1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felieton
  4. >
  5. Polka Węgier dwa bratanki

Polka Węgier dwa bratanki

123rf.com
Przekłady moich powieści dostarczają mi nowych wrażeń i nowych relacji międzyludzkich. A relacja pisarka-tłumacz/ka jest z natury bliska, wręcz intymna.

W końcu tłumacz taki jak na przykład Peter Hermann, to ktoś, kto obracał mój tekst na języku. Żył z nim, bywało, że z nim spał, leżał nago w wannie. Albo jadł czytając moją książkę i zastanawiał się, jak przetłumaczyć fiksum-dyrdum albo homoniewiadomo na piękne węgierskie szelesty. Opowiadanie i jedzenie to oralne przyjemności i nie mam zaufania do ludzi, którzy nie lubią ani opowiadać, ani jeść, albo – co gorsza – źle opowiadają i byle jak jedzą.

Okazało się, że tym, co łączy mnie z węgierskim tłumaczem „Piaskowej Góry” jest obok zamiłowania do literatury właśnie wielka miłość do kuchni. Ludzie, którzy cenią rozkosze stołu, rozpoznają się szybko i bezbłędnie. Udawanie zawsze wyjdzie na jaw, bo kulinarną rozkosz jeszcze trudniej i głupiej jest udawać niż erotyczną. Są to zresztą przyjemności spokrewnione i w pewnych przypadkach należy je łączyć, choć nie jest wskazane zastępowanie jednej drugą. Dziś jednak będzie tylko o kuchni i dwóch bratankach: polskiej autorce i węgierskim tłumaczu w Budapeszcie nad modrym Dunajem (węgierscy faszyści, o których ostatnio głośno, nie są zaproszeni do stołu). A było tak. Tłumacz i ja popatrzyliśmy na siebie podczas eleganckiej kolacji, gdy ja analitycznie rozpracowywałam zimną zupę krem z brzoskwiń z kulkami mozarelli i różowym pieprzem, a on przyglądał się nieufnie innemu dziełu kulinarnemu w stylu współczesnej fusion-confusion. Kilku elegancko odzianych kelnerów uwijało się, miły pan grał na pianinie, stół był wielki i biały jak Antarktyda. A w naszych oczach: głód.

Na drugi dzień zostałam nakarmiona od serca i porządnie w knajpie, którą wysoko ceni także Krzysztof Varga. Kelner podszedł do nas dopiero, gdy skończył palić papierosa, i wyglądał na znudzonego. Wrócił też nieśpiesznie, ale jakież to były piękne powroty, bo każde kolejne danie było ucztą, począwszy od zupy rybnej, a skończywszy na knedlach cudownie krągłych i gładkich o pięknej nazwie túrógombóc. Z racji tego, że nazwa knedle wydaje mi się zbyt prozaiczna, a túrógombóc nie najłatwiejsza, zostały przechrzczone na „bratanki”.

Podaję więc Wam przepis na bratanki, który dostałam od mojego węgierskiego tłumacza, i wypróbowałam. Polecam do bratanków muzykę Ferenca Snetbergera, na którego koncercie byłam ostatnio w Budapeszcie. W jego jazzie brzmi melancholia cygańskich taborów i czuć przestrzeń węgierskich nizin, przez które wędrowali romscy przodkowie muzyka. Aby nie było zbyt słodko, sięgnijcie po bratankach po książkę „Spokój” Attili Bartisa (WAB 2005). Autor opowiada o toksycznym związku matki i syna. To taka „Pianistka” z dodatkiem „ostrego Stefana”, czyli węgierskiej pasty paprykowej. Warto przeczytać, aby wiedzieć, jak żyć nie należy, by nam życie smakowało.

Bratanki/ túrógombóc Składniki: 500 g twarogu, 4 jajka, 0,2 l kaszki manny, sól, 2 łyżki stołowe klarowanego masła, 100 g tartej bułki, cukier puder , świeża śmietanka. Twaróg przetrzeć (albo sobie tę część odpuścić i kupić taki na sernik, już przetarty), zmieszać z jajkami i kaszką manną, delikatnie posolić. Zostawić w lodówce na ok. 8 godzin. Mokrymi rękami formować z masy małe knedle, gotować we wrzącej osolonej wodzie (ok. 5-7 minut). Podawać z tartą bułką podpieczoną na maśle, polane lekko ubitą słodką śmietanką. Albo – dla odmiany - ze słodką masą makową z siekanymi suszonymi śliwkami. Pod żadnym pozorem nie dodawać poczucia winy w żadnej formie. Nie myśleć o wadze ani toksycznych związkach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze