Marek Napiórkowski: Dobra rutyna

fot. Jacek Poremba

– Mimo że moja praca polega na wydobywaniu dźwięków, to zaczyna się od ciszy, od wewnętrznego odcięcia – mówi Marek Napiórkowski, gitarzysta jazzowy i kompozytor. O momentach, w których muzyka staje się medytacją, a wspólne granie – zjawiskiem energetycznym, opowiada w rozmowie z Joanną Olekszyk.

Skoro ja jako dziennikarka pracująca ze słowem muszę oczyszczać głowę z nadmiaru słów czy myśli, ty jako muzyk musisz chyba cierpieć na natłok dźwięków…

Melodie się czasem do mnie przyczepiają, ale myślę, że w takim samym stopniu jak do innych. A natłok myśli też jest mi nieobcy. Największe moje doświadczenie w tej dziedzinie miało miejsce podczas kursu medytacji Vipassana. Przez 10 dni przez 10 godzin medytujesz, koncentrując się na swoim oddechu i doznaniach z ciała. Nie docierają do ciebie żadne inne bodźce, nie rozmawiasz nawet z innymi uczestnikami, tylko medytujesz. Czyli z jednej strony zero bodźców, z drugiej miliony myśli. Teraz na przykład siedzimy w restauracji i zewsząd odbieramy tych bodźców tysiące, jesteśmy zresztą do tego przyzwyczajeni, po większości z nich nasz umysł się ledwie prześlizguje, natomiast tam umysł nie ma się na czym zatrzymać, na czym skupić, więc wariuje. Oczywiście na początku, stopniowo udaje się go okiełznać.

Aby komponować, potrzebujesz takich momentów odcięcia? Wyłączenia bodźców? Muzyka powstaje w ciszy?

Ja ciszę bardzo polubiłem. Kiedyś pierwszą rzeczą, jaką robiłem tuż po obudzeniu, było włączenie jakiejś płyty. W dużej mierze miało to związek w wielkim apetytem, by poznawać nowych wykonawców, nowe podejścia do muzyki. Teraz bardzo rzadko sięgam rano po płyty. Kiedy jestem w Warszawie, wstaję i idę na jogę. Zewnętrzna cisza coraz bardziej mi smakuje i służy. Natomiast dla tworzenia muzyki bardziej potrzebuję ciszy wewnętrznej. Tylko wtedy, kiedy doznaję takiego wewnętrznego odcięcia, coś się zaczyna dziać w tej materii. I to nie zawsze ma miejsce w odosobnieniu, czasem dzieje się to w zewnętrznym zgiełku, ale w środku mam spokój. Masz rację, mimo że moja praca polega na wydobywaniu dźwięków, to zaczyna się od ciszy.

W jednym z wywiadów mówiłeś o magii jazzowej improwizacji, kiedy grasz z innymi muzykami i jesteś bez reszty zanurzony w tej chwili. Nie wybiegasz myślą w przód, nie planujesz, co zaraz zagrasz, po prostu grasz i wiesz, że to jest to. Tworzenie muzyki ma chyba wiele wspólnego z uważnością?

Często spotykam się z takim porównaniem, że granie muzyki jest jak medytacja. Odkąd od ponad dwóch lat ćwiczę ashtangę jogę, jestem w stanie to potwierdzić. Każdy, kto zna ten typ jogi, wie, że to nie tylko praktyka fizyczna, ale rodzaj medytacji w ruchu. Kiedy ćwiczę jogę, bywam w takim stanie umysłu, który mógłbym porównać do tego, jakiego doświadczam podczas grania. Choć pewnie nie tylko wtedy. Kiedyś reżyserka teatralna Agata Duda-Gracz zaprosiła mnie do wzięcia udziału w sesji improwizowanej w Teatrze Capitol we Wrocławiu, polegającej na tym, że ośmioro aktorów i ja jako muzyk z gitarą, który może zabierać głos, ale może też po prostu grać, miało do wykonania jakieś zadanie aktorskie. Wtedy poczułem, na czym polega bycie aktorem na scenie, wszedłem po prostu w to pole energetyczne. Ewidentnie czułem, że oni wszyscy mieli – że tak to kolokwialnie
ujmę – pewnego rodzaju haj, który był innym hajem niż haj muzyczny, ale jednak hajem. Przypuszczam, że w każdym artystycznym zawodzie można doświadczyć podobnego stanu. Co ciekawe, te najbardziej wyczekiwane momenty twórczości zachodzą wtedy, kiedy wszystko się dzieje w sposób samoistny, bez żadnej trudności. Odłączamy się i stajemy się przekaźnikiem, przez który przepływa energia. Dla takich właśnie momentów robimy to, co robimy. I bardzo na nie czekamy.

