1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Zdrowe myślenie

Zdrowe myślenie

Od prawie 40 lat O. Carl Simonton i jego uczniowie zmieniają podejście chorych na raka do swojej
choroby. Uczestniczą w procesie ich zdrowienia i przekonują pacjentów, że każdy z nich do pewnego
stopnia ma wpływ na własne zdrowie i przebieg choroby.

 

Od prawie 40 lat O. Carl Simonton i jego uczniowie zmieniają podejście chorych na raka do swojej choroby. Uczestniczą w procesie ich zdrowienia i przekonują pacjentów, że każdy z nich do pewnego stopnia ma wpływ na własne zdrowie i przebieg choroby.

 

O. Carl Simonton jest amerykańskim onkologiem i radiologiem, który pod koniec lat 60. XX wieku zainteresował się, dlaczego pacjenci z nowotworem złośliwym negatywnie reagują na nową propozycję leczenia radiologicznego. Po wywiadzie z pacjentami okazało się, że chorzy nie wierzą w skuteczność nowej terapii i mają poczucie bezsilności. Był to moment przełomowy dla lekarza, który rozpoczął wieloletnie badania nad wpływem przekonań, woli życia, nadziei na proces zdrowienia i jakość życia (i umierania) chorych.

Siła wyobraźni Simonton rozpoczął realizację swojego programu psychoonkologicznego od wykorzystania metody stosowanej przez jego żonę Stephanie w biznesie do motywowania pracowników. Wyszedł z założenia, że skoro pracowników można skutecznie motywować do osiągania sukcesu, to chorych można motywować do chęci wyzdrowienia. Technika opierała się na wizualizacji. W swojej książce „Triumf życia. Możesz mieć przewagę nad rakiem” (Feeria 2006) opisał pierwszego pacjenta – 61-letniego mężczyznę z bardzo zaawansowanym rakiem krtani, któremu dawano 5 proc. szansy na przeżycie pięciu lat – w przypadku którego posłużył się ową metodą. Zadaniem pacjenta było wprowadzanie się w stan relaksacji i wizualizacji trzy razy dziennie po 15 minut. Po wyciszeniu się pacjent miał w wyobraźni przenieść się w miłe miejsce, a następnie wytworzyć w umyśle jak najbardziej realny obraz swojego nowotworu. „Carl poprosił go, aby następnie wyobrażał sobie terapię radiacyjną w postaci milionów kulek energii, uderzających z jednakowym impetem zarówno w zdrowe, jak i nowotworowe komórki jego ciała. Ponieważ komórki rakowe są słabsze i bardziej rozregulowane od zdrowych, nie będą w stanie naprawić szkód wyrządzonych przez promieniowanie. W ten sposób zdrowe komórki przeżyją, a nowotworowe zginą. Na koniec chory miał wytworzyć w swoim umyśle obraz ostatniego i najważniejszego etapu walki – wkraczających do akcji białych ciałek krwi, które otaczają komórki nowotworowe, zbierają martwe lub dogorywające komórki rakowe, a w końcu wydalają je z ciała przez wątrobę czy nerki.

Oczyma swego umysłu miał wyobrażać sobie, jak jego nowotwór się zmniejsza, a zdrowie powraca do normy”. Efekt był zaskakujący dla samego Simontona. Naświetlania okazały się skuteczne, nie przynosząc prawie żadnych skutków ubocznych. Nowotwór stopniowo zanikał, aż po kilku miesiącach pacjent wyleczył się z nowotworu. Pacjent metodę wizualizacji stosował samodzielnie dalej w leczeniu innych dolegliwości. Wrócił do aktywnego życia, a nawet podjął życie seksualne po 20 latach zmagania się z impotencją. Cieszył się pełnym zdrowiem przez kolejne sześć lat.

„Od tamtego czasu Program Simontona bardzo ewoluował, zostały włączone kolejne metody terapeutyczne stosowane w przypadku chorych na raka i osób bliskich, wspierających proces zdrowienia”, – mówi Oliwia Szczuka, psychoterapeutka i superwizor Programu Simontona, działająca w warszawskiej Fundacji Psychoonkologii „Ogród Nadziei”.  Obecnie metoda Simontona to holistyczny program samopomocy emocjonalnej dla chorych na nowotwory i osób ich wspierających. W strefie zachowań, poza relaksem, wizualizacją, stosowaniem się do leczenia, ważne są też rekreacja i zachowania prozodrowotne (dieta, ruch, np. terapia tańcem i joga). Kolejnym obszarem jest strefa poznawcza, w której kładzie się nacisk na kształtowanie zdrowych myśli, postaw i ich wpływ na proces zdrowienia, a także na stawianie sobie celów. W strefie emocjonalnej metoda Simontona skupia się na rozwijaniu nadziei na wyzdrowienie, na lepsze życie, na radzeniu sobie z lękiem i codziennym stresem, a także, co jest bardzo ważne, na radzeniu sobie z poczuciem winy. Kolejną strefą jest strefa duchowa. W czasie psychoterapii chorzy odkrywają sens życia, korzyści z choroby, a także kształtują przekonania i emocje związane ze śmiercią. Ostatnim obszarem nad którym się pracuje, jest strefa społeczna: rozwijanie umiejętności komunikowania się z bliskimi, budowanie systemu wsparcia.

 

Praca z przekonaniami

Praca z wyobraźnią jest bardzo ważną częścią programu, jednak zanim się do niej przejdzie, poprzedza ją praca z przekonaniami i uczenie się zdrowego myślenia. Osoba chora w ciągu godzinnej sesji z terapeutą ma za zadanie wypisać dręczące ją przekonania, np.: nie uda mi się wyzdrowieć, umrę na raka, będę mieć przerzut, leczenie nie poskutkuje, chemioterapia powoduje tylko skutki uboczne itp. Następnie ocenia swój ból emocjonalny związany z tymi przekonaniami w skali od 0 do 10. Kolejnym etapem jest sprawdzenie, czy te wypisane przekonania są zdrowe, czyli spełniają co najmniej trzy z pięciu zasad zdrowego myślenia, że zdrowe myśli i przekonania:
  1.  są oparte na oczywistych faktach;
  2. pomagają chronić nasze życie i zdrowie;
  3. pomagają osiągać bliższe i dalsze cele;
  4. pomagają unikać niepożądanych konfliktów lub je rozwiązywać;
  5. pomagają nam się czuć (emocjonalnie) jak, jak chcemy się czuć.
Gdy poznajemy te zasady, okazuje się, że przekonania często są niezdrowe. Kolejnym etapem jest zapisanie oczekiwań i przekonań przeciwstawnych do tych niezdrowych, które będą spełniać powyższe zasady, np.: nie wiem, co będzie, nie wiem, kiedy umrę, ale chcę się leczyć, by zwiększyć szansę na wyzdrowienie. „Rezultat takiego ćwiczenia jest niezwykły. Zazwyczaj chorzy odczuwają dużą poprawę samopoczucia, a ból emocjonalny mierzony w skali 0 do 10 zmniejsza się o co najmniej 3 stopnie” – opowiada Oliwia Szczuka. Gdy chory pozna technikę pracy z przekonaniami, zaczyna codziennie ćwiczyć sam. Chodzi o to, by przypominał sobie te zdrowe przekonania zawsze wtedy, kiedy nachodzą go czarne myśli. Potrzeba mniej więcej 21 dni, by nowe przekonania zastąpiły te niezdrowe i utrwaliły się w mózgu. Tyle czasu potrzebują połączenia nerwowe, by stworzyć i utorować drogę dla nowych myśli. Dlatego tak ważne jest formułowanie tych zdrowych przekonań, a nie jedynie wypieranie tych niezdrowych. Wyparte myśli, niezastąpione innymi, zawsze będą powracać w kryzysowych momentach. „Można ten proces porównać do jazdy samochodem” – tłumaczy psychoterapuetka. – Kiedy uczymy się prowadzić samochód, na początku wszystko wydaje się trudne do opanowania, jednocześnie trzeba patrzeć w lusterka, zmieniać biegi, wciskać pedały. Potem wykonujemy te czynnności automatycznie – są utrwalone przez nasz mózg. Ale gdy pewnego dnia znajdziemy się w Londynie i siądziemy za kierownicą, musimy przeformułować nasze nawyki i nauczyć się zmieniać biegi lewą ręką, trzymać się lewej strony drogi itp. Aby to opanować, trzeba sobie to przypominać i utrwalać, ćwiczyć. Tak samo jest z nowymi przekonaniami”.

