fbpx

Podjadanie i rozpinanie

Pani Emilia, masażystka ajurwedyjska, pracowała przez 30 lat w przemyśle chemicznym, by w końcu poświęcić się jodze i masażowi, który ma tysiące lat tradycji. Uważa to za swoją duchową misję. Czy to nie wzruszające, że w wieku XXI, w każdym wieku i nawet po „chemicznej” pracy można się odrodzić w duchowym rozwoju?

Uwielbiam masaż, pewnie też dlatego, że jestem pospinany i czasami mi ciasno w sobie. Co tak pospinało mnie w dzieciństwie? – oto jest pytanie. Dobry masaż rozpina i przynosi ulgę. Nic bowiem nie ginie, nasze ciało po swojemu zapisuje wszystko, nawet to, czego nie pamięta głowa. Twarde miejsca w nas są jak blizny po katastrofach. Masaż czeka na ponowne odkrycie, gdy w pełni zrozumiemy, jak głęboko w przeszłość mogą zajść czyjeś czułe i świadome ręce.

Miękkie, elastyczne ciało niemowlęcia układa się w rękach jak glina, gdy dorośli są zwykle jak deski z powbijanymi w nie gwoździami. Masaż przywraca ów stan pierwotny, choćby na chwilę, a niemowlęca nagość zdaje się masażowi przypisana. Nie chcę więc jednorazowych majteczek, które mi oferuje masażystka. Moja odmowa napawa ją przerażeniem.

„A jak będzie pan miał erekcję, to co ja zrobię?”. Radzę: „Wtedy zawoła pani: precz, szatanie!”. Patrzy nieufnie. „Słowo honoru, że to poskutkuje” – mówię.
 
A naprawdę to wstydzę się swojego brzucha. Niedawno lekarka zapytała mnie, patrząc uważnie w oczy: „Nie powie mi pan, że nie podjada?”.

Odpowiadam ciepłym, niewinnym spojrzeniem i milczę, to za intymne pytanie. Najgorsza jednak chwila przyszła, gdy brzuchaty ojciec mojej żony spojrzał na mnie niedawno i oświadczył: „No, to już chyba mnie dogoniłeś”.

Nonsens. A jednak osłupiałem i znowu od kilku dni się odchudzam. To chyba nigdy się nie kończy. Mam górę szarlotki w domu. Na razie patrzę na nią z obrzydzeniem. Tak oto czasami po rozwodzie miłość zmienia się w nienawiść. A szarlotka jednak topnieje. Pożera ją mój synek. Pożera też moją energię.

Czasami doprawdy nie mam siły. Nie mam i już. Kładę się na łóżku i ogarnia mnie bezgraniczna błogość, zepsuta szybko myślą: „Nie mogę sobie przecież na to pozwolić”.

Najszybciej energię zjada stres i jego okrutne dziecko – depresja. Wszyscy teraz pochylają się z uwagą nad stresem. Mnożą się techniki relaksu. Ale przecież cała tajemnica w tym, by się nie naprężać, jeśli nie ma istotnego powodu. Jak jednak się nie napinać, gdy żyje się w XXI wieku?

Zwierzę, choćby pies, którego łatwo nam podpatrzeć, gdy czuje się zagrożony, podnosi wysoko barki, grzbiet mu twardnieje, mięśnie się napinają. U nas jest tak samo. A wielu ludzi wmówiło swemu organizmowi, że są w stanie walki nieustannie. Dlatego nie możemy zasnąć, nie śpi przecież ten, kto walczy, źle oddychamy, gdzieś biegamy z twardymi jak kamień grzbietami.

Jeremy, koleżka mego syna, zaledwie o trzy tygodnie od niego starszy mały Maltańczyk, siedzi na jego czerwonym samochodziku jak na swoim, ręce ma zajęte, w jednej trzyma misia, w drugiej świnkę, pod pachą elektroniczne cymbałki, pod drugą opakowanie z czekoladkami. Nie może się ruszyć. Mój synek, który jeszcze nie wszedł w epokę „to moje”, podchodzi do niego i daje mu swój balonik: „proszę”, mówi. Jeremy nie ma jednak możliwości, by przyjąć ów wspaniały dar, wszystko ma zajęte. Wpada więc w histerię. Wielu z nas, już zupełnie dorosłych, ale udziecinnionych przez pożądanie rzeczy, cierpi podobnie.