Chodzi o coś w rodzaju przekraczania samego siebie?

Wydaje mi się, że mało kto potrafi opisać ten szczególny moment, który można nazwać twórczością, moment, kiedy coś nam się udaje. Niedawno rozmawiałem z przyjacielem, który właśnie pracuje nad książką. Zastanawialiśmy się, jak to jest, że obaj zmagamy się z materią, ja coś komponuję, on coś pisze, mija jakiś czas i trudno nam uwierzyć, że to wyszło z naszej głowy. On żalił się: „Boże, jak ciężko mi idzie, jak ja się męczę”. Ja na to: „Kiedy już wydasz książkę, będziesz tęsknił za tymi chwilami, gdy pojawia się to coś, ta subtelnie poruszona struna”, bo z perspektywy czasu ten trud kojarzy nam się z wielką przyjemnością, całkowitym pochłonięciem.

Natomiast jeśli chodzi o moment improwizacji jazzowej na scenie podczas wspólnego muzykowania, to wtedy jest to jeszcze szczególniejsze doznanie, bo ta twórczość wydziela się zespołowo. I zachodzi coś niesamowitego – też następuje pewien rodzaj odcięcia, wytężają się zmysły. Z czasem ten stan staje się dobrą rutyną.

Dobrą rutyną?

Czyli umiejętnością otwierania się. Młody muzyk jest zwykle w takich chwilach stremowany, nie przywykł do takiej sytuacji, że stoi przed grupą ludzi, którzy patrzą na niego wyczekująco. Z czasem łapie do tego dystans, dlatego że wiele razy to powtarza. Nazywam to dobrą rutyną, bo dzięki regularnej praktyce ja w tym momencie mogę się skoncentrować i wprawić umysł w stan ponadprzeciętnego wyczulenia na reakcje kolegów, naszą interakcję i na to, co akurat pojawia mi się w głowie. I wtedy zachodzi ten magiczny moment improwizacji. Ona nie jest niczym zaplanowanym czy wymyślonym, ona dzieje się tu i teraz. Ale ziszcza się tylko pod warunkiem, że znasz zasady, że znasz język.

Moment tym bardziej magiczny, że doświadczacie go wszyscy. Jakbyście nadawali na tych samych falach…

Na pewno nie jest to zjawisko polegające tylko na wydobywaniu dźwięków o określonej wysokości czy w określonym rytmie, to jest zjawisko energetyczne. Tak jak spotkanie w alkowie – że posłużę się tym przykładem, bo rozmawiamy w walentynki – może mieć różną intensywność, tak też my z kolegami doświadczamy czegoś w rodzaju synergii. Powstaje coś więcej niż suma naszych umiejętności. Cała moja droga muzyczna to właściwie praca nad coraz większym otwieraniem się podczas takich momentów. Staram się jak najwięcej nauczyć o muzyce, by wydobyć to, jak Witkacy mawiał, „istnienie poszczególne”, moją własną opowieść muzyczną. A to jest możliwe tylko dzięki temu żmudnemu, czaso- i energochłonnemu procesowi poznawania języka muzyki. Bo ja wywodzę się z konceptu kompetencji. Chcę umieć jak najlepiej grać na instrumencie, żeby wtedy, kiedy mogę tworzyć bądź jako kompozytor, bądź jako improwizator, mieć odpowiedni zasób słów, żeby coś nowego z nich powstało.

Joga pomaga ci w tym otwieraniu się?