Rozwijanie nadziei

Diagnoza: „masz raka”, wywołuje wiele różnych reakcji w człowieku. Często jest to rodzące się poczucie winy: źle się odżywiałem, dużo paliłem, nie uprawiałem sportu, to kara za grzechy – byłem niesprawiedliwy wobec swoich dzieci, zdradzałem żonę itd. Może też być to poczucie kompletnej bezradności, bezsilności, poddanie się: zapadł wyrok, teraz tylko mogę czekać na najgorsze, to już koniec. Ale przecież gdy zapada wyrok, zawsze można wnieść apelację. Rzadko kiedy skazany i jego obrońca z miejsca godzą się na wysokość kary. Taksamo człowiek, który dowiedział się, że ma raka, może potraktować chorobę jako sygnał do działania. Simonton w swojej książce pisze: „Przyjmując do wiadomości swój udział w zachorowaniu, uświadamiasz sobie jednocześnie, że dysponujesz siłą uczestniczenia w odzyskaniu zdrowia, i stawiasz pierwszy krok w tym kierunku”. Bunt przeciwko chorobie pozwala, choć brzmi to przewrotnie, na czerpanie korzyści z faktu zachorowania. Nagle reguły rządzące do tej pory życiem przestają być ważne, rodzi się odwaga, by wyładować swój tłumiony wcześniej gniew, by zaspokoić zawsze odkładane na bok potrzeby. Chory zaczyna wprowadzać zmiany w swoim zachowaniu, rozwiązywanie problemów zaczyna leżeć w granicach jego możliwości, zaczyna działać swobodniej. „Choroba daje mu pozwolenie na zmianę – podkreśla Simonton. – A powrót nadziei i chęci do życia inicjuje procesy fizyczne wiodące do poprawy zdrowia. (…) Uruchamia się wielokrotny cykl, w którym poprawa stanu fizycznego odbudowuje nadzieję życia, a odnowa nadziei przynosi dalszą poprawę stanu fizycznego”. Magiczną rolę odgrywają tu cele stawiane sobie przez chorych. Często ludzie mówią, że gdyby dowiedzieli się, że cierpią na chorobę zagrażającą ich życiu, chcieliby w tym czasie, który im pozostał, zrobić to, co zawsze odkładali na póżniej, spełnić marzenia itp.

O. Carl Simonton zaobserwowal w swojej pracy, że właśnie pacjenci, którzy mają silną motywację do życia, i konkretne cele do osiągnięcia, „pozostają z nami dłużej”. Proces jest trudny i długotrwały, chory przeżywa huśtawkę emocjonalną, a wtedy na ratunek przychodzą wizualizacja i praca z przekonaniami. Simonton podkreśla też, jak ważne jest uwalnianie pacjentów od poczucia winy, że np. metoda nie działa, że źle ją stosują, skoro następuje pogorszenie stanu zdrowia. Zadaniem psychoterapeuty jest pomoc w konfrontacji z lękami i przekonaniami o śmierci. „Czasami terapeuci pracujący metodą Simontona słyszą zarzuty, że dają swoim pacjentom złudną nadzieję. Nie jest to prawda, program nie obiecuje gwarancji wyzdrowienia, jego celem jest wsparcie w procesie zdrowienia, poprawa jakości życia i budowanie świadomości, że rak jest chorobą, z którą można żyć i z której można się wyleczyć. Kładziemy nacisk na jakość tego życia – podkreśla Oliwia Szczuka. – To tak jak z małżeństwem. Gdybyśmy z góry założyli, że skończy się porażką, zwiększamy prawdopodobieństwo rozwodu. Jeśli zaś będziemy mieć nadzieję na stworzenie dobrej relacji, będziemy chcieli, by małżeństwo było dobre, zwiększamy szansę na wspólne szczęście” – tłumaczy psychoterapeutka. Simonton, terapeuci, a także wyniki badań (patrz ramka) potwierdzają, że wielu chorych, którzy współdziałali w procesie zdrowienia, nie dość, że wraca do zdrowia, to zdobywa siłę psychiczną i często osiąga lepszy stan zdowia emocjonalnego niż ten, w którym znajdowali się przed chorobą.

Więcej na

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Tylko powoli – kilka słów o greckiej radości życia

Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Do czego się spieszyć? Zdążymy, dzień jest długi. Kryzys? Zaciskanie pasa? To tylko teoria. Bo są sprawy, z których Grek nie zrezygnuje. Jak na przykład biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi, picie wina, zabawa. Czym się przejmować, skoro świeci słońce, a ziemia rodzi najlepsze pomidory i oliwki?

Film Michalisa Kakojanisa z Anthonym Quinnem w roli tytułowej ma już prawie 60 lat. Opowiada o czasach sprzed wieku. A jednak powiedzenie: „Jaka piękna katastrofa!” znamy niemal wszyscy, weszło do naszego języka i sposobu myślenia. Czy te słowa ekranowego Greka Zorby, przez wielu traktowanego jako uosobienie greckości, mógłby wypowiedzieć i dzisiejszy mieszkaniec Aten albo Krety? Czy radość życia, specyficzne połączenia beztroski, niefrasobliwości i szaleństwa z odrobiną melancholii – to mieszanka typowo grecka?

Kostas Balamoshev, papirolog, Grek mieszkający od kilku lat w Polsce, mówi, że co prawda ani filmu Kakojanisa nie oglądał, ani powieści, na podstawie której powstał, nie czytał, ale zna parę osób, o których mógłby powiedzieć: tak, to Zorba.

Bo rzeczywiście Grecy szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. Gotowi są rzucić się w nią, nie zwracając uwagi na to, ile kosztuje. Postawić kolejkę całemu towarzystwu w tawernie – a nie zbiera się tam zwykle kilka osób, mowa raczej o kilkudziesięciu – choć w kieszeni pusto – to nic nadzwyczajnego. A kiedy się wali, podziwiać, jak pięknie się wali, zamiast rozpaczać, że się zawaliło. Oczywiście to generalizacje, coś w nich jednak jest. Słońce, kolory nieba i morza, smaki, zapachy – to wszystko sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia. Nie bierze się go tak tragicznie i na serio jak często robimy to my, z zimniejszych i ciemniejszych rejonów Europy.

Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)

Sprawy niezbędne

Grecja nie jest krajem bogatym. Do czasu wejścia do Unii Europejskiej było tu wręcz biednie. Potem, dzięki Unii właśnie, zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy. Inwestycje, imprezy. – Punktem kulminacyjnym – mówi Kostas Balamoshev – była olimpiada w 2004 roku. Przeogromna radość w całym kraju, nikt nie zastanawiał się, ile co kosztuje, ile wydaliśmy, ile pieniędzy poszło na obiekty, które w końcu nie zostały wykorzystane i w efekcie szybko zaczęły niszczeć. W dodatku chwilę wcześniej wygraliśmy mistrzostwa Europy w piłkę nożną – wydawało nam się, że jesteśmy w raju. A potem się posypało. Zaczęły się problemy, parę lat temu wisiała nad Grecją groźba bankructwa. Trzeba było naprawdę zacisnąć pasa. I wtedy pojawiły się dwie grupy ludzi. Jedni mówili, że to ci źli z Unii się na nas uwzięli, a to oni przecież mają wobec nas zobowiązania. Druga grupa, trzeźwiej patrząca na rzeczywistość, przyznawała, że jednak sami trochę nabroiliśmy. Przez to chociażby, że to my sami wybraliśmy polityków, którzy doprowadzili nas na skraj przepaści…

Ale czy kryzys spowodował, że Grecy zaczęli oglądać każde euro trzy razy? Nie do końca. Bo, według nich, są rzeczy, z których nie da się zrezygnować. I to nie tylko rzeczy niezbędne. A może raczej katalog rzeczy niezbędnych jest u nich bardziej pojemny.

Parea, czyli towarzystwo

Niezbędne jest choćby biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi. Nie raz na jakiś czas, z okazji rocznicy, imienin czy urodzin. Do tawerny wychodzi się często. Absolutne minimum to raz w tygodniu, ale zwykle znacznie częściej. I nie we dwójkę czy trójkę. Wieczorami w knajpach odbywają się ogromne spotkania – najczęściej rodzinne, chociaż, jak twierdzi Kostas, przyjaciele to w Grecji też rodzina.

A sama rodzina wygląda inaczej niż u nas. To ogromne klany. Teoretycznie rządzi ojciec. On jest „głową”. – Widać takich panów, jak siedzą w kafenionach, dyskutują godzinami przy winie czy kawie, politykują, ale kiedy przychodzą do domu, to już tak głośno nie przemawiają. Bo w domu wszystkim rządzą kobiety – opowiada Jacek Fronczak, miłośnik Grecji, a w szczególności Krety, gdzie spędza każde wakacje od ponad 20 lat. I dodaje, że Grecy są zwariowani na punkcie dzieci. – Kiedyś na Krecie zniknął nam z oczu synek, moi greccy przyjaciele pierwszy raz zobaczyli mnie wtedy zdenerwowanego, pytają: co się stało? Mówię, że syna nie ma, może policja? Popatrzyli na mnie: „Chłopie, na Krecie jest 360 tysięcy osób, oni wszyscy pilnują twojego syna, nic złego nie mogło mu się stać”. I faktycznie zaraz go przyprowadzili, gdzieś tam latał z chłopakami.

Te wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem. Nie do pomyślenia jest, żeby schorowaną babcię oddać do domu opieki, w ogóle takie miejsca to raczej nieznana w Grecji instytucja. – Starszymi opiekują się młodsi – mówi Jacek Fronczak – ale też ich słuchają. Ponieważ to są ci najmądrzejsi, ci z doświadczeniem. Choć oczywiście konflikty pokoleniowe są na porządku dziennym, bo starszy wie lepiej, a młodszy robi swoje. I nawet, jak mu te biznesy wychodzą, to i tak ojciec czy dziadek woleliby, żeby jednak hodował te owce i pielęgnował oliwki.

Wieczorami całe to wielkie towarzystwo zjawia się w tawernie. Wokół biegają dzieciaki, rozpuszczone do granic możliwości, nikomu nie przeszkadza, że jest późno, że powinny iść spać. Kiedy się zmęczą, to zasną na dwóch zestawionych krzesłach, a potem tak „na śpiąco” zostaną przetransportowane do domu. Ciepły klimat wymusza inny rytm dnia – zwłaszcza latem dopiero wieczorem zaczyna się swobodniej oddychać, szkoda marnować więc ten czas na spanie, lepiej przeznaczyć go na wspólne siedzenie, jedzenie, gadanie.

Grecka tawerna to nie forma, tylko treść. To nie wykrochmalone serwetki, świece, kieliszki. To stół nakryty papierowym obrusem, szklanki – bo wino pije się tylko ze szklanek, wielkie talerze z mnóstwem małych dań – po to, żeby można się było nimi dzielić. Biesiadowanie zwykle trwa do północy. Jak to wygląda? – Najpierw na stół wjeżdżają przystawki – słynne greckie mezedes – opisuje Jacek Fronczak. – Ale nie jest tak, że każdy zamawia swoje danie. Przystawki pojawiają się na wielu talerzykach na środku stołu, każdy na swój talerz nakłada, na co ma ochotę. To mnóstwo maleńkich dań. Są rozmaite pasty, jak melitzanosalata, czyli pasta z bakłażanów. Opieka się je na grillu, mają wtedy fantastyczny wędzony posmak, miesza z pastą tahini, oliwą i podaje na zimno. Dalej tzatziki – jogurt z ogórkiem i czosnkiem. Jest też pasta z fety z zielonymi papryczkami, lekko pikantna, i taramosalata, czyli pasta z ikry dorsza roztartej z jogurtem, oliwą i cytryną. Są oliwki, są sery. Feta, zawsze owczo-kozia lub owcza, manouri, delikatny owczy ser, na Krecie dodaje się go do sałatki greckiej zamiast fety. Jest mizithra, ich biały ser twarogowy, trochę podobna do naszego bundzu, tylko delikatniejsza. Jest dużo twardych żółtych serów, przypominających sycylijskie pecorino. Pośród mezedes muszą być dolmadakia, małe zawijaski z liści winogron, w środku ryż. Do tego jogurt, żeby w nim dolmadakia zanurzyć. Zresztą jogurt dodaje się do wszystkiego. Do ryb, past, mięsa (marynuje się je często w jogurcie), nawet do deserów, do słodkiej baklavy. Podstawowy przysmak dzieci (i nie tylko dzieci) to jogurt z miodem. Greckiego, gęstego jogurtu w Polsce się nie zrobi, bo musi w nim być bakteria, która nie przekracza linii Karpat. U nas umiera. Sprawdziłem.

Po przystawkach wjeżdżają dania główne – tu każdy zamawia swoje, ale tylko w teorii. Bo, tak jak mezedes, dania główne też lądują na środku stołu, są dla wszystkich, po co się ograniczać do jednego? Do tego wino w karafce i można siedzieć do późna.

Kostas pamięta, że kiedy pracował w tawernie, czasami o drugiej czy trzeciej w nocy trzeba było gościom mrugać światłami, żeby dać sygnał do końca imprezy. I dodaje, że wspólnego ucztowania nie zakończył czy nawet nie osłabił kryzys – tej dziedziny życia, tak ważnej, oszczędzanie w Grecji dotyczyć nie może.

Choć kryzys dotknął w jakimś stopniu każdego. – Na Krecie czy mniejszych wyspach w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto pracował jako urzędnik państwowy. Ci urzędnicy pełnili rozmaite funkcje od ważnych do trochę mniej istotnych – jak choćby kontrola stanu trawników w danej miejscowości. Praca mało skomplikowana, do – góra – 13.30, za to pensja świetna, a rodzina dumna. I nagle się skończyło, pieniądze obcięto, dotknęło to wielu osób.

Ale druga, o wiele większa część społeczeństwa, to ludzie żyjący z oliwek i owiec. A tych nie braknie. Ani wspaniałych warzyw, w tym najlepszych na świecie słodkich soczystych pomidorów, ani owoców. Na wsiach i w małych miasteczkach kryzys niewiele zmienił. Jest słońce, nie ma się co napinać. Więc dalej można cieszyć się życiem, czerpać przyjemność z chwili. Byle powoli.

Siga-siga

Włosi powiedzą: „piano-piano”, Hiszpanie – „tranquillo-tranquillo”. Ale znaczy to mniej więcej to samo. Czyli: niespiesznie. Na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, nie ma co się spieszyć, zdążymy. A nawet jak nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. Punktualność, umawianie się na godzinę, nerwy z powodu spóźnienia dłuższego niż akademicki kwadrans? To nie w Grecji.

– Umawiamy się wieczorem – mówi Jacek Fronczak. – Przychodzimy do tawerny, przyjaciół nie ma. Siedzimy, czekamy, po półgodzinie zaczynamy się nerwowo kręcić, w końcu dzwonimy: gdzie jesteście? No jak to, w domu, niedługo będziemy się zbierać, a coś się stało? Przecież umówiliśmy się wieczorem. Co w praktyce oznacza jakoś tak między 20 a 22.

Kostas potwierdza: – Nie musisz się stresować ani spieszyć. Możesz się spóźnić i nic się nie stanie. Mam tak często ze znajomymi, umawiamy się na jedną godzinę, a spotykamy się godzinę później. Kilka razy dałem się nabrać, bo przyzwyczaiłem się do punktualności za granicą. No, może prawie.

