1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Aromaterapia na dobry nastrój, czyli jak leczyć się zapachem

Aromaterapia na dobry nastrój, czyli jak leczyć się zapachem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zapach potrafi nas uspokoić, otulić, dodać pewności siebie. Przywołać miłe wspomnienia, ale i oddalić te przykre. Tak właśnie działa aromaterapia. Jak stosować ją na co dzień – wyjaśnia Małgorzata Kolton, doradca i mentor biznesu. Propagatorka czerpania tego, co dobre, z naturalnych olejków eterycznych.

Zapach potrafi nas uspokoić, otulić, dodać pewności siebie. Przywołać miłe wspomnienia, ale i oddalić te przykre. Tak właśnie działa aromaterapia. Jak stosować ją na co dzień – wyjaśnia Małgorzata Kolton, doradca i mentor biznesu. Propagatorka czerpania tego, co dobre, z naturalnych olejków eterycznych.

Oczywiste wydaje się, że niektóre zapachy przywołują miłe, a inne mniej przyjemne skojarzenia, jednak trudniej zrozumieć, że zapach może również leczyć. Węch jako jedyny ze zmysłów działa na takiej zasadzie, że to, co rozpoznaje, trafia bezpośrednio do naszego hipokampu i zostaje zapamiętane. Dlatego zapachy wywołują emocje. Wielu terapeutów wykorzystuje zapach do wyławiania z pamięci pacjentów określonych zdarzeń. Pozytywnych i negatywnych. Prowadzi się badania na ten temat. Na przykład geranium ma zapach, który wszystkim kojarzy się raczej pozytywnie. Z ogródkiem u babci, z ciepłym ciastem, herbatą – o, proszę, już na samą myśl o tym moje ciało się rozluźnia... Zapachy mają wpływ na nasze samopoczucie i na nasz sen – uspokajają lub pobudzają do działania.

Dlatego, że właśnie przywołują emocje? Tak, one od razu wzbudzają skojarzenia. Na przykład zapach mandarynki kojarzy nam się z błogostanem – dlatego świetnie rozluźnia i uspokaja przed snem. To, że dana woń jest skorelowana w naszym mózgu z określonymi wspomnieniami i uczuciami – bardzo pomaga. Znajoma terapeutka opowiadała mi o pacjentce, u której akurat zapach mandarynki był skorelowany z traumatycznym przeżyciem. Okazało się to pomocne w psychoterapii, bo przyspieszyło przywołanie tej sytuacji. W literaturze fachowej opisano przypadek dziewczyny, u której jaśmin – kojarzący się nam powszechnie z błogim, letnim wieczorem – zakodowany był jako gwałt, bo gdy do niego doszło, w parku pachniało jaśminem. Jak widać, poprzez skojarzenia zapachy tak samo szybko wprawiają nas w dobry, jak i w zły nastrój. A ponieważ nauka potwierdza, że coraz więcej chorób jest powiązanych ze zdrowiem psychicznym, warto skorzystać ze wszystkiego, co pomaga nam wywoływać stany pożądane: spokoju, błogości, radości.

Ale skąd wiedzieć, co będzie dobre dla mnie? Po prostu zaufajmy własnej intuicji. Gwarantuję, że gdyby każdy z nas dostał do powąchania kilkanaście olejków eterycznych, kilka od razu by mu się spodobało, a kilka innych natychmiast by go odrzuciło. Intuicja podpowiada, co jest dla nas dobre i czego potrzebujemy, a co nam szkodzi. Czasem nawet nie wiemy dlaczego, możemy zacząć się nad tym zastanawiać, ale pierwszy odruch węchowy jest najwłaściwszy. Ja przez wiele lat lubiłam lawendę, ale ostatnio poczułam, że mam jej dość. Podobnie miałam z rozmarynem, nawet śnił mi się po nocach.

W naszym otoczeniu jest tyle zapachów, także tych sztucznych, syntetycznych. Po co sobie jeszcze ich dokładać podczas aromaterapii? Od razu powiem, że jednym z efektów ubocznych stosowania aromaterapii jest stopniowe odstawienie zapachów syntetycznych. Ja teraz nie jestem w stanie stosować żadnych perfum, wszystkie rozdałam znajomym. Syntetyczny zapach natychmiast wywołuje we mnie stan napięcia; jeśli ktoś w mojej obecności ma na sobie intensywne perfumy, reaguję tak samo. Oczywiście dla osób, które są obdarzone bardziej wyczulonym zmysłem węchu, nadmiar zapachów może być bardziej dotkliwy, z drugiej strony efekty aromaterapii są u nich o wiele szybsze. Wystarczy im tylko jedna lub dwie krople olejku eterycznego, żeby się uspokoić. I to jest bardzo zdrowe. Natura tak właśnie powinna działać. Jeden głęboki wdech powietrza w lesie sosnowym powinien od razu wpływać na nas odprężająco, tymczasem dzisiaj większość ludzi musi chodzić po lesie co najmniej godzinę, by coś poczuć. Jeśli odrzucają nas pewne zapachy, jeśli dusimy się po wyjściu z windy, w której jechał ktoś bardzo wyperfumowany – obserwujmy to i idźmy za naszą intuicją. Ograniczajmy liczbę zapachów w najbliższym otoczeniu. Nie trujmy się. Ja sama robię sobie perfumy. Mieszam na przykład olejki eteryczne bergamoty z dodatkiem paczuli z rozcieńczonym alkoholem. Albo dodaję kilka kropel olejku eterycznego lawendy z nutą róży damasceńskiej do balsamu, który stosuję do ciała. Oczywiście najważniejsze to kupować olejki eteryczne dobrej jakości. Zachęcam do zapoznania się z kryteriami określającymi jakość na portalu Polskiego Towarzystwa Aromaterapeutycznego (www.pta.org.pl), gdzie na stronie głównej jest zakładka „jak kupować olejki eteryczne”.

Zapachy, którymi się otaczamy, wpływają na nas, ale to, jak my pachniemy, wpływa też na innych. Czy to znaczy, że tworząc świadomie swoją wizytówkę zapachową, decydujemy też o tym, jak odbierają nas ludzie?  To, co nam się podoba, jest zwykle zgodne z naszym charakterem, ale też tym, czego w danym momencie potrzebujemy. Na przykład woń bergamotki daje pewność siebie. Woń paczuli to trochę afrodyzjak. Jeśli połączymy oba te zapachy – poczujemy przypływ siły, ale i prześlemy jakąś informację o sobie. Jaką? To już zależy od osoby, która ją odbierze. Każdy bowiem trochę inaczej reaguje na określone zapachy. Tak samo jak nasze feromony są informacją dla drugiej osoby, nawet jeśli odbiera je nieświadomie. Niektórym nasz naturalny lub trochę „podrasowany” zapach może się podobać, innym wprost przeciwnie.

Ale są też zapachy, które kojarzą się wszystkim lub prawie wszystkim jednoznacznie. Na przykład mięta, sosna, eukaliptus i wszelkie ziołowe zapachy - zwykle oznaczają świeżość, zdrowienie, coś naturalnego, inspirującego. Zapachy, które kojarzą nam się jednoznacznie, to te, które są najczęstszym składnikiem najbardziej popularnych substancji na świecie: past do zębów, mydełek, szamponów, środków chemicznych. Używamy ich na co dzień od wielu lat. Ich podstawą są zwykle wonie mięty, cytryny, pomarańczy i róży, bardzo rzadko wyłącznie naturalne, z reguły oparte na sztucznych mieszankach. Wszystkie są ogólnie akceptowane. I z tej wiedzy korzystają koncerny.

A co z zapachem, który budzi w nas złe skojarzenia? Dla wielu osób taki zapach ma np. szpital, a jednak musimy bywać od czasu w placówkach zdrowia. Można go zwalczyć innym zapachem? Podam przykład, który bardzo dobrze znam. Kobieta zajmująca się zawodowo modelingiem cierpi na ataki paniki, rzecz obecnie coraz bardziej powszechną. Ataki pojawiają się w różnych sytuacjach, podczas procesu terapeutycznego zaproponowano jej więc pracę z zapachem, który lubi i który ją uspokaja. I teraz za każdym razem, kiedy czuje zbliżający się atak paniki, używa inhalatora z ulubionym zapachem. W jej wypadku jest to olejek eteryczny lawendy z nutą róży damasceńskiej – kiedy go czuje, jej ciało automatycznie się odpręża, jest więc szansa, że umysł pójdzie tą ścieżką i pozwoli się zatrzymać i wrócić do stanu harmonii. Na razie efekty są bardzo dobre. Taki inhalator starcza na długi czas, zakrapiamy do niego zaledwie dwie-trzy kropelki olejku eterycznego i nosimy ze sobą. Kiedy wybieramy się do lekarza czy przychodni, a mamy złe skojarzenia z tym miejscem, możemy zrobić jeden-dwa głębokie wdechy i się stopniowo uspokoić. To się nazywa programowanie zapachem. Po jakimś czasie wystarczy, że poczujemy tę woń lub sobie ją wyobrazimy, by poczuć się dobrze. W ten sposób możemy sprawić, że zapach, który nam się źle kojarzył, zacznie być dla nas nie tyle przyjemny co neutralny. W mózgu mamy ścieżki wydeptane już od dzieciństwa, ale możemy zrobić dla nich obwodnicę. Bo reagujemy na bodziec – jeśli zapach szpitala przywołuje w nas traumę, to kiedy do nas dociera, możemy go szybko zneutralizować innym bodźcem zapachowym – wtedy nasza reakcja będzie trochę inna. Oczywiście do takiej zmiany nie dojdzie od razu, ale warto nad tym pracować. Ja mam tak, że pewne miejsca dla mnie po prostu brzydko pachną, więc kiedy wiem, że wybieram się w jedno z nich, korzystam z inhalatora w postaci sztyftu do nosa, zanim tam wejdę. W ten sposób wytwarzam coś w rodzaju bańki zapachowej wokół siebie. Czasem wystarczy zakropić jedną kroplę na ubranie, najlepiej na szew, bo część olejków eterycznych może lekko odbarwiać materiały.

Jak jeszcze możemy pomóc sobie zapachem - uspokoić się, poprawić humor? Może dodać sobie odwagi? A czemu kupujemy perfumy i szpilki? Właśnie dlatego. Kiedyś, by dodać sobie pewności, używałam perfum, teraz ten sam efekt dałby mi olejek eteryczny geranium. Uspokaja mnie, czyni świadomą tego, co robię i co mówię. Gdy użyję go przed ważnym spotkaniem, wiem, że powiem dokładnie to, co chciałam powiedzieć.

A dobrze jest umieszczać zapachy w miejscach zebrań czy przy biurkach w pracy? Jak najbardziej, ale odradzałabym kominki czy świece, zamiast tego świetnie działa dyfuzor czy banksja, czyli naturalna szyszka do aromaterapii. Badania mówią, że olejek eteryczny mięty poprawia koncentrację, nie trzeba więc pić tyle kawy. Działa także przeciwwymiotnie, czyli sprawdzi się we wnętrzu samochodu. Z kolei olejek eteryczny geranium poprawia relacje międzyludzkie – będzie idealny do sali konferencyjnej. W ofercie mojej firmy mamy olejek S.O.S, który oprócz olejków eterycznych mięty i cynamonu zawiera też olejek eteryczny z eukaliptusa i drzewa herbacianego, działających przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo. Polecam go zwłaszcza w okresie grypowym – można stosować go w domu, w pracy, w samochodzie, można też skropić delikatnie kołdrę przed zaśnięciem.

Właśnie, jakie zapachy działają najlepiej na sen? W zależności od zaburzeń poleca się różne zapachy. Jeśli powodem trudności w zasypianiu czy wybudzania się są zaburzenia oddychania – dobrze zadziałają właśnie wspomniane olejki eteryczne: mięty, eukaliptusa i drzewa herbacianego. Jeśli nie możemy spać z powodu galopujących myśli i przemęczenia – wybierzmy olejek eteryczny mandarynki. Wpływa kojąco na wątrobę, która jest siedliskiem emocji. Na niektórych świetnie działają olejki eteryczne cytryny i lawendy. Ta ostatnia jest chyba najbardziej znana jako właśnie zapach relaksujący. Na mnie najlepszy wpływ ma mandarynka, dla kogoś to może być zupełnie inny zapach, który będzie się dobrze kojarzył i ściągał do „tu i teraz”. A to jest najistotniejsze dla spokojnego zasypiania – by nie wracać do mijającego dnia i nie wybiegać myślami do jutra. Kiedy wdychamy zapach, nasz oddech się pogłębia, a wtedy maleją napięcia fizyczne i nerwowe. U niektórych dzieje się to szybciej, u innych wolniej.

Na ile istotne jest to, że w aromaterapii wykorzystujemy olejki eteryczne, a nie syntetyczne zapachy? Poznałam aromaterapię w Azji, w której przez lata mieszkałam. Kiedy wróciłam do Polski, kupiłam w aptece olejek z drzewa herbacianego i byłam w szoku, jak kiepskiej był jakości. Nie wiedziałam, o co chodzi. Czemu na to pozwalamy? Zaczęłam się tym interesować. Tak poznałam państwa Iwonę i Władysława Brudów, którzy tworzyli podstawy aromaterapii w Polsce, w 1993 roku powołali Polskie Towarzystwo Aromaterapeutyczne, a potem Kwartalnik „Aromaterapia” – i tak zaczęła się moja nowa przygoda. Zapachy syntetyczne działają jak perfumy. Jeśli je lubimy, jeśli nam się podobają i wprawiają nas w dobry nastrój, dodają pewności siebie – proszę bardzo, korzystajmy z nich. Ale na dłuższą metę nie będą dobre dla naszego zdrowia. Coś, co jest naturalne, czyste, bez sztucznych domieszek – ma lepsze właściwości i bardziej pogłębione, terapeutyczne działanie. Olejki eteryczne są dobre dla naszego ciała i dla naszej psychiki. Ludzkość korzysta z nich od lat. Poza tym wszystko, co stosujemy na skórę – także składniki olejków eterycznych – przedostaje się do środka organizmu. Badania pokazują, że olejek eteryczny, jaki stosuje się do masażu, po 10 minutach masowania skóry wnika do krwiobiegu. Kiedy go wąchamy, trwa to wprawdzie trochę dłużej i mniej intensywnie się wchłania, jednak i tak składniki wąchanych substancji lądują ostatecznie w naszym ciele. To, co wybieramy na co dzień, jest więc bardzo ważne. Przecież i tak w niechciany sposób trafia do nas wiele świństw z otoczenia, po co sobie tego jeszcze dodawać?

Czy zapach może działać na nas nawet wtedy, kiedy go nie czujemy? Oczywiście! Nasze ciało może zareagować przywołaniem wspomnienia skorelowanego z danym zapachem w zupełnie innym kontekście. Weźmy wcześniejszy przykład ze szpitalem: ktoś przekracza próg izby przyjęć i nie wie, o co chodzi – nagle zaczyna się denerwować, pocić, dopiero po jakimś czasie przypomina sobie, że zapach szpitala przywołał bolesne wspomnienie związane z ciężką operacją. Mówię tu o negatywnym wpływie, ale to działa oczywiście też w drugą stronę.

Korzystanie z aromaterapii wyczuli nas na zapachy? Owszem, a czuły zmysł węchu to bardzo wartościowe narzędzie: ostrzega przed niebezpieczeństwem, ale i mówi, co nam się podoba. Na przykład zapach świeżego pieczywa – ręka do góry, kogo nie zawiódł do piekarni?

Małgorzata Kolton zajmuje się mentoringiem, coachingiem biznesowym, doradztwem strategicznym (The BrainPower Factory). Z pasji do natury stworzyła markę Decodo, oferującą naturalne olejki eteryczne i sprzęt do aromaterapii (www.decodo.me).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Psychologia

Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Lubimy czytać je dzieciom, i bardzo słusznie, ale według psycholożki Katarzyny Miller powinniśmy poczytać też sobie. A zwłaszcza wrócić do bajek, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też może pomóc pokonać dzisiejsze problemy.

Chyba nie pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszą baśń lub bajkę. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To świadczy o tym, że towarzyszą naszemu wychowaniu od najmłodszych lat. No oby, oby ciągle tak było...

Sprzedaż klasycznych baśni nadal ma się dobrze, do tego powstaje wiele nowych wersji... I nie zawsze są one mądre, niestety. W baśniach jest wiele okrucieństwa, a przede wszystkim często okrutni są tam rodzice lub opiekunowie. Niektórzy nie lubią czytać klasycznych bajek swoim dzieciom właśnie z powodu tego okrucieństwa. Boją się je w sobie odnaleźć, gdyż czują się tu bezradni. Dlatego też scenarzyści piszą nowe wersje, gdzie jest więcej pozytywów, ale mniej prawdy o życiu. A dzieci się lepiej wychowują i bardziej wzmacniają na prawdziwych bajkach, w których Babę-Jagę wrzuca się do pieca i pali żywcem. Bo wtedy dopiero jest sprawiedliwy koniec – zło już nie istnieje, zostało unicestwione. Opłaca się być więc dzielnym, opłaca się pomagać innym, prosić o pomoc i współpracować z tymi, którzy są w porządku. Opłaca się być żywym, a nie grzecznym. Jest w tym nadzieja dla dziecka.

Idea tworzenia i czytania bajek jest ciągle ta sama – mają nam pomóc w rozwoju, dodać wiary w siebie i pomóc przejść przez rozmaite kryzysy. Dobrze mówię? Dobrze mówisz. Bajki mają, po pierwsze, pokazać dzieciom, że ich lęki i obawy są zupełnie normalne. Bo w życiu, oprócz dobrych rzeczy, zdarzają się też rzeczy straszne, ale można sobie z nimi poradzić i trzeba to robić poprzez rozwijanie siebie, stawianie na siebie oraz szukanie lub wykształcanie w sobie pewnych umiejętności albo cech. Po drugie, bajki pokazują, że życie jest drogą, a każdy jest królem w swoim królestwie. To słynne zdanie, które pojawia się na zakończenie prawie każdej bajki, a które mówi o tym, że król i królowa żyli od tej pory długo i szczęśliwie, jest tak naprawdę o wiele mądrzejsze i piękniejsze niż nam się wydaje. Nie chodzi w nim wcale o to, że oni później nie mieli żadnych kłopotów, tylko że poprzez drogę, którą przeszli, nauczyli się radzić sobie, ufać sobie, pomagać sobie wzajemnie, wierzyć w dobro i żyć w zgodzie z przyrodą. Stają  się ludźmi coraz pełniejszymi.

Wiedzą, jak sobie radzić ze złem, które może ich spotkać, więc optymistycznie patrzą w przyszłość. Dokładnie tak, w związku z tym mądrze rządzą swoim królestwem.

Czyli sobą? Sobą i wszystkim, co jest ich życiem.

Dlatego w bajkach jest tyle księżniczek, królewien i królewiczów? Po części tak, a po części dlatego, że byli dobrym symbolem. Większość klasycznych baśni powstała w czasach, gdy król i królowa byli po prostu najważniejsi. Byli autorytetami, wzorami; dziś powiedzielibyśmy – celebrytami. Na nich wszyscy patrzyli i każdy chciał być tacy, jak oni.

Bajki miały pokazać, że wcale nie mają lżej od nas? Raczej, że to są ludzie i też muszą przejść swoją drogę, czegoś się nauczyć, doświadczyć – jak każdy. Mimo że pewnie oni to przejdą na innym poziomie bytowym. Choć królewna wygnana do lasu nie ma już służby, prawda?

Jest też spora grupa bajek, typu Głupi Jaś, Tomcio Paluch czy Rybak i Złota Rybka, które nie opowiadają o koronowanych głowach, a o prostych ludziach i ich mądrości. Moją ukochaną bajką z tej grupy jest ta o rybaku, który znalazł szktatułkę z dżinem. Rybak był bardzo biedny i na dodatek tego dnia nie udało mu się niczego złowić. Kiedy już miał się poddać i iść do domu, nagle w sieci poczuł coś ciężkiego. Była to złota szkatułka, on ją oczywiście otworzył, a wtedy ze środka wychynął dżin i powiedział: „Aha, to teraz cię zabiję”. „Jak to? Przecież cię uratowałem” – zdziwił się rybak. „No to zaraz ci wyjaśnię. Mój kalif, u którego byłem wezyrem, był jeszcze większym czarownikiem niż ja. Kiedy mu się sprzeciwiłem, zamknął mnie w tej szkatułce i wrzucił na dno jeziora. Przez pierwsze sto lat obiecywałem sobie, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo i królewnę za żonę i będzie zawsze szczęśliwy. Przez następne sto mówiłem, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo, królewnę, ale nie będzie już taki szczęśliwy. Za kolejne sto – nie będzie już miał królewny, za kolejne – królestwa, a na końcu postanowiłem sobie, że jak ktoś mnie odnajdzie, to go zabiję, bo mam już tego dosyć”. Zobacz, to bardzo fajny obraz tego, jak człowiek traci nadzieję i jak się wtedy zmienia jego podejście.

Rybak tak trochę podumał i powiedział: „To wszystko jest bardzo smutne i przykre, ale mnie się wydaje, że ty kłamiesz”. „Ja kłamię?!”. „Taki wielki dżin nie może się przecież zmieścić w takiej małej szkatułce”. „Taak? To ja ci zaraz pokażę…”. No i ponieważ dżin miał chorą ambicję, schował się z powrotem do szkatułki, na co rybak zamknął wieko i wrzucił dżina z powrotem do jeziora.

I jaki morał z tej bajki? Bo bajka chyba musi mieć morał... Co prawda rybak nadal niewiele złowił i się nie najadł, za to okazał się mądrzejszy od wielkiego mędrca. Został jakby ten sam, a jednak nie był już taki sam, prawda? Zdobył jakieś zaufanie do siebie, może też podziw i wdzięczność. Ale może nie zawsze chodzi o morał? Przeżycie, doznanie, znalezienie się gdzie indziej jest wielką wartością. Obcujemy z dżinem, czarami, głębią jeziora i głębią czasu, ze sprytem, wygraną i przegraną...

Jest taka piękna książka Pierre’a Péju „Dziewczynka w baśniowym lesie”. Francuski filozof polemizuje w niej z Brunonem Bettelheimem, psychoanalitykiem i badaczem baśni.  Jego zdaniem nie chodzi o interpretowanie baśni, lecz o to, by obcować z nimi. „Chodzi o porywy i siły, o intensywność uczuć, o niejasne sposoby odczuwania”. Mnie fascynuje podejście i Bettelheima, jako psychoterapeutkę, i Péju, jako poetkę.

A powiedzmy trochę o kobietach w bajkach. Z jednej strony mamy Królewny Śnieżki, Calineczki, Kopciuszki, a z drugiej – macochy, czarownice i złe królowe. Panuje tu o wiele większa różnorodność niż wśród męskich bohaterów. Kobiety w bajkach są takie jak te w życiu. Bywają macochy dobre i złe, bywają złe i dobre królowe, tak jak bywają złe i dobre matki. Bywają też takie dziewczyny jak Gerda z „Królowej Śniegu” albo jak Córka Rozbójnika, którą Gerda spotyka. Obie są zupełnie inne, a jednocześnie mają do siebie ogromny szacunek, są bardzo mądre i odważne. A pamiętasz, jak Gerda spotyka wróżkę od kwiatów? Ona jest wobec dziewczynki bardzo ciepła, troskliwa i chce ją zatrzymać u siebie na zawsze. I to jest na przykład matczyna nadopiekuńczość. Bardzo częsta zresztą. Niektórzy może woleliby tam zostać...

A Królowa Śniegu kim jest? Ona jest zniszczoną kobietą, przez los albo przez ludzi, potwornie zimną w środku i w związku z tym chce, by świat wyglądał tak jak jej wnętrze. Żeby nie być jednak sama, porywa Kaja i jego też zamraża. A udaje jej się to między innymi dlatego, że jest bardzo piękna – zimno w końcu konserwuje (śmiech). Motyw pięknej królowej, zazdrosnej o młodą królewnę jest bardzo częsty w bajkach. Najbardziej rozpoznawalny jest w „Królewnie Śnieżce”, gdzie pada słynne: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”.

W bajkach ważną rolę pełnią też zwierzęta. Czasem są pomocnikami, a czasem przewodnikami. Zwierzęta w bajkach są zawsze mocno ugruntowane w świecie, w którym żyją, wiedzą, co trzeba robić i jak. Oprócz takich jak Smok Wawelski czy wilk z „Czerwonego Kapturka”, są raczej pozytywnymi postaciami. A jeśli się im pomoże, to potem się odwdzięczają. Często poddają bohatera próbie, która ma zaświadczyć o jego wewnętrznej klasie.

Jako dziecko uwielbiałam takie bajki. Pamiętam zwłaszcza jedną, o trzech braciach, którzy kolejno mieli iść po wodę do zaczarowanego źródełka, żeby uleczyć chorą matkę. Po drodze mijali wiele zwierząt w potrzebie i tylko najmłodszy zatrzymał się, by pomóc, a one potem bardzo pomogły jemu. Czyli przemawiało do ciebie dobro, które potem wraca i świat jako wspólnota, w której to, co zrobiłeś dla innych, nie idzie na marne.

Oraz taka refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy od tego najmniejszego, któremu teraz pomagasz. Do dziś pamiętam taki motyw z bajki, w której chłopiec albo dziewczynka uratowali pszczołę, a potem odwdzięczył im się za to cały rój. To jest moim zdaniem najcenniejsze przesłanie wszystkich bajek. To, co wypuszczasz dobrego, wróci, tylko nie wiesz nigdy, z której strony i jak. Ale też nie możesz tego robić jedynie po to, by wróciło. Warto widzieć coś więcej niż czubek swojego nosa i niż cel swojej podróży. Bo sama droga jest ważniejsza niż cel.

Zgodzisz się wybrać ze mną w taką podróż po najpopularniejszych z bajek i po tym, jak można je czytać terapeutycznie? No pewnie, z przyjemnością!

Zacznijmy od „Calineczki”. Czy to jest opowieść o – delikatnie mówiąc – niefortunnych zalotnikach? Moim zdaniem Calineczka znalazła się po prostu w nie swoim świecie. To wszystko, co kret, ropucha, mysz polna czy chrabąszcz od niej chciały, było zupełnie normalne w ich świecie i w ich relacjach z ich pobratymcami. Niemniej jednak wobec Calineczki było opresyjne. Te wszystkie zwierzęta chciały ją, bo była takim cudem, dziwem – dziewczyną nie większą niż paluszek, wyhodowaną z ziarenka, które zasadziła kobieta bardzo pragnąca własnego dziecka. To jest opowieść o tym, że nie można szukać w innych światach niż swój. Można się kimś zachwycić, można nawet się wdać we wspaniały romans, ale życie z kimś całkiem różnym od nas nie byłoby dobre. Bo wtedy się ma, że tak powiem, za dużo niewspólnego ze sobą.

To teraz „Kopciuszek”. W powszechnym mniemaniu to synonim dziewczyny wykorzystywanej i wykonującej najgorsze prace. Nieśmiałej, kryjącej swoje atuty. Stąd właśnie moje głębokie przekonanie, że to jedna z tych bajek i bohaterek, które są zupełnie niewłaściwie interpretowane. Albo się ją uważa za ofiarę losu albo za taką, co to jej się cudem trafił książę. Ja widzę ją zupełnie inaczej.

Po pierwsze, to dziewczyna, która miała kochającą matkę. Mimo że umarła wcześnie, zostawiła jej poczucie, że jest ważna. Postać wróżki, czyli matki chrzestnej, jest właśnie uosobieniem matki, która wraca, kiedy Kopciuszek jej potrzebuje, i która stale się nim opiekuje. Jest tu też zła macocha z dwiema córkami. Macocha to z kolei taka baśniowa postać, która, jak podkreślał Bettelheim, pełni rolę matki stawiającej dziecku hołubionemu i pieszczonemu zadania i ograniczenia, dziecku więc się to nie podoba. Moim zdaniem macochy w baśniach mają za zadanie także podkreślić postawę ojca, oddającego władzę nad domem i dziećmi kobiecie, takiemu trochę umywającemu ręce. I przypomnę tu ojca Jasia i Małgosi, który na żądanie nowej żony wyprowadził dzieci do lasu. Ojciec Kopciuszka też nie zwraca uwagi na to, że macocha traktuje jego córkę gorzej niż swoje córki, każe jej sprzątać, jadać w kuchni i generalnie służyć całej reszcie. Ciągle nie ma go w domu, jakby wcale się nie interesował tym, co się w nim dzieje.

Pomimo tego wszystkiego Kopciuszek jest pogodną, ciepłą i bardzo pogodzoną ze sobą istotą. Dziewczyna tańczy i śpiewa, pracując, karmi myszki okruszkami, wszystkie zwierzątka ją lubią, ufają jej i się z nią bawią – ona nie jest samotna ani godna pożałowania. I zobacz, mimo że jej przyrodnie siostry i macocha są dla niej okropne, nie jest dla nich złośliwa, nie mści się na nich, nie narzeka, nie złości się. A kiedy się dowiaduje o balu, oczywiście, że chce na niego iść, ale po to, by zobaczyć, pobawić się, potańczyć. Nie jak jej przyrodnie siostry, które są przez matkę wypychane na bal, by zdobyć męża. A kiedy dostaje suknię i powóz – i trzeba to podkreślić – przyjmuje to zupełnie naturalnie. Wsiada do karocy i jedzie. Mało tego, bawi się na balu jak nikt. Ta radość z niej tak promieniuje, że książę po prostu musi zwrócić na nią uwagę. Poza tym się spóźnia – czyli ma dobre entrée!

I jeszcze wychodzi przed czasem! Nie dybie na księcia, nie narzuca się mu, w tym sensie jest inna od wszystkich panien na balu. Kompletnie nie widzę w niej ofiary. A co do jej „bezsensownej” pracy: to najbardziej kobieca praca pod słońcem, która nie jest wojną, a oddzielaniem ziaren od popiołu, czyli znajdywaniem tego, co jest w życiu ważne i odżywcze. Dla mnie to bajka o pogodzie ducha, czyli o tym, że kiedy cieszysz się z tego, co masz, przychodzi więcej.

A „Kot w Butach”? Moim zdaniem opowiada o tym, że wszyscy potrzebujemy dobrego PR-u. Kot wpada na świetne pomysły, by zapromować swojego pana, czyli Jasia młynarczyka, królowi i jego córce. Zwierzęta w bajkach, mitach czy snach często uosabiają pewne cechy ludzkie. Kot jest dla mnie właśnie taką częścią Jasia, która jest bardzo inteligentna, spostrzegawcza i sprawcza i potrafi siebie „sprzedać”. Czyli morał z bajki jest taki, że nieważne, czy urodzisz się biedny, jeśli umiesz korzystać ze swoich zasobów i z pomocy. No i przypomnijmy początek bajki – początki są zawsze niesłychanie ważne – czyli skąd ten kot się w ogóle wziął. Otóż ojciec, stary młynarz dzielił majątek na łożu śmierci i starsi bracia dostali dom, sad i osła, a Jaś dostał kota. Czyż to nie jest cudowne? Tym, co najcenniejszego dostajesz, jest twoja inteligencja i spryt. Z nią i dom sobie wybudujesz, i sad zasadzisz. Ta bajka przypomina mi zresztą inną, jedną z moich ulubionych, o Jasiu Głuptasku.

Tu też początek jest genialny: „Miał dziedzic dwóch synów, a trzeci, Jasiek, latał po polach, nieubrany, niewykształcony...” Zobacz, od początku widzimy, że on w tej rodzinie się nie liczy. Wiesz, ile dzieci tak właśnie się czuje, bo są tak traktowane? Ale to nie znaczy, że nie mogą potem najlepiej żyć! W bajce wszyscy jadą do królewny w konkury. Ojciec wyposaża dwóch synów w piękne ubrania, daje im konie i pieniądze na drogę. A Jasiek? Wskoczył na swoją kozę, bo tylko ją miał, i wesolutki wyruszył przed siebie za braćmi. I zbierał, co miał po drodze. A to gówienko zaschnięte, a to zdechłą wronę... Kiedy wszyscy dojechali na miejsce, królewna była już nieźle znudzona zalotnikami. Każemu zadawała jakieś pytanie. I żaden się nie popisał odpowiedzią. Przyszła też kolej na Jasia. Królewna pyta go, tak jak i innych: „A co mi przyniosłeś w darze do jedzenia?”. „A zdechłą wronę” – odpowiada niezbity z tropu Jaś. „A na czym mi ją podasz?” – już z lekkim uśmiechem pyta królewna. „A na tym gówienku zeschniętym”. „A jak mi ją podasz?”, „A rozprysnę to gówienko na posadzce, żeby wszystkich pobrudziło” – odparowuje Jasiek. Kiedy królewna zaczęła się śmiać, to już jasne było, że wybierze tego, z którym będzie się bawić całe życie.

Obie bajki mówią o naszym potencjale. O potencjale i Wewnętrznym Dziecku, które jest otwarte, spontaniczne, które ma pomysły, jest szczere i nie udaje nikogo. Ale też traktuje innych jak fajnych ludzi. Jaś w królewnie zobaczył dziewczynę, która się nudzi i którą przydałoby się rozweselić.

Dzięki temu ona też mogła poczuć się zwykłą dziewczyną, a nie nagrodą. W bajkach królewna zawsze była „dorzucana” w gratisie do królestwa. Niejedna kobieta „królewna” tak ma.

A „Śpiąca Królewna”? Tu z kolei mamy piękną opowieść o dorastaniu, którego nie można zlekceważyć i w żaden sposób zatrzymać. W „Śpiącej Królewnie”, co rzadkość, występują oboje rodzice. Przestraszeni klątwą jednej z wróżek (niezaproszonej na chrzciny królewny), głoszącą, że ich córka zaśnie na wieki, kiedy ukłuje się w palec wrzecionem w wieku 15 lat, dostają świra na punkcie chronienia jej przed wszelkim niebezpieczeństwem. Zaczynają od wyrzucenia z kraju wszystkich kobiet, które tkają ubrania – wyobraźmy sobie, jak w ten sposób zubażają poddanych. A co robi królewna w dniu 15. urodzin? Wchodzi na wieżę, na którą nie wolno jej było wchodzić, a tam już czeka stara kobieta, prządka, ostatnia, która się uchowała w kraju – i królewna oczywiście kłuje się w palec. Zasypia więc na sto lat, a wraz z nią zasypia królestwo, pogrążone w smutku. Na szczęście trafia się królewicz, który budzi królewnę pocałunkiem prawdziwej miłości.

I z tym fragmentem mamy dziś pewien problem. Niektórzy oburzają się, że książę całuje niczego nieświadomą królewnę, czyli robi to wbrew jej woli. Ale tu wcale nie o to chodzi, według mnie oczywiście. Choć ciekawi mnie i cieszy różnorodność odczytywania baśni, to lubię moje interpretacje podbite doświadczeniem i życiowym, i zawodowym.

Więc o co chodzi? Królewna ma 15 lat, kiedy zasypia, i to zasypia z krwią na palcu, a krew jest menstruacyjna. Czyli następuje przejście dziewczynki w kobietę, do czego nie chcieli dopuścić król i królowa. Mamy więc kolejną parę nadopiekuńczych rodziców. Postępują zupełnie jak niektórzy ministrowie, którzy uważają, że jeśli młodych odetnie się od wiedzy o seksie, to przestaną go uprawiać. Rodzice królewny nie zgadzają się na to, by ona wiodła prawdziwe życie. Chcą zatrzymać jej rozwój.

Zasypia więc na sto lat, żeby obudzić się już w innym świecie. Książę jest z jednej strony mężczyzną w niej zakochanym, ale z drugiej strony – jej wewnętrznym animusem, męskim pierwiastkiem. Grzeczna dziewczynka nie wytwarza w sobie animusa, czyli mocy do obrony swoich praw. A Śpiąca Królewna ewidentnie była taką dziewczynką. Od rodziców tego nie dostała, dopiero od księcia, który ją obudził. Książę pełni tu rolę rówieśnika, kogoś z zewnątrz, kto wnosi nową energię. I to jest właściwy etap rozwoju, bo młodzi muszą zostawić dom, żeby dorosnąć. Dziecko ma żyć własnym życiem, a rodzice – własnym.

Mówiłyśmy już trochę o „Królewnie Śnieżce”, że opowiada o kobiecej zazdrości. Rywalizacji, nienawiści, nieżyczliwości, egocentryzmie... No ale są też krasnoludki, które opiekują się Śnieżką w lesie.

I co one symbolizują? Wszystkie instynkty, cechy i wyposażenie Śnieżki, jak i duchy przyrody, siły życia, które istnieją i bardzo pomagają ludziom. Tylko trzeba z tego ich wsparcia korzystać. Proponuję: „Nie pomagajcie nikomu, kto nie prosi, nie dziękuje i nie korzysta. Bo wtedy wszystko się marnuje”.

A „Królowa Śniegu”, o której też już mówiłyśmy – czy to jest opowieść o kobiecie, która ratuje mężczyznę, jak Gerda – Kaja? Znów to powtórzę, Gerda jest dla mnie najpełniejszą postacią kobiecą w bajkach. Oczywiście można czytać „Królową Śniegu” na kilka sposobów, ja lubię ten jungowski, według którego Gerda ma w sobie zarówno animę, jak i animusa. Pierwiastek kobiecy i męski. Moim zdaniem Kaj jest właśnie jej animusem, więc idzie po niego, żeby spotkać swoją dzielność. Żyjemy w czasach, w których kobiety znacznie częściej niż kiedyś spotykają swoją dzielność. Można więc powiedzieć, że to jest bardzo aktualna baśń. Poszłabym nawet dalej i powiedziała, że ponieważ kobiety znajdują swojego animusa, to dzięki temu są w stanie uratować także mężczyzn, którzy posłali świat w bardzo złą stronę, bo od dawna szczycą się tym, że zaprzeczyli swojej animie.

Skoro ratujesz mężczyznę w sobie, ratujesz też męskość? Jeśli zaczynasz rozumieć mężczyznę w sobie, jeśli twój ojciec zaszczepia ci dobry obraz męskości, a do tego masz fajnych braci i kumpli – to męskość jest energią, z którą z przyjemnością się spotykasz, nie obawiasz się jej, nie chcesz jej zwalczać, a i ona nie zwalcza ciebie.

Baśń, która w dzieciństwie utkwiła mi w pamięci, to „Dzikie łabędzie”. Czyli opowieść o siostrze, która aby zdjąć zaklęcie z braci, szyje dla nich koszule z pokrzyw zbieranych o północy przy cmentarzu. Bardzo mi to przemawiało do wyobraźni. Prawda? Coś dla Pierre’a Péju! A bracia – znów – zostali zaczarowani przez złą macochę. Ciekawe jest to, że aby przeciwzaklęcie podziałało, dziewczyna ma nic nie mówić do momentu, gdy skończy szyć ostatnią koszulę. Macocha i ją wygania z zamku, więc ona siedzi w lesie i szyje te koszule, kalecząc sobie przy tym palce. Aż spotyka ją król, który się w niej zakochuje. Kolejna postać męska, która bierze sobie niemotę. Dziewczyna jest miękka, biedna, więc król może się przy niej czuć jeszcze bardziej królem. Ale jeden z doradców zarzuca jej, że jest czarownicą. Pod wpływem jego podszeptów król zapomina o swojej miłości, dochodzi do procesu. W ostatnim momencie przylatują jej bracia, ona zarzuca im koszule, zamieniają się w mężczyzn, tylko jednemu zostaje skrzydło zamiast ręki, jako przypomnienie, że nie ma całkowitej „idealności”.

No to na zakończenie bajka, która mnie jako dziecko najbardziej przeraziła – „Sinobrody”. Ach, cudowna! Przejmująca i bardzo plastyczna.

Przecież to opowieść o przemocy wobec kobiet. Ale też o psychopatii i złu oraz łatwości ulegania im. W książce „Bajki rozebrane” mówię o niej tak: „Postać ta ma dużą nośność w kulturze, a bajka jest bardzo ważna dla kobiet, przede wszystkim dla tych, które poszukują mężczyzn, związku pełnego poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. To jest baśń nie o nas jako o dzieciach, tylko o nas jako dorosłych. To jest baśń o naszej naiwności, o pragnieniach, których często nie widzimy i nie potrafimy sobie zdać sprawy z ich istoty, o depresji, w jaką wpadamy, o bezwzględności mężczyzn, z którymi mamy często do czynienia. Nie mówiąc o naszej dzielności, o tym, że związki często zmuszają nas do tego, byśmy dorosły i porzuciły pewną dziecięcość”.

Sinobrody jest bogaty, odpychający i miał wiele żon, z którymi nie bardzo wiadomo, co się stało. Ale najmłodsza córka pewnej rodziny się go nie bała. Wziął ją więc za żonę i przykazał, że wszędzie może w ich domu wchodzić, poza jednym pokojem. Jest kilka wersji bajki, w jednej to siostry ją namówiły, w innej sama zdecydowała się włożyć kluczyk do zamka. I znalazła tam wszystkie żony, zabite. Niestety kluczyk zaszedł krwią, więc mąż po powrocie dowiedział się, że go nie posłuchała. Oczywiście to nie jest dobrze, żeby mężczyzna miał komnatę pełną trupów, ale jest dobrze, żeby miał swoją przestrzeń, w którą kobieta nie wlezie. A ona włazi.

Dzisiaj zamiast komnat kobiety sprawdzają komórki partnerów... „A co ty tak z nią esemesujesz?”, „Kto do ciebie o tej porze pisze?”. Gdyby żona Sinobrodego nie otworzyła komnaty, to on nie miałby powodu chcieć jej za to zabić. Złamała obietnicę, jaka była warunkiem jej dobrobytu. Często mówię: czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej.

To też jest baśń o tym, że każdy ma swój mroczny kawałek i trzeba sobie i innym na to pozwolić. Nie zmuszajmy ludzi do wyjawiania tajemnic. Oczywiście tu nie chodzi o to, że życzę kobietom życia z mordercami, choć niektóre się o to same proszą, pisząc listy do więźniów i potem za nich wychodząc.

Sinobrodego zabijają bracia, którzy ruszają siostrze na pomoc, czyli znów podkreślana jest potrzeba dzielności, odszukania w sobie animusa. Ale też jak ważne jest to, że mamy pomocników w życiu.

Na czym właściwie polega terapeutyczność bajek? To wszystko jako dzieci odbieramy podświadomie? Bardzo dużo przekazów odbieramy podświadomie. Poza tym im wcześniej nauczymy się prawdy, że życie bywa różne: fajne i okrutne też – tym lepiej. Naturalnie chodzi o to, by dziecko było gotowe to przyjąć i chciało słuchać. Niektóre chcą, by w kółko czytać im jedną bajkę.

Rodzice są tym zwykle zmęczeni... Ale właśnie te bajki, których najczęściej chcemy słuchać, są nam najbardziej potrzebne do rozwoju. Dzieci, którym dużo czytano bajek w dzieciństwie, mają zwykle swoje ulubione i te, których najbardziej się boją. To wszystko o czymś mówi. Moją ulubioną była „Królowa Śniegu”, bo moja matka była królową śniegu. A Gerda była dziewczyną, którą chciałam się stać, i chciałam wierzyć, że mogę.

A jest sens nam, dorosłym wracać do tych bajek? I to wielki! Ciągle dużo te bajki o nas, dziś żyjących, mówią. Tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej, jak je interpretować, polecam moją książkę, „Cudowne i pożyteczne” Bettelheima, Pierre’a Péju i jeszcze inną: „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch, psychoanalityczki i pisarki. Właściwie cała  jest oparta  na pięknej baśni o dziewczynie bez rąk. Opowiada o tym, jaką pracę nad sobą musi wykonać nieporadna i nieprzygotowana przez rodziców do życia dziewczyna, ale też jaką drogę muszą przejść kobieta i mężczyzna, żeby się ze sobą spotkać.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Zdrowie

Aromaterapia - pachnąca kuracja

Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Lekarstwo nie musi być gorzkie. A leczenie nie musi być przykre. Tym razem proponujemy takie, które działa między innymi dlatego, że jest przyjemne. Tak bardzo, że aż chce się je stosować. I dużo może. Radzi sobie na przykład z wirusami, co dziś szczególnie aktualne. Mowa o aromaterapii.

Francja, rok 1413. Szaleje dżuma, zwana czarną śmiercią. Ale nie wszyscy umierają. Kilku kupców, którzy wcześniej zajmowali się handlem przyprawami i ziołami z Indii – można więc założyć, że mieli pewną wiedzę na temat tych substancji – zmieniło fach na złodziejski. Grabili groby i domy ludzi zmarłych na zarazę i jakoś sami nie chorowali. Rzecz zbadano. Okazało się, że przedsiębiorczy złoczyńcy nacierali sobie dłonie, stopy, skronie specjalną mieszanką olejków eterycznych, przykładali sobie też nasączone nią tkaniny do ust. Mieszanka ta – pod nazwą „olejek złodziejski” albo „olej czterech złodziei” – przetrwała i dziś z powodzeniem jej używamy. W jej skład wchodzą olejki: goździkowy, cynamonowy, eukaliptusowy, cytrynowy i rozmarynowy. Działa na patogeny: wirusy, bakterie, grzyby, co w dobie koronawirusa powinniśmy szczególnie docenić. Choć, rzecz jasna, używanie olejku ani nie zwalnia ze stosowania środków ostrożności, ani nie zagwarantuje, że się nie zakazimy. Jednak zdecydowanie zwiększa nasze szanse na zdrowie.

Ochronią przed wirusem

Czym są olejki eteryczne? To naturalne substancje ekstrahowane lub destylowane z torebek molekularnych roślin. – Rośliny wytwarzają te związki nie po to, by pachnieć – mówi Edyta Tecław, aromaterapeutka, założycielka marki ViaAroma – ale by bronić się przed szkodnikami, owadami, innymi roślinami, które wchodzą na ich terytorium. My te substancje pozyskujemy i korzystamy z ich właściwości. Mamy olejki na ból głowy, na ból gardła, problemy z trawieniem, na stawy, na mięśnie, na sen… Wyliczać można długo. Ale ponieważ ostatnio naszym życiem rządzi pewien wirus, przyjrzyjmy się, jak możemy się przed nim chronić. Niestety, nawet najlepszy jakościowo olejek czterech złodziei nie zastąpi szczepionki. Nie znaczy to jednak, że nie pomoże. Przede wszystkim „oczyści atmosferę”. Jeśli w pomieszczeniu dyfuzujemy olejek antywirusowy, po 15–20 minutach przeciętny pokój (około 20 metrów kwadratowych) nasyca się olejkami tak, że powietrze się oczyszcza. Patogeny są wychwytywane i niszczone. – Olejkami nie zbudujemy odporności – mówi Szymon Kaźmierczak, współtwórca marki Purite, zielarz i fitoterapeuta. – Związki lotne też są metabolizowane, wydalane, nie powodują namnażania się limfocytów, czyli ciał związanych z odpornością. To, co realnie można robić, to utrzymywać poziom substancji lotnych w naszym otoczeniu na takim poziomie, żeby wspierać zwalczanie patogenów. Olejek bezpośrednio ingeruje w strukturę wirusa, rozrywając ją. Czyli olejki przynoszą efekt w trakcie ich stosowania. Jeśli będziemy je dyfuzować tam, gdzie są wirusy i bakterie, zwiększamy szanse, że nie przenikną one do naszego organizmu. – Substancje lotne najszybciej wchłaniają się przez błony śluzowe podczas wdychania – mówi Edyta Tecław. – Trafiają wtedy od razu do krwiobiegu. Sama mam w domu alergików, więc dobrze to wiem – w czasie ataku duszności nie podaje się im syropu czy tabletki, lecz leki wziewne. Bo kiedy chory weźmie głęboki wdech czy nebulizator do nosa, działanie jest natychmiastowe. Syrop czy tabletka przechodzą najpierw przez układ pokarmowy, to trwa. Ponadto wdychając, nie obciążamy układu pokarmowego. Dariusz Cwajda, szef Instytutu Naturalnej Aromaterapii, potwierdza: – W domu najbardziej efektywna jest dyfuzja – cząsteczki substancji z olejków mogą się utrzymywać w powietrzu nawet przez kilka godzin. Działają wyjaławiająco – ale w dobrym znaczeniu, czyli eliminują mikroby. Można też przed koronawirusem – i innymi wirusami, które o tej porze roku atakują nasz układ odpornościowy – zabezpieczać się, korzystając na przykład z oleju czterech złodziei i obowiązkowych ciągle maseczek. Jedna (nie więcej) kropla na maseczkę – i nigdy na część przylegającą do skóry, bo w mieszance jest cynamon, który działa drażniąco – i jeśli ktoś przy nas kaszlnie czy kichnie, jest szansa, że olejek patogeny unieszkodliwi. Warto też wcierać olejek rozcieńczony w dowolnym oleju kosmetycznym, najlepiej w stopy. Są świetnie ukrwione, wszystko, co wetrzemy, po półgodzinie jest już w krwiobiegu. Ważne, żeby przy tym masować dłuższą chwilę, masaż uaktywnia, otwiera naczynia włosowate. To działanie i profilaktyczne, i lecznicze – już przy infekcji. W okresie obniżonej odporności można robić to codziennie wieczorem albo i rano, i wieczorem. Każdy dobry dotyk jest dla człowieka zbawczy – zwłaszcza gdy ktoś bliski poświęci chwilę i rozmasuje nam stopy.

Nie mamy badań potwierdzających działanie olejków na wirus SARS-CoV-2. – Ale wiem co nieco z praktyki – dodaje Edyta Tecław. – Ja sama miałam kilka razy bezpośrednią styczność z chorymi na COVID-19. Mój mąż był chory – a ja się nie zaraziłam. Rodzina żartuje, że to dlatego, że w mojej krwi płyną już głównie olejki eteryczne. W czasie choroby męża dodatkowo używaliśmy więcej olejku złodziejskiego, ja i dzieci. A i męża leczyłam olejkami – lekko przeszedł chorobę. Dlatego warto nasycić dom substancjami lotnymi. Poza dyfuzorem są inne metody. Można delikatnie skropić olejkiem poduszkę czy piżamę. Także sweter, poduszki na kanapie, ręczniki. Dodać kilka kropel olejku do płynu do płukania, blaty w kuchni przecierać ściereczką skropioną olejkiem. Spryskiwać zrobioną przez siebie mieszanką (alkohol, woda, olejek) wierzchnie ubrania. I nie musi to być koniecznie olejek złodziejski. Poza tymi, które wchodzą w skład mieszanki, mamy jeszcze inne o działaniu antywirusowym: drzewo herbaciane, trawę cytrynową, imbir, melisę lekarską, lawendę, ylang-ylang, olejek sosnowy, cedrowy. Warto dopasować zapach do naszych gustów. Najczęściej popełnianym błędem jest stosowanie kominków zapachowych. Podgrzewamy wodę z olejkami świeczką tak, że niemal się gotuje – a olejki nie lubią podgrzewania. Zapach – choć słabszy – będzie nawet wyczuwalny, ale zmienia się budowa strukturalna olejków, a tym samym skuteczność ich działania. – To tak jak z gotowaniem warzyw – mówi Edyta Tecław. – Gotujesz godzinę, smak może jakiś wyczujesz, ale długa obróbka termiczna powoduje dużą utratę witamin, a przecież zależy nam na wartościach odżywczych. Najlepsza w pomieszczeniach jest dyfuzja zimna, czyli zastosowanie urządzenia ultradźwiękowego, które bez podgrzewania rozbija cząsteczki olejku eterycznego na jeszcze mniejsze, takie, które długo unoszą się w powietrzu.

Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock) Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)

Zadbajmy o emocje

Poza eliminacją wirusów warto odporność wspierać innymi sposobami. Przede wszystkim dbać o odpowiednie odżywianie, bo to ono buduje siłę immunologiczną naszego organizmu. Unikać cukru, jeść za to dużo, jak najwięcej (tu przesadzić się nie da) warzyw, kasz, przypraw takich jak imbir czy kurkuma. – Niezwykle ważne jest to, żeby budowanie odporności było wielopoziomowe – uważa Dariusz Cwajda. – Aromaterapia to tylko jeden z elementów. Podstawą zawsze jest dieta, a dalej – styl życia. To, jak wygląda nasz dzień. Co z aktywnością fizyczną, co z ruchem, zwłaszcza ruchem na świeżym powietrzu. Wreszcie – co ze snem. I tu też może wkroczyć aromaterapia. Dysponuje całą gamą olejków, które pomogą nam zasnąć i sprawią, że sen będzie długi i zdrowy – a tylko taki buduje odporność organizmu. Jakie olejki pomogą nam zasnąć? – 99 proc. ludzi powie, że królową olejków nasennych jest lawenda – mówi Dariusz Cwajda. – I to prawda. Ale jednocześnie wiele osób zapachu lawendy nie lubi. Kojarzy im się z babciną szafą albo saszetkami na mole. U nich ten olejek nie będzie mieć mocnego działania terapeutycznego. Ale mogą wypróbować inne. Jeśli ktoś lubi zapachy słodkawe, może być geranium różane (pelargonium), jeśli woli cytrusy – jest mandarynka. Mało kto wie, że mandarynka, która nam kojarzy się z owocem ożywczym, ma cudowne działanie nasenne. We Francji nazywana jest olejkiem dziecięcym – mamy dawały kropelkę na poduszkę czy piżamę dziecka – jeśli jeszcze połączyć to z lawendą, dzieciaki spały po 13 godzin. Dla bardziej zaawansowanych jest cudowna wetiweria, wspaniała też dla skóry. Ma działanie uspokajające, rozluźniające, stosuje się ją u dzieci nadpobudliwych, z zaburzeniami nerwowymi. A kobiety często wybierają ylang-ylang, wystarczy kropla, bo to olejek, który przyćmi wszystkie inne. Stosowany też w perfumiarstwie – jest składnikiem słynnego zapachu Chanel Nº 5. A ma właściwości relaksacyjne, spowalnia puls, akcję serca, przez to uspokaja. O tym, jak ważna jest wewnętrzna równowaga, mówi też Edyta Tecław. – Lęk, napięcie, stres osłabiają organizm. Każdy musi znaleźć własną drogę, by ze stresem walczyć, ale olejki mogą nas wesprzeć. Choćby ten z pomarańczy – naturalny antydepresant. Mnie aromaterapia pomogła parę lat temu, kiedy miałam trudny zdrowotnie czas, przejść przez szpital, operację, stres. A Szymon Kaźmierczak uzupełnia: – Rezultatem stresu jest spadek odporności, walcząc więc ze stresem przez tworzenie przyjemnej atmosfery w domu czy miejscu pracy, w naturalny sposób tę odporność sobie podnosimy. W USA w wielu szpitalach przed operacjami stosuje się olejek lawendowy obniżający napięcie, łagodzący stany lękowe. Wiadomo, że całkiem stresu nie usunie, ale pomaga. Często podczas sesji w gabinetach psychoterapeutycznych korzysta się z aromaterapii. Zapachy budują dobry nastrój. A kiedy nasza psychika ma się dobrze, to i ciało będzie automatycznie w lepszej formie. – Ludzie mówią: olejki niszczą wirusy. Tak, to prawda, ale moim zdaniem aromaterapia ma do zaoferowania znacznie więcej. Dzięki niej jesteśmy i pogodniejsi, i silniejsi – uzupełnia Dariusz Cwajda.

Nie tylko koronawirus

Olejki eteryczne mogą nas wspierać przy rozmaitych dolegliwościach. Czy zawsze pomogą? Na pewno nie zawsze i nie każdemu, ale warto, zanim weźmiemy choćby tabletkę od bólu głowy, wypróbować inne metody. Naturalne. – Po takie środki sięgaliśmy przecież od wieków – mówi Edyta Tecław. – Ja dopiero studiując naturoterapię, przypomniałam sobie, że właściwości roślin wykorzystywała moja babcia. Kiedy bolał mnie brzuch, dostawałam krople miętowe. Kiedy bolało ucho czy gardło, był aloes albo geranium. Oczywiście medycyna się rozwinęła, powstał wielki przemysł farmaceutyczny – i dobrze, bo są choroby, które tego wymagają, ale jest i druga strona medalu – nadużywanie chemii w codziennym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że na najmniejszy ból czy problem jest tabletka. Ja tabletek od bólu głowy nie używam w ogóle. Wiem, który olejek pomaga przy problemach z bólem głowy, który przy problemach z gardłem. Zresztą kiedy czytam na ulotkach składy leków, widzę, że często występują tam te same związki chemiczne, które znajdują się naturalnie w roślinach, ale niestety syntetyczne. Co aromaterapeuci polecają na ból? – Niesamowite działanie przeciwbólowe ma olejek z lawendy. Zawsze mam ten olejek w domu – mówi Edyta – Jest też genialny na oparzenia, to jeden z niewielu olejków, który można stosować bez rozcieńczania olejem bazowym. Oparzenia zdarzają mi się niestety często, smaruję olejkiem, co szybko likwiduje ból i przyspiesza regenerację skóry, nie ma też potem problemu przebarwień czy blizn. A Szymon Kaźmierczak dodaje: – Podobno właśnie od lawendy zaczęła się współczesna aromaterapia. Legenda głosi, że francuski chemik René-Maurice Gattefossé poparzył sobie rękę w laboratorium i odruchowo zanurzył ją w olejku lawendowym, który stał obok. Po dwóch czy trzech dniach zauważył, że rana goiła się szybciej i ładnie zabliźniała. Zaczął więc przyglądać się działaniu innych olejków eterycznych. To był właściwie powrót do zapomnianej wiedzy – bo właściwości olejków znali starożytni. I Rzymianie, i wcześniej Egipcjanie. Olejki, których używali między innymi w procesie mumifikacji, niszczyły drobnoustroje, umożliwiały zachowanie ciała. Skutecznie – mumie przetrwały tysiąclecia. Geranium to, jak mówi Edyta Tecław, olejek kobiecy. – Pomaga przy bólach menstruacyjnych, kiedy posmaruje się nim dół brzucha, będzie działać rozkurczowo. Reguluje też gospodarkę hormonalną kobiet. Znakomicie wspiera przejście przez menopauzę, kiedy wiele kobiet zmaga się z uderzeniami gorąca i złym nastrojem. Ale warto samemu wypróbować. – Bo bywa różnie – dodaje. – Mnie na ból głowy pomaga mięta, inni wolą lawendę, jeszcze inni geranium albo kadzidłowiec, który poprawia ukrwienie mózgu. Moją mamę po udarze wspieram kadzidłowcem, który ma właściwości regeneracji połączeń w mózgu. W USA jest on używany pomocniczo przy terapii choroby Azheimera. Mięta pomaga na żołądek, ale wielu osobom przynosi także ulgę przy bólach głowy. Przeciwbólowy jest goździk – właśnie olejku goździkowego używali stomatolodzy, zanim wprowadzono mocniejsze chemiczne środki. Działa też przy bólach reumatoidalnych i bólach stawów. – Moim ulubionym jest olejek z czarnego pieprzu – przynosi też ulgę przy bólach mięśni i stawów. Jest to ulubiony olejek sportowców, którzy przygotowują się do zawodów. Profilaktycznie stosowany, odpowiednio rozgrzewa mięśnie przed wysiłkiem, aby nie dopuszczać do powstawania zakwasów – mówi Edyta. A na przeziębienie, zamiast aspiryny, olejki z brzozy i wierzby, które mają w składzie naturalnie występujące salicylany. Albo… poziomka. – Kwas acetylosalicylowy, czyli aspiryna, nie powinien być podawany dzieciom, bowiem istnieje ryzyko wystąpienia bardzo groźnego dla nich zespołu Reye’a. To rzadka, ale ciężka i potencjalnie śmiertelna choroba prowadząca do niewydolności wątroby oraz obrzęków i uszkodzeń mózgu. Tymczasem napar z liści poziomki przynosi efekty zbliżone do aspiryny, a nie powoduje tak dramatycznych skutków ubocznych.

Są też olejki szczególnie ważne dla kobiet, pomagające regulować układ hormonalny – geranium, szałwia muszkatołowa, paczula. Najlepsze jest wdychanie. Ale olejki możemy też wcierać. Stopy, nadgarstki, skóra za uszami – to miejsca wrażliwe. Trzeba pamiętać, że nie nakładamy ich bezpośrednio na skórę. Najlepiej użyć najpierw oleju bazowego, może to być oliwa. – To nie są żadne cuda – mówi Szymon Kaźmierczak. – Substancje z olejków w 28 sekund dostają się do krwiobiegu, na tej zasadzie działają przecież plastry z morfiną czy hormonalne. Polecam spróbować: jeśli maścią z miętą – taką prawdziwą – wysmarujecie stopy, po jakimś czasie poczujecie w ustach posmak mięty. No i ważna jest dawka. – Kiedyś zrobiłem sobie płyn do płukania ust z oregano – mówi Szymon – czyli wziąłem kilka kropel i… myślałem, że mi wszystko w ustach wypali żywym ogniem. Dlatego trzeba uważać. Olejki są silnie skoncentrowane, wystarczy naprawdę niewiele, żeby działały. Trzeba pamiętać, żeby używać olejków czystych, przebadanych, z dobrych źródeł. Szymon Kaźmierczak radzi: – Wybierajmy produkt, który jest opisany jako „100% olejek eteryczny”, a w składzie ma czyste olejki eteryczne, nie na przykład „kompozycję zapachową” (tu równie dobrze mogą być dodane zapachy syntetyczne). A jeśli używamy dyfuzora, wybierajmy olejki eteryczne lub mieszanki olejków eterycznych bez dodatku oleju (a może on się znaleźć nawet w produkcie opisanym jako „100% naturalny olejek”), bo olej zapcha dyfuzor. Taka mieszanka w oleju może być natomiast stosowana na ciało. Na rynku jest dużo produktów tanich – ale z chemią, sztucznie aromatyzowanych. Nie warto po nie sięgać. Bo kluczem jest jakość. 

  1. Zdrowie

Jak pachnie twój nastrój?

Zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, poprawić stan zdrowia, a także wpłynąć na nasze myśli. (Fot. iStock)
Zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, poprawić stan zdrowia, a także wpłynąć na nasze myśli. (Fot. iStock)
Każdy przedmiot, spotkanie, wydarzenie, a także emocje z nimi związane mają specyficzny aromat – jedyny, niepowtarzalny, zapisany w naszej pamięci na zawsze. Warto z tego świadomie korzystać, by zadbać o swój dobrostan.

Węch jest jedynym zmysłem, na który w żaden sposób nie możemy wpłynąć – zanim zdążymy świadomie zarejestrować woń, bodźce węchowe już wywołują chemiczną reakcję łańcuchową. Możemy zamknąć oczy, zatkać uszy, nie dotykać, przez kilka dni nie jeść, ale musimy oddychać, a z każdym wdechem cząsteczki zapachowe docierają do nabłonka węchowego, a następnie wzdłuż włókien nerwowych do okolic pnia mózgu. Każdy „łyk” zapachu to jakieś przeżycie, wspomnienie z przeszłości, doświadczenie emocji.

Jednak zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, uważność na siebie i na świat, poprawić stan zdrowia. A także wpłynąć na nasze myśli.

Julia Mafalda, założycielka Essensual Academy korzysta w dużej mierze z olejków Young Living, które od 25 lat wyznaczają standardy czystych olejków eterycznych, na Zachodzie określanych jako olejki o wartości. – Są to odpowiednio destylowane w niskiej temperaturze i pod niskim ciśnieniem czyste esencje roślin uprawianych wyłącznie organicznie, o określonym składzie fitochemicznym i działaniu fitoterapeutycznym – tłumaczy. – Wpływają bowiem bezpośrednio na poszczególne części mózgu odpowiedzialne za różne emocje, ale także na wszystkie układy organizmu. Zapach olejków, czyli ich lotne molekuły, od razu dostaje się do układu limbicznego – odpowiedzialnego za emocje i hipokampu – gdzie pamięć krótkotrwała zamienia się w długotrwałą – wyjaśnia.

Aromat i rytuał

Cała sztuka polega na tym, żeby odnaleźć „swój” zapach. Dobieranie jest zazwyczaj kilkuetapowym procesem, ale możemy też zaufać swojej intuicji. Nie zawsze warto sugerować się opisem (na co dobry ten czy inny olejek), najlepiej doświadczać zapachów sensorycznie: powąchać kilka aromatów i poczuć, który z nich najlepiej odpowiada naszemu obecnemu nastrojowi. Bez nazywania emocji, co często rodzi pokusę dzielenia ich na dobre i złe, szukania przyczyny, a nawet zaprzeczania czy wypierania uczuć. O wiele łatwiej powiedzieć, że nasz dzisiejszy nastrój pachnie np. bazylią.

Zdaniem Julii oprócz fitoterapeutycznej mocy olejków bardzo ważny jest również sam rytuał – stworzenie cichej przestrzeni dla siebie, pochylenie się nad intencjami. Kiedy skupiamy się na miejscach nakładania olejków, kierujemy tam uwagę, generując większe pole elektromagnetyczne (energię) wokół nich. Tym samym poruszamy związane z określonym narządem emocje.

  1. Psychologia

Terapia trudnej przyjaźni. Dlaczego przyjaciele coraz częściej nas zawodzą?

Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. Dlaczego tak się dzieje - próbuje ustalić psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz, komentując kłopot swojej pacjentki, Marzeny.

Przede mną siedzi młoda, elegancka kobieta i szlocha jak nastolatka. Rozczula mnie, kiedy wyciera łzy rękawem jedwabnej bluzki. Marzena poprosiła o sesję, ponieważ rozstała się z przyjaciółką. Kiedy spytałam, czego potrzebuje, odpowiedziała, że chce zrozumieć, co tak naprawdę się stało. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak to bardzo boli – wymawia na jednym wydechu. – Wyobrażam sobie – mówię. – Sama przeżyłam dwa rozstania z ważnymi dla mnie przyjaciółkami, a właściwie trzy, bo była jeszcze przyjaźń z mężczyzną. To strata wcale nie mniejsza od straty partnera miłosnego.

Marzena opowiada, że od miesiąca nie może spać, jeść, pracować. Bezustannie rozmyśla, dlaczego tak się stało i czy dałoby się cofnąć czas. Słucham jej uważnie i w pewnej chwili uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie wiem, co się stało. Strata przyjaciółki może oznaczać śmierć, wyjazd gdzieś daleko albo po prostu rozstanie, zerwanie przyjaźni. – Czy twoja przyjaciółka zmarła? – pytam, choć intuicja mi podpowiada, że nie o śmierć chodzi. – Skąd, nie – Marzenę przeraża sama myśl o tym. – Czy wasza przyjaźń umarła? – nie wiem dlaczego, ale czuję, że wątek nieodwracalności ma tu znaczenie. Marzena przez chwilę się zastanawia: – Nie, mam nadzieję, że nie. – Czyli jest jeszcze jakaś nadzieja?

Kobieta spuszcza głowę, a potem obejmuje ją dłońmi. – To ja zrezygnowałam z tej przyjaźni – szepcze. – Już dłużej nie mogłam.

Czyli to głowa Marzeny powiedziała: dość. Ciekawe, jakich jej oczekiwań nie spełniała przyjaciółka.

Krok 1. Ustalamy, dlaczego Marzena płacze

Bardzo lubię i cenię sobie te pierwsze momenty sesji, kiedy pracujemy na symbolach; pacjent coś mówi, dużo pokazuje gestem, milczy w znaczących momentach, zastyga, a potem nagle gwałtownie się ożywia…, a ja chwytam te wszystkie znaki i jeśli tylko głowa mi w tym nie przeszkadza – nie włącza się potrzeba zbyt pochopnej interpretacji, nazywania – nanizuję je na sznureczek intuicji i przyglądam się, co z tego powstaje.

– Za czym płaczesz? – pytam. Marzena w lot łapie, o co mi chodzi, podnosi głowę, uśmiecha się i zaczyna snuć swoją opowieść o tym, jak się poznały, jak szybko doszły do wniosku, że są duchowymi siostrami, jak zgadzały się we wszystkim, tylko na szczęście faceci inni im się podobali. – Choć to ostatnie do czasu – Marzena poważnieje. – Anka wspierała mnie w decyzji o rozstaniu z Kubą, właściwie sama mnie do tego zachęcała, a potem została jego najwierniejszą przyjaciółką. Wtedy powiedziałam: dość.

Zatrzymuję ją gestem dłoni: – Zanim przejdziemy dalej, zróbmy krótką przerwę. Oprzyj się wygodnie, zamknij oczy, poobserwuj przez chwilę swój oddech.

Ja robię to samo, w wyobraźni próbując przywołać obraz mojego sznureczka intuicji. Czuję, że na ten moment jest już gotowy: przyjaźnią się od czterech lat, to czas pierwszego kryzysu i spadnięcia różowych okularów, czyli pierwszych rozczarowań przyjaciółką – relacja przyjacielska ma identyczną dynamikę jak relacja miłosna. Idziemy dalej: płacze po rozstaniu, co oznacza, że przyjaciółka jest nadal dla niej ważna, choć to ona zerwała przyjaźń. Zrobiła to, kierując się głosem rozsądku, co oznacza, że Anka nie spełniła jej oczekiwań, zaprzyjaźnienie się z jej byłym chłopakiem było kroplą, która przelała czarę…, ale jest jeszcze jakaś szansa na reaktywację.

Krok 2. Przyglądamy się przekonaniom na temat przyjaźni

Wiem, że Marzena bardzo potrzebuje opowiedzieć, a właściwie wyrzucić z siebie wszystkie przewinienia przyjaciółki. To jest ta potrzeba pacjentów, której nie lubię, bo wiem, że to strata czasu i nie ma żadnego wpływu na efekt terapii, za to pacjenci głównie z jej powodu przychodzą na sesje. Sama nieraz zalewałam potokiem żali swoich terapeutów, choć od dawna wiedziałam, że to jedynie kompulsja i odwlekanie chwili, gdy wreszcie pozwolę sobie czuć. Kiedy nadchodzi ten moment, zawsze zastanawiam się, jak go poprowadzić, żebym ja była w stanie wytrzymać, a pacjent miał poczucie, że opowiedział całą historię z detalami.

Podaję Marzenie kartkę i proszę, żeby wypisała wszystkie cechy dobrej przyjaźni.

– Napisz kilka, kilkanaście zdań zaczynających się od: „Moja prawdziwa przyjaciółka powinna…” – myślę, że to pozwoli Marzenie odreagować napięcie wynikające z rozczarowania przyjaźnią.

Następnie proszę, żeby zaznaczyła te oczekiwania, które spełniała Anka. Nietrudno się domyślić, że na początku – wszystkie, a pod koniec przyjaźni – żadnej. Pytam, czy chce zagłębiać się w wady przyjaciółki, czy bardziej skoncentrować się na swoich uczuciach.

– Tych dziś czy wtedy? – pyta, a ja cieszę się, że zadała to pytanie, i proszę, żeby zaczęła od „wtedy”.

Marzena wylicza wszystkie… no właśnie, chyba bardziej przewinienia niż to, co w naprawdę czuła, bo wygląda to mniej więcej tak: „Myślę, że było mi smutno, kiedy ona kolejny raz obiecała, że gdzieś się razem wybierzemy, a potem odwoływała”, „Pamiętam, że czułam się zawiedziona, gdy zapomniała o moich urodzinach”. Wyliczanka poparta jest gestem odliczania na palcach, a każde zdanie zaczyna się od: „myślę…”, „wydaje mi się…”. Znów wygląda na to, że Marzena kontaktuje się z głową, a nie z sercem.

Przyjaciół, podobnie jak partnerów miłosnych, wybieramy na podstawie tzw. deficytów, czyli emocjonalnego głodu, którego nie zaspokoili nasi rodzice. Stąd oczekiwania, że przyjaciel nigdy nie zawiedzie, będzie rozumiał bez słów itd. Problem w tym, że przyjaciółka również jest głodna i to bardzo często tego samego co my i wtedy pojawiają się pierwsze rozczarowania.

– Co teraz czujesz, kiedy myślisz o przyjaciółce? – pytam. Widzę, że oczy Marzeny znowu się zaszkliły. – Ryczę jak po stracie kochanka, wstyd mi. – To nic wstydliwego, że kochasz przyjaciółkę – mówię. – To piękne i ważne.

Marzena kładzie skrzyżowane dłonie na sercu. – Za bardzo mnie zraniła – szepcze. – Musiałam bronić siebie. Długo dawałam jej szansę.

Krok 3. Obalamy najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni

Marzena nie tyle chce zrozumieć, co się stało, ile dlaczego jej przyjaciółka tak się zmieniła. – Od jakiegoś roku zaczęła być taka… nierówna; przez tydzień dzwoniła do mnie codziennie, pytała, co w pracy, jak się czuję, czy Kuba znowu nie wywinął mi jakiegoś numeru, a potem przez kolejny tydzień nie odbierała ode mnie telefonów. Kiedy ją w końcu dopadałam, była zła, mówiła, że nie ma czasu, że dużo pracuje, a ja przypadkiem dowiadywałam się, że w ostatni piątek nieźle balowała w klubie. Dowiedziałam się, że plotkuje na mój temat, cieszy się, że nie dostałam tego awansu, który szef obiecywał mi od roku.

Klasyczny przypadek nierównej albo ambiwalentnej przyjaciółki. To drugie to oczywiście określenie amerykańskich psychologów – ich zdaniem mamy wokół siebie coraz więcej ambiwalentnych przyjaciół, czyli takich, co to ranią nas bardziej niż najgorsi wrogowie: zawodzą, umawiają się i odwołują, zgadzają się pomóc nam przy projekcie, a potem wybierają korzystniejszą dla siebie ofertę… Powoli przestajemy móc na nich polegać, przyjaźń z nimi staje się coraz bardziej stresująca, a jednak trudno jest nam z niej zrezygnować.

Broniąc samych siebie, staramy się być asertywni, ale nasza asertywność szybko zamienia się w agresję, a potem w poczucie winy – w efekcie gubimy się w tym wszystkim, zastanawiając się, kto jest bardziej toksyczny: ja czy ona?

– Jak się teraz czujesz? – pytam. – Ciągle zastanawiam się, dlaczego tak bardzo się zmieniła? – Myślę, że ona zastanawia się nad tym samym – mówię. – Jestem pewna, że rozczarowanie jest obopólne.

Marzena sprawia wrażenie jakby mnie nie słyszała. – Z jednej strony czuję ulgę, że to wszystko się już skończyło – mówi wreszcie. – Ile razy można przeżywać rozczarowanie. Z drugiej strony tęsknię za nią, ciągle myślę, żeby do niej zadzwonić. – Co byś jej chciała powiedzieć? – Zapytać, co się stało. – A co ty sądzisz? – Ona chyba mnie już nie potrzebuje. – A co czujesz? – Czuję, że Anka nadal jest dla mnie ważna. – Możesz jej to powiedzieć? – No co ty? A jeśli mnie wyśmieje? Albo powie, że jej już nie zależy? – No właśnie, to co wtedy? – Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.

I w tym momencie mogłybyśmy zakończyć sesję. Marzena przyszła do mnie w rozpaczy po zerwaniu przyjaźni. To trudne, bolesne, rozczarowujące – nic dziwnego, że cierpi. W trakcie sesji uświadomiła sobie, że przyjaciółka jest dla niej nadal ważna, a czuje, że ona dla niej nie – to dodatkowe źródło cierpienia. Chciała zrozumieć, co tak naprawdę się stało – właściwie to oczywiste: po czterech latach przyjaźni przyjaciółka przestała spełniać jej oczekiwania, więc zakończyła relację. Dlaczego przestała, a właściwie dlaczego, zdaniem Marzeny, tak się zmieniła? – tego bez samej zainteresowanej nigdy się nie dowiemy. Zwłaszcza że Marzena rozczarowywała się Anką w milczeniu.

To jest właśnie najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni – przekonanie, że prawdziwa przyjaciółka nigdy nas nie zrani, nie zawiedzie, nie skrytykuje, a kiedy to jednak zrobi – sama się przywoła do porządku, bo powiedzenie jej o tym, co nas rani, przekreśla przyjaźń.

Krok 4. Marzena dostaje pracę domową

Zdałam sobie sprawę, że ta ambiwalencja dotyczy przede wszystkim nas samych, albo nas i naszych przyjaciół w jednakowym stopniu. Pomyślałam, że bardzo chcę, żeby Marzena na zakończenie sesji też to poczuła. – Czy to, że Anka zawiodła twoje oczekiwania, a mimo to nadal jest dla ciebie ważna i nadal jest w twoim sercu (zależało mi, by naprowadzić ją na trop serca ) – jest dla ciebie trudne? – No właśnie tego nie rozumiem. – Wiesz, te wszystkie powinności, które naszym zdaniem ludzie mają wobec nas, zwłaszcza ci ważni, to przekonania idące z głowy. – Nie bardzo rozumiem. – Chociażby to, że przyjaciółka zawsze musi stać przy nas murem albo że nie ma prawa zawieść. – To od czego w takim razie jest przyjaźń? – A może od tego, żebyśmy mieli w sercach wiele osób, które kochamy i które są dla nas ważne?

Marzena przez chwilę się zastanawia: – Rozumiem, ale ja też chciałabym być kochana i ważna. – I na pewno jesteś dla przyjaciół, dla Anki również. – To dlaczego mi tego nie okazuje? – Nie wiem, nigdy jej o to nie zapytałaś – mówię. – Wiesz, największa trudność polega na tym, że przyjaciół wybieramy z serca, a oczekiwania stawiamy im z głowy. Dopóki w sobie nie zintegrujemy głowy i serca, relacje z innymi ludźmi nie przestaną nas ranić.

Po tym zdaniu ogłaszam koniec sesji. Proszę, by Marzena została z tymi słowami i odezwała się do mnie, kiedy poczuje je sercem i zrozumie głową. Jeszcze tego nie zrobiła, ale jestem spokojna, że poczuła i zrozumiała tyle, ile była gotowa w danej chwili.

Autoterapia trudnej przyjaźni

  • Jeśli czujesz się rozczarowana przyjaciółką, przeanalizuj wszystkie swoje przekonania na temat przyjaźni (nie przyjaciółki). Potem zastanów się, ile z tych przekonań/oczekiwań sama spełniasz.
  • Jeśli nie zrobiłyście tego na początku, a teraz czujesz, że przyjaźń bardziej cię rani niż wspiera, wspólnie z przyjaciółką ustalcie, co jest dla was najważniejsze w tej relacji. Powiedz otwarcie i odważnie o swoich oczekiwaniach, ale zaakceptuj fakt, że przyjaciółka może nie chcieć/nie móc ich spełnić.
  • Kiedy czujesz, że wasza przyjaźń przechodzi kryzys – stań z boku i z dystansu spróbuj się zorientować, co się między wami dzieje. Oddziel uczucia od faktów.
  • W sytuacjach spornych, kiedy rozmawiacie o tym, co każdą z was rani, mów o uczuciach, a potem o zachowaniach, np.: „Kocham cię, bardzo wiele dla mnie znaczysz, ale kiedy kolejny raz obiecujesz, że zadzwonisz a nie dzwonisz, czuję się dla ciebie nieważna”.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.