Z jogą znamy się długo, ale do tej pory raczej się mijaliśmy. Ja już kilka razy podchodziłem do niej, ale jakoś się nie polubiliśmy. Trzy lata temu byłem na takim etapie życia, który określiłbym przełomowym, a swój stan jako pogranicze depresji. Nie była to depresja zdiagnozowana, ale na pewno nie było mi wtedy za dobrze na świecie. Próbowałem różnych rzeczy, żeby sobie pomóc, między innymi wyjechałem na kurs Vipassany. W wolnym tłumaczeniu „vipassana” znaczy: „widzieć rzeczy takimi, jakimi są”. Pamiętam, że kiedy usłyszałem o tym od kolegi, zrobiłem wielkie oczy i dwa dni później już na tę Vipassanę się zapisałem (śmiech).

Byłem więc w procesie poszukiwań, czułem, że coś muszę zmienić w swoim życiu, do tego doszedł pewnie kryzys wieku średniego i cała ta chemia w organizmie, który zaczynał zupełnie inaczej pracować. Pewnego dnia już po powrocie do Polski przechodziłem koło studia jogi i pomyślałam: „spróbuję”. I okazało się, że to był moment idealny, by joga na mnie zadziałała. Poczułem coś więcej niż tylko przypływ endorfin i stała się moim rytuałem. Ćwiczy się ją codziennie rano według takiego samego schematu – czyli też jest to rodzaj dobrej rutyny. Na pewno joga mnie uspokoiła, a w sensie fizycznym uczyniła bardziej elastycznym. Czuję się lepiej w swoim ciele i mam więcej przestrzeni w głowie. Nie zrozum mnie źle, jestem ostatnią osobą, która czułaby jakąś pychę z powodu tego, że chodzi na jogę. Moje ciało bardzo opornie się poddaje tej praktyce, ale mimo to chodzę, nawet kiedy bardzo mi się nie chce, bo po prostu dobrze mi to robi.

Powiedziałeś kiedyś, że improwizowanie polega głównie na słuchaniu.

To jest fajny koncept, który zaszczepił we mnie Herbie Hancock, ma on związek z buddyjską ideą bycia tu i teraz. Chodzi o to, że kiedy wspólnie gramy i wchodzimy w jakiś rodzaj muzycznej interakcji, to granie staje się jednym ze słuchaniem, oczywiście nie tylko w tym znaczeniu, że grając, muszę jednocześnie słuchać, co grają moi koledzy, ale też że grając, jednocześnie słucham tego, co gram. W jednej i tej samej sekundzie.

Improwizacja ma w potocznym odbiorze dość negatywne skojarzenia. Robienie czegoś po łebkach, niedokładnie…

Słownikowo „improwizować” oznacza robić coś bez przygotowania. Jako praktyk improwizacji mogę jednak powiedzieć, że my, muzycy, przez całe życie ciężko pracujemy, by dobrze improwizować. Ćwiczymy na instrumentach, uczymy się dźwięków, skal, fraz, słuchamy naszych mistrzów i próbujemy znaleźć swój własny głos, czyli właściwe tylko sobie połączenie tych dźwięków. Improwizacja dlatego stała się taka fajna i tak pożądana w jazzie, że z tego pozornego nieprzygotowania powstają na skutek wymiany energii rzeczy, które wykraczają poza muzykę do tej pory skomponowaną. Oprócz dobrej rutyny potrzebne jest do tego podjęcie ryzyka. Latami ciężko pracujesz po to, by w tej jednej chwili zaryzykować.

To ma jakieś przełożenie na twoje życie? Na co dzień jesteś raczej poukładany czy spontaniczny?

Zdecydowanie robię więcej rzeczy, które są wynikiem impulsu niż poukładania. Na szczęście mam wolny zawód i mogę gospodarować swoim czasem w taki sposób, w jaki mi odpowiada. Z drugiej strony wymaga on ode mnie samomotywacji, muszę znaleźć w sobie zapał do tego, by robić kolejny projekt i nie tylko nie schodzić poniżej pewnego poziomu, ale i rozwijać się. Mam podobne podejście do muzyki, jak do życia. Skoro bardziej otwieram się w życiu, to tym samym bardziej otwieram się w muzyce. Ale też to, że częściej wychodzę na scenę i podejmuję ryzyko, sprawia, że łatwiej mi podejmować to ryzyko w życiu. Ja w ogóle wierzę w takie określenie jak „naturalny muzyk”. Naturalni muzycy to ludzie, u których to, jak grają, jest tożsame z tym, jacy są. Jeśli są np. uczuciowi, to w ich muzyce też to słychać. Moja muzyka jest przedłużeniem mojej osobowości.

