Agnieszka Glińska – moje dzieci mnie ukształtowały

Agnieszka Glińska z Frankiem i Janiną (Fot. Szymon Szcześniak)
Agnieszka Glińska z dziećmi. Choć Franka i Janinę dzieli 9 lat różnicy, mają znakomite relacje. (Fot. Szymon Szcześniak)

Myślę, że dzięki nim nie zapomniałam siebie w ich wieku, dzięki córce i synowi doskonale pamiętam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka, mama 25-letniego Franka i 16-letniej Janiny.

Nigdy nie projektowałam, kim będą moje dzieci, choć mam świadomość, jak to, co robię zawodowo, naznacza najbliższych. Nigdy ich nie izolowałam od swojej pracy, chyba nie umiałabym, lubię się z nimi dzielić. Franek jako dziecko był bardziej wessany w ten świat niż Janina. Gdy był mały, wędrowałam z nim po teatrach po całej Polsce. Pierwszy raz wyruszyliśmy razem, jak nie miał jeszcze dwóch latek. Dostosowywał się do okoliczności, mógł spać w każdych warunkach, znosił dzielnie pobudki o świcie i wyjazdy. Był takim dzieckiem ciągle w drodze. To, rzecz jasna, ustało, gdy rozpoczął naukę szkolną, ale dalej chętnie przychodził na próby do teatru. Bardzo ciekawiło go to, co robię, lubił też chodzić ze mną na zajęcia ze studentami. Zna teatr na wylot i od podszewki.
Na ósme urodziny kupiliśmy mu małą kamerę, na takie małe kasetki. Dostał kompletnego bzika na jej punkcie, kręcił wszystko, wymyślał scenki, a jak urodziła się Janka, to kręcił ją. W latach 90. robiłam bardzo dużo teatrów telewizji dla dzieci, a Franek był ich pierwszym widzem i krytykiem. Bardzo od zawsze ufam w jego gust. Jako sześciolatek zagrał maleńki epizod w „Bankructwie małego Dżeka”, świetnie, z wielkim talentem. Potem spędził kilka lat na planie serialu, poznał, czym jest ten zawód. Na początku granie sprawiało mu wielką frajdę, a potem się znudził, chodził na plan tylko dlatego, że operator pozwolił mu siadać za kamerą. Dziś Franek jest dla mnie autorytetem i imponuje mi jego kreatywność. Często się go radzę i nadal lubię, kiedy zagląda do mnie na próby. Zawsze coś ciekawego zauważy, zainspiruje, podpowie, doda od siebie.

One maja głos

Na Jankę chyba aż tak nie wpłynęłam. Zawsze bardziej od moich interesowały ją jej własne sprawy i to jest super. Oboje mają taką przypadłość, że bardzo dużo ich interesuje, w wielu dziedzinach są nieźli, w związku z tym wybór jest trudny. Janka jest uzdolniona plastycznie, przez kilka lat miała inspirujące lekcje rysunku. Zajmuje się też fotografią, robi analogowe zdjęcia i bardzo dobrze jej to wychodzi. Grała na skrzypcach w szkole muzycznej przez kilka lat, ma świetny słuch, pięknie śpiewa. Jest niesamowicie kreatywna. Nie wiem, co będzie robiła w przyszłości. Bardzo mnie ciekawi, gdzie ją poniesie.
Wychowywałam ich trochę inaczej. Oczywiście, są elementy wspólne, ale jest dużo różnic. Myślę, że Franek został dość mocno naznaczony moją kondycją. Jak się urodził, miałam 25 lat, ale to nie wiek zaważył na tej kondycji, po prostu byłam wtedy bardzo smutnym człowiekiem, zalęknionym, spiętym. Udawało mi się wychodzić z tego stanu w pracy, ale w życiu codziennym byłam bardzo obciążająca dla wszystkich. Jako matka nie czułam granicy między sobą a dzieckiem. Żyłam Franka emocjami, on żył moimi. To była symbiotyczna, ale bardzo złożona relacja, jej resztki w dalszym ciągu w nas tkwią. Oboje podjęliśmy jednak trud, żeby to zmienić. Przeszliśmy bardzo ważny moment odcięcia pępowiny na progu jego dorosłości. Wcześniej nie umiałam inaczej, myślałam, że tak ma być, że macierzyństwo przeżywa się totalnie. Miałam przy tym dużo wyrozumiałości, dialogowałam po partnersku. Emocjonalnie jednak sobie nie radziłam. Bardzo nie chciałam wychowywać tak, jak sama byłam wychowywana, czyli w rytmie granic i zasad, jakie wtedy obowiązywały, na przykład, że dzieci nie mają głosu, że powinny być posłuszne. Instynktownie chciałam inaczej – żeby wytworzyła się między nami mocna więź. Bardzo źle reagowałam na wszystkie uwagi krytyczne co do mojego sposobu wychowania Franka, szukałam swojej ścieżki w tym budowaniu relacji matka – syn. Teraz wiem, że wyszło z tego dla niego dużo dobrego, ale też dużo trudnego, z czym musi sam się pozmagać, porozliczać się ze mną w sobie.
Myślę, że wyrósł na niezwykle prawego, szczerego i otwartego człowieka, ma taką czystość wobec samego siebie, nie ściemnia, nie udaje, nie gra, jest sobą. Cieszę się z jego samodzielności, samosterowności, kreatywności.

Cały czas się od nich uczę

Janka urodziła się dziewięć lat później. Wtedy wydawało mi się, że fakt, iż jest dziewczynką, sprawi, że będę coś lepiej wiedziała. Bzdura. Jak urodził się Franek, nic nie wiedziałam o chłopcach i ta niewiedza akurat wyszła mu na dobre, bo on nie ma problemu ze swoją wrażliwością i uczuciowością, co uważam za jego wielką siłę. I wiem, że to nie płeć była powodem, dla którego ich dzieciństwo wyglądało inaczej. Nie różnicowałam swojego podejścia do dzieci na chłopca i dziewczynkę, bo wiem zbyt dobrze, jak wiele lat ja sama musiałam zmagać się z wkodowanym kulturowo wizerunkiem grzecznej dziewczynki, dygać, uśmiechać się przepraszająco i uznawać pierwszeństwo czyichś racji nad swoimi. I mocować się z tym, czego mi jako dziewczynie nie wolno.
Janka pojawiła się jak przybysz z kosmosu i z miejsca wszyscy zaczęliśmy uczyć się od nowa, jak żyć. Od początku, nie wiem skąd, genialnie umiała stawiać granice, jasno komunikowała, co tak, co nie. W związku z tym naturalnie zaczęliśmy te jej granice szanować. Do tej pory mamy wspaniały układ, polegający na tym, że jak dochodzi między nami do spięć czy konfliktów, to chwilę później je sobie analizujemy, czyli wyjaśniamy, o co której chodziło i dlaczego do tego doszło, czasem robimy to na wesoło, łapiąc dystans do siebie samych.

Na każdym kroku powtarzam, że najwięcej nauczyłam się od moich dzieci. Od Franka – ponieważ byłam wtedy mentalnie stara – nauczyłam się postrzegania świata dziecięcą wrażliwością i nieskażoną, nieobarczoną lękami wyobraźnią. Potem jako nastolatek wtajemniczał mnie w swój świat i żeby za nim nadążać i mieć o czym z nim rozmawiać, musiałam pootwierać sobie różne klapki i wejść w przestrzeń jego zainteresowań. A przy tym nie udawać, że mnie to ciekawi, bo wiedziałam, że wykryje każdą ściemę.
Mieliśmy taką umowę, że chodzimy razem do kina i że raz on wybiera film, raz ja. To było bardzo ciekawe, bo on przymuszał się do takich filmów, których by sam nie wybrał, a ja z kolei do takich, na jakie bym w życiu nie poszła. I sobie o nich gadaliśmy. Uświadomił mi, że fajnie jest cieszyć się życiem. Jednak między uświadomieniem sobie tej prawdy a tym, żeby w ten sposób żyć, jest daleka i trudna droga. Myślę, że nie do końca udało mi się wtedy na nią wejść, ale dzięki niemu wiem, że istnieje.

Janka otworzyła we mnie jeszcze inne rejony. Przeszłyśmy razem przez naprawdę wspaniałe doświadczenie, jakim była „Pippi Pończoszanka”, którą reżyserowałam w Teatrze Dramatycznym. Janka miała wtedy cztery lata, zrobiłam ten spektakl, bo mnie do niego zainspirowała. Uczyniłam to też dla niej – żeby wiedziała, gdzie mama chodzi do pracy i co robi. Przedstawienie było grane kilka lat, potem zniknęło z afisza, aż przyszedł moment, kiedy zadzwonił do mnie nowy wtedy dyrektor Dramatycznego, że chciałby zrobić uroczyste pożegnanie z tytułem, trzy ostatnie spektakle „Pippi…”. Przed tym już naprawdę ostatnim zadzwoniłam do Janki z pytaniem, czy się na niego wybiera. Wiedziałam bowiem, jak ważny był dla niej ten spektakl, w którym tata Pippi to jej tata – bo Krzysztof grał w tym spektaklu Tatę Pirata, co było dla niej elementem identyfikacji. Pytam: „Za godzinę zaczynamy, przyjdziesz?”. A ona na to: „Nie, mamo, przemyślałam i doszłam do wniosku, że nie mam w sobie miejsca na te emocje”. Zatkało mnie. Zrozumiałam, jak bardzo świadoma jest swoich uczuć, nie chce narażać się na takie przeżycia, bo czuje, że dużo by ją kosztowały. Więc podjęła trudną decyzję. Cały czas się od niej uczę tego, żeby stać za sobą. Janka ma wielkie wsparcie w swoim tacie. Razem umacniamy ją w tym, żeby traktowała stanie za sobą jako najważniejszą wartość. Oczywiście, że nie jest wolna od niepewności, lęków, stresów, napięć, ale jej świadomość siebie i swoich emocji jest czymś niebywałym. Większość z nas wierzy, że samotność skazuje nas na gorsze życie, ale czy tak jest naprawdę?

Agnieszka Glińska podkreśla, że dzięki dzieciom nie zapomniała siebie w ich wieku (Fot. Szymon Szcześniak) wierzy, że samotność skazuje nas na gorsze życie, ale czy tak jest naprawdę?
Agnieszka Glińska podkreśla, że dzięki dzieciom nie zapomniała siebie w ich wieku (Fot. Szymon Szcześniak)
Nie ingeruję w ich miłość

Dorastanie dzieci to niełatwy temat, myślę jednak, że go zdemonizowałam. Jak patrzę na dorastanie Franka z perspektywy czasu, to widzę, że nie było to takie straszne: ani on nie był taki okropny, ani ja taka beznadziejna. Daliśmy radę. Trochę histeryzowałam, krzyczałam, trochę mnie śmieszyły jego wybryki. Bywały też poważniejsze problemy. W klasie maturalnej z powodu opuszczonych godzin i różnych jego zaniedbań istniało zagrożenie, że nie będzie dopuszczony do matury. Nie umiałam znaleźć równowagi między przestrzenią wolności jego wyborów a przymusem. Brakowało mi argumentów. Wtedy jego tata wziął sprawy w swoje ręce, zabrał Franka do siebie i pomógł mu się zmobilizować. A mnie ten moment ostatecznie wyleczył z bycia zosią samosią i z poczucia, że muszę wszystkiemu podołać sama.

Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto. Wręcz przeciwnie – wydaje mi się, że przeszli przez dojrzewanie suchą nóżką, choć wszystkiego na pewno nie wiem, a nawet nie chcę wiedzieć. Oczywiście, że boję się o ich bezpieczeństwo, o ich zdrowie, o zagrożenia, jakie zafunduje im współczesny świat, o wiele innych rzeczy. W ogóle się o nich boję, to jasne. Od niedawna rozumiem, jak swoim lękiem ich obciążam, więc się powściągam. Czasem wychodzi to groteskowo. Strasznie się denerwuję, kiedy Janka nie odzywa się przez długi czas, nie odbiera telefonu. Próbujemy negocjować godzinę powrotu do domu czy uczestnictwo w różnych imprezach. Przedstawiam jej swoje racje, ona mnie swoje. Rysujemy drzewko decyzyjne, którego mnie nauczyła. To znaczy rozpisujemy wszystkie za i przeciw i omawiamy każdą sprawę. I jak ona zrozumie moje argumenty, to je przyjmuje, nie upiera się, ale też bardzo często mnie przekonuje i wtedy ja przyjmuję jej argumenty.
Janka ma wyraziste, silne poglądy. Od zawsze wykazuje ogromną wrażliwość społeczną, troskę o słabszych i nieuprzywilejowanych, udziela się w różnych akcjach, chodzi na protesty i parady, działa teraz przy tworzeniu młodzieżowego strajku klimatycznego. Dużą rolę w jej obecnym świecie odgrywa liceum, do którego chodzi, gdzie kładzie się duży nacisk na edukację obywatelską. Janka ma swoją ocenę zdarzeń. Pokazałam jej kiedyś śmieszny filmik, a ona bardzo jasno stwierdziła: „To nie jest śmieszne, to poniża tę osobę”. I miała rację.

