1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felietony

Mówi się: dziecko może uratować nasz związek

Katarzyna Miller (Fot. Krzysztof Opaliński)
Katarzyna Miller (Fot. Krzysztof Opaliński)
Niestety, wspólne zainteresowanie dzieckiem to za mało, żeby partnerzy znowu zaczęli się interesować sobą nawzajem.

Niby wszyscy wiemy, że „dziecko ratunkowe” to nie jest najlepszy pomysł, ale każdy z nas zna przynajmniej jedną parę, która zdecydowała się na taki ruch, że w momencie kryzysu związku postanowiła mieć dziecko. Powodem takiej decyzji może być obiegowy pogląd, że pełny, szczęśliwy i długotrwały związek to taki, w którym jest potomstwo. To jest oczywiście stereotyp. Bo wraz z niemowlęciem pojawiają się przecież w życiu dodatkowe trudności, ma się dla siebie mniej czasu, mniej snu, więcej wydatków i okazji do konfliktów. Dziecko to wyzwanie. Decydując się na nie w związkowym kryzysie, dokładamy sobie kolejną trudność. Racjonