1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Danuta Stenka -Tworzę sobie wyspy spokoju

Danuta Stenka -Tworzę sobie wyspy spokoju

Pokazała wiele twarzy, grając skrajnie różne role. I wiele różnych siebie na rozmaitych etapach życia. Ostatnio dociera do prawdziwej Danki. Danuta Stenka opowiada nam, jak wraca do porzuconych przed laty drogowskazów rodziców, uwalnia się od sytuacji, gdy bywała „popsutą mamą”. I o tym, że możliwe jest bycie żoną z 20-letnim stażem, a przy tym flirciarą.

– Patrząc na różne pani wcielenia, można mieć wątpliwości, że jest jedna Danuta Stenka. Jest?

– O nie! Dotarło to do mnie wiele lat temu. I co ciekawe, wcale nie wtedy, kiedy po raz pierwszy wyfrunęłam z domu do liceum i zamieszkałam w internacie. Stało się to dopiero po maturze i roku pracy w mojej gowidlińskiej podstawówce, kiedy po raz kolejny opuściłam dom i zaczęłam naukę w Studium Aktorskim w Gdańsku. Podczas pierwszych wakacji wpadł do mnie, do Gowidlina, przyjaciel ze studium. Pamiętam, jak któregoś dnia powiedział: „Słuchaj, ty jesteś kompletnie innym człowiekiem tu, w Gowidlinie, a zupełnie innym w Gdańsku”. I rzeczywiście tak było. W Gdańsku pojawił się nowy kolor w moim życiu, dopuściłam do głosu nową siebie.

– Jaką?

– Bardziej otwartą, ciekawą ludzi i świata, a przede wszystkim samej siebie. Pierwsza ja była grzeczną córeczką mamusi i tatusia, która wiedziała, że z dróg przez nich wytyczonych nie należy zbaczać. A ta druga zaczęła badać nieznane rejony. Tamta była uformowana, a ta próbowała rozbić skorupę, która ją ograniczała.

– Było trudno?

– Na początku piekielnie trudno, bo miałam wrażenie, że jestem zdrajczynią własnych rodziców, że robię im krzywdę, że unieważniam całą ich nade mną pracę.

– Czym niby miała pani to unieważniać?

– Tym, że nie trzymam się ich drogowskazów. A do tego jestem oszustką – kiedy tylko znajdowałam się poza zasięgiem ich wzroku i ucha, natychmiast wchodziłam w buty nowej Danki. Najsmutniejsze było to, że przede wszystkim oszukiwałam siebie – żyłam takim życiem, jakiego w danym momencie i miejscu ode mnie oczekiwano. Walczyłam z gębą grzecznej panienki, ale byłam całkowicie bezbronna wobec nowych gąb, które doprawiało mi nowe otoczenie. Nie wiem, nie pamiętam, co sprawiło, że zaczęłam szukać siebie w tym dość bogatym zestawie Danuś na każdą okoliczność. Wydaje mi się, że była to lektura „Przebudzenia” de Mello. I tak krok po kroku, coraz bardziej świadomie, zaczęłam stąpać swoją własną drogą, zaczęłam mówić własnym głosem. Przez długi czas, przyjeżdżając do domu, wolałam raczej nie przyznawać się, że się z czymś nie zgadzam, że myślę inaczej, żeby nie sprawiać rodzicom przykrości, ale już nie przytakiwałam. Aż któregoś dnia tak się zdarzyło – nie pamiętam sytuacji, tylko to uczucie – że zachowałam się po prostu tak, jak czułam, że byłam sobą, tą ze środka, że wyłamałam się z ramek, w których sztucznie tkwiłam oprawiona podług przepisu mamy i taty.

– I świat się nie zawalił.

– Świat się otworzył. Zauważyłam, że jeśli nie próbuję swoim życiem spełniać oczekiwań innych, a nawet jeśli robię coś wbrew oczekiwaniom otoczenia, a jestem w zgodzie ze sobą, nie cierpię, jestem spokojna. A co najciekawsze, po latach drogowskazy rodziców w większości stały się niezwykle cenne. Ale dopiero teraz, kiedy spośród wielu świadomie wybieram właśnie te ich, zaczynają naprawdę działać.

– Jak zareagowali na tę zmianę rodzice?

– Tato zmarł kilka lat temu, a mama przyjmuje mnie taką, jaka jestem. Ani nie próbuje mnie lepić na nowo, ani nie wykazuje obojętności. Jest po prostu matką, która czuje się za mnie i mojego brata odpowiedzialna. I jeśli coś ją niepokoi, mówi o tym. Nie będzie niczego narzucała, domagała się, ale będzie mówiła tak długo, aż ją zrozumiemy, i również słuchała tak długo, aż zrozumie nas. Jakiś czas temu w rozmowie telefonicznej powiedziała, że strasznie się denerwuje z powodu mojej roli w „Fedrze”, że się o mnie boi. Na początku kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi.

– Ale pani wyjaśnienia przekonały mamę.

– Przyznam, że wtedy po raz pierwszy oddałam słuchawkę mężowi. Nie mogłyśmy się zrozumieć. Ale dokończyłyśmy tę rozmowę w czasie wakacji. I cóż się wtedy okazało? Ktoś napisał do mamy anonim, w którym donosił, że wyrządzam tą rolą bardzo wiele zła. I ona zareagowała jak matka, która nie chce, żeby jej dziecko siało zło. Tuż przed przyjazdem na te wakacje wybuchła nowa afera związana ze zdjęciami do filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny” kręconymi w Częstochowie. Zarzucano, że film kala święte miejsce, media katolickie odsądzały twórców od czci i wiary. A mama czyta prasę katolicką, więc się znów zaniepokoiła. Jadąc tam, pomyślałam sobie: nie mam potrzeby się tłumaczyć, nie czuję się winna. Ale odbyłyśmy bardzo ciekawą rozmowę na temat moich wyborów zawodowych, mojej wiary... Chyba po raz pierwszy tak wyraźnie się określiłam, że nie chcę, z wszelkimi konsekwencjami, żyć według tego, „co ludzie powiedzą”. Ta rozmowa uświadomiła mi też, że mama ma piekielnie trudną sytuację, bo i cała wieś, i rodzina czytają kolorowe pisemka i przyjmują za prawdę wszystko, co jest w nich napisane. A ona jest bezbronna, bo wie tyle, co jej powiedzą.

– Na przykład, że ma pani romans.

– Na przykład. W jednym z plotkarskich pism zamieszczono zdjęcie z jakiejś imprezy, na której tańczyłam z pewnym mężczyzną. Komentarz był następujący: Wygląda na to, że małżeństwo się rozsypuje. A to był mój kolega, z którym po prostu uwielbiam tańczyć. Mama nie ma więc łatwo, bo ciocie pytają: „Czy rzeczywiście u nich jest tak źle?”. A jakby tego było mało, przyjechałam do Gowidlina sama z córkami, bo Janusz opiekował się umierającym ojcem, no i na dodatek zapomniałam założyć obrączkę, którą zdjęłam przed spektaklem (śmiech). Mama pozwala mi iść własną drogą, ale do końca życia będzie czuła się odpowiedzialna za to, jakim jestem człowiekiem.

– Gra pani w filmach artystycznych, jest aktorką Teatru Narodowego, widzimy panią też w komediach romantycznych i reklamach. Niekonsekwencja? Przypadek?

– Przypadek też odgrywa dużą rolę, ale chyba najsilniejszym motorem moich decyzji jest szczenięca ciekawość, którą, nie ukrywam, w sobie pielęgnuję. Jestem ciekawska do granic możliwości, zarówno w zawodzie, jak i w życiu. I czasami aż mnie dziwi, że mi jeszcze nie przytrzasnęło paluchów czy nosa na dobre. Im jednak jestem starsza, tym bardziej ufam intuicji. Jeżeli podpowiada mi: „Wejdź w to, nawet gdybyś miała się przewrócić”, to wchodzę.