Czujesz, że znalazłeś już swój język muzyczny?

Ja chyba cały czas go szukam, cały czas gonię tego króliczka. Kiedy ostatnio słuchałem swoich nagrań sprzed 30 lat z Radia Wrocław, to zauważyłem, że w pewnym sensie grałem tak samo jak dziś. Oczywiście czuję, że przez ten czas się rozwinąłem, dopracowałem szczegóły, natomiast jeśli chodzi o główne cechy, to one są takie same. Co mnie bardzo cieszy, bo oznacza, że moja koncepcja muzyczna nie jest wynikiem jakiegoś wyrachowania czy planu, po prostu staram się jak najbardziej szczerze i w sposób płynący ze mnie grać i tworzyć. Moje płyty solowe trochę się od siebie różnią, jedne są akustyczne, inne bardziej elektryczne, jedne żywiołowe, inne mniej, małe składy, duże składy, duety – staram się tę moją historię opowiadać na wiele sposobów. Ja właściwie przez całe życie piszę jedną książkę, moje płyty to są poszczególne rozdziały – cały czas tej samej książki.

Muzyka w ogóle kojarzy się ze szczerością uczuć, wyrachowanie, te „fałszywe nuty” od razu słychać.

Zgadzam się, choć ta szczerość w muzyce nie wystarczy. Można być bardzo szczerym i pisać strasznie kiczowate rzeczy. Ale też ciężko mi sobie wyobrazić wysoką i dobrą muzykę bez szczerości. Jest coś w rodzaju zaufania, jakie się tworzy między muzykiem a odbiorcami, pewna więź.

Wszyscy twórcy mówią, że każde kolejne dzieło ich czegoś o sobie uczy. Czego się o sobie dowiedziałeś podczas nagrywania płyty „WAW-NYC”?

Że jestem w stanie napisać coś na własne zamówienie. Zdarzało mi się pisać dla innych artystów. Pisuję też dla teatru, robię teraz właśnie muzykę do długometrażowego filmu dokumentalnego „Miłość i puste słowa”. Jesienią wyjdzie płyta „Szukaj w snach”, która jest efektem zamówienia przez Teatr Stary w Lublinie u mnie kołysanek dla dzieci, które zaśpiewała Natalia Kukulska. Bardzo lubię ten projekt, bo postawił mnie wobec zupełnie nowego wyzwania: nie mogłem napisać za trudno, ale nie mogłem też zbagatelizować dzieci, które trzeba edukować dobrą muzyką.

Wracając do ostatniej płyty, miałem pomysł nagrania jej z muzykami z Nowego Jorku, a jako że ja i Robert Kubiszyn mieszkamy w Warszawie, było to logistycznie trudne, dlatego przygotowałem dokładny plan: w kwietniu wyruszymy w trasę, której zwieńczeniem będzie wejście do studia. Chciałem nagrać płytę, kiedy będziemy zgranym zespołem, jednym organizmem. Po siedmiu koncertach weszliśmy do studia i właściwie w półtora dnia nagraliśmy materiał. Jestem bardzo z siebie, z nas dumny. I z jeszcze większym optymizmem patrzę na kolejne projekty. Bo tworzenie muzyki nie jest pracą w piekarni, że wstajesz rano, idziesz do pracy i wypiekasz. Największą obawą wszystkich twórców jest to, czy spłynie na nas, mówiąc górnolotnie, łaska. Ja bałem się najbardziej tego, czy ta łaska przyjdzie przed ostatecznym deadline’em. Mam nadzieję, że wena nie będzie mnie opuszczać do końca życia. Bo w tym zawodzie nigdy nie chciałbym przejść na emeryturę.

 

Marek Napiórkowski gitarzysta jazzowy, kompozytor, od 2005 roku nieprzerwanie uznawany za gitarzystę roku przez magazyn „Jazz Forum”. Osiem razy był nominowany do nagrody Fryderyk. Ma na koncie wiele albumów, w tym siedem albumów solowych, najnowszy to „WAW-NYC”

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »