Manuela Gretkowska: Myśl!

"Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności", Manuela Gretkowska (Fot. Rafał Masłow)

Mówi, że nigdy nie czuła się w Polsce wygodnie. Od lat diagnozuje nasze „frustry” i ambicje. Jakiś czas temu napisała powieść o miłości niemożliwej – Agnieszki Osieckiej i Jerzego Giedroycia. I uważa, że czas wrócić do dorobku paryskiej „Kultury”

Pisząc „Poetkę i księcia”, mogłaś się przejrzeć w Osieckiej?
Jest mi bliska raczej przez moją powieść „Trans” o dziewczynie, która spotyka w Paryżu autorytet, wielkiego artystę, 30 lat starszego. Nie dostrzega, że jest mizoginem, potworem. Tyle że „Trans” to raczej „Tango w Paryżu”, podczas gdy historia Osieckiej i Giedroycia to przedwojenny walc. Czy mogę się w Osieckiej przejrzeć? Byłam emigrantką. Ona nie. Nie była pieskiem łaszącym się o to, kto ją przygarnie. Przyjechała opromieniona sławą. Gdyby chciała, mogłaby w „Kulturze” zostać. Więc to nie jest mój przypadek. Nie będę robiła z siebie cierpiętnicy, ale azyl polityczny nie jest niczym przyjemnym, nawet w Paryżu. To trudny start. Kleiłam buty, pilnowałam starców i dzieci. I dopiero we Francji napisałam książkę. Kiedy przychodziłam do „Kultury”, Giedroyc nawet o tej książce nie wiedział.

W Polsce o twojej powieści „My zdies’ emigranty” było głośno.
Bardzo się cieszyłam, że ją wydałam, ale nie była przepustką do sławy. Nie wiedziałam, że w Polsce odniosła sukces, i nic na niej nie zarobiłam.

Jak znalazłaś się w „Kulturze”?
Dzięki związkom ze środowiskiem „bruLionu”, które nawiązało kontakt z Giedroyciem. Byłam jedną z wielu osób, które przewinęły się przez ten dom w Maisons-Laffitte pod Paryżem, zarazem redakcję „Kultury”. Poza Giedroyciem mieszkali tam Zofia i Zygmunt Hertzowie czy choćby Józef Czapski, którego lektorką później zostałam. Wtedy już nie widział. Przychodziłam i czytałam mu jego własne książki. Nie pamiętał ich, momentami nie pamiętał nawet, że je napisał. Czasami zachwycał się stylem i gratulował autorowi. Tracił pamięć, ale wciąż miał to samo wyczucie smaku. Chciałabym na starość zachwycać się swoimi książkami. Kiedy pamięć wracała, komentował, dopowiadał coś, czego nie mógł napisać, np. z powodów obyczajowych.

Główną postacią „Kultury” był Giedroyc, kostyczny, zamknięty w sobie. Ty pokazujesz, jak tracił głowę dla młodej poetki.
Kiedy bywałam w „Kulturze” i pytałam o Giedroycia, słyszałam, że ma żonę w Londynie, co uważałam za bzdurę, bo nigdy nigdzie się nie ruszał. Poślubił Tatianę jeszcze w przedwojennej Polsce, będąc urzędnikiem. Rozstali się bez większych emocji. Miał temperament zakonny i stał się tytanem pracy. Wszystko poświęcił Polsce, więcej, niż musiał. Jego świat nagle wywróciła do góry nogami dziewczyna z Polski, stając na progu jego domu. Trzęsienie ziemi. Agnieszka Osiecka. To wydaje się niemożliwe, ale pasowali do siebie jak puzzle. Psychologowie powiedzieliby, że łączyła ich koluzja, czyli współuzależnienie.

Więcej ich dzieliło?
Osiecka była od Giedroycia młodsza o 30 lat. On doskonale wiedział, czego chce w życiu. Ona kompletnie nie wiedziała. Nie miała kontroli nad swoim życiem. Był Andrzej Jarecki, który nie chciał zostawić żony. Był Marek Hłasko, z którym się zaręczyła, ale wolał być z aktorką Sonją Ziemann, w dodatku był biseksem. Był stalinista uważający związek za imperialistyczny przeżytek. Mówiła, że zadaje się z takimi wysportowanymi übermenschami, bo tacy podobali się jej ojcu, który wychował ją na übermenkę: „Albo lejesz w mordę, albo jesteś lana”. A miała serce zalęknionej dziewczynki spragnionej miłości. To pęknięcie zalewała alkoholem. Kiedy w Paryżu Giedroyc zobaczył ją wśród ludzi STS-u, nie była tą Agnieszką, którą znał. Zobaczył kikimorę, bo dawała ułudę uczucia, a mogła wciągnąć w bagno.

Rozumiesz ją?
Staram się zrozumieć. Dlaczego jest z kilkoma facetami naraz? Dlaczego z takimi? Otarła się, nie bez powodu, o Arthura Koestlera, słynnego pisarza, który okazał się gwałcicielem studentek. Przypadek sprawił, że nie przyjechał do Paryża, choć byli umówieni. Była nim zauroczona jak ofiara swoim katem. Myślę, że na początku życia erotycznego miała nieciekawe doświadczenia. Mogła stać się oziębła. Jej „poligamia” nie brała się z erotyzmu, tylko z lęku, z domu, z którego wyszła. Rodzice nie okazywali sobie czułości. Ojciec żył na dwa domy, póki Agusia zrobi maturę. Pchał ją w edukację, żeby jak najszybciej wyprowadzić się do kochanki. Toksyczny był jej związek z matką, która nigdy jej nie przytuliła. Agnieszka się od niej nie odpępowiła do końca. Dorosła osoba odcina się od domu, ma własne życie.

Tobie było łatwo?
Spieprzałam z domu, jak tylko pojawiła się możliwość, uciekałam, mając 16 lat, ale na serio wtedy, gdy wyjechałam na studia do Krakowa. Oczywiście, tęskniłam przez pierwsze pół roku, bo okazało się, że dom jest dla mnie ważny. Poza tym miałam nadmiar uczuć. Czułam się silna.

Co tak naprawdę łączyło Osiecką i Giedroycia?
Giedroyć, według mnie, miał niezdiagnozowaną depresję. Przed wojną chodził do psychoanalityka. Nie mógł spać. To brało się jeszcze z dzieciństwa. Rodzice wysłali go do szkoły w Moskwie, tam był świadkiem rewolucji lutowej 1917 roku. Miał 11 lat, kiedy samotnie przez kilka tygodni wracał do domu przez opętaną rewolucją Rosję. Dorosły by sobie w łeb strzelił po czymś takim. Agnieszka też miała depresję. On uciekał w pracoholizm, ona w alkoholizm. Głęboko siebie rozumieli. Była dla niego ratunkiem. Człowiekowi w ciężkiej depresji, który dostaje haj, „kawałek życia”, któremu rosną skrzydła.

I na tym haju pojechał do niej, do Londynu.
Poleciałby do niej na tych skrzydłach, nawet gdyby promu nie było. W „Kulturze” pracowano od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu. Wszyscy znali się jak łyse konie. Nie można było nikogo oszukać w jakiejkolwiek sprawie. Hertzowie zaanektowali Agnieszkę jak córkę. Musiał zorganizować wyjazd, pojechać po kryjomu, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Dyplomacja, jaką uprawiał w życiu publicznym, teraz mu się przydała. To jak komedia omyłek w wodewilu miłosnym.

W Londynie ktoś mu ukradł portfel. Dla ciebie to symboliczne?
To psychoanalityczne. Stracił poczucie mocy, za granicą, przy Agnieszce, dziewczynie, która sama mogłaby mu tę moc odebrać, bo to jej zostawił decyzję o wspólnym życiu. „Powiedz tylko słowo, a będzie wola twoja”… Gdyby powiedziała słowo… Planował ucieczkę z nią do Włoch. O nic nie prosił, nie narzucał. Nie stłamsił jej, był taktowny, dał przestrzeń. To gest naprawdę dojrzałej miłości. Dlatego przyjaźnili się do końca życia, co jest bardzo trudne w namiętnych relacjach.

Jakie było środowisko „Kultury”?
Należeli do kategorii ludzi, których zmiotła wojna. Mieli wiedzę, poczucie obowiązku, przyzwoitości. Dawali poczucie tradycji, ciągłości. Ta praca, ta idea były treścią ich życia. A bywało, że nie wiedzieli, czy przetrwają kolejne miesiące… Utrzymywali kulturę polską. Bez nich by nie przetrwała. Dzięki Giedroyciowi mogliśmy czytać Bobkowskiego, Hłaskę, Gombrowicza. Jak wyglądałaby polska inteligencja bez jego dzienników? Szybko zapomnieliśmy o tym dorobku intelektualnym. Dlatego jest tak bezwstydnie. Bez obciachu.

Osieckiej były bliskie ich idee?
Ojciec Agnieszki wyrósł w podobnej hierarchii. Dbał o jej wykształcenie, maniery. Mieszkała w komunizmie, a jakby wyrosła w Galicji. Była trochę przedwojenna. To pociągało Giedroycia, było mu bliskie. Poza tym ojciec ją zostawił, a Giedroyc, psychoanalitycznie „postać ojca”, się w niej zakochał. Widziała w nim klasę, intelektualną głębię. To, czego nie mogli dać jej młodzi chłopcy. On mógł widzieć w niej trochę córkę, a trochę uwodzicielską młodą kobietę ze swojej sfery intelektualnej. Był nią zafascynowany, jej talentem, urodą.

Co było w Osieckiej, że wszyscy się w niej zakochiwali?
Zdjęcia są martwe. Nie widać na nich jej inteligencji, wdzięku. Czar Agnieszki podbijał jej klasyczną urodę, a była dziewczyną piękną, choć pełną kompleksów. Koniec lat 50. To mężczyźni mieli talent. Tworzące kobiety nie były im równe. Znałam mężczyzn bywających w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie. Na biurku, pod szklanym blatem, miała zdjęcia kochanków. Mówili o niej z pogardą – „ta puszczalska od pioseneczek” albo „puszczalski motylek”. Tak ją postrzegali. Nie umieli jej docenić. A czy dzisiaj znasz takie piosenki jak „Okularnicy” – prawdziwe, gorzkie, intelektualnie wyrafinowane, o naszej rzeczywistości? Giedroyc diagnozujący Polskę widział w niej intelektualną partnerkę, chociaż poetkę. Kobietę swojego życia.

Jednak kolejne pokolenia zakochują się w Osieckiej.
Jeżeli teraz kobiety robią z Osieckiej wzór, to czegoś nie rozumiemy. Nasza polska Frida Kahlo, do której modlą się meksykańskie wieśniaczki, bo cierpiała na miłość i była nieszczęśliwa jak Matka Boska. Osiecka swoje prywatne życie zmarnowała sama. Alkoholizm to choroba. Nie można być spełnionym ani szczęśliwym, będąc tak ciężko chorym, odciętym od emocji, uczuć, zamrażając je w stosunku do bliskich. Ona była ofiarą. Ofiarą była jej córka Agata. W biografii Osieckiej nie ma zwycięzców. W buddyzmie istnieje pojęcie „ciała bólu”. Dotyczy skupiania się na swoich dręczących przeżyciach, a nie na głębszej, metafizycznej sferze prowadzącej do wyzwolenia. Czytając czyjąś biografię, oglądając film, utożsamiamy się. Widząc większą niż nasza tragedię, odnajdujemy własne ciało bólu. Rozumiem to, bo kobiety w Polsce nie mają łatwo. Patrzę na zachowanie mężczyzn, na ich alkoholizm, i widzę, jak są współuzależnione. Dlatego w Polsce mamy demokrację „odręczną”. Jedna kobieta policzkuje drugą za to, że krzyczy: „konstytucja”. Ta, która policzkuje, zajmuje się wychowaniem obywatelskim. To świat Januszów i Grażyn, pisanych: Ja-nóż, Gra-zarzyna, bo zarzyna siebie. Żyjemy w niekonsekwentnym świecie podwójnej moralności. Giedroyc rozumiał, co będzie po komunizmie. Przewidział Polskę współczesną. Powiedział, że do Polski, nawet wolnej, nie wróci, bo jeśli będzie wolna, to będzie endecka. Uważał to obciążenie za nieuleczalne. Jesteśmy „wspaniałym” narodem od 300 lat, bo wtedy zatrzymał się w rozwoju intelektualnym, metafizycznym i moralnym.