 
– Intuicja nigdy pani nie zawiodła?

– Śmiem twierdzić, że nigdy. Oczywiście nie zawsze jej podpowiedzi kończyły się oczekiwanym sukcesem, ale jeśli spojrzeć z szerszej perspektywy, porażki okazywały się równie cenne, jeśli nie cenniejsze od zwycięstw. Wszystkie moje decyzje to jedna wielka niewiadoma. Nawet gdy sukces projektu wydaje się pewny, może być pudło. Z wielu projektów chętnie byłabym się wycofała, gdybym mogła. Ale wie pani, kiedy jest naprawdę źle? Nie wtedy, gdy kończę na tarczy po uczciwej walce – wtedy to tylko żal, ale kiedy wbrew mojej intuicji ulegam czyimś namowom, pozwalam się zwieść obietnicami jakichś profitów itp. Wtedy nawet i pozorny sukcesik nie ratuje, czuję, że sama siebie okradłam.

– Co daje pani – poza pieniędzmi – udział w reklamie?

– Lata temu, tuż po przyjeździe do Warszawy, zagrałam w reklamie proszku do prania. To była fajna przygoda, bo zdjęcia mieliśmy w Pradze, a ja zawsze chciałam tam pojechać. I co zabawne, po dwóch latach dostałam propozycję zagrania w Teatrze TV, ponieważ reżyser zapamiętał mnie właśnie z tej reklamy. Kolejna pojawiła się w moim życiu niedawno. Zdjęcia też w Pradze, ale tym razem nie to zapamiętam. Spotkałam wspaniałą ekipę. Przede wszystkim świetnego reżysera (chciałabym go spotkać na planie jakiegoś filmu). Mimo mało skomplikowanego tekstu – który w praniu okazuje się o wiele trudniejszy do uwiarygodnienia niż kwestie w moich sztukach czy filmach – pod względem zawodowym bilans tej pracy uważam za dodatni.

– A co zyskała pani dzięki roli w „Nigdy w życiu!”?

– Odzyskałam kolor, który noszę w sobie na co dzień, a który niewykorzystywany w zawodzie uwiądł. Moja mama po obejrzeniu filmu powiedziała: „No, to jest cała Danka!”. Dzieci stwierdziły: „Mama, nareszcie jesteś sobą”. A tymczasem decydenci nie wierzyli, że się do tej roli nadaję, i nawet nie chcieli mnie zaprosić na zdjęcia próbne. Do ostatniej chwili. Mimo że krytycy życzyli mi, żebym już nigdy w życiu nie musiała brać udziału w takich filmach, ja uważam, że ta rola była mi bardzo potrzebna. Właśnie mnie, aktorce w szufladzie tak zwanych dramatycznych.

– Od 20 lat ma pani męża, a mówi, że jest flirciarą.

– Jestem. Rzeczywiście mam w sobie takiego łobuza i mam szczęście, że moim mężem jest mój mąż, bo on pozwala mi być taką, jaka jestem. Nie tłamsi mnie i nie zmusza do grania roli dobrej żony wbrew mojej naturze, czyli nie broni mi rozwinąć od czasu do czasu pawiego ogona. On po prostu wie, że moja energia musi znaleźć ujście, że muszę wystrzelać te naboje. Ktoś mnie kiedyś zapytał: „Mąż to pewnie musi trzymać krótko żonę z takim temperamentem?”. Odpowiedziałam: „On mnie w ogóle nie trzyma, w związku z tym ja się z dużą przyjemnością trzymam sama”. Uczę się od niego tolerancji, cierpliwości. To człowiek wymyślony dla mnie. I ja chyba dla niego. Mam nadzieję, że nie jako pokuta (śmiech).

– Mąż nie ma z panią łatwego życia?

– Cała rodzina nie ma ze mną łatwego życia. Ale jest coraz lepiej, bo stając się łaskawsza dla siebie samej, ich też już tak nie zamęczam. Początki musiały być jednak dla nich strasznie trudne, bo byłam ciągle z siebie niezadowolona, a wszystkie żale wylewałam w domu. Tak mniej więcej od trzech lat coraz częściej zdarza mi się zostawiać pracę za drzwiami.

– Co pani w tym pomogło?

– Moje podróżowanie przez życie ze sobą samą. Już potrafię wyważyć, co jest ważne, co mniej. Kiedyś praca to była kwestia życia i śmierci. Od własnej natury nie ucieknę, więc do dzisiaj źle zagrane przedstawienie czy scena wchodzą ze mną do łóżka, rano z nimi wstaję i dopóki nie zmyję tego kolejnym spektaklem czy dniem zdjęciowym, męczę się. Różnica polega na tym, że kiedyś przychodziłam do domu, płakałam, nie mogłam się od tego uwolnić i nawet kiedy działo się coś przyjemnego, to do mnie nie docierało, bo byłam cała przesiąknięta swoim nieszczęściem – taka popsuta mama i żona. Natomiast teraz umiem te czarne myśli ściągnąć do piwnicy, gdzie sobie czekają na wywietrzenie.

– Jest pani od wielu lat wziętą aktorką, a więc żyje w biegu i stresie. Jaka jest cena takiego życia?

– Na przykład kilkuletnia bezsenność. Moja norma to były trzy godziny snu na dobę, ale zdarzała się i godzina. Budziłam się zdenerwowana, bo od rana miałam zajęcia i powinnam być wypoczęta. Przyjaciółka namawiała mnie, żeby pójść do lekarza, a mnie się cały czas wydawało, że sobie poradzę sama. Aż któregoś dnia doszło do tego, że zapomniałam o nagraniu. Dzwoni do mnie moja agentka: Wiesz, że jutro masz nagranie? A ja zazwyczaj odpowiedzialna do bólu odpowiadam: „Nie wiem, zapomniałam i nikt mnie tam nie zaciągnie wołami”, i w płacz. Moja agentka: „Dobrze, odwołam wszystko, ale jutro idziesz do lekarza”. Poszłam. Lekarz stwierdził depresję spowodowaną permanentnym stresem. Leczenie trwało rok, niedawno odstawiłam leki.F

– Zwolniła pani?

– Jeśli spojrzeć w mój kalendarz, to nie. Zajęcia rozmnażają się chyba przez pączkowanie, nie umiem nad tym zapanować. Poza tym czułabym się jak oszustka, gdybym podpisała umowę o pracę, a potem na przykład wymigiwała się od prób. Często też trudno mi powiedzieć „nie”. Wiem, że trzeba wyznaczać granice, nie tylko dla mojego dobra, ale i drugiej strony, bo co z tego, że się na spotkaniu pojawię, skoro jestem na nim ledwo żywa. Mam z tym problem, choć zaczynam już sobie tworzyć moje wyspy spokoju. Dwudniowe, trzydniowe...

– Jako gwiazda może pani przecież dyktować warunki!

– Jako gwiazda nie mogę, bo się nią nie czuję. Natomiast mogę, powinnam i coraz częściej próbuję jako człowiek nie tyle dyktować warunki, co chronić siebie.

– Cały czas tkwią w pani tamte dwie osoby?

– Nazbierało się ich dużo więcej. Na szczęście wynurza głowę z tej gęstwiny ta, która od czasu do czasu dawała o sobie znać, ale dopiero teraz dopomina się o głos. Ta poszukująca harmonii, ta, która z przymrużeniem oka godzi się z upływającym czasem, ta, która nie żywi się zazdrością i w czyimś szczęściu nie doszukuje się własnego niepowodzenia... Lubię tę Dankę Stenkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze