1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Chirurgiczne leczenie endometriozy szansą na płodność

Chirurgiczne leczenie endometriozy szansą na płodność

 (Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. Przynosi ból kobietom, które na nią cierpią, i jest wielkim problemem dla par starających się o dziecko. Na szczęcie endometriozę można leczyć. I to skutecznie.

Czym jest endometrioza?

Endometrioza to nieprawidłowe umiejscowienie komórek endometrium, czyli błony śluzowej macicy. Powinna być w jamie macicy, a w przypadkach endometriozy znajduje się w innych miejscach ciała, czyli poza jamą macicy. Najczęstszym miejscem występowania jest otrzewna miednicy mniejszej i narządy w niej występujące takie jak: jajniki, jajowody, jelito, moczowody, pęcherz moczowy. Zdecydowanie rzadziej spotykana jest poza miednicą na przykład w płucach, na siatkówce oka lub w mózgu. Do chwili obecnej naukowcy nie przedstawili żadnej jednoznacznie potwierdzonej teorii powstawania endometriozy. Według jednej z najpopularniejszych teorii, komórki endometrium przemieszczają się z krwią miesiączkową przez jajowody do jamy otrzewnej i w cyklu miesiączkowym, pod wpływem hormonów ulegają takim samym przemianom, jak komórki endometrium występujące w jamie macicy. Powstawanie tego schorzenia jest skomplikowane i wieloczynnikowe.

Jak ta choroba się objawia?

Najczęstszym objawem, niezależnie od tego, gdzie jest umiejscowiona, jest ból. W ognisku endometriozy dochodzi do powstania krwi miesiączkowej, która najczęściej nie ma jak się wydostać z organizmu (normalnie wylewa się przez szyjkę macicy i pochwę na zewnątrz ciała). Ale gdy ogniska endometriozy są zamknięte, np. w płucach, jajnikach, wątrobie, mózgu itp. – krew nie ma gdzie się wydostać. Dochodzi do miejscowych odczynów zapalnych i bólu głowy, brzucha, podbrzusza czy nawet płuc. Częstymi objawami endometriozy są też bolesne okresy i obfite krwawienia trwające dłużej niż 5-7 dni. Silne skurcze brzucha, które nie ustępują nawet po zażyciu leków przeciwbólowych, oraz krwawienia tak obfite, że podpaski trzeba zmieniać co godzinę lub dwie, i to niemal przez cały okres.

Endometrioza może powodować też bolesność podczas stosunku. Pojawiają się też bolesne oddawanie stolca, moczu, bóle pleców w okolicy krzyżowej. Dolegliwości jest bardzo dużo.

Im wcześniej kobieta się dowie, że ma endometriozę, wdrożenie leczenie i jest szansa, że nie dojdzie do rozszerzenia się choroby.

Jak się diagnozuje endometriozę?

Do gabinetu lekarskiego najczęściej sprowadza kobiety ból. Diagnostykę zaczyna się od dokładnego wywiadu, podczas którego można dostrzec charakterystyczne objawy związane z endometriozą: przedłużające się i obfite miesiączki, wzdęcia, biegunki, niespecyficzne bóle brzucha. Następnie wykonuje się badania kliniczne i dalszą diagnostykę obrazową. Najczęstszą postacią endometriozy są torbiele jajnika tzw. czekoladowe. Na otrzewnej z kolei widać sinofioletowe guzki. Endometrioza może utrudniać zajście w ciążę, bo jej konsekwencją są m.in. zrosty, które mogą powodować np. niedrożność jajowodów. Wybierając ścieżkę leczenia pacjentki, należy brać pod uwagę szereg różnych aspektów, począwszy od zaawansowania choroby, przez plany związane z macierzyństwem, po jej nastawienie do wybranej metody. Nie każda kobieta akceptuje interwencję chirurgiczną. W wielu przypadkach kluczowe okazuje się leczenie dietetyczne, fizjoterapia i pomoc psychologa” – komentuje dr Joanna Jacko, ginekolog ze Szpitala Medicover.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Kiedy operacja?

Celem leczenia operacyjnego endometriozy jest uwolnienie zrostów, przywrócenie warunków anatomicznych, wycięcie guzów endometrialnych, poprawa płodności i przede wszystkim zniesienie dolegliwości bólowych. Dlatego też ta metoda leczenia powinna dotyczyć przede wszystkim kobiet z dolegliwościami bólowymi, u których inne metody leczenia nie przynoszą poprawy. Również pacjentki z niepłodnością po przeprowadzeniu dokładnej diagnostyki, wykluczającej inne przyczyny niemożności zajścia w ciążę powinny rozważyć leczenie operacyjne. „Zawsze wskazaniem do operacji są duże guzy endometrialne naciekające jelito, drogi moczowe i pęcherz moczowy, a także przegrodę odbytniczo-pochwową” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dlaczego laparoskopia?

W przypadku leczenia operacyjnego, metodą z wyboru jest laparoskopia. Jest to metoda bardzo precyzyjna, pozwalająca na dokładne zlokalizowanie i usunięcie najdrobniejszych zmian z możliwością zaoszczędzenia unerwienia. „W trakcie operacji oglądamy całą jamę brzuszną i miednicę mniejszą. Za pomocą kamery, na zbliżeniu, widzimy zmiany chorobowe umiejscowione w najtrudniej dostępnych miejscach. Im lepsza technologia optyczna, możliwość obrazowania 3D i zastosowanie rozdzielczości 4K, tym większe szanse na optymalne zoperowanie chorej. W Szpitalu Medicover korzystamy z nowoczesnych narzędzi chirurgicznych jak np. Bisect lub igła monopolarna. Część zmian jest usuwana za pomocą plazmy argonowej, ponieważ w przypadku pacjentek z niepłodnością pozwala to na oszczędzenie rezerwy jajnikowej” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej. Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej.

