Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje

Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje

Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje
123rf.com

„Nie, kochanie, nie dzisiaj! Boli mnie głowa, bo wciąż myślę o tym, że nie chcesz iść ze mną na urodziny tatusia”. Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Ale czy możliwy jest związek całkiem szczery? Dlaczego w czasach równouprawnienia kobiety udają orgazm lub opowiadają, że założyły pończochy i body tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera? Skąd się to bierze – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.
Znam zwolenniczki niemówienia wprost i mam wrażenie, że one więcej zyskują, niż tracą. Może więc manipulacja seksem to lepszy sposób na zadbanie o siebie i związek niż szczera rozmowa? Tym bardziej że mężczyźni za rozmowami nie przepadają.
Od zawsze część kobiet w niektórych sytuacjach, wobec niektórych facetów stosowała manipulację. Często były one od mężczyzn zależne, musiały więc grać. Takie zachowanie jest złe, gdy chcemy kogoś wykorzystać, okraść, zabrać dobra duchowe czy inne, nic mu w zamian nie dając. Ale nie zawsze tak jest. Weźmy choćby najbardziej popularny sposób manipulacji w seksie, czyli udawanie orgazmu. Z badań wynika, że to się często zdarza. Pewnie i ty, i ja słyszałyśmy od mnóstwa kobiet, że czasem to robią…

Która kobieta tego nie robiła? Facetom też się to zdarza, a potem twierdzą, że mieli orgazm bez ejakulacji.
Kiedyś udawanie orgazmu było tak powszechne, że koleżanka koleżance mówiła: „A co ty się przejmujesz? Poudawaj trochę, on będzie myślał, że jest cudowny. Będzie cię wielbił! A jak nie poudajesz, to pójdzie do takiej, co udaje”. Teraz kobiety nie tylko markują przyjemność, ale w ogóle są takie hej do przodu, wszystko zrobią, nawet zatańczą na rurze, chociaż wcale nie mają na to ochoty… Jakie założenie przyświeca tym zachowaniom? Po pierwsze, takie, że wszystkie kobiety udają. Po drugie, że facet jest dupkiem i nie potrafi dać kobiecie prawdziwego przeżycia. Po trzecie, zgodnie z powszechnym stereotypem, że seksu potrzebują faceci, a kobiety nie. No i po czwarte, że idziesz z nim do łóżka i go tym przy sobie zatrzymasz albo nie idziesz i wtedy on nie ma po co z tobą być.

Pod tymi niewinnymi „ach! och!” ukrywają się takie straszne przekonania?
Straszne, bo to tak, jakby kobieta zakładała, że nie jest towarzyszką życia, że nie wnosi do niego nic innego jak cztery litery. Mało tego, myśli, że facet jest pustym workiem zakończonym wypustką i niczego innego nie chce, jak tę wypustkę włożyć w dziurkę, prawdę mówiąc wszystko jedno jaką. Oczywiście, część mężczyzn potwierdza swoim zachowaniem i stylem kawiarnianego macho, że tak jest: tu zaliczyłem laskę, tam zaliczyłem, tu zmieniłem partnerkę na młodszą, tam zdobyłem kobietę do pokazywania… Ale jak się z takimi facetami pogada szczerze, to większość tych macho przyzna, że chce mieć przy sobie ciepłą kobietę. Przede wszystkim „swoją”, z którą spędzi życie, która na niego czeka, którą obchodzi, co się z nim dzieje. Która go kocha. Owszem, seks, czyli chemia, spaja związek, daje ogromnie dużo, bo sprawia przyjemność. Ale też pogłębia poczucie bliskości, a ono jest ludziom potrzebne do poczucia zakorzenienia w życiu, do poczucia posiadania swojego miejsca na ziemi.

Kobietom jest ta bliskość potrzebna, ale czy mężczyznom też?
Na grupach terapeutycznych, gdy mówię: „Dziewczyny, mężczyznom na nas strasznie zależy”, to one takie duże oczy robią. Nie wierzą, dziwią się, bo my jesteśmy nieustannie straszone: „Jeśli nie będziesz ładna, to cię nikt nie zechce”, „jeśli nie będziesz miła, to cię nikt nie zechce”, „jeśli się będziesz tak bezczelnie zachowywała i robiła co chcesz, to cię nikt nie zechce!”. Tak ci mówią i straszą, jakbyś ty sama była całkiem nieważna. To się, oczywiście, bardzo zmienia, ale nadal echa tego babciowego stylu nas prześladują i nie wierzymy w siebie.

A może za bardzo wierzymy, bo znam wiele kobiet, które w stosunku do mężczyzn mają taką postawę: „Wiem, że chodzi ci o seks, dlatego mam dekolt i mini, żebyś widział, co dostaniesz, jak będziesz posłuszny!”.
Kobiety, z którymi ja pracuję, takie nie są. Tak zachowują się osoby psychopatyczne i one na terapię czy grupę dla kobiet nie pójdą, bo nie mają w tym żadnego interesu. One chcą się ustawić, urządzić i mieć haka na chłopa. Myślą, że wiedzą, czego facet potrzebuje, a że mają to zawsze pod ręką, bo to jest ich ciało, sprawują nad facetem kontrolę. Ale to tylko pozory, bo jeśli manipulujesz, to jesteś też manipulowana przez siebie samą. No, bo zobacz, jeśli udajesz orgazm, to znaczy, że w trakcie stosunku nastawiasz się na zagranie czegoś, a nie na odbiór własnych przeżyć. Już w tym momencie odcinasz się od siebie, a gdybyś tego nie zrobiła, gdybyś się poddała własnym potrzebom, rytmowi własnego ciała, własnemu oddechowi, własnym fantazjom, to mogłabyś naprawdę mieć orgazm. Może byś go przeżyła, gdybyś poddała się temu, co facet ci robi? A on coś ci mruczy, o coś cię prosi, czymś się zachwyca… Gdybyś z nim współgrała, gdybyś współgrała ze sobą, może za jakiś czas mogłabyś mieć prawdziwą przyjemność z seksu. Wtedy też niczego nie musiałabyś udawać. A więc co jest lepsze? Do tego twój mężczyzna naprawdę cieszyłby się, że sprawił rozkosz swojej kobiecie. Dla normalnego faceta to szalenie ważne.

Ale czy dla wszystkich kobiet przeżywanie orgazmu jest przyjemniejsze niż władza nad mężczyzną, wycieczka do spa czy stanowisko w jego firmie?
Ja bym powiedziała, że jest. Władza pojawia się tam, gdzie nie ma prawdziwej radości, stosuje się ją jako afrodyzjak, gdy nie ma nic innego. Jeśli zależy ci na władzy, to nieważne, co robisz, jak robisz i dla kogo. Liczy się tylko, żeby coś znaczyć i mieć wpływ na innych. Ważne jest poczucie lęku, jakie budzisz w ludziach. Bo nie ma władzy, kiedy inni się ciebie nie boją. Władzy nie ma też wtedy, gdy ludzie mają to, czego chcą. Dlatego, żeby mieć władzę, trzeba innych pozbawić tego, czego pragną.

Nie wszyscy chyba tak myślimy…
Jasne, że nie. Jeśli jakaś kobieta sama została skrzywdzona tym, że jej powiedziano: „Będziesz coś znaczyć i mieć tylko wtedy, gdy owiniesz sobie wokół palca jakiegoś bogacza”, to ona nie stara się sama nic zrobić. Myśli, że musi być na tyle cwana, na tyle dobrze wyglądać, żeby ten bogacz ją chciał i nosił jak markowy breloczek na dowód swojej wspaniałości. Ale taka kobieta musi wtedy bardzo dbać o to, żeby nigdy nie wypaść z tej swojej breloczkowatej wspaniałości, wciąż się starać, żeby ów bogacz zawsze przy niej świetnie się czuł, żeby myślał, że ma dziewczynę, która wzmocni jego poczucie męskości w takim stopniu, żeby on potem mógł iść i zdobywać dalej to wszystko, co ona chce mieć…

Więc kobieta, żeby wyjąć kasztany z ognia rękami bogacza, dopasowuje się do jego zachcianek, czyli manipuluje sobą?
Jasne, że tak. Ona wręcz tworzy siebie: swój wygląd (ma na podorędziu przecież operacje plastyczne), wymyśla sposób poruszania się, mówienia, planuje swoje poglądy i upodobania seksualne. Wszystko pod tego faceta. W konsekwencji tych działań sama siebie nie poznaje, nie odkrywa, nie chce wiedzieć, kim jest. Bo kiedy wiesz, kim jesteś, pewnych rzeczy nie zrobisz, to przeszkadza manipulować. Na przykład jeśli kobieta ma rys psychopatyczny, a jej facet chce, żeby ona robiła mu fellatio, to ona się nie zastanawia, czy też tego pragnie, ale po prostu uczy się, jak to robić. Znajduje instrukcje w necie, idzie poćwiczyć na kolegach albo nawet do agencji towarzyskiej, by potem tej umiejętności używać. Jednak jeśli kobieta nie chce manipulować, chce żyć w zgodzie z tym, kim jest, to gdy nie ma na coś ochoty, mówi facetowi po prostu: „nie”.

I co on na to?
Właśnie, to zależy od tego, kim ten on jest. Jeśli fajnym facetem, to gdy dziewczyna się zawstydzi i powie „nie”, potraktuje sprawę poważnie. Może z nią o tym pogadać, może zaproponować (jeśli ona się zgodzi), że nauczy ją, jak „to” robić. I gdy kobieta przekona się, że ma z tego przyjemność, może to wręcz polubić. Jeśli jednak facetowi nie zależy na bliskości, tylko na splendorze, pożegna się z taką dziewczyną i wybierze jej koleżankę, która perfekcyjnie zrobi mu dobrze. Razem stworzą parę, która może żyć długo i w dobrobycie. Tych dwoje dogada się na takim poziomie, który wystarcza do bycia razem, i będą mieli prawo tak żyć. Kobieta, która manipuluje, nie dąży ani do tego, żeby siebie poznać, ani żeby poznać tego mężczyznę, dowiedzieć się, kim on jest. Ich związek nie będzie opierał się na budowaniu bliskości, tylko na stworzeniu ładnego wizerunku i życiu w dobrobycie. Ale prawda jest taka, że kobieta manipulatorka, budując ten dobrobyt, porzuca siebie coraz bardziej…

Spotkania ze sobą bywają „przereklamowane”. Płakałam jak bóbr, kiedy na psychoterapii mi się to przydarzyło.
Oczywiście, że spotkanie siebie bywa bardzo trudne, ale w ten sposób dotyka się prawdy i potem płynie z tego do nas prawdziwa życiowa siła, energia i wartość z najgłębszych źródeł. To jest coś, przed czym ludzie cofają się w terapii, bo żeby tej siły zaczerpnąć, trzeba zejść bardzo nisko i bardzo głęboko. To musi boleć. Ale jak poboli, potem jest cudownie.

Jednak manipulatorka myśli, że jest cudownie, bo pociąga za sznurki przyczepione do faceta, który sięga dla niej po awans i prestiż.
W pewnym momencie, już zapewne świadomie, manipulatorka stwarza siebie z dostępnych na rynku jakości. Ale też wie, że koniec urody jest końcem jej władzy. Pewna 40-latka powiedziała mi wprost, że zabije się, gdy zobaczy, że jest stara. Obśmiałam się z niej, mówiąc: „To chyba już, bo tu masz taką zmarszczkę, o tutaj…”. Straszne, prawda? Bo jest tyle innych cudnych rzeczy poza urodą, jakie mamy, żeby żyć i się cieszyć. Nie to co spektakularne, jest najważniejsze.

Ale żeby to mieć, możemy nawet….
Właśnie, teraz powiem o kolejnej nadal popularnej manipulacji. Otóż jest jeszcze sporo facetów, którzy uważają, że ciąża to powód do ożenku. I kobiety oszukują, że spodziewają się dziecka. Myślą tak: „Może uda się zajść w ciążę zaraz po ślubie? W razie czego powiem, że ciąża przenoszona. Albo trzeba będzie poudawać, że poroniłam. Facet się nie kapnie, bo przecież mężczyźni się na kobiecej fizjologii nie znają”. I dziewczyna, która chce małżeństwa, udaje, że zaszła. A potem, nawet jeżeli się nie wyda, że bujała, nie jest dobrze. Coś, co jest udawane i nieprawdziwe, źle wpływa na związek. Żeby temu zaradzić, trzeba się do kłamstwa przyznać, ale to jest już ryzykowne, bo facet raz oszukany traci zaufanie. Inną manipulacją jest pokazywanie siebie jako cudownej osoby, która się nie kłóci, nie ma wymagań, nie mówi, że jej się coś nie podoba. A potem buch – druga strona trze oczy ze zdziwienia i nic nie rozumie. Takie udawanie skazuje oboje na nieszczęście, jakby zaplanowali je z góry.

Możliwy jest w ogóle związek bez manipulacji?
Nie ma życia bez jednego kłamstwa, udawania, znoszenia czegoś, co nas uciska. Ale jeśli manipulujesz po to, żeby tobie i jemu było lepiej, to już nie jest czysta manipulacja. Wyobraź sobie na przykład taką sytuację: macie trudny okres, on stracił pracę, są długi i teraz jeszcze chcesz mu powiedzieć, że coś szwankuje w waszym seksie. Po co? Tylko po to, żeby się dotłuc pałką? Lepiej przeczekać, powiedzieć kilka przyjemnych rzeczy, przez jakiś czas dla waszego wspólnego dobra powstrzymać swoją złość, rozżalenie, niecierpliwość.

I zrobić piękną kolację…
Tak, jednak ważniejsze jest wysłanie sygnałów: „Wierzę w ciebie”. Warto to powiedzieć i się uśmiechnąć. Przypomnieć: „Ja o tobie dobrze myślę”. Wsunąć serduszko do kieszeni jego garnituru, napisać: „Jestem przy tobie”. Jeśli tak postąpisz choć raz i zobaczysz, jak dużo zyskujesz, będziesz to chciała powtórzyć. Nawet gdy jesteście skłóceni, ale wciąż macie się ku sobie, to idźcie do łóżka. Tak okazujecie sobie bliskość i to, że wam na sobie zależy. Warto to zrobić, choć z definicji to jednak manipulacja seksem. Ale też używacie go w tej sytuacji do pogodzenia się, do budowania czułości. Intencja jest dobra i służy wam obojgu. To się czuje, czy naprawdę pomagamy sobie i chcemy, żeby było miło. Czasami, kiedy mamy oboje duże przykrości, lepiej jest się razem popłakać, a nie uprawiać seks. Zwłaszcza wtedy, gdy oboje czujemy się jak rozżalone dzieci. No bo przecież dzieci seksu nie uprawiają. Ale gdy pozwolimy sobie na to, żeby się nawzajem ukoić, wtedy dopiero może wytworzyć się przestrzeń na świetny seks.

Może więc body i pończochy wieczorem, jeśli rano porysowało się bmw partnera, to dobry pomysł, skoro to pozwala uniknąć trudnej rozmowy?
Nie zawsze. Jeśli kobieta się wtedy z facetem kocha ze strachu, wbrew sobie, bo: „Co on zrobi, jak się dowie?!”, to nie jest fajnie. Ale jeśli ona lubi seks i ma ochotę na te pończochy, a do tego zna go i wie, że po takiej nocy, kiedy rano mu powie, że jego ukochany samochód podrapany stoi w garażu, to on parsknie śmiechem: „Ale mam sprytną babkę! Umiałaś przygotować mnie, żebym się nie wściekł. A co mi tam! Stać mnie, żeby wóz polakierować!”. Obie strony są wtedy zadowolone i wszystko gra. Skoro tak, to był dobry interes. Jednak mężczyzna może się też zachować inaczej: „To tyś mnie tak podeszła, żebym ja nie miał pretensji!?”, i się wściec. W związku ludzie się poznają i uczą, jak być ze sobą, żeby było miło.

A nie lepiej nauczyć się wprost mówić, że się porysowało auto albo że chce się dostać nową torebkę, a seks zostawić tylko dla seksu?
Jeśli kobieta manipuluje, to jakby mówiła: „Muszę grać w tę grę, bo w prawdę grać nie umiem, nie mogę lub mi nie wychodzi”. Jej mężczyzna może jej grę widzieć i powiedzieć: „Nie musisz udawać, ja i tak ci tę torebkę kupię, bo cię kocham”. Ale pojawia się pytanie: Czy ona potrafi przyjmować rzeczy dane z serca? Słysząc te szczere słowa, może cisnąć torebką o ziemię. Bo często gdy bardzo czegoś chcemy i to dostajemy, nie czujemy się godni tego daru i go odrzucamy. „Ty mnie chcesz poniżyć, chcesz mną rządzić” – może krzyknąć ona. A tak naprawdę nie umie przyjmować, bo pewnie nigdy w życiu nie dostała nic całkiem bezinteresownie, a może to, co dostawała – niby z miłości – było tylko sposobem, by zyskać nad nią władzę?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze