Doktor Ty. O samouzdrawianiu

Udowodniono naukowo, że medytacja i techniki oddechowe korzystnie wpływają na zdrowie. I urodę. Nie wierzysz? Wystarczy zrobic sobie zdjęcia, gdy jesteśmy zdenerwowani i zrelaksowani. (Fot. iStock)

Techniki relaksacji łagodzą stres, pozytywne myślenie koi ból, depresję oraz stany lękowe. Bliskie więzi z innymi wydłużają życie, a opieka pełnego empatii lekarza może być równie skuteczna co przepisany przez niego lek. Zdrowia ciała i ducha nie da się oddzielić – mówi dr Jeremy Howick, autor książki „Doktor Ty. O wewnętrznej sile organizmu i zdolności do samouzdrawiania”.

 

Statystyczny Polak zażywa cztery lekarstwa dziennie, Amerykanin i Brytyjczyk – pięć. Jeden na dziesięciu dorosłych w krajach rozwiniętych sięga po leki przeciwdepresyjne, a środki przeciwbólowe na receptę zabijają w USA więcej ludzi niż kokaina i heroina razem wzięte. Pogubiliśmy się w farmakologicznym świecie?

Większości leków, które przyjmujemy, wcale nie potrzebujemy. A tych pozostałych łykamy za dużo. Jednak w książce „Doktor Ty…” nie twierdzę, że trzeba odrzucić leki, zwracam tylko uwagę, żeby nie łykać ich bezrefleksyjnie. Zamiast tego proponuję skupić się na wspomaganiu organizmu i pozwoleniu mu na to, by wykorzystywał swoje naturalne umiejętności do regeneracji.

Jest pan w tej dziedzinie specjalistą, przeprowadził pan wiele badań dotyczących leków i ich wpływu na zdrowie.
Mam też osobiste doświadczenie z ich nadmiarowym stosowaniem. Moja mama umarła na raka. Wcześniej łykała wiele pigułek na polecenie różnych specjalistów, w sumie siedem. Żaden medyk nie patrzył na to, w jakie interakcje wchodzą przepisane przez niego farmaceutyki. I gdy w końcu wyłożyliśmy te wszystkie tabletki na stół, lekarz opiekujący się matką od razu wyeliminował dwa lub trzy rodzaje. To mi dało do myślenia.

Zacznijmy więc od początku. W zdrowym ciele zdrowy duch?
W moich badaniach przeanalizowałem interakcje zachodzące pomiędzy ciałem a umysłem i potwierdziłem, że ich zdrowia nie da się oddzielić. Jeżeli pijesz alkohol, reaguje nie tylko twoje ciało, lecz także umysł. Jeżeli ktoś jest niespokojny, to ten niepokój widać w ciele, w postawie, w nerwowych ruchach i tak dalej. Zróbmy eksperyment. Widzę, że trzyma pani długopis w prawej dłoni. Proszę zamknąć oczy i skupić myśli na swoim nadgarstku. Czuje coś pani? Cokolwiek?

(Po dłuższej chwili) Czuję łaskotanie.
Ma więc pani dowód na to, że kierując myśli na daną część ciała, sprawiamy – a raczej nasz mózg sprawia – że zaczynamy coś czuć. Analogicznie jeżeli jesteśmy zdenerwowani czy zasmuceni, mocniej odbieramy ból. Zrelaksowani i wyspani – słabiej. Nic nie dzieje się tylko w naszej psychice. Może pani podać przykład jednej rzeczy, którą uważa pani za czysto psychologiczną?

Odczuwanie wątpliwości.
Gdy czuje pani wątpliwości, pani ciało się zmienia, bo niepewność widać w postawie i gestach. Gdyby ktoś nagrał panią na wideo, gdy myśli pani o czymś, czego jest pani pewna, a potem o czymś, co do czego ma pani wątpliwości, widoczna byłaby wyraźna zmiana w postawie i mowie ciała.

Pisze pan, że nasze ciała mają potężną siłę samouzdrawiania. Jak to działa?
Każdy składa się z 30 bilionów komórek, w każdej minucie powstaje ich 700. Skóra regeneruje się co 28 dni, wątroba co rok, tylko mózg, serce i soczewki w oczach mamy jedne na całe życie. Reszta ma zdolność regeneracji, tylko o tym zapominamy. Gdy się zadrapiemy, rana zacznie krwawić, wysyłając na odsiecz zwalczające choroby białe krwinki, a niecałą godzinę później zamknie się strupem. Po tygodniu będzie mały ślad, za dwa nie będziemy pamiętać o zadrapaniu. Nie bez powodu mówi się też, że leczone przeziębienie mija po tygodniu, a nieleczone po siedmiu dniach.

Dlaczego tak się dzieje?
Nasz organizm dysponuje wewnętrzną apteką, dzięki której może łagodzić ból, zmagać się z depresją, poprawiać samopoczucie. Na przykład endorfiny powodują naturalne uniesienie. Czujemy je najmocniej po wysiłku fizycznym. Endorfina to „morfina” produkowana przez organizm. Ich cząsteczki są niemal identyczne. Istnieje jeszcze wspomagacz szczęścia dopamina, która zresztą działa podobnie do kokainy. I oksytocyna – hormon przytulania, a także brane przez pakerów na siłowni hormony wzrostu, które pozwalają się rozmnażać i regenerować komórkom.

Łyknięcie lekarstwa wydaje się prostsze niż uruchomienie wewnętrznej apteki. Łatwiej nam zaufać pigułkom niż sobie?
To efekt prania mózgu, jakie serwują nam reklamy farmaceutyków. Boli cię głowa, brzuch, masz za dużo albo za mało energii? Nie myśl, tylko weź pigułkę. Bezgranicznie wierzymy lekarzom i firmom farmaceutycznym. Tymczasem badania pokazują, że jedna trzecia ludzi, która dostaje receptę, nawet jej nie wykupuje. Kolejna jedna trzecia nie zażywa ich poprawnie. Poza tym pamiętajmy o skutkach ubocznych leków. Zwykła aspiryna może być przyczyną m.in. niestrawności, bólu brzucha, zgagi, a nawet krwawienia z przewodu pokarmowego – takie informacje zawiera każda ulotka, ale kto je czyta!?

Zanim zaczniemy leczenie, poszukajmy przyczyny. W książce udowadnia pan, że stres jest naszym największym wrogiem i sprawcą wielu chorób, nawet tych, których z początku z nim nie łączymy.
Cofnijmy się do czasów prehistorycznych i wyobraźmy sobie, że spotykamy wilka. Jego widok wywołuje w nas tzw. reakcję walki i ucieczki. Cały organizm skupia się na zagrożeniu i potencjalnej walce. Ciśnienie krwi i tempo uderzeń serca rosną, by do mających nas bronić mięśni dostało się więcej tlenu. Chwilę wcześniej rozszerzają się nam naczynia płucne, by przyjąć go jak najwięcej. Mózg zarządza wyrzut pobudzającej adrenaliny i przeciwbólowego kortyzolu na wypadek ugryzienia lub ucieczki. Zmienia się aktywność trzustki, by w krwi znalazło się więcej dającego energię cukru. Jesteśmy gotowi na pokonanie zagrożenia. Oczywiście, wszystko to dzieje się pewnym kosztem, na przykład mamy obciążony układ trawienny czy immunologiczny. Zmiana pracy trzustki sprawia, że spalamy mniej tłuszczu, za to więcej gromadzi się go nam na brzuchu, rośnie też ryzyko chorób serca. Neandertalczyk nie miał z tym problemów, bo gdy pokonał wilka, poziom stresu automatycznie spadał i organizm wracał do swojego rytmu.

My co prawda rzadko spotykamy wilki, ale zamiast nich permanentny stres wywołują u nas korki, napięte terminy, szefowie…
I ciało reaguje na wywołany przez to wszystko stres tak samo jak na wilka, choć w nieco mniejszej skali. W rezultacie tych minireakcji walki i ucieczki organizm cały czas jest obciążony stresem. Traci na tym system immunologiczny, na który nie starcza już energii. I ma to bezpośredni wpływ na podatność na choroby. Trochę sami jesteśmy sobie winni.

Jak to?
Nakręcamy swój stres. Telefony nie służą dziś tylko do dzwonienia, ale są też budzikiem, ostatnią rzeczą, jaką widzimy przed snem, i pierwszą, na którą patrzymy po przebudzeniu. Nie możemy zasnąć, bo mózg jest pobudzony przeglądaniem Facebooka, a gdy w końcu się budzimy z kiepskiego snu, przy okazji wyłączania budzika natykamy się na mejl od szefa albo notatkę o spotkaniu. I od rana jesteśmy zestresowani. A badania pokazują, że zestresowani ludzie łatwiej łapią przeziębienia i dłużej się z nich leczą. Intensywniej odczuwają ból. Poza tym stres jest powiązany z chorobami układu krążenia, które zabijają najwięcej ludzi. Nie mamy wyboru, musimy nauczyć się relaksu. Dać ujście stresowi.

Optymistyczne komunikaty, choćby od lekarza, który mówi, ze poczujemy się lepiej, sprawiają, że szybciej do siebie dochodzimy. (Ilustracja: Karol Banach)

Jak to zrobić?
Stresu nie da się uniknąć, ale możemy nim zarządzać. Ważne też, by zadbać o relaks i odpoczynek. Gdy wolniej oddychamy, skupiamy się na wdechu i wydechu, ciało uspokaja się i naturalnie zaczyna się regenerować. Uruchamia się współczulny układ nerwowy, który dobrze wpływa na układ odpornościowy i trawienny oraz płciowy. Nie bez powodu stres zabiera nam libido, a wypoczynek je oddaje. Regenerujemy się też, gdy śpimy.

Łatwo powiedzieć. Liczenie baranów nie zawsze pomaga.
Pomogą techniki relaksacyjne, joga, a nawet mantry czy modlitwy, na przykład odmawianie różańca. Herbert Benson pod koniec lat 60. zbadał naukowo wpływ medytacji i technik oddechowych na ciało. Udowodnił, że obniżają tempo oddechu oraz ciśnienie. Nazwał przedmiot badań relaksacją. Daje ona same korzyści, a w dodatku dzięki niej młodziej i atrakcyjniej wyglądamy. Nietrudno to udowodnić. Wystarczy zrobić sobie zdjęcia, gdy jesteśmy zdenerwowani i zrelaksowani.

Muzyka też ma taką moc?
Niektóre dźwięki nas uspokajają, inne wręcz przeciwnie. Gdy w radiu gra heavy metal, kierowcy jeżdżą szybciej. Przy Chopinie wolniej. Medytacja to niejedyny sposób na relaks. Każdy powinien poszukać tego, co działa na niego najlepiej, i tej techniki się trzymać. Warto pamiętać, że stres wywołuje nie tylko wilk, ale już sama myśl o nim – to również udowodniono.

Zatem czarnowidztwo nam szkodzi. A pozytywne myślenie naprawdę działa?
Już same pozytywne oczekiwania wywołują wydzielanie endorfin. Poza tym optymistyczne komunikaty – na przykład od lekarza, który mówi, że za kilka dni poczujemy się lepiej – sprawiają, że szybciej do siebie dochodzimy. W Niemczech przeprowadzono badanie na pacjentach po operacji serca. Przed operacją połowa z nich dostała informację: szybko wyzdrowiejesz. Drugiej połowie nie powiedziano nic. Pierwsza grupa szybciej wróciła do pracy. Ich system immunologiczny również miał się lepiej.

Dlaczego?
Dobra wiadomość pobudza w mózgu ośrodek nagrody, który w wypadku choroby uruchamia produkcję naturalnego środka przeciwbólowego. Sprawia też, że jesteśmy bardziej zrelaksowani, a to pomaga szybciej wracać do zdrowia. Pozytywne komunikaty łagodzą stres i niepokój. Gdy chorujemy, mamy tendencję do czarnowidztwa. W bólach głowy widzimy raka mózgu, a w przeziębieniu zapalenie płuc. Tymczasem ludzie odczuwający niepokój są bardziej podatni na ból i depresję. Niepokój powoduje wydzielanie cholecystokininy – hormonu zwiększającego m.in. intensywność komunikatów o bólu wysyłanych z ciała do mózgu. Dlatego złagodzenie strachu przez lekarza często kończy się też złagodzeniem bólu.

Pisze pan, że duże znaczenie dla zdrowia mają również bliscy: przyjaciele, rodzina.
Badania dowiodły, że samotni żyją o pięć lat krócej. To dużo, szczególnie że tyle samo lat życia pozbawia nas nałogowe palenie papierosów. Serdeczni ludzie poprawiają nam humor (co wpływa na wydzielanie oksytocyny), łagodzą stres i niepokój oraz, co równie ważne, służą radą, wsparciem, można się im wygadać. Badanie Sheldona Cohena, który obserwował zarażonych przeziębieniem wolontariuszy, pokazuje, że ludzie otoczeni kręgiem znajomych i rodziny są mniej narażeni na rozwój wirusa. Udowodniono, że grupa życzliwych nam ludzi ma ogromny, pozytywny wpływ na nasze zdrowie.

Jak więc możemy stać się swoimi własnym lekarzami?
Gdy zachorujesz, nie myśl: „Potrzebuję pigułki”. Pomyśl raczej, co możesz dla siebie zrobić. Przyjaciele i życzliwi ludzie realnie wydłużają nasze życie, a opieka pełnego empatii lekarza może być równie skuteczna co przepisany przez niego lek. Zdrowia ciała i ducha nie da się oddzielić. Choć to brzmi banalnie, uśmiech to najłatwiej dostępny lek. Na dodatek darmowy i pozbawiony skutków ubocznych.