W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)

Spadkobiercy Peryklesa

Choć Grecja zyskała państwowość dopiero w XIX wieku, to przecież tu, w greckich miastach-państwach (poleis) narodziła się wspaniała architektura, literatura, sztuka, filozofia. To stąd bierze początek demokracja, którą może nie wszyscy kochamy, ale, jak stwierdził Churchill, na razie niczego od niej lepszego nie wymyślono. Czy i w jakim stopniu dzisiejsi Grecy czują się spadkobiercami tej spuścizny?

– Tak, są z niej dumni – potwierdza Kostas Balamoshev – ale… mało niestety o niej wiedzą. W szkołach uczy się ułamków historii. Oczywiście tego, kim byli Perykles, Sokrates, Platon czy Arystoteles, są wojny perskie, podboje Aleksandra Wielkiego, potem długa luka – i Justynian z bazyliką Hagia Sophia, wreszcie lament po upadku Konstantynopola. I takie fragmenty Grecy mają w głowach. Oczywiście są dumni z ateńskiego Akropolu, z teatru Dionizosa, z Epidauros, kreteńskiego Knossos, mają świadomość kontynuacji historycznej, ale ze znajomością tej wspaniałej historii są na bakier. Gdyby zapytać przeciętnego Greka o czasy hellenistyczne, toby pewnie nic nie wiedział.

Jest też z tym dziedzictwem problem, można powiedzieć, techniczny. – To przekleństwo starożytności – opowiada Jacek Fronczak. – Kiedy się coś buduje i zaczyna kopać ziemię, to często się jakąś starożytność wykopie. A to trzeba zgłaszać władzom. Jak się zgłosi, to koniec, zamykają teren, ruszają prace archeologiczne – i klops, 10–15 lat z głowy. Nie będzie nowych pensjonatów, apartamentów, basenów. Więc co robią Grecy? Jeśli wykopią, to zaraz zakopują. Większość przypadków jest niezgłaszanych.

W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)

Tożsamość narodowa jest mocno u wszystkich Greków rozwinięta. Ale też panują silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. Kostas przyznaje, że czasem między regionami są kłótnie – walczą między sobą dwa tesalskie miasta Wolos i Larissa, konkurują Ateny z Salonikami. – Saloniki nazwano nawet współstolicą, żeby saloniczan dowartościować. Ale ci i tak narzekają, że w Atenach mają lepiej. Jeśli chodzi o wyspy, to położenie geograficzne narzuca pewną izolację. Tak było już w starożytności – izolacja pewnych regionów wpłynęła na mentalność. Ale kiedy pojawia się wspólny wróg, Grecy się jednoczą. Na co dzień bywają kłótliwi, w drobnych kwestiach są awantury, lubią docinać jeden drugiemu, ale kiedy pojawia się ważna wspólna sprawa, są razem – wyjaśnia.

A poza tym to bardzo gościnny naród. Podchodzą do gościa z otwartym sercem. Na dowód Jacek Fronczak przytacza powiedzenie: – Kiedy widzisz kogoś pierwszy raz, to jesteś ksenos – gość (ale i obcy), drugi – to już filos, przyjaciel, a za trzecim razem to oikogeneia – rodzina.

A Kostas dodaje: – Ja zawsze, kiedy jestem w Grecji, odczuwam pewien rodzaj wolności.

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno. – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Kultura

Książki miesiąca [czerwiec]

Spośród wielu nowości książkowych, wybraliśmy 4 tytuły warte uwagi. (Fot. iStock)
Spośród wielu nowości książkowych, wybraliśmy 4 tytuły warte uwagi. (Fot. iStock)
Sezon urlopowy właśnie się zaczyna, a wakacje bez dobrej książki się nie liczą! Spośród wielu nowości, wybraliśmy te warte uwagi. Dobrej lektury!

