uważać i „trzymać nogi razem”, a chłopcom daje się prezerwatywę.

Filip Chajzer w jednym ze swoich prześmiewczych reportaży pokazał Janusza – mężczyznę, który niewiele chce od życia, jest zaniedbany, nosi białe skarpetki do klapek, ma obwisły brzuch. Czy taki portret nie jest przejawem dzisiejszego kryzysu męskości?

Ja to czytam jako wręcz przejaw depresji, wynikającej z tego, że dzisiaj są ogromne wymagania wobec mężczyzn i oni sobie kiepsko z tym radzą. Kiedyś było prościej – facet dokładnie wiedział, na czym polega jego rola. A dzisiaj, kiedy kobiety są niezależne, i to zarówno zawodowo, finansowo, jak i seksualnie, wielu facetów czuje się zagubionych. Wzorce męskości, którymi przesiąknęli, były inne. W sypialni to wygląda tak, że nagle okazuje się, że kobieta ma swoje potrzeby, umie o nich mówić, umie się domagać. A do tej pory to mężczyzna był tym, który odkrywał, rządził w seksie. Ale są też pozytywne zmiany. W tej chwili mamy więcej studentów na uczelniach humanistycznych, faceci wiedzą w końcu, jak być fajnymi ojcami na pełny etat – to są rzeczy, które jeszcze 10 lat temu były nie do pomyślenia w naszym kraju. Także to, że faceci szukają pomocy w gabinetach terapeutycznych. Myślę, że żyjemy w czasie transformacji ról płciowych i kobietom jest łatwiej, bo lepiej się adaptują do takich nowych sytuacji, są ewolucyjnie lepiej do tego przygotowane. A wielu mężczyzn jest na etapie poszukiwania swojej tożsamości. Ja na ten kryzys patrzę tak jak Erickson, czyli że kryzys musi być, żeby wyszło z tego dobro, i myślę, że ludzie różnie sobie z nim poradzą, ale wielu poradzi sobie z tym świetnie.

Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca SWPS, zajmuje się pracą z osobami doświadczającymi trudności w życiu seksualnym, od kilku lat prowadzi spotkania psychologiczne w ramach projektu Strefa Młodzieży SWPS, www.swps.pl/strefa-mlodziezy

?>