1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Wojciech Modest Amaro

Wojciech Modest Amaro

fot.Tomasz Kin
fot.Tomasz Kin
Kilkanaście miesięcy temu przy Skwerze Kisielewskiego na warszawskim Rozdrożu pojawiło się Atelier Amaro. Smakosze dobrze znają ten adres.

Dla szerokiej publiczności, a raczej smakoszy, pojawiłeś się nagle i znienacka. A tu okazuje się, że jesteś uznawany za najlepszego polskiego szefa kuchni. Skąd Ty się w ogóle wziąłeś?

Ja tu zawsze byłem, tylko minęło trochę czasu, zanim nauczyłem się gotować na poważnie. Konieczny był wyjazd za granicę i zdobycie doświadczenia. Pracowałem z najlepszymi. Następnie wróciłem do Polski i stworzyłem kuchnię, gdzie mogłem zająć się naszą tradycją kulinarną w nowoczesnym i autorskim wydaniu.

Zacznijmy od tego pięknego dnia, kiedy przemówił przez Ciebie Bóg i kazał Ci pokroić pierwszą marchewkę.

(śmiech). Owszem, Bóg też przyczynił się do mojego sukcesu, bo pewnego pięknego dnia urodziłem się i otworzyłem oczy. Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło, ale przez wszystkie młodzieńcze lata ciągnęło mnie do kuchni. Niestety wybór szkoły gastronomicznej, jako potrzebnego mi szczebla rozwoju, był wówczas w Polsce wyborem najgorszym z możliwych.

To prawda, nieuków straszyło się,  że pójdą na kucharza albo kelnera. Też długo miałem wyobrażenie, że uczyć się w takiej szkole, to jak pójść do poprawczaka.

Nie było po tym żadnych perspektyw. Rodzice byli zszokowani wyborem, bo kończyłem podstawówkę z bardzo dobrymi wynikami.  Świat zasuwa do przodu, a rozwojowe kierunki nie mają nic wspólnego z gotowaniem. Dlatego w końcu wylądowałem w technikum elektronicznym, bo w tamtych czasach był to zawód marzeń. Przemordowałem się tam pięć długich lat, kompletnie nie mając pojęcia o tym, czego mnie uczono. W ucieczce przed wojskiem  poszedłem na studia politologiczne na Uniwersytecie Śląskim. W wakacje postanowiłem wyjechać do siostry mieszkającej w Londynie i poduczyć się angielskiego. Wtedy w Anglii, by móc się utrzymać jako przyjezdny, do wyboru miało się dwa zajęcia: w kuchni albo na budowie. Do tego drugiego się nie nadawałem, dlatego poszedłem spróbować w kuchni.

Który to był rok?

1993.

Otworzyłeś ogłoszenia w gazecie czy włóczyłeś się w poszukiwaniu kartki na oknie, że szukają kogoś na zmywak?

Pomogła mi siostra. Znała właścicieli pewnej włoskiej restauracji, więc wysłała mnie prosto do nich. Powiedziałem szefowi, że nie mam żadnego specjalnego przygotowania, którego by oczekiwał, ale mam do tej pracy wielkie serce i niesamowitą chęć, dlatego proszę, żeby dał mi szansę.

To było nieźle aroganckie, tak prosto z ulicy…

To prawda. Nie zaczynałem od mycia podłogi i wyrzucania śmieci. Szef kuchni był starszym człowiekiem i kiedy zobaczył, że mówię prawdę o moim kuchennym zewie natury, dał mi szansę. Zawsze powtarzam, że w tym fachu potrzebne jest szczęście. Po jakimś czasie szef pozwalał mi już samemu konstruować dania i wołał pozostałych pracowników, by zobaczyli, co wyczarowałem. Miałem ten komfort, że mogłem spokojnie wszystkiego się od niego uczyć.

Gdzie to było?

Mieszkałem wtedy w Chelsea. Restauracja  nazywała się „Cafe Montpeliano” na Knightsbridge. Zaprzęgnięty do pracy sądziłem, że może być to coś o wiele lżejszego niż budowa, a w końcu pierwsze osiem miesięcy przepracowałem bez dnia wolnego.

Siedem dni w tygodniu?

Tak, na okrągło. Była to genialna szkoła. Londyn to miks kulturowy, pełno tam cudzoziemców, dlatego od moich kolegów z pracy chłonąłem całą wiedzę. Bez żadnego przygotowania zawodowego wpadłem w wir pracy i uczyłem się niezwykle potrzebnych podstaw.

Byłeś jedynym Polakiem?

Na szczęście. Byli tam też Włosi, Francuzi, chłopaki z byłej Jugosławii. Wymiana doświadczeń trwała cały czas.

A po godzinach imprezy. Czytałem „Kill grill” Anthony’ego Bourdain’a. Wiem co się dzieje w kuchni.

 Nie będę zaprzeczał. Jednak harowaliśmy naprawdę ciężko.

Pamiętasz ten dzień, kiedy usłyszałeś: „Tu jest piec, tu grill i zmywak. Zaczynasz”?

Mniej więcej tak to wyglądało. Serce waliło mi potwornie. Jednak to kwestia odnalezienia się we właściwym miejscu. - Do czego służy to? co robi się tym? co kroicie? w jakiej kolejności? - zadawałem miliony pytań. Jeśli masz szczęście i trafisz na ludzi, którzy chcą się dzielić wiedzą, to jesteś w domu. Ale były też takie restauracje, w których spędziłem piętnaście minut, bo szef kuchni był nadętym bufonem i traktował wszystkich służalczo, kreował się  na wielkiego mastera, któremu bije się pokłony. Na szczęście są pasjonaci, którzy chcą uczyć młodych.

Język nie był barierą?

Angielski znałem z krótkich fragmentów piosenek, które docierały do nas w Polsce. Przyjąłem zasadę, że codziennie kupuję „The Sun” i - chcąc opanować jak najszybciej język - będę podkreślał pięćdziesiąt wyrazów, których nie rozumiem, zaczynając od „the Sun”. Zaopatrzyłem się w wielkie arkusze papieru i rozrysowałem sobie gramatykę. Jestem wzrokowcem, dlatego, kiedy coś zobaczę, szybciej zapamiętuję. Rozwieszałem te arkusze w pokoju i uczyłem się. Poszło dosyć szybko, bo po ośmiu miesiącach podchodziłem chyba jako jedyny nie po college’u do egzaminu First Certificate. Wypełniłem ankietę, siostra pożyczyła mi na opłatę za egzamin. I zdałem.

Potrzebowałeś w pracy tego certyfikatu językowego?

Nie, ale chciałem go mieć i sprawdzić, czy jeszcze potrzebuje zaznaczać te słowa, czy już mogę iść dalej.

Nie złamała Cię rutyna w kuchni?

Nie. Zawsze działo się coś nowego, poza tym odnalazłem swoje miejsce na Ziemi. Podchodziłem do zadań ze świecącymi oczami. Podniecony, zrywałem się o szóstej rano i, mimo potwornego zmęczenia, biegłem z ochotą do pracy. Przyszedł jednak szybko moment, w którym przyswoiłem sobie podstawową wiedzę, i ciekawość zaczęła pchać mnie dalej. Chciałem zobaczyć inne rodzaje kuchni i innych szefów w akcji. Zacząłem się rozglądać za nowym miejscem. Trafiałem na ogłoszenia albo, dzięki agencji pracy, dostawałem oferty. Rozeznanie się w rynku londyńskim jest łatwe dzięki agencjom, które dokładnie wiedzą co można robić. Wystarczyło pójść do „Christopher's” na  Sloane Square i powiedzieć, czego się szuka, by nie proponowali ci gastropubów, gdzie tylko smaży się frytki. Zaczęły się pojawiać pierwsze propozycje stażów.

Jak to wyglądało?

Przychodzisz, stawiasz torbę na ziemi i mówisz: - Chciałbym u was poskrobać marchewkę przez dwa tygodnie, jeśli nikomu nie będę przeszkadzał. Jeśli szef zgodzi się, mówi: - Tam jest szatnia, przebierz się i zasuwasz. Nie masz nic do powiedzenia, jesteś mięsem armatnim, ale masz frajdę, że udało ci się dostać do ciekawej restauracji. Dla mnie takim kluczowym momentem było poznanie Nigela Davisa na Knightsbridge. Ten szef kuchni spędził dziesięć lat we Francji. To był jedyny Angol jakiego spotkałem władający innym językiem. Poznał kuchnię francuską od podszewki, prowadził jedną z najlepszych restauracji końca dwudziestego wieku w Anglii i na świecie - „The IVY”. Miałem z nim niesamowitą historię. W dniu, kiedy skierowała mnie do niego agencja na stanowisko junior souschef, czyli młodszą prawą rękę, akurat kupowałem samochód na Balham - pieprzonego vauxhalla. Wpadł na mnie w kuchni, gdy stałem zupełnie nieprzygotowany do pracy,  i zapytał, co ja sobie wyobrażam. Opowiedziałem mu historię z samochodem i zapytałem, czy mógłbym zacząć jutro. Wściekł się, „sfuckował” mnie i wygonił z kuchni. Pojechałem kupić ten przeklęty samochód i od następnego dnia warowałem przez kilka dni przy krawężniku. On omijał mnie jak bezdomnego psa, aż w końcu któregoś dnia zagadnął, żebym wziął noże i wszedł do środka. To był niesamowity człowiek, który dzielił się całą swoją wiedzą. Stosował metodę rzucania na głęboką wodę i ja ją też teraz stosuję. Nasza znajomość skończyła się tym, że kilka miesięcy później grupa, do której należała restauracja, kupiła słynnego „Scotts’a” na Mayfair. To była ogromna restauracja, z wielkimi tradycjami. Stołowała się u nich miedzy innymi Marlena Dietrich. Zainwestowano dwa miliony funtów w nowy wystrój, piano bar, oyster bar i takie rzeczy i zaproponowano Nigelowi, by ją poprowadził. Bo to w końcu  biznes i te dwa miliony jak najszybciej muszą wrócić do źródła. On wtedy wpadł na karkołomny pomysł, by wysłać mnie tam do pracy. Miałem się dać przyjąć z ulicy i zobaczyć, co w trawie piszczy, jeśli chodzi o kulinaria.

Zrobił z Ciebie szpiega?

(śmiech). Można tak powiedzieć, bo miał już podpisany kontrakt, ale chciał zobaczyć, co dzieje się w środku. Posłał swojego szpiega. Przyjęli mnie i poprowadziłem jedną z najtrudniejszych sekcji, pass, czyli tam, gdzie się wydaje jedzenia, a drukarka nie przestaje drukować zamówień. Trzeba prowadzić ludzi i pokrzykiwać do kucharzy przygotowujących posiłki, używając  przy tym cierpkich słów. Trzy miesiące później pojawił się Nigel i przedstawił mnie wszystkim, co było  sporym zaskoczeniem dla wielu ludzi. Miałem już wówczas przygotowane wypowiedzenie dla piątki kucharzy, których uważałem za nieprzydatnych w zespole. Nie wiem dlaczego, ale byli to głównie Francuzi. Może z powodu ich nastawienia, że wszystko wiedzą i są najlepsi. W kuchni najważniejsza jest praca zespołowa. Jeśli ktoś ma resztę kolegów w poważaniu i nie potrafi pomóc, robi się duży kłopot. A była to naprawdę oblegana restauracja: prawie sto czterdzieści osób na lunch i kolację.

Spłaciliście dług?

Tak, dostaliśmy dobre recenzje, a przewodnik „AA” dał nam rozety. Biznes szedł we właściwym kierunku. Skończyło się jednak na tym, że Nigel postanowił odejść. Otworzył własną restaurację - „Little Gem”. Kilka lat później zrobił mi wielką przyjemność, zapraszając do siebie i osobiście obsługując przy stoliku.

Zakładam, że wszystko znowu stanęło w Twoim życiu na głowie?

Bardzo często zespół skupia się wokół konkretnej osoby. Osobowość szefa jest kluczowa. W takim momencie trzeba się zastanowić, co dalej. Wydawało mi się, że w tych dobrze znanych kątach „Scott’sa” nie nauczę się już niczego nowego.

Znowu wylądowałeś w agencji?

Nie, bo w międzyczasie byłem już dwukrotnie w Polsce. Zaczęły spływać oferty z Warszawy na prowadzenie poważnych restauracji, odpowiadających światowym standardom. Niestety, zakończyły się one kompletną klapą.

I kto Cię w końcu ściągnął do kraju?

Kurt Scheller był wówczas ważną kulinarną  figurą i to on przyczynił się do skojarzenia mnie z restauratorami w kraju. Zmieniał oblicze polskiej gastronomii, więc przewijały się przez jego ręce różne zapytania. Właściciele lokali mieli zakusy, by zabierać prawe ręce słynnych szefów, dodając im parę złotych do pensji i robiąc najważniejszą personą w kuchni.

Mamili Cię pieniędzmi czy wizją rozwoju?

Jednym i drugim. Nasłuchałem się o gwiazdkach Michelin i najnowszych technologiach do mojej dyspozycji. Tymczasem wchodziłem do kuchni i słyszałem awantury o to, że ktoś kupił dwie doniczki bazylii zamiast jednej…. Niestety, obiecane standardy były ściemą. Pamiętam to doskonale. Koniec szalonych lat 90. Mam problemy z lataniem, więc znowu musiałem grzać samochodem te tysiące kilometrów. Obiecałem sobie, że już nigdy nie dam się nabrać na nasze polskie cwaniactwo.

Po powrocie wywinąłeś jakiś numer?

Można tak powiedzieć. Zacząłem bowiem pracować w coraz lepszych restauracjach, jak „Barbican” pod patronatem Richarda Corrigana z jedną gwiazdką Michelin. Potem z Gordonem Ramseyem i Angelą Hartnett, która była przez dekadę jego prawą ręką, w „Connought Hotel” i W końcu trafiłem  do Harveya Nicholsa na „Piąte Piętro”. Wtedy była to jedna z ciekawszych restauracji, wzorowo podawała jedzenie. Było mi to potrzebne. Kiedy w szale kreacji i miliona pomysłów w głowie trafiasz w takie miejsce, nagle wszystko zaczyna się układać we właściwych szufladkach. Któregoś dnia niespodziewanie dostałem telefon z Klubu Polskiej Rady Biznesu, że jest miejsce do objęcia. Kurt Scheller powiedział mi, że to zdecydowanie będzie coś dla mnie. Jednak po ostatnich wtopach i bezsensownym kołowaniu do Polski byłem sceptyczny. Nie miałem pojęcia, kim jest Jan Wejchert, i co oprócz nobliwej nazwy oznacza Klub Polskiej Rady Biznesu. Znałem podobne lokale w Londynie i nie uśmiechała mi się taka kariera. Ale propozycja była prestiżowa  i chciałem przyjrzeć jej z bliska i sam ocenić. Znowu wsiadłem więc do samochodu.

Zobacz również kosmetyki do makijażu oczu tusze

Syn marnotrawny powrócił po raz drugi.

c.d.n.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).