1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Miara zdrowia

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Bezruch nam szkodzi – co zrobić, żeby ocalić stawy i kręgosłup?

Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że rok w pandemii przyniósł nam większe problemy zdrowotne i to niekoniecznie związane z samym koronawirusem. Zamknięcie w domu i ograniczona możliwość poruszania się mają negatywne skutki w różnych obszarach zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Mocno zaniepokojeni tym stanem są również lekarze.

Trudno znaleźć złoty środek. Z jednej strony chronimy się przed zarażeniem wirusem, z drugiej - zredukowaliśmy aktywność ruchową do tego stopnia, że ortopedzi i neurochirurdzy biją na alarm. Coraz więcej osób, w sile wieku, zaczyna wymagać leczenia u specjalistów, w tym leczenia operacyjnego. – Zaczęliśmy obserwować zupełnie nową sytuację. Młodzi ludzie, którzy mieli różne choroby kręgosłupa, ale mogli dobrze funkcjonować dzięki rehabilitacji lub aktywności fizycznej, w sytuacji, gdy zostali odcięci od dotychczasowej aktywności, zaczęli trafiać do gabinetów neurochirurgicznych – mówi dr nauk medycznych Michał Rutkowski, neurochirurg ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Zamknięte baseny, siłownie, kluby fitness… Jednak problemem jest nie tylko brak dostępu do ośrodków sportu i rekreacji. Zmniejszyła się znacznie nasza codzienna aktywność, jak choćby to, że coraz więcej osób pracuje zdalnie i nie wychodzi prawie z domu. Skutek? – Coraz częstsze neuropatie obwodowe*. Do tych najbardziej popularnych możemy zaliczyć dyskopatie (choroby krążka międzykręgowego) szyjne i lędźwiowe. Po czym je rozpoznać? Dyskopatii odcinka szyjnego towarzyszą zwykle bóle promieniujące do ramion, karku, a nawet do potylicy (możemy więc odczuwać bóle głowy). Ponadto pojawia się drętwienie lub inne zaburzenia czuciowe, które odczuwane są w rękach. Możliwe jest nawet uczucie osłabienia kończyn.

Dyskopatie lędźwiowe występują statystycznie najczęściej. Towarzyszą im bóle promieniujące do kończyn dolnych, napady rwy kulszowej, zaburzenia czuciowe, a także trudności w chodzeniu – objawy i ich nasilenie zależą od zmian zwyrodnieniowych w danym odcinku kręgosłupa.

Niestety, do chorób kręgosłupa też możemy mieć predyspozycje genetyczne. Dlatego eksperci podkreślają, że ważne jest zachowanie higieny układu ruchu.

- Zamykanie się w domu i rezygnacja z jakiejkolwiek formy ruchu to prosta droga do neurochirurga – podsumowuje dr Rutkowski.

Jak wygląda obecnie leczenie osób, które z bólami kręgosłupa trafiają do lekarza specjalisty? – U pacjentów ze wczesnymi zmianami stosujemy leczenie objawowe. Nie tylko terapia ruchem jest teraz ograniczona. Zabiegi rehabilitacyjne, w tym zabiegi wodne, są ogólnie mało dostępne – mówi dr hab. nauk medycznych Jan Blacha, ortopeda ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Ta sytuacja, zdaniem profesora, musi się zmienić poprzez edukację. Ruchu wymagają wszystkie zmiany zwyrodnieniowe. U osób z niesprawnością, które są unieruchomione, skutki będą jeszcze gorsze, niż u osób zdrowych.

Wielogodzinne siedzenie przed komputerem, telewizorem i obniżona aktywność ruchowa to nie tylko początek chorób kręgosłupa, ale również chorób zwyrodnieniowych stawów. Nasze stawy nie są odżywiane przez naczynia krwionośne – Chrząstka stawowa odżywiana jest przez płyn stawowy. To ruch stawowy powoduje, że ten płyn krąży i odżywia tkankę – tłumaczy prof. Jan Blacha.

Ruch w tym wypadku to najlepsza profilaktyka. Jakie formy ruchu poleca profesor, aby zapobiegać chorobom stawów i kręgosłupa? – Najpierw uplastycznianie, rozciąganie, potem siła mięśni. Joga, pilates są dobre do uelastycznienia. Rowerek stacjonarny też jest bardzo dobrym pomysłem, ale tutaj już ćwiczymy mięśnie.

To, przed czym najbardziej przestrzega ortopeda to nagłe, intensywne ruchy, które mogą łatwo doprowadzić do kontuzji. – Intensywny ruch może być bardzo niebezpieczny, najważniejsza jest fazowość przechodzenia – podkreśla. Jeśli siedzimy przez kilka godzin przed komputerem to nie pójdziemy od razu biegać. – Po każdym maratonie mam więcej pacjentów – dodaje – Musimy startować od niskiego poziomu, a potem przejść do intensywniejszej formy ruchu. Nie można wzmacniać mięśni bez odpowiedniego treningu. Zaczynamy od powolnego przysiadu, trzymając się krzesła, potem szybszy przysiad, jeszcze szybszy. Później robimy przysiady bez trzymania, a następnie delikatne skłony do przodu i do tyłu. Starajmy się unikać wielogodzinnego siedzenia i robić przerwy. Regularny trening i wzrastająca aktywność pomogą nam osiągnąć etap, który poprawi nasze funkcjonowanie.

Najważniejsze, żeby dostosować ruch i aktywność do swoich możliwości w danym momencie. Niestety, popadamy zwykle w dwa rodzaje skrajności. Jedna polega na „rzucaniu się” w aktywność fizyczną bez odpowiedniego przygotowania. Druga z kolei, bardziej zgubna w skutkach, wiąże się z tym, że w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do bezruchu. Eksperci zaznaczają jednak, że to od nas zależy jak postąpimy w obecnej sytuacji. Czy dalsza „normalność” będzie wiązała się z poddaniem się i stagnacją, czy znajdziemy w tej „odmienionej” rzeczywistości motywację do aktywności fizycznej, która posłuży naszemu zdrowiu.

* Neuropatie to choroby nerwów obwodowych o podłożu neurologicznym. Mają najczęściej związek z uszkodzeniem lub stanem zapalnym nerwu. Jako jedne z przyczyn neuropatii wymienia się urazy mechaniczne, niedokrwienie i ucisk. Przykładem neuropatii może być zespół cieśni nadgarstka.

Źródło: materiały ze spotkania prasowego z ekspertami Żagiel Med.

  1. Zdrowie

W przyjaźni z ciałem

„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
Porzućmy na chwilę marzenia o idealnej sylwetce, smukłej i wyrzeźbionej. Poszukajmy takiej formy ruchu (a może bezruchu), która rozpuści napięcia i pomoże nam poczuć się dobrze we własnym ciele. W bonusie masz czystą głowę i uczucie lekkości i radości w sercu.

Biegaj w tempie niko niko, czyli z uśmiechem. Już w latach 80. profesor Hiroaki Tanaka z Uniwersytetu Kiusiu w Fukuoce, którego specjalizacją była fizjologia sportu z naciskiem na prewencję chorób cywilizacyjnych, propagował zasadę, że każdy potrzebuje odpowiedniej ilości aktywności fizycznej – nie za mało i nie za dużo. Jak sprawdzić, czy trening jest optymalny dla ciebie? Jak mówił profesor Tanaka w wywiadzie z Oriną Krajewską:

„Jednym z kryteriów jest uśmiech, jeśli możesz się uśmiechać i jesteś w stanie prowadzić rozmowę w czasie treningu, to znaczy, że jego intensywność jest właściwa. Bardzo intensywne ćwiczenia powodują stres, a na pewno nie potrzebujemy go więcej w swoim życiu. Po latach badania optymalnej, indywidualnie dostosowanej intensywności ćwiczeń stało się jasne, że 30 minut aktywności fizycznej dziennie, na tyle lekkiej, aby uprawiać ją z uśmiechem, może zdziałać cuda”.

Profesor Tanaka opracował metodę slow joggingu, wolnego biegu przeplatanego sprintami i ćwiczeniami, na przykład z użyciem hantli. Ale ćwiczyć z przyjemnością można na wiele sposobów.

Gyrotonic

Trening gyrotonic przypomina taniec z maszyną. Ćwiczenia wykonuje się płynnie, uważnie i w harmonii z oddechem. Ta popularna na Zachodzie metoda ćwiczeń u nas dopiero raczkuje, ale warto ją poznać, ponieważ jest to wyjątkowo wszechstronny trening, który dba o cały aparat ruchu, mięśnie i stawy. Ćwiczyć mogą kobiety w ciąży, osoby starsze, a nawet pacjenci w czasie rehabilitacji.

„Metodę tę poznałam we Włoszech, gdzie jest znana i praktykowana od lat”, mówi Stefania Chiarelli, instruktorka gyrotonicu, założycielka Nashe Studio na warszawskim Powiślu. „Twórcą metody gyrotonic jest Węgier Juliu Horvath, który był zawodowym tancerzem. Poszukiwał metody, która pozwoli mu wrócić do pracy po kontuzji i zerwaniu ścięgna Achillesa. Próbował pilatesu, jogi, pływania. Jednak w każdej z tych aktywności czegoś mu brakowało. Dlatego zaczął myśleć nad własnym systemem ćwiczeń. Tak opracował Gyrokinesis®, a potem rozpoczął pracę nad maszyną do treningu. Ćwiczenia ze specjalistycznym sprzętem to właśnie gyrotonic. Teraz, choć ma 79 lat, Horwath nadal dba o zdrowie i o kręgosłup, ćwicząc gyrotonic”, mówi instruktorka.

Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska) Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska)

Metoda ta łączy różne techniki treningowe i formy aktywności, które uczą świadomego ruchu, poprawiają mobilność i gibkość ciała, ale też zwiększają jego siłę i wytrzymałość. Na pierwszy rzut oka gyrotonic jest bardzo podobny do pilatesu.

„W pilatesie pracujemy w dwóch osiach i skupiamy się na wzmocnieniu mięśni w konkretnych partiach ciała. W gyrotonicu maszyna narzuca spiralne i faliste ruchy, można powiedzieć, że jest to ruch trójwymiarowy, może się kojarzyć z pływaniem. W ćwiczeniach skupiamy się na wzmocnieniu mięśni przy kręgosłupie oraz brzucha, które odpowiedzialne są za stabilizację naszej miednicy, jak i całej sylwetki. Ważny jest też oddech. Każdy ruch powinnien być połączony z oddechem, ale na co dzień, w stresie i napięciu, o tym zapominamy. W trakcie sesji pracujemy nad przywróceniem naturalnej synchronizacji ruchu i oddechu”, wyjaśnia Stefania Chiarelli.

Stretching

Kama Nienałtowska ćwiczy od trzeciego roku życia. Jest ekspertką w dziedzinie rozciągania. Stretching jest jej pasją. Uczy go od 17 lat, prowadzi warsztaty i szkolenia ze stretchingu dla polskiej kadry instruktorskiej, artystów profesjonalistów i amatorów. „Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. Mnie przede wszystkim zależy na tym, by pomóc ludziom poczuć się lepiej, rozruszać się. Potem, jeśli ktoś chce, można przesuwać tę poprzeczkę stopniowo coraz dalej”, mówi Kama.

„Zwracam dużą uwagę na świadomą pracę z ciałem. Na treningu pokazuję, dlaczego nasze ciało potrafi tyle, ile potrafi. Podczas całego naszego życia mięśnie i mózg zbierają informacje o tym, jak się poruszamy. Jesteśmy przyzwyczajeni, że coś się da, a czegoś się nie da zrobić. Ja staram się pokazać, jak możemy przekonać nasze ciało, że może pracować lepiej, efektywniej. Nie robimy nic na siłę, ale powoli, w indywidualnym tempie przesuwamy granicę swoich możliwości”, przekonuje trenerka.

Entuzjazm Kamy i jej niezachwiane przekonanie, że każdy, niezależnie od wieku, może zrobić coś dla siebie, są zaraźliwe. „Ważne, żeby zrobić pierwszy krok, nawet malutki, który sprawi, że poczujemy się troszkę lepiej, a potem to powtórzyć. W ten sposób możemy pomału przesuwać strefę komfortu. Stereotypowo rozciąganie to dwa skłony do przodu po treningu i tyle. Kojarzymy je też z ćwiczeniami, gdy ktoś kogoś strasznie dociska. Dociskany płacze i cierpi. Ja proponuję pracę, w której dbamy o równowagę między zakresem ruchu a kontrolą ruchu. Efekty osiągamy bezpiecznie, bez dociskania. Gdy ciało odbiera ruch jako coś przyjemnego, efekty zostają z nami na dłużej”. Czy stretching można ćwiczyć w domu? Zawsze lepiej jest trenować pod okiem instruktora, jeśli jednak nie masz takiej możliwości, skorzystaj z zajęć online lub zajrzyj na Instagram @kamanienaltowska, znajdziesz tam zawsze świeżą dawkę inspiracji i ćwiczeń. „Zaczynam trening od leżenia na macie i skupienia się na oddechu. W czasie ćwiczeń często zapominamy o tym, jak ważny on jest. Napinamy się, staramy się zrobić więcej i więcej. Wtedy ciało się opiera. Dobrze jest zacząć od obserwacji oddechu, poczuć, jak klatka piersiowa wypełnia się powietrzem, zobaczyć, jakie mięśnie przy tym pracują. Zostawić za sobą pośpiech dnia codziennego”, radzi trenerka. Równie ważna jak trening jest regeneracja. „Regularnie chodzę na wizyty do fizjoterapeuty – nie dlatego, że coś mi dolega, ale po to, żeby nic mi nie dolegało. W domu używam mat do akupresury, które relaksują i odstresowują mięśnie”.

Joga Yin

Czyli ćwiczenia z nicnierobienia. Jesteś aktywna, cały czas działasz na wysokich obrotach, a w czasie treningu wyciskają z ciebie siódme poty? Przyjdź dla odmiany na jogę yin-yang prowadzoną przez Julitę Skórską (Instagram @julita.skorska). Zobaczysz, że gdy sobie odpuścisz, świat kręci się dalej.

„W jodze dynamicznej, jak vinyāsa, rozgrzewamy mięśnie. Napinamy je, zmieniając pozycję wraz z oddechem. W ten sposób budujemy siłę, wzmacniamy nasze uziemienie, ale jednocześnie zatrzymujemy się na tym poziomie”, tłumaczy instruktorka. „Joga yin to forma odpuszczająca, w której nie napinamy mięśni. Wchodzimy w pozycję (zwykle siedzącą, leżącą lub wiszącą) i nasze ciało pracuje samo na poziomie tkanek łącznych, powięzi. Pozwalamy na automasaż organów wewnętrznych, dochodzi do oczyszenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym”.

Koncepcja yin-yang pochodzi z filozofii chińskiej. Mówi o przeciwstawnych siłach, które zamiast walczyć, uzupełniają się. Jak dzień i noc. Yang to energia działania, przejmowania inicjatywy. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, refleksyjność. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć. Działać, gdy jest na to czas, innym razem odpuszczać sobie, rezygnować z walki.

„Obserwuję ludzi w czasie zajęć. Gdy wplatam pozycje relaksacyjne, zaczynają się wiercić, otwierają oczy. Nie chcą się poddać. Sama należę do osób z przewagą yang, więc wiem, jak trudno jest się zrelaksować, porzucić gonitwę myśli. Dlatego trochę na przekór sobie zaczęłam ćwiczyć jogę yin, a potem stworzyłam zajęcia yin-yang. Możemy na nich poczuć obie energie, spróbować dwóch rodzajów praktyki. Stajemy w pozycji wojownika – jesteśmy wyprostowani, mamy napięte mięśnie brzucha, ud. Walczymy tak jak w życiu, działamy, oddychamy. Potem zawisamy w skłonie w stronę nogi, a nasze tkanki wewnętrzne się rozluźniają. Nie musimy nic robić, nic poprawiać”.

Niezwykle przyjemnym elementem zajęć prowadzonych przez Julitę są towarzyszące praktyce zapachy olejków eterycznych, kadzideł oraz dźwięki mis tybetańskich i dzwoneczków Koshi. Jak mówi trenerka, to jej prezent dla uczestników zajęć.

Joga yin uczy odpuszczania i rozluźniania. Nie ma tu czegoś takiego jak pozycja doskonała, nie ma dociskania ani poprawiania. Po prostu wchodzisz w pozycję do momentu, aż ciało stawia opór, i trwasz w bezruchu, obserwujesz, oddychasz.
„Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje, w zależności od tego, co się w nas aktualnie dzieje. Wibracja mis tybetańskich ma jeszcze inne działanie. Wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny”. 

  1. Zdrowie

Zdrowy rok

Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. (Fot. iStock)
Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. (Fot. iStock)
W święta, w sylwestra, ale też z okazji imienin, urodzin, przy wszystkich możliwych jubileuszach, życzymy sobie zdrowia. Od 2020 roku doceniamy je szczególnie. Czy jednak samym sobie życzymy go równie szczerze?

Wygląda na to, że tylko teoretycznie. Bo z badań „Sytuacja zdrowotna ludności Polski 2020” przeprowadzanych w latach 1999–2018, dotyczących umieralności z powodu przyczyn możliwych do uniknięcia, wynika, że nie szanujemy swojego zdrowia zupełnie. Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. Bo na razie raczej z tym słabo. Skazujemy się na niepełnosprawność i cierpienie – przecież ograniczenia ruchowe, depresja, nowotwory są schorzeniami w sposób silny upośledzającymi naszą normalną wydolność. Jakie są zatem czynniki ryzyka, odpowiadające za utracone lata życia w zdrowiu?

Palenie tytoniu odpowiada za pogorszenie naszego stanu zdrowia aż w 17 proc. Dalej kolejno figurują na tej liście:

  • nieprawidłowe żywienie (14 proc.),
  • nadciśnienie (12 proc.),
  • nadwaga i otyłość (11 proc.),
  • wysoki poziom glukozy we krwi (11 proc.),
  • alkohol (9 proc.), wysoki poziom cholesterolu LDL (6 proc.)
  • i w 4 proc. zanieczyszczenie powietrza.
Czyhają na nas nowotwory, zawały i inne choroby układu sercowo-naczyniowego, udary. Może warto zatem od dziś podejść do naszego życia z nowym planem? I nie chodzi o nowy krem anti-aging (choć jeśli komuś to poprawi nastrój, nie ma przeciwwskazań), ale przede wszystkim o zakup kapusty i pietruszki, aby efekt widoczny był nie tylko na skórze, lecz także w samopoczuciu. Ale powoli. Od czego zacząć? Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego zaproponował zmianę graficznej formy zaleceń żywieniowych. Nie przemawia do nas chyba piramida żywieniowa, zamieniono więc piramidę na talerz. Każdy przecież zjada z niego posiłki. Nauczmy się więc je odpowiednio nakładać. Talerz ów został podzielony na trzy części. Pierwszą, zajmującą połowę tego, co w ciągu dnia powinniśmy zjeść, stanowią warzywa i owoce – z przewagą warzyw. Kolejną część zajmują produkty pełnoziarniste: pieczywo razowe, kasze, płatki zbożowe i makarony pełnoziarniste. Ostatnia część to nabiał, jaja, drób, ryby, rośliny strączkowe oraz orzechy. Każdy sposób jest dobry, może wizja talerza przemówi do nas skuteczniej. Ale znacznie ważniejsze niż zamienianie trójkąta na kółko wydaje mi się wprowadzenie do owych zaleceń kroków, którymi możemy podążać w drodze do zmian. Jestem fanką takiego podejścia, kaizen, czyli filozofia małych, łatwych do wykonania kroków jest mi niezwykle bliska. Jeśli więc nauczymy się odpowiednio komponować nasze talerze, przejdźmy do równie ważnej sprawy, jaką jest ruch. Oto trzy kroki prowadzące do włączenia ruchu w naszą codzienność. Na stałe!
  1. Pierwszy to niewielkie zmiany, spacery, zamiana windy i ruchomych schodów na mozolne wdrapywanie się wzwyż.
  2. Gdy przestaniemy unikać ruchu, gdy zaakceptujemy już jego obecność w naszym życiu, jesteśmy gotowi do kroku drugiego – 30 minut aktywności fizycznej dziennie. Zaplanujmy ten czas w ciągu dnia i dbajmy o to, żeby ten punkt nigdy z codziennego harmonogramu nie znikał – co będzie dużo łatwiejsze, gdy uznamy, że jest to po prostu konieczność dla naszego zdrowia. Pomogą aplikacje w smartfonach mierzące kroki. Załóżmy, że absolutne minimum to 5 tysięcy.
  3. Trzecim etapem niech będzie zwiększenie liczby kroków do 10 tysięcy. A potem (albo równolegle) może tak w tym zasmakujemy, że uda nam się wprowadzić inną formę treningu. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Styl Życia

Sport - pomysł na życie

Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. (Fot. iStock)
Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. (Fot. iStock)
Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Każdy sport nakręca nasze ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonuje Sebastian Kotow, trener i wykładowca biznesu.

Artykuł archiwalny. 

Kiedy chodziłam do liceum, jedna z nauczycielek krytykowała klasę sportową, ironizując: „Czego można się spodziewać po kimś, kto przez cały dzień skacze na główkę do basenu?”. Panował podział na mięśniaków i mózgowców... Od tego czasu wiele się zmieniło. Współczesna nauka coraz bardziej pokazuje, że pewnego rodzaju umiejętności psychologiczne i umiejętności interpersonalne związane z inteligencją emocjonalną kształtują się m.in. przez sport. Kiedyś nie było takiej świadomości. Niby dzieciaki na lekcjach WF robią to samo co kiedyś, ale rozsądny trener już wie, że nie chodzi tylko o przysłowiowe kopanie piłki, lecz o umiejętność współpracy, komunikacji w grupie, przegrywania. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo nauczenie się radzenia sobie z niepowodzeniami na wczesnym etapie rozwoju jest olbrzymią wartością w dorosłym życiu. Ludzie przeżywają rozczarowania, kiedy im coś nie idzie, bo oczekują od życia samych sukcesów. A trening pokazuje, jak przegrywać i podnosić się po porażce.

Poza tym to skakanie na główkę przez cały dzień, o którym mówisz, uczy samodyscypliny i ciężkiej pracy. Ja w ogóle jestem fanem ciężkiej pracy i nie wierzę w hasła typu „pracuj mądrze, a nie ciężko”. Oba elementy są potrzebne, nie znam ludzi, którzy osiągnęli coś wybitnego bez wysiłku.  Ani w sporcie, ani w biznesie... Znakomity pływak, Michael Phelps, przez lata najlepszy na świecie, powiedział, że przez minione pięć lat nie pominął żadnego treningu. Igrzyska olimpijskie są co cztery lata, pomiędzy nimi jest nuda, samotność. To dopiero jest szkoła dyscypliny, wytrwałości i akceptacji monotonii, która prowadzi do sukcesu.

Czy sport uczy też zaufania do zespołu? Tak, ale przede wszystkim zaufania do siebie. Ludzie nie ufają sobie, nie wierzą we własne możliwości. Deficyt poczucia własnej wartości jest bardzo częsty, widzę go i u sportowców, i u prezesów korporacji, którzy są bardzo silni w roli zawodowej, ale mają mnóstwo ludzkich wątpliwości. Tymczasem nawet sport amatorski daje poczucie zdrowej dumy, zadowolenia. Wrócę jeszcze do tego skakania...

Jeśli uczę się pływać, najpierw trzymam się blisko brzegu, w końcu mogę już przepłynąć kilometr czy dwa i to pozwala mi zbudować wewnętrzne przekonanie o sprawczości. W efekcie pomaga mi też przygotować się do egzaminu na studiach czy trudnej prezentacji w pracy. Bo mam już wyćwiczone, że najpierw muszę w coś włożyć trochę wysiłku, a potem regularnie to powtarzać, żeby osiągnąć zadowalający rezultat. Budowanie zaufania do siebie przez sport to jedna z moich fascynacji.

Sport ma w tej kwestii tak wielkie znaczenie? Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Nikt ci tego doświadczenia, tej wiedzy nie zabierze. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. Czasami wracam do zdjęć z zawodów Ironman, zrobionych w momencie gdy przebiegam metę. Bardzo mnie inspirują.

Swoją przygodę ze sportem rozpocząłem dość późno, jako trzydziestolatek. Wcześniej uciekałem od wysiłku fizycznego, raz nawet oblali mnie z WF. A teraz zarażam do sportu innych ludzi, bo to buduje silną psychikę, poczucie własnej wartości. Zaczyna się od tego, że jesteś w stanie wstać na trening, a potem wchodzi to w nawyk. I kiedy życie daje nam w kość, to ten nawyk się odzywa i nasza odporność na trudności jest większa. Namówiłem na bieganie moją 17-letnią córkę. Na początku była bardzo na „nie”, a teraz regularnie przedłuża dystanse. Daje jej to nie tylko lepszą sylwetkę, ale też powód do dumy z siebie. Ja też jestem z niej bardzo dumny!

A co ciebie przekonało do sportu? Przede wszystkim potrzeba bycia spójnym. Generalnie nie uważam się za mówcę motywacyjnego, uciekam od tego tematu, bo – jak mówiłem – wierzę przede wszystkim w ciężką pracę, a motywacja przychodzi jako rezultat, a nie przyczyna, ale dostałem zaproszenie do przeprowadzenia wykładu motywacyjnego. I pomyślałem, że nie mogę wyjść do ludzi z nadwagą i mówić im, jak osiągać cele... Zacząłem więc biegać. Najpierw po pięć minut dziennie, ale potem tak się nakręciłem, że w ciągu dwóch miesięcy przebiegłem 600 km. Miałem nawet taki pomysł, żeby przebiec 100 półmaratonów w roku. Opowiedziałem o nim Robertowi Korzeniowskiemu, a on mnie przywrócił do pionu. Dziś wiem, że to było głupie, bo organizm się zużywa, ale wtedy byłem bardzo dumny z tego projektu... Taki był początek i kiedy dziś mówię ludziom, co oznacza wysiłek, niepowodzenie, to wiem, o czym mówię, bo sam tego doświadczyłem. A ja wierzę w moc autentycznego przekazu.

W sporcie pojawia się też aspekt rywalizacji. Z kim ty teraz rywalizujesz? Najlepiej jest rywalizować z samym sobą, bo porównywanie się do innych jest wykańczające. Mówię oczywiście o sporcie amatorskim, bo życie i praca zawodowych sportowców to coś zupełnie innego. Ale ja zakończyłem już pewien etap sportowy i przeszedłem od tego napięcia, żeby być szybszym – choćby od samego siebie – do szukania przyjemności w sporcie. Podczas wszystkich zawodów, które ukończyłem, nawet jeśli byłem zmęczony – a podczas Ironmana można naprawdę być zmęczonym – nigdy nie przekroczyłem granicy, za którą traci się z tego przyjemność. Przez każdy kilometr w wodzie, na rowerze czy w biegu czułem przyjemność. Dziś wiem już też dużo o ludzkiej psychologii i fizjologii, wiem, że dzięki treningom wpływam na swoje nastawienie do życia, na poziom hormonów, dotlenienie organizmu, pozbycie się szkodliwego kortyzolu… Czasami nawet podchodzę do tego mechanicznie: idę pobiegać, bo wiem, że wtedy będę się czuł lepiej, że będę miał większą odwagę do działania, bo przecież jak każdy boję się różnych rzeczy.

Statystyki mówią, że ponad połowa pracowników jest niedopasowana do organizacji, w której są zatrudnieni. Jak wykorzystać radość sportowca w codziennej pracy? Moim zdaniem w gruncie rzeczy nie ma żadnej różnicy między sportem a pracą. Kiedyś w prowadzonym przeze mnie szkoleniu wzięła udział osoba, która twierdziła, że nienawidzi swojej pracy i ludzi, z którymi pracuje. Poprosiłem, żeby wypisała po jednej stronie kartki powody, dla których lubi swoją pracę, a po drugiej – dla których ją kocha. Trudno jej było rozpocząć, ale potem znalazła tyle powodów, jakby nagle zmieniła pracę (śmiech). Tymczasem zmieniło się tylko jej nastawienie. A nastawienie bardzo mocno wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość. Wystarczy, że poprosisz o opinię dwóch ludzi, którzy pracują w tym samym miejscu, i może się okazać, że jeden będzie zachwycony a drugi będzie narzekał. Jestem przekonany, że jeśli ktoś zacznie uprawiać jakikolwiek sport, to i monotonna praca nabierze dla niego kolorytu. Dlaczego? Wpłynie to na biochemię jego organizmu. Po 20 minutach biegania mózg zaczyna inaczej pracować, wydzielają się endorfiny, czujesz się lepiej, idziesz z innym nastawieniem do pracy, W Stanach Zjednoczonych często mówi się: „happy people carry their own weather with them” (szczęśliwi ludzie noszą ze sobą własną pogodę – przyp. red.). Ja patrzę na sport jako na narzędzie do osiągania różnego rodzaju celów życiowych. Najtrudniej jest zacząć. Tego właśnie uczę podczas warsztatów. Potem ludzie piszą do mnie z wdzięcznością, że coś zaczęli, coś zmienili. To jest fascynujące!

Ale jeśli trenujesz samodzielnie, to właściwie nikt nie może cię sprawdzić. Możesz skłamać, możesz powiesić u siebie w pokoju czyjś medal… Prowadzę warsztaty, które trwają dwa dni, po których przez cztery tygodnie uczestnicy dostają maile z zadaniami do wykonania. Uprzedzam, że certyfikat wystawiamy dopiero po zrobieniu tych zadań. I pojawia się pytanie, skąd wiemy, że oni je zrobili, czy ich jakoś śledzimy? „Nie, nie śledzimy. Wy deklarujecie, a my wiemy, czy to prawda” – tłumaczę, ale to budzi niepewność i niedowierzanie. A w końcu mówię, że nas to nie obchodzi, bo każdy indywidualnie zapłaci najwyższą cenę za brak spójności: jeśli zrobi tak, jak radzę, to będzie miał wyniki, a jeśli pójdzie na skróty  – niekoniecznie. Jeżeli ludzie oszukują, to tracą wiele energii życiowej, kłamstwo jest karą samą w sobie. Zresztą inni też czują autentyczność, a neuronauka przynosi dowody na to, że ci, którzy mówią o tym, co przeżyli naprawdę, wygrywają. Nie potrzebują strategii, pomysłów, marketingu... Sam, kiedy zaczynałem prowadzić warsztaty, zastanawiałem się, co robić, żeby mieć klientów. A kiedy skupiłem się na tym, na czym się znam, w co wierzę, klienci sami zaczęli się do mnie zgłaszać, bo czują, że jestem prawdziwy, że to, o czym mówię, faktycznie mnie fascynuje. To wydaje się banalne, ale wszystko sprowadza się do uczciwości wobec siebie.

Sebastian Kotow praktyk, badacz, wykładowca psychologii zarządzania na studiach MBA oraz podyplomowych studiach na kierunku Psychologia biznesu dla menedżerów na Akademii Leona Koźmińskiego. Autor bestselleru – „Matematyka Zaufania” (2018), współautor serii książek napisanych wraz z Brianem Tracym – „Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę!” (2015), „Ty postaw na zmianę, my pokażemy Ci, jak jej dokonać” (2016).

  1. Styl Życia

Biegówki – idealny sport na śnieżną zimę

W Polsce najbardziej znanym miejscem narciarstwa biegowego są Jakuszyce, słynące z Biegu Piastów, czy Ośrodka Narciarstwa Biegowego. Stamtąd warto udać się na stronę czeską. Czesi, miłośnicy biegówek, mają dużo tras dobrej jakości. (fot. iStock)
W Polsce najbardziej znanym miejscem narciarstwa biegowego są Jakuszyce, słynące z Biegu Piastów, czy Ośrodka Narciarstwa Biegowego. Stamtąd warto udać się na stronę czeską. Czesi, miłośnicy biegówek, mają dużo tras dobrej jakości. (fot. iStock)
Wypożyczalnie nart biegowych przechodzą właśnie prawdziwe oblężenie. Z powodu Covid-19 zamknięte są lodowiska i stoki narciarskie … Co nam więc pozostaje z zimowych sportów? – No właśnie narty biegowe. I chociaż z najlepszych szlaków biegowych słyną Jakuszyce, jeździć można w całej Polsce. Wystarczy tylko śnieg! 

Narciarstwo biegowe - ten rodzaj sportu docenia coraz więcej ludzi, szczególnie w tym „covidowym” roku, kiedy nie mogą korzystać z innych aktywności. Dlatego też wiele osób zaczyna właśnie swoją przygodę z biegówkami. I choć zwykle decydują się na samodzielny, rekreacyjny trening, warto na początek poznać kilka zasad, czy też skorzystać z pomocy instruktora.

Na biegówki można wybrać się w różne miejsca: do lasu, na polanę, do parku. Najwygodniej jeździ się, co prawda, po wyznaczonych trasach biegowych, przy większej ilości śniegu, gdy mamy już wytyczone przez kogoś ślady (co może być dużym ułatwieniem dla początkujących), jednak płaskie, leśne drogi będą również dobrym miejscem do praktykowania narciarstwa biegowego. Lepiej unikać wydeptanych, wyślizganych dróg, na których narty zwyczajnie się rozjeżdżają.

O czym warto pamiętać, gdy chcemy zacząć biegi na nartach?

Ubranie na biegówki

Kurtka nie zawsze jest potrzebna. Czasem wystarczy grubszy polar lub nawet coś cieńszego (przy szybkiej jeździe pocimy się jak przy normalnym biegu). Ważne, żeby ubranie było dość lekkie i nie krępowało ruchów. Dobrze zadbać o wygodne, ciepłe rękawiczki, które umożliwią nam lepsze trzymanie kijków. Przydadzą się też grube skarpety do butów, szczególnie jeśli decydujemy się na wypożyczenie i musimy dobrać odpowiedni numer. Buty do nart biegowych są zwykle dość wygodne i ciepłe.

Warto też rozważyć zakup własnego sprzętu. Jeśli lubimy jeździć, taka inwestycja zwróci się dość szybko i da nam większą swobodę przy wyborze miejsc do jeżdżenia. Nie opłaca się jednak kupować sprzętu dzieciom, które szybko rosną (szczególnie przy mało śnieżnych zimach, jakie teraz mamy).

Czy warto korzystać z pomocy instruktora?

Biegówki są dużo tańszym sportem niż narciarstwo zjazdowe. Indywidualna lekcja z instruktorem to koszt od około 120 do 150 zł za godzinę. Instruktor powinien posiadać uprawnienia Towarzystwa Narciarskiego Biegówki, albo Polskiego Związku Narciarskiego.

- Instruktor od razu wyeliminuje błędy, które potem będziemy powielać. Zwróci nam uwagę na szczegóły, o których powinniśmy pamiętać. Pokaże nam, jak prawidłowo poruszać się na biegówkach, żebyśmy się mniej męczyli i z mniejszym wysiłkiem pokonywali większy dystans – mówi Konrad Młodziński, właściciel wypożyczalni i szkółki narciarskiej „Biegówki na Choszczówce”.

Instruktor pokaże też jak prawidłowo trzymać kijki i jak wyrobić sobie dobre nawyki biegowe. Jeśli nie zdecydujemy się na taką lekcję (indywidualną lub grupową) możemy skorzystać z filmików instruktażowych na YT.

Najczęstsze błędy, jakie popełniają „biegówkowicze” to wysuwanie do przodu tej samej ręki i nogi (w narciarstwie biegowym mamy naturalny ruch naprzemienny), a także nie odrywanie na koniec ruchu narty, którą właśnie się odpychamy. Wiele osób nie potrafi też prawidłowo posługiwać się kijkami.

Postawa ciała - jeśli uczymy się sami, pamiętajmy o:

  • lekko zgiętych nogach, ustawionych na szerokość miednicy (i nartach ustawionych równolegle).
  • pochylaniu się do przodu,
  • naturalnym chodzie naprzemiennym
  • wbijaniu kijka pod odpowiednim kątem (za biegaczem, żeby się odepchnąć),
W narciarstwie biegowym funkcjonują dwa style jazdy: klasyczny i łyżwowy. Osoby początkujące zaczynają od kroków klasycznych, bardziej stabilnych, które wiążą się z naturalnym ruchem człowieka. (fot. iStock) W narciarstwie biegowym funkcjonują dwa style jazdy: klasyczny i łyżwowy. Osoby początkujące zaczynają od kroków klasycznych, bardziej stabilnych, które wiążą się z naturalnym ruchem człowieka. (fot. iStock)

Biegówki i kondycja

Przede wszystkim, decydując się na narty biegowe, weźmy pod uwagę korzyści dla zdrowia. Jazda na biegówkach nie tylko doskonali naszą równowagę, ale jest jednym z lepszych ćwiczeń aerobowych. Angażujemy tutaj całe ciało do intensywnej pracy. Przy biegówkach, podobnie jak przy pływaniu, pracują niemal wszystkie mięśnie.

Jak podkreśla dr n. med. Ewa Czapińska-Ciepiela (w wywiadzie dla portalu nabiegowkach.pl) „Biegówki wpływają na neurologiczne funkcjonowanie organizmu na różnych poziomach. Przede wszystkim przeciwdziałają chorobom kręgosłupa: dyskopatii, rwie kulszowej albo rwie barkowej. Jest to bardzo dobry sport dla osób, które mają siedzący tryb życia. Ruch na biegówkach odciąża kręgosłup. W czasie biegu na nartach mamy bardzo fizjologiczną i ergonomiczną pozycję, dzięki której mięśnie pracują w swoich dobrych zakresach i bardzo stabilizują kręgosłup. Przekłada się to później na ogólną sprawność i zachowanie młodości organizmu”.

Przy biegówkach nie jest też konieczna rozgrzewka (choć nie zaszkodzi, szczególnie, gdy wstajemy od komputera). Rozgrzewamy się tak naprawdę samym bieganiem. Siły rozłożone są równomiernie, dlatego trudno o kontuzję czy przeciążenia. Przy zwykłym biegu stawy są bardziej nadwyrężane, z kolei narty amortyzują („nie uderzamy” o ziemię). Biegówki to również dotlenienie i spora dawka endorfin!