W imieniu niewidzialnych

Bernardine Evaristo, „Dziewczyna, kobieta, inna”, Wydawnictwo Poznańskie. (Fot. materiały prasowe)Bernardine Evaristo, „Dziewczyna, kobieta, inna”, Wydawnictwo Poznańskie. (Fot. materiały prasowe)

Na naszym rynku wydawniczym to z pewnością jedna z najważniejszych premier tego roku. Dwa lata temu Brytyjka Bernardine Evaristo otrzymała Bookera. Może ją kojarzycie: stała na zdjęciu obok Margaret Atwood, która zwyciężyła ex aequo i na której skupiała się uwaga mediów. Evaristo jest pierwszą wyróżnioną Bookerem czarnoskórą pisarką. A wątek nieobecności eksploruje w swoim doskonałym zbiorze opowiadań o outsiderkach, kobietach niewidzialnych ze względu na płeć, kolor skóry, orientację seksualną, a nierzadko z tych trzech powodów naraz. To także książka o tęsknocie, czasem tak głęboko ukrytej, że poza świadomością. I o uciszaniu własnych potrzeb, bo jakoś nie pasują do wyobrażeń na swój temat. Jedna z bohaterek, czarnoskóra lesbijka Amma, twórczyni niszowego teatru, pragnie dziecka. Tylko czy to nie jest antyfeministyczne?! Evaristo pisze błyskotliwie i dowcipnie, nieco się podśmiewa z zacietrzewienia, podziałów i mód, a jednocześnie świetnie rozumie rozterki swoich bardzo różnych bohaterów. Arcydzieło.

Szlaki (nie)znane

Elżbieta Dzikowska „Polska znana i mniej znana VI”, wyd. Bernardinum. (Fot. materiały prasowe)Elżbieta Dzikowska „Polska znana i mniej znana VI”, wyd. Bernardinum. (Fot. materiały prasowe)

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, sinolożka, podróżniczka, snuje fascynujące gawędy. To już szósty tom cyklu, w którym przeciera ojczyste szlaki, przyglądając się kościołom (te polichromatyczne ambony, barokowe ołtarze!), zamkom, pałacom, badając każdy niemal kamień. Na trasie mijamy mniejsze miejscowości, jak: Zgierz, Konin, Warta czy Gryfino, a większym przyglądamy się z mniej opatrzonej strony. To także wyprawa w poszukiwaniu pochowanych skarbów sztuki. Zachwycająca ta Polska.

Pożytki z dialogu

Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa „Dwie samotności”, wyd. Muza. (Fot. materiały prasowe)Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa „Dwie samotności”, wyd. Muza. (Fot. materiały prasowe)

Autorów przedstawiać nie trzeba. Mniej osób pewnie wie, że Márquez i Llosa poróżnili się i nie rozmawiali przez 30 lat (poszło o kobietę). Zanim to nastąpiło, przyjaźnili się, a książka jest zapisem ich rozmowy z lat 60., gdy proza Ameryki Łacińskiej trafiła pod strzechy. Twórcy pasjonująco dyskutują o literaturze i krytycznie podchodzą do własnych dzieł. Są tu różne smaczki, a nawet swego rodzaju „aktualność”: kiedy Mario Vargas przyznaje się Gabrielowi Garcíi, że ma obsesję na punkcie „Dziennika roku zarazy” Defoe.

Zawsze przy tobie

Kazuo Ishiguro „Klara i słońce”, wyd. Albatros. (Fot. materiały prasowe)Kazuo Ishiguro „Klara i słońce”, wyd. Albatros. (Fot. materiały prasowe)

To pierwsza książka, którą Kazuo Ishiguro wydał już jako laureat Nobla. Autor spełnia w niej marzenie z dzieciństwa wielu z nas – o posiadaniu na własność przyjaciela, który byłby zawsze obecny, wyrozumiały i kochałby nas bezwarunkowo. W powieści taką więź zapewnia ludziom… sztuczna inteligencja. A konkretnie SP, czyli Sztuczni Przyjaciele, uważni, empatyczni, wspierający. Taka jest też Klara, wypatrzona w sklepowej witrynie przez dziewczynkę imieniem Josie. Ładna wizja, w której maszyny mogłyby więcej nauczyć nas, ludzi, niż my je.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.