Widzisz tak pesymistycznie?
Widzę historię realnie. Kiedy inne kraje się modernizowały, zamieniały w monarchie absolutystyczne oświecone, my wymyśliliśmy Konstytucję 3 maja. Nasz pomysł byłby dobry w Ameryce otoczonej oceanem, a nie między zbrojnymi mocarstwami. Ale to przecież nie nasza wina, że nas rozkradli, podzielili między siebie. Zawsze winni są „oni”. W końcu odzyskaliśmy wolny kraj. Ale Piłsudski wiedział lepiej, jak ma wyglądać demokracja. Potem wybuchła druga wojna i znowu staliśmy się ofiarami. A potem zapanował komunizm. Kiedy po komunizmie po raz pierwszy staliśmy się społeczeństwem, pojawił się facet z resentymentem i rozmontował mechanizmy demokratyczne. Tylko że „oni” to już „my”. Nagle pojawiły się dwa społeczeństwa? Nie. Już po zabójstwie Narutowicza pisała Maria Dąbrowska: „Nasz naród jest podwójny, choć mówi jednym językiem”. Mówimy: Europa nas nie rozumie. Nie rozumie, bo to, co wkurza Europę, to symbole faszystowskie. To my nie rozumiemy, że Europa budowała się na antyfaszyzmie. Chcemy być w Europie, a nie respektujemy jej instytucji ani idei. Panuje u nas nihilizm połączony z pustką społeczną. My, bo my.

Wróciłaś w połowie lat 90. Polska się zmieniała, społeczeństwo dostało skrzydeł…
Ale pamiętaj, że lata 90. to też kolorowa tandeta, bieda, bandytyzm, przekręty i disco polo. Inteligenckość nie jest u nas w cenie. Żuławski mi powiedział: „Zaje… cię, bo jesteś inteligencka”. To nie był czas dla Osieckiej. Nikt nawet nie chciał wydać jej wierszy pod koniec jej życia, skarżyła mi się na to.

Zgoda, ale pamiętam też z lat 90. Manuelę Gretkowską. Pojawiła się z impetem, głośno. Pamiętam scenę z telewizyjnego „Pegaza” – ty w stroju krakowianki, z wiankiem we włosach, wyjmujesz sztuczną szczękę…
I mówię, że rzygam Polską i wyjeżdżam. Te zęby nie były sztuczne, tylko po kimś, więc naprawdę miałam odruch wymiotny. Byłam w Polsce krótko, dwa, może trzy lata, i wyjechałam do Szwecji. Nigdy nie czułam się w Polsce wygodnie. Nie jest łatwo iść pod prąd. Zresztą ciągle mam wrażenie, że debiutuję. Że to, co mówię, traktuje się jak odkrycie, jątrzenie.

Że widzą w tobie skandalistkę?
A jak nazwać kogoś, kto mówi coś, czego nie rozumiesz? Jeśli nie umiesz tego nazwać? Jeśli na terapii nie nazwiesz problemu, nie możesz go wyleczyć. Bo jak? Poradami kosmetycznymi, z których wynika, że komórki macierzyste mogą zastąpić komórki macierzyńskie? Próbowałam ten świat zmienić. W 2006 roku założyłam Partię Kobiet. Uważałam, że Polska idzie w złym kierunku, a kobiety stanowią siłę, która może to zahamować. Poczucie mojej klęski jest tym większe, że nie spodziewałam się, jak źle będzie. W komunizmie pisałam: strzelaj albo emigruj. Teraz mogłabym napisać: myśl albo emigruj. Ale kto ma myśleć? Garstka inteligencji? Konserwatywna młodzież, bo tak ją wychowaliśmy? Nie zgadzam się na to, co dzieje się w Polsce. Ale jak długo mogę walić głową w mur, być dziwadłem? Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności. Ale mam paszport. Jeszcze. Nie jestem urodzonym męczennikiem. Gdybym nie miała resztek nadziei, już bym wyjechała.

Czym było dla ciebie pisanie książki o Osieckiej, Giedroyciu, środowisku paryskiej „Kultury”?
Wypowiedzią o tym, jak ważne są ciągłość, konsekwencja i wolność. Podsumowaniem tego, czym jest miłość.

A czym jest?
Zdrowiem. Szczęśliwa miłość – ta bez strachu, kontroli, bez braku pewności siebie, realizowania swoich problemów, zakłamania – jest największym objawem zdrowia. Wtedy się serca otwierają. To nie slogan. To buddyzm.