Nigdy nie zajmowałam się ich miłościami, to ich życie, wiem tyle, ile chcą mi powiedzieć. Cieszę się, jak dzielą się ze mną swoimi przeżyciami, ale nie ingeruję, nie dopytuję i nie wtrącam się. Lubiłam i lubię, jak zapraszają znajomych i przyjaciół do domu, w ogóle strasznie lubię tych ich kolegów i koleżanki z najbliższego kręgu. Nawet spora taka grupa była na przyjęciu z okazji moich 50. urodzin, to było bardzo wzruszające. A edukacja seksualna? Odpowiadałam z poczuciem misji na ich pytania typu „skąd się biorą dzieci?”, a pojawiały się u obojga dość wcześnie. Gadaliśmy wtedy, gdy mieli potrzebę, o wszystkim, co ich interesowało, i tyle. Raczej nie ma u nas tematów tabu.
Bardzo cieszę się z tego, że Franek ma dobrą relację ze swoim tatą, wypracowali to wspólnie, mądrze i dojrzale. On nie zostawia niezałatwionych spraw, zawieszonych napięć, ma potrzebę ich wyjaśniania. Z jego tatą rozstaliśmy się, gdy Franek miał pięć lat. Przez kilka lat spędzaliśmy życie tylko we dwoje. Bardzo dużo wtedy od siebie wymagałam i oczekiwałam. Chciałam być jednocześnie matką i ojcem. A ponieważ nie radziłam sobie z własnymi emocjami, to łatwo nie było i fundowałam nam rollercoaster.
Nie kryję przed dziećmi, że od wielu lat chodzę na psychoterapię. Myślę, że widzą moje postępy. Oboje mają wiedzę, że jeśli nie będą sobie radzić z emocjami i życiem, jeżeli spotkają ich sytuacje graniczne, można i trzeba zwrócić się po pomoc.

Myślę, że to, co mogę powiedzieć o sobie jako matce in plus, przy wielu błędach, jakie popełniałam i popełniam, to właśnie to, że byłam i jestem uczciwa w emocjach wobec nich, nic nie ukrywam i nie ściemniam. Aha, no i potrafię przyznać się do błędów. Gdy wybuchałam złością, mówiłam, co się na to złożyło i że nie powinnam tak była zareagować, przepraszałam. Gdy teraz Franek powie coś w złości, po godzinie pisze: „Sorry, że tak zareagowałem, ale stało się to i to”. Próbuję cały czas poskramiać swoje lęki i ograniczenia, by dać dzieciom prawo do własnych emocji. To coś, czego się sama bardzo długo uczyłam.

Janka i Franek mają superrelację, wspierają się, choć Franek mieszka teraz w Łodzi. On jest dla niej autorytetem, ale w bardzo wielu sferach ona mu imponuje. Komunikują się już poza mną. Ich relacja to ich wspólna zasługa, ale dużą rolę odegrał w niej Franek, który powitał Jankę na świecie z niesamowitą radością, czułością. A potem przejął rolę edukatora. Jako starszy brat uznał, że podstawową rzeczą, której trzeba nauczyć małą dziewczynkę, jest to, żeby nie bawiła się lalkami Barbie, tylko oglądała „Gwiezdne wojny”. Pokazywał jej świat od swojej strony.

Moje błędy? Przykro mi, że nie umiałam lepiej. Popełniłam różne błędy, najważniejsze dziś dla mnie jest to, żeby dzieci potrafiły być szczęśliwymi ludźmi. Bo według mnie szczęście jest kwestią umiejętności. Albo się umie być szczęśliwym, albo nie. Myślę, że moje dzieci dostają ode mnie dużo uwagi i miłości, czasami za dużo. Pamiętam, jak Franek, miał wtedy 16 lat, w bardzo jasnych słowach wytłumaczył, że ta troska, którą mu daję, jest już zdecydowanie nieproporcjonalna do jego potrzeb. Pewnie, że byłam i bywam nadopiekuńcza. Ale z drugiej strony – nie zajmowałam się tym, czym zajmują się inne mamy, bo mam pracę, która mnie pochłania, bo nasza rodzina żyje w niestandardowy sposób. Mogę mieć sobie dużo za złe. Ale rozumiem, dlaczego tak się stało, i mam też głęboką nadzieję, że moje dzieci poradzą sobie z tym wyposażeniem, które dostały, że nie będzie ono dla nich zbyt dużym obciążeniem. Rozmawiamy o tym. Mam do nich ogromne zaufanie.

Bardzo mi imponują. Mają genialne poczucie humoru.
Czy jestem dumna? Nie w takim sensie, że to moja zasługa. Cieszę się natomiast, że oni są super jako ludzie. Piękni, kreatywni, otwarci i wrażliwi. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby żyli swoim niezależnym ode mnie życiem, ale żeby też wiedzieli, że z trudnymi sprawami w każdej chwili mogą do mnie przyjść i w każdej sytuacji dostaną wsparcie. ●

Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna, telewizyjna i filmowa. Była dyrektorka artystyczna teatru Studio w Warszawie. Aktorka, nauczycielka akademicka.