fbpx

Korzenie i skrzydła

Jesteśmy w kawiarni, nasz słodki maluch ma już dwa lata i osiem miesięcy. Liczy do dziesięciu i mówi do mnie „Tomek”. A gdy zrobię coś, czego sam jeszcze nie potrafi, choćby jadę na zdumiewającym urządzeniu, co ma na imię rower – szepce z podziwem i z miłością w oczach: „tatuś”. Czuję się wtedy oszustem, przecież każdy głupek to potrafi.

Jesteśmy w kawiarni, on chce „ciasio”, zjadł już dwa, trzeciego nie dostanie… Ale chce i już! Nagle poważnieje, poświęca chwilę na refleksję, jaką taktykę obrać. Klasyczną – rzucić się na ziemię, walić rękami i nogami? A może użyć broni wokalnej? Wybiera to drugie. Drze się, aż wibrują szyby. Patrzy, jaki jest efekt. Słaby, więc ponownie. Sala milknie, wszyscy patrzą na nas. Trzeba rzecz powtórzyć, by utrwalić wrażenie. Trzęsie się i purpurowieje na buzi od krzyku. Jeszcze chwila i szyby powylatują z framug – osłupieni ludzie po chwili zaczynają coś szeptać, domyślamy się co: „nieznośny bachor, jak teraz wychowuje się dzieci, to wszystko wina rodziców, co za czasy…”.

No właśnie, co za czasy? Statystyki mówią o dwóch milionach rodziców terroryzowanych w Stanach przez swoje dzieci. U nas zjawisko też staje się powszechne. A przecież wszystko zaczęło się od szlachetnych intencji. Dostrzegliśmy, że oddalamy się od natury i zagrażamy sami sobie. I jak strasznym błędem było przekonanie pedagogów, że dzieci nie należy rozpieszczać. To był tak zwany zimny wychów. Wiele generacji, w tym też moja, było trzymanych w lodówkach, by się hartować. „Jeśli będzie płakać – mówiła mojej matce lekarka – proszę nie reagować, chłopiec musi się hartować!”.  

W ostatnim dwudziestoleciu nastąpił odwrót od surowych nakazów i zakazów, zatriumfowało przyzwolenie. Im mniej ogranicza się dziecko, tym szybciej i piękniej się rozwija. Cała serdeczna uwaga skupiona na dziecku, pieszczone jest i noszone na rękach, jak w czasach jaskiniowych. Problem w tym, że już nie mieszkamy w jaskiniach.

I nagle dochodzą zewsząd wieści, że wśród młodych jest plaga destrukcji i agresji. Szkoły, też w Polsce, zmieniły się w twierdze.

Gdzie znowu popełniono błąd? Intencje były takie piękne. Nowi rodzice z lęku przed powtórzeniem błędów swoich rodziców, które tak ich pokaleczyły, postanowili bez reszty poświęcić się swoim dzieciom. Przytulają je i całują, okazują miłość bez granic. I jest dramat. Czyżby był związek między epidemią agresji i narcyzmu u dzieci a New Age’em i permisywnością? Tak uważa Jirina Prekop w małej, ale wielkiej książce „Mały tyran”. Autorka pisze: „Niemowlę na pewnym etapie rozwoju jest szczególnie wrażliwe na postrzeganie siebie jako wszechmocnego i całkowicie panującego nad otoczeniem”. Nowe formy wychowania karmią to poczucie wszechmocy, które szybko staje się nałogiem. Dziecko walczy o potwierdzenie swej władzy jak o życie, dlatego potrafi być w fanaberiach tak wariacko uparte. Rodzice, którzy nie potrafią mówić dziecku „nie”, tę walkę przegrają. Przegrają też ich dzieci. A jak mówić „nie” w świecie, gdzie tak pięknie brzmi „tak”?

I oto mali tyrani stają się dużymi i krzewi się narcyzm. Ale – myślę – tyranów też tworzył chłód uczuciowy i zimny wychów. To oni z wieku XX uczynili horror. Czyli dwie zupełnie odmienne drogi mogą prowadzić do tego samego dramatu.

Dziecko powinno dostać od rodziców skrzydła i korzenie. Wygląda na to, że korzenie były do niedawna łańcuchami, zerwaliśmy je, by dać naszym dzieciom skrzydła. I są teraz te nasze pociechy jak baloniki na cienkiej nitce, patrzymy do góry przerażeni.

Co robić? Szukać złotego środka. Ten środek jednak mieni się nam w oczach i nikt go dokładnie nie widzi.