Rekonwalescencja po operacji 

Powrót do pełni sił zależy w dużym stopniu od zakresu operacji, jak i stanu ogólnego pacjentki. Pacjentki po operacji wypisywane są do domu po 2-6 dniach.

Niestety endometrioza jest chorobą nieprzewidywalną. Zdarza się, że mimo prawidłowo wykonanej operacji dolegliwości po kilku latach wracają, jednak dokładne wykonanie pierwszej operacji znacząco obniża ryzyko nawrotu. Dużo zależy od wdrożenia prawidłowego postępowania pooperacyjnego nacelowanego na „wyciszenie” choroby. Myśleć tu należy przede wszystkim o leczeniu farmakologicznym, dietetycznym i fizjoterapii.

Szpital Medicover, Warszawa,  Aleja Rzeczypospolitej 5 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Zdrowie

Endometrioza: wędrujące komórki, które zmienią życie kobiet w koszmar

Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Marzec to miesiąc świadomości endometriozy - choroby, o której wciąż mówi się za mało.  A to piekielna choroba – mówią lekarze. I tajemnicza. Znamy ją od ponad 200 lat, a wciąż nie wiemy o niej wszystkiego. Ale jedno jest pewne: endometrioza potrafi życie kobiety zamienić w koszmar. Dlatego trzeba zacząć ją leczyć jak najwcześniej. 

Początek na ogół jest podobny: ból. Podczas miesiączki. Lekarz mówi: „Dziewczyno, boli, bo musi. Każdą kobietę boli”. Albo: „Taka pani uroda”. Albo: „Urodzi pani dziecko, to przejdzie”. Ale boli dalej. Zaczynają się pielgrzymki do specjalistów. Pacjentka odsyłana jest od ginekologa do gastrologa. Potem do urologa. Na badania – kolonoskopię, testy pod kątem zespołu jelita drażliwego, choroby Crohna – które niczego nie wykazują. I cierpi. Myśli o ciąży – ale jakoś się nie udaje. Czas płynie. A choroba, niezdiagnozowana, rozwija się. Czasem latami.

Ta choroba to endometrioza. Czym ona właściwie jest? Endometrium to błona śluzowa macicy. I tam jest jej miejsce. Jeśli znajduje się tkankę endometrialną poza macicą – mamy do czynienia z chorobą. Tkanka endometrialna może wszcze- pić się w narządy w obrębie miednicy i tam namnażać. Powstają guzy endometrialne jajników. Z nimi lekarze mają do czynienia najczęściej. Ale tkankę endometrium czasem znajdują na przykład w płucach. Dlaczego tak się dzieje? „No właśnie do końca nie wiemy – mówi dr n. med. Mikołaj Karmowski z wrocławskiej kliniki Medicus Clinic. – Jest teoria transplantacji i implantacji – miesiączkowanie wsteczne. U każdej kobiety, która menstruuje, trochę krwi przedostaje się do jamy macicy. I nic się nie dzieje. Jednak u niektórych kobiet drobne fragmenty endometrium ulegają wszczepieniu w innych miejscach i zaczynają tam podlegać cyklom takim jak endometrium w jamie macicy. Namnażają się, powstają guzy endometrialne”.

Ale jak wytłumaczyć obecność tkanki endometrialnej w wątrobie czy mózgu? Kolejna teoria – indukcji – mówi, że komórki w krwi i limfie mogą się przekształcić w komórki endometrialne i krążyć po organizmie, docierając do odległych struktur. Jest i teoria trzecia, metaplazji: że komórki otrzewnej potrafią się przekształcać w komórki endometrium, które podlegają cyklom i namnażają się, tworząc guzy. A wtórnie powstają zrosty, dochodzi do niszczenia organów, do niepłodności. Żadna z teorii nie tłumaczy jednak, dlaczego tak się dzieje. Badacze przez lata doszli do wniosku, że ważny jest czynnik genetyczny. „Operowałem wiele sióstr – mówi dr Karmowski. – Starsza, chora, przyprowadzała młodszą i u niej znajdowałem lokalizację choroby – w stadium mniej zaawanasowanym – w tych samych miejscach”. Kolejny czynnik, jak tłumaczy dr Karmowski, jest immunologiczny. Endometrioza współistnieje z takimi schorzeniami jak na przykład hashimoto. Żadna z tych teorii nie tłumaczy wszystkiego. „Wciąż brakuje ostatniego puzzla – odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Kiedy ten element układanki wskoczy na swoje miejsce, będziemy mogli leczyć skuteczniej”, wyjaśnia specjalista.

Najczęściej kojarzy się endometriozę z guzami jajników. A to tylko jedna z jej form. Inne to endometrioza otrzewnowa, endometrioza głęboko naciekająca i endometrioza śród­mięśniowa w macicy, czyli adenomioza. Jeśli endometrioza nacieka, szerzy się jak nowotwór. Jest łagodna histopatologicznie, ale klinicznie złośliwa – niszczy narządy wewnętrzne przez naciekanie. Pęcherz moczowy, macicę, miednicę, żołądek, wątrobę. Obumierają nerki, jelita. Destrukcja jak przy raku.

Diagnoza to klucz

Niezwykle ważne jest wczesne rozpoznanie. Choroba rozwijająca się po cichu latami powoduje spustoszenie. Czasem zrastanie się wszystkich narządów w jamie brzusznej – mamy obraz frozen pelvis, czyli w potocznym medycznym języku zamurowanej miednicy. „Jakby to najlepiej wytłumaczyć? – zastanawia się dr n. med. Paweł Siekierski ze szpitala Medicover. – Może takie porównanie: nalewam  do pani torebki kleju, czekamy chwilę i proszę, żeby wyjęła z niej pani dowód osobisty. Jakie są szanse, że to się uda? Trzeba by torebkę rozpruć, a i tak wątpliwe, czy udałoby się wyjąć ten dowód w całości. I tak to wygląda u kobiet z zaawansowaną endometriozą. A z taką właśnie mamy najczęściej do czynienia”.

Kluczem jest więc wczesna diagnoza. „A ta, paradoksalnie – twierdzi dr Siekierski – wcale nie jest trudna. Przede wszystkim trzeba ustalić, czy ból miesiączkowy jest bólem pierwotnym, czy wtórnym. Jeśli pierwotnym (tak zwane pierwotne bolesne miesiączkowanie) to faktycznie taka uroda. A jeśli wtórnym – to teraz musimy stwierdzić, z czego on wynika. Przy czym statystyka mówi, że główna przyczyna bólów wtórnych to właśnie endometrioza”.

„Często do rozpoznania – tłumaczy dr Siekierski – wystarczy badanie kliniczne. Dobrze przeprowadzone badanie na fotelu ginekologicznym. I szczegółowy wywiad. Ból może występować nie tylko w czasie menstruacji. Czasem pobolewa przez cały cykl, ból bywa niecharakterystyczny, trudny do nazwania, coś uciska, coś przeszkadza, cały czas czuje się dyskomfort. Może promieniować do krzyża, do kończyny, do boku miednicy. Bywa, że współistnieją z nim inne dolegliwości, jak dysuria, czyli objawy przypominające te przy zakażeniu dróg moczowych. Ból przy oddawaniu moczu, czasem, choć rzadko, krwiomocz. Może być dyschezja, czyli kłopot z oddawaniem stolca. Kolejny objaw to dyspareunia, czyli ból przy stosunku. Kobiety uciekają od seksu”.

Diagnozę dopełnia specjalistyczne USG z kontrastem – pokazuje ono wtedy granice między narządem rodnym, układem pokarmowym a moczowym i ogniska endometriozy głęboko naciekającej.

Leczenie Interdyscyplinarne

Niestety, diagnoza zazwyczaj stawiana jest późno. Dr Karmowski: „Średnio po dziesięciu latach od wystąpienia pierwszych objawów. A czasem jest to 15 czy 20 lat. Proszę więc sobie wyobrazić, co się przez ten czas w organizmie dokonało. Do mnie trafiają pacjentki po kilkunastu operacjach. Otwierany brzuch, pogrzebane, zamykane. Nawet czasem trudno powiedzieć, że to w ogóle były operacje. Bo leczenie operacyjne endometriozy to nie powinno być jedynie usuwanie zrostów – a tak się na ogół dzieje. Trzeba zrobić pełne wycięcie makroskopowe. Laparoskopowo, nie otwierając brzucha. Jeśli pacjentka słyszy: otworzymy brzuch, będziemy lepiej widzieć, powinna natychmiast uciekać gdzie pieprz rośnie. To tak, jakbyśmy chcieli gołym okiem zobaczyć pantofelka. Uda się? Nigdy! Oko lekarza musi być uzbrojone w laparoskop. I to nie byle jaki. Trójwymiarowy, o rozdzielczości 4K. Wtedy uda się zrobić operację na przykład z zaoszczędzeniem nerwów, co pozwoli kobiecie odczuwać satysfakcję seksualną. Ale też prawidłowo oddawać stolec i mocz”.

Dr Karmowski podkreśla, że operacja musi być interdyscyplinarna. „Chirurdzy chcą dobrze, ale nie do końca rozumieją tę chorobę. Ja specjalistów na sali operacyjnej porównuję do orkiestry. Skrzypkiem jest chirurg, wiolonczelistą urolog – ale to ginekolog jest dyrygentem, on prowadzi orkiestrę. Bo operacje endometriozy to największe wyzwanie dla chirurga. Cały czas się doskonalimy, mamy coraz lepszą technologię, lepszy sprzęt operacyjny, ale jeszcze musimy mieć specjalistów, którzy wiedzą, jak tego instrumentarium użyć. A w Polsce nie mamy wielu lekarzy, którzy takie zabiegi potrafią przeprowadzić. Nie potrafią, bo nie mają jak się nauczyć. NFZ za operację endometriozy zwraca 2390 zł. Tymczasem koszt samego sprzętu, którego używam podczas operacji, to 10 tys. zł. A gdzie hospitalizacja, wynagrodzenia?”.

Dr Siekierski uzupełnia: „Robimy operację, bywa, że powikłaną, szpital ponosi straty, zbiera się zarząd, mówi: »Zaraz, nie musicie tego operować, bo to nie jest zabieg ratujący życie«. Rezygnujemy więc z takich operacji i koło się zamyka. Zespoły nie operują, bo nie umieją, a nie umieją, bo nie miały jak się nauczyć, przecież przestrzegano je przed takimi procedurami...”.

Dalsze kroki to dobrana do wieku terapia hormonalna celowana. Do tego warto dołączyć immunologiczną terapię żywieniową, czyli dietę przeciwzapalną. I to leczenie ma sens.

Problem narasta

O endometriozie zaczyna się mówić. Coraz więcej kobiet wychodzi od lekarza z takim rozpoznaniem. Czy częściej chorujemy, czy po prostu lepiej jesteśmy diagnozowane? „30, 40 lat temu na dużym oddziale ginekologicznym w warszawskim szpitalu operowaliśmy kilka przypadków rocznie – i były to głównie guzy na jajnikach. Dziś mam kilka pacjentek tygodniowo – mówi dr Siekierski. – Wydaje mi się, że to częściowo kwestia diagnostyki. Wyczulenia na tę chorobę. Więcej o niej wiemy, lepiej umiemy jej szukać. Inna sprawa, że jest jeszcze czynnik związany ze zmianami socjologicznymi. Kiedyś kobiety rodziły dzieci dużo wcześniej, koło 20. roku życia. To co prawda nie sprawiało, że endometrioza się u nich nie rozwinęła, ale jej przebieg nie był tak ostry. No i miały dzieci. Bo dodatkowym dramatem przy endometriozie jest niepłodność. Dziś o ciąży kobiety zaczynają myśleć po trzydziestce. Jeśli choroba zdążyła się przez ten czas rozwinąć, jest trudno…”.

Statystyki mówią, że choruje przynajmniej 10–15 proc. kobiet w wieku rozrodczym. Czyli w Polsce – ponad milion. Ale dr Karmowski uważa, że te liczby są zaniżone. Jego zdaniem endometrioza dotyka co piątą z nas.

„Profil endometriozy: młoda, szczupła, zgrabna kobieta, ambitna zawodowo i życiowo, o świetnym intelekcie. Faceci oglądają się za nią na ulicy, a ona cierpi – mówi dr Siekierski. – Ale ponieważ jest ambitna, zaciska zęby. OK, boli, ale moje koleżanki też boli, mam dużo do zrobienia, nie wierzę w żadną chorobę, nie mam czasu, idę do przodu”. Jeśli w dodatku słyszy, że konieczna będzie operacja i, być może, czasowo stomia, mówi: „Wykluczone!”. A choroba się rozwija.

Dr Karmowski podkreśla, że specjalista od endometriozy musi też być psychologiem. Trafiają do niego pacjentki wymęczone latami bólu, zabiegami, które niczego nie dały. Straciły partnera, chęć do życia, mają depresję. Trzeba dać im wsparcie. Przekonać, że warto znowu podjąć leczenie. Bo da się zrobić tak, że będzie mogła normalnie żyć. Choć – w każdym razie dziś – choroby do końca wyleczyć się nie da.

Gdzie się leczyć?

Gdy w dowolnym ośrodku NFZ zadamy pytanie, gdzie chora ma szukać pomocy, usłyszymy, że endometriozą zajmuje się każdy ginekolog. Ale to nieprawda. Dr Karmowski i dr Siekierski są zgodni: powinny powstać specjalistyczne ośrodki referencyjne. Dr Siekierski mówi, że dziś z endometriozą jest jak z ortopedią i stomatologią: jeśli chcesz być leczona dobrze i szybko, musisz rozważyć terapię w specjalistycznych ośrodkach prywatnych, często pozbawionych kontraktu z NFZ. Na razie nie ma innego wyjścia.

Jedno jest pewne – jeśli coś cię niepokoi, nie daj się zbyć. Proś o badania. Przy jakichkolwiek podejrzeniach szukaj specjalisty zajmującego się tą chorobą. Bo ważny jest czas. A jeśli od lekarza usłyszysz: „Musi boleć”, wyjdź z jego gabinetu i więcej tam nie wracaj.

 

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe... Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty? Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło? Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem... Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat. No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw. Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”. Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie? Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem? Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak! Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze… A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem? Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle? To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą? To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane! Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk? Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem? Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego. Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

  1. Styl Życia

Miłość rodzi się w kontakcie - cała prawda o adopcji

 Magda Modlibowska:
Magda Modlibowska: "Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie". (Fot. Mariola Kędzior)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Magda Modlibowska, 48 lat, z wykształcenia socjolożka. A z zawodu? Gdyby wnosić po tematach, jakie wyskakują, gdy wpisze się do wyszukiwarki jej nazwisko, można by sądzić, że zajmuje się adopcją na pełny etat. A ona, owszem, od kilkunastu lat pracuje na rzecz adopcji, tyle że charytatywnie. Po raz pierwszy spotkałyśmy się dziesięć lat temu przy okazji jej książki „Odczarować adopcję”. To był temat, który nie tylko odczarowywała, ale przede wszystkim wyciągała z otchłani tematów tabu. Bo w tamtych czasach w Polsce przyznawanie się do bycia niebiologiczną matką było czymś wstydliwym. Bywało, że kobiety fingowały ciążę, żeby ukryć fakt zostania „matkami inaczej”. Magda od początku przecierała szlaki. Dla siebie, innych, dla sprawy. Zapamiętałam ją jako wulkan energii. Wygadana, kompetentna, inteligentna. Jeszcze wtedy łączyła pracę w korporacji z działaniami proadopcyjnymi. Potem skupiła się tylko na tym drugim. Sądziłam, że tak będzie do końca świata i jeden dzień dłużej. A ona jesienią mówi mi: – Teraz przyszedł czas na zamknięcie tamtego okresu, kiedy zajmowałam się tylko wspieraniem innych. Nie zamierzam skończyć jako babcia adopcyjna. Pora zająć się sobą. Nie słyszę w tych słowach żartobliwego tonu. Zmiana, którą widzę, też jest zaskakująca. Na spotkanie przychodzi w długiej czerwonej sukience, z tatuażem na przedramieniu, burzą włosów w naturalnym popielatym kolorze. Podkreśla, że nasze obydwa spotkania to taka symboliczna klamra spinająca jej działalność adopcyjną.

Procedury

Zaczęło się od tego, że Magda nie mogła zajść w ciążę. Oboje z mężem byli dla lekarzy zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogli. Z góry odrzucili in vitro. Uważali, że ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie. – Byłam umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć dwoje dzieci, to potem adoptujemy. Pierwszą procedurę adopcyjną przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w zagrzybiałym starym budynku. – W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu. W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty. Usiłowali przejść adopcję także w Warszawie w niepublicznym ośrodku, usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Ale okazało się to niemiłym doświadczeniem. Magda pytała wtedy buńczucznie: „Czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?”. Dzisiaj nie jest tak radykalna. – Każde staranie o dziecko długo trwa, i to naturalne, i to adopcyjne. Ośrodki dwoją się i troją, ale co mają zrobić w sytuacji, gdy jest dużo więcej rodziców niż dzieci do adopcji? Część dzieci nie jest „wolna prawnie”. Dlatego dzisiaj sformułowałabym inny postulat: powierzania takich dzieci rodzinom zastępczym, w których mogłyby wzrastać w kontakcie z rodziną biologiczną, ale w bezpiecznych warunkach.

Ona i one

Wypełniając ankietę w jednym z warszawskich ośrodków, w rubryce „oczekiwania” wpisała: żadnych. Starsza córka Magdy (18 lat, w chwili adopcji – dwa miesiące) urodziła się z wieloma wadami. Przechodziła operację za operacją. Młodsza (nieco ponad 13 lat, adoptowali ją w wieku 2,5) była zdrowa, ale długo borykali się z jej traumami. Magda powtarza, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Pierwsza córka wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się samoczynnie. O uczucia drugiej trzeba było się starać. – Musiałam niejako urodzić tę relację. Po trzech latach poczułam, że druga córka stała się naprawdę naszym dzieckiem. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmowały, wprost się do mnie przyklejały. Jak mówiła: „mamuniu, przytul mnie”, to z głębi serca, a nie jak na początku, recytując. Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „Mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie: „Matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie?”. Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach, jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką. Później przekonałam się, że moja miłość do córek nie różni się od tej do biologicznego syna. Urodził się dziewięć lat temu jako totalna niespodzianka. Dla niego nie ma znaczenia, że siostry są adoptowane. Ostatnio powiedział do jednej: „Ty to masz fajnie, bo masz dwie mamy, a ja tylko jedną”. Teraz Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. Problemy wszystkich matek są podobne. Uważa, że jej jako matce córek było nawet łatwiej niż matkom biologicznym. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale – z drugiej strony – nie doświadczając tych dziewięciu miesięcy, ciężko było jej od razu poczuć macierzyństwo. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

Magda Modlibowska: 'Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie'. (Fot. Mariola Kędzior) Magda Modlibowska: \"Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie\". (Fot. Mariola Kędzior)

Praca od podstaw

Szybko przekonała się, że w procedurze adopcyjnej przeorania wymaga wszystko. – Zjadłam zęby na poszukiwaniu wsparcia, które w Polsce kuleje. Na ogół rodziny z dzieckiem zostają pozostawione same sobie, często w poczuciu, że nie wypada o nic prosić, bo przecież nas zakwalifikowano. Więc jak już dowiedziałam się, gdzie szukać pomocy, chciałam się tą wiedzą podzielić. Najpierw napisała książkę „Odczarować adopcję”. Pamięta dokładnie, że zainspirowało ją do tego takie zdarzenie: Rozmawia z koleżankami z pracy o tym, w jakim szpitalu rodzić, naturalnie czy przez cesarskie. Koleżanki wiedzą, że jest świeżo upieczoną mamą. Któraś z nich pyta: „A ty jak rodziłaś?”. Odpowiada: „Adoptowałam”. I wtedy zapada cisza. Krępująca. Magda jest przekonana, że koleżanki jej nie oceniają, tylko nie mają wzorców, jak się zachować. Ta sama sytuacja kilka lat później w Szwecji: Magda z córkami w międzynarodowym towarzystwie. Ktoś pyta, czy rodziła w Polsce. Kiedy mówi, że adoptowała, gratulują, są ciekawi, jakie to doświadczenie, czy dzieci są rodzeństwem. – Zamarzyło mi się, żeby w Polsce też tak było, żeby o adopcji mówiło się otwarcie, a nie półgębkiem. Książka rozeszła się na pniu. Potem zorientowała się, że to za mało, bo ludzie potrzebują kontaktu. Założyła więc Fundację Wsparcia Rodzin po Adopcji, którą do dziś prowadzi i finansuje. Przyznaje, że to wyczerpujące zadanie. – Innym wydaje się, że jestem wielką instytucją, dzwonią do mnie z pytaniami, oburzają się, że czekają na odpowiedź, a ja nie odpowiadam, bo mam chore dziecko. Nikt nie wie, że działam sama. Ale nie mam o to pretensji. To moja decyzja i moja za nią odpowiedzialność. Rozpiera mnie duma, że przez fundację przewinęło się ponad tysiąc rodzin, którym mogłam pomóc. Ale na tym nie koniec. Magda to kobieta orkiestra. Napisała ponad 300 artykułów do Internetu i gazet, nagrała wiele audycji radiowych, występowała w programach telewizyjnych. Wymyśliła i wypuściła w świat „Księgę Adoptowanego Dziecka” – kronikę przygotowań rodziców na przyjęcie dziecka. Była przez kilka lat wiceprezeską Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Właśnie wychodzi kolejne wydanie książki „Odczarować adopcję”. Uzupełnione o doświadczenie nie tylko jej, lecz także innych rodziców, o wywiady z psychologami, o ważne zagadnienia, jak poronienia. Redaktorka, czytając opasłe tomisko, podsumowała: „Powstała biblia adopcyjna”.

Misja

Magda od początku chętnie wypowiadała się publicznie na temat adopcji. Była na każde zawołanie. – Chodziło mi o to, żeby więcej się o niej mówiło. Bo gdy się mówi, jest szansa, że się ją oswoi, że stanie się mniej dzika, tajemnicza. Uważam, że to moja misja, dług do spłacenia. W końcu po coś doświadczyłam tego wszystkiego: dwóch adopcji, porodu domowego i czterech poronień. Po coś mam dar mówienia i tyle energii. Co by powiedziała teraz, bogatsza o doświadczenia, przyszłym rodzicom adopcyjnym? Żeby nie bać się adopcji. Bo daje szansę na przepiękne rodzicielstwo. Podobne do biologicznego – są w nim te same troski i to samo szczęście. Ale w rodzicielstwie adopcyjnym jest coś jeszcze: właśnie ta adopcyjność, czyli mnóstwo wyzwań, których nie ma w rodzicielstwie biologicznym. Trzeba się na to przygotować. I szukać wsparcia. Magda bardzo nie lubi mitu, że adopcja to bohaterstwo, bo oto ktoś uratował dziecko. – Nie, ja uratowałam siebie. Bohaterstwem jest urodzić dziecko z dysfunkcjami. Ja na każdym etapie adopcji mogłam powiedzieć: nie, a matka biologiczna tego nie może zrobić. Przygotowanie do adopcji to wgląd w siebie, na co jestem otwarta. Ja na przykład nie byłam w stanie przyjąć dziecka z poważnymi dysfunkcjami umysłowymi. Dlatego głośno mówię rodzicom adopcyjnym: macie do tego prawo. Pytam Magdę, czy jako działaczka adopcyjna ma poczucie sukcesu. – Absolutnie nie, wręcz mam poczucie porażki. Nie zintegrowałam środowiska adopcyjnego, nie ruszyłam w posadach systemu, nie zostałam wysłuchana tam, gdzie być powinnam. Adopcja nadal jest dla polityków mało ważnym zagadnieniem. Nie udało mi się także dlatego, że jak proszę matki adopcyjne o publiczne zabranie głosu, to odmawiają. Anonimowo wypowiadają się chętnie. Co to pokazuje? Że nie chcą eksponować swojej inności. A przecież ze swoimi dziećmi do końca życia będą żyć z adopcją w tle. Co trzeba zrobić, żeby odczarować w Polsce adopcje? – Podzieliłabym te działania na dwa nurty. Społeczny, czyli uświadamianie ludzi poprzez media, w szkole, czym jest adopcja, a z drugiej strony – uwrażliwianie na problemy adopcyjnych rodzin. Dlaczego gratulujemy biologicznej matce urodzenia, a adopcyjnej już nie? Drugi nurt jest systemowy, i tu jest bardzo dużo do zrobienia. Wywróciłabym do góry nogami ustawodawstwo. Bo w tej chwili jest tak, że po decyzji sądu o adopcji przed rodzicami zamykają się wszystkie drzwi, nie mają oni żadnej opieki, nawet prawa do pielęgniarki środowiskowej.

Wypalenie

Magda powtarza, że zrobiła, co mogła. Teraz chce oddać się rodzinie. Z każdym dzieckiem jest w innym procesie. Najstarsza córka szuka swoich korzeni biologicznych, młodsza ją w tym podpatruje. Córki od początku wiedziały, że ich nie urodziła, niczego przed nimi nie ukrywała. Mimo to etap, który teraz wspólnie przechodzą, nie jest łatwy. – Badania potwierdzają, że każde dziecko przechodzi przez traumę odrzucenia. Czasem już na etapie prenatalnym. Psychologowie powtarzają to rodzicom adopcyjnym od początku, tylko oni nie chcą tego słyszeć. Myślą, że miłością można wyleczyć wszystko. A to nieprawda. Pytanie mojej córki o rodziców biologicznych było dla mnie bardzo silnym tąpnięciem. Mimo że wiem, że ona nie przestanie mnie nagle kochać, nie odejdzie od nas. Magda nie ma żalu do biologicznych matek swoich córek, czuje do nich wdzięczność. Są w jej rodzinie od początku. Najpierw mentalnie, teraz w rozmowach z córkami, niedługo być może spotka je w realu. Bo jeżeli kiedyś córka poprosi ją, żeby pojechały do niej razem, zrobi to bez wahania. – My, rodzice adopcyjni, musimy być na to gotowi. To część naszego rodzicielstwa. Moje córki przychodzą do mnie i mówią: „Chcemy wiedzieć, do kogo jesteśmy podobne. Zadać pytanie, dlaczego rodzice mnie oddali do adopcji, czy dlatego, że byłam ciężko chora, czy że byłam kłopotliwym dzieckiem”. Cieszę się, że przychodzą z tym do mnie. Gdybym nie wiedziała tego, co wiem o adopcji, mogłabym się podłamać. Bo przecież wlałam w nie tyle miłości. Wskoczyłabym za nie w ogień. Zawsze będę je wspierać. Ale adopcji jako takiej już wspierać nie chcę. Czuję się wypalona byciem na jej świeczniku. Chcę się skupić na moich dzieciach, mężu. I na sobie. Prowadzę własny biznes, piszę wiersze, gram na czandrze, maluję. Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie. 

W 2020 roku  ukazało się uzupełnione wznowienie książki Magdaleny Modlibowskiej „Odczarować adopcję”. Wydawnictwo Mamania.

  1. Psychologia

Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co 
przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby ojcowie gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają – wyjaśnia Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Zaprzyjaźniony 50-latek zwierzał mi się ostatnio, że gdy patrzy na swojego niemal 30-letniego syna, który właśnie zostanie ojcem, to mu się robi słabo. „On powtarza wszystkie moje błędy!”. Dlaczego ten mężczyzna nie powie o tym synowi?

Boi się reakcji. Nie chce chłopaka pouczać, strofować, naprowadzać na właściwą drogę. Nie był dla niego idealnym ojcem, więc syn może powiedzieć: „Przegrałeś swoje ojcostwo, więc co mi będziesz gadał!”. Niech właśnie o tym gada! Że przegrał, że się nie wyrabiał…

„Wiesz, na kilka dni przed twoim urodzeniem pojechałem z kolegami w góry, żeby się powspinać…” Tak, niech powie: „Uciekałem. Bałem się. Byłem przerażony, jak to będzie, gdy się urodzisz… Żaden ze starszych mężczyzn ze mną o tym nie rozmawiał. Mama w ciąży chodziła sama na badania, bo ja miałem treningi. Po skomplikowanym porodzie też była sama. Do tej pory nie może mi tego wybaczyć”. Wiele par na terapii boryka się z taką przeszłością. Kobiety mają żal, że mężczyzna nie był obecny w okresie ciąży i po porodzie. Mówią, że czuły się porzucone. Ojciec więc może powiedzieć synowi, czego żałuje, jakie błędy popełnił.

„W moim pokoleniu, gdy kobiety rodziły dzieci, mężczyźni balowali z kolegami do rana, a współcześni chłopcy nie wychodzą z Internetu” – mówi ten ojciec. To jest mniej więcej to samo. Dla młodego mężczyzny sytuacja, gdy rodzi się dziecko, jest tak trudna, nowa, nieznana, że przestaje być obecny, wyjeżdża, zapuszcza grę komputerową. Kiedyś mężczyźni się upijali. Teraz nie muszą tego robić; wystarczy, że wejdą do Internetu, i już ich nie ma.

Załóżmy, że ojciec zaryzykuje taką rozmowę. Dobrze, gdyby to on zaczął. Syn raczej nie odważy się zapytać, nie poprosi o radę czy pomoc. Relacje między synami a ojcami bywają napięte, a poza tym mężczyzna radzi sobie sam, nawet jeśli sobie nie radzi. Więc trudno mu przyznać, że czuje się zagubiony, że dziecko to dla niego życiowy próg, wielkie wyzwanie.

Co się dzieje w wewnętrznym świecie obu mężczyzn, gdy dochodzi do takiej rozmowy? Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. Doceni z pewnością odwagę ojca, który mówi prawdziwie, z serca, nie boi się, że ucierpi jego wizerunek ojca i mężczyzny. „Ciężko było mi wejść w rolę ojca, wolałem, żeby matka się tobą zajmowała, brakowało mi cierpliwości”; „Gdy się urodziłeś, trudno było mi od razu się ucieszyć, kobiety przeżywają macierzyństwo inaczej”. Ojciec, który przyznaje, że kiepsko sobie radził, zawiódł, popełniał błędy, często wybuchał, był rozdrażniony, nieobecny, tym samym pokazuje swoją siłę, ponieważ przyznanie się do słabości jest oznaką siły. Oczywiście, niedobrze, gdyby ojciec na tym poprzestał. Wiele się nauczył, szczególnie na temat kobiet, niech o tym opowie.

Na przykład? To się często w terapii zdarza. Mężczyzna mówi, że gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Że gdyby miał świadomość, jak bardzo kobiety potrzebują w tym czasie obecności, opieki i miłości, nigdzie by nie wyjeżdżał. Ten przekaz dla syna mógłby brzmieć tak: „Nawet jeśli dziecko będzie cię nudzić czy drażnić, pamiętaj, że od tego, czy będziesz obecny, zależy przyszłość waszej rodziny”. Lepiej to wiedzieć zawczasu niż później przez lata borykać się ze skutkami zaniedbań. Rana porzucenia ciężko się zabliźnia.

To ma być przede wszystkim rozmowa o kobiecie? Tak, o więzi, jak ją budować, wzmacniać. To jest najważniejsze. Kobiety skarżą się, że są przemęczone, wyczerpane. W jaki sposób mężczyzna mógłby odciążyć partnerkę w opiece nad dzieckiem? Na przykład zorganizować pomoc, aby mogła odpocząć, wyspać się, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółkami.

A relacja z dzieckiem? Jeśli mężczyzna będzie obecny, miłość do dziecka się pojawi. Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się zawczasu. Ojcostwo mamy w genach, to są naturalne reakcje i zachowania. Ręce same wyciągają się do dziecka”. Instynktownie wiemy, co robić, jak się troszczyć, jak wzmacniać więź, która przecież i tak istnieje.

Ojciec może mieć wątpliwości co do swoich kompetencji w temacie ojcostwa także z tego powodu, że młodzi ludzie mają teraz dostęp do mądrych książek, Internetu, do wszystkich możliwych specjalistów. Tak, to częste obawy. Nie doceniamy przekazu międzypokoleniowego. Ten przekaz jest nieoceniony, ponieważ jest żywy. W bezpośrednim kontakcie płynie energia i to ona nas zmienia i rozwija. Książka mnie nie widzi, coś wyjaśnia, opisuje, jednak w sposób mocno uogólniony. Ojciec jest obok, patrzy, słucha, rozumie, zależy mu, nie jestem sam. Gdyby młody mężczyzna przyznał się przed sobą, że potrzebuje kontaktu, że ma prawo sięgać po wsparcie ojca, gdyby nie upierał się, że przecież musi poradzić sobie sam, to wiele by zmieniło. Taka otwartość zawsze skutkuje dobrymi rozwiązaniami i uzdrowieniem rodzinnych zaszłości.

Pod warunkiem że ojciec nie chce rozwiązywać problemów syna. Tak, musi na to uważać; wystrzegać się pouczania, nacisków, słownej i emocjonalnej przemocy. Dojrzali i świadomi ojcowie to potrafią. Wiedzą również, że taka rozmowa jest ważna także dlatego, że traktuje o relacji między ojcem a synem. Przełamuje lody. Otwiera na inne rozmowy – na przykład o dzieciństwie ojca. Synowie mają wtedy szansę na nowo poznać swoich ojców. I zrozumieć siebie.

W jaki sposób? Syn zaczyna rozumieć, co wydarzyło się w jego dzieciństwie. Jako dzieci nadajemy sens różnym zdarzeniom, na przykład nieobecności ojca. Zapisuje się przekonanie, że skoro ojca nie było, to znaczy, że ja nie jestem ważny. To jest głęboko nieświadomy proces. Kiedy dowiadujemy się, że ojca nie było, ponieważ czuł się zagubiony i przerażony, nie wiedział, co robić, nie miał świadomości, wiedzy ani wsparcia ze strony swojego ojca, wtedy czujemy smutek, ale i ulgę. „A więc jego zachowanie nie było wymierzone przeciwko mnie”. Ta ulga sprawia, że zaczynamy doceniać to, co dostaliśmy, przypominamy sobie, że brał na spacery, czytał do snu, uczył jeździć na rowerze.

Co się dzieje, gdy ojciec jest obojętny wobec syna, który ma zostać tatą? Ojciec ucieka od tego tematu, tak jak uciekał, gdy był młody. To znaczy, że nie zintegrował tamtego doświadczenia. Syn czuje się samotny, zirytowany, nawet wściekły. Myśli o ojcu: „Zawsze taki był, nic się nie zmienił, cały tatuś!”. Paradoksalnie to może bardzo syna motywować: „Nie będę taki jak ty, ja o swoje dziecko zadbam!”.

To się udaje? Może się udać. Młodzi mężczyźni wyciągają wnioski z doświadczeń z ojcami i zaczynają żyć inaczej. Są dobrymi ojcami, co nie znaczy, że nie popełniają błędów. Uczą się ojcostwa, czytają, szukają mentorów. A jeśli szukają, to znajdują. A więc to, czego nauczyli się na zasadzie przeciwieństwa, może być wartością.

Znam ojca, który dużo rozmawia ze swoim synem. Temu synowi właśnie rodzi się trzecia córka, więc jest spanikowany, przemęczony. A ojciec go uspokaja: „To normalne, że się denerwujesz, takie jest życie, dasz radę”. Totalna akceptacja wszystkiego. Może być tak, że tracimy mnóstwo energii na walkę z tym, co jest. A także z samymi sobą, bo przecież coś powinienem zrobić, tylko co. Pojawia się wewnętrzne rozdarcie, konflikt: to nie tak powinno być. A czasami trzeba po prostu zaakceptować to, co jest, przestać się szarpać. Starsi taką wiedzę, zgodę, akceptację mają w swoich sieciach neuronalnych. Wiele przeszli, doświadczyli, znają życie; warto ich słuchać.

Są też ojcowie, którzy mówią: „Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają! Nie na dywagacje o pracy, polityce, pieniądzach, samochodach i kosiarkach; to już synowie znają do znudzenia. Niech ojcowie powspominają swoje zwyczajne, codzienne życie – jak to było, gdy syn się urodził, jakieś zdarzenia, anegdoty. Niech opowiedzą o swoim dorastaniu, o tym, co wiedzą o swoich ojcach. To nieprawda, że nie mają nic do przekazania. Mają wiele i synowie bardzo potrzebują tych opowieści. Potrzebują zwyczajnych rozmów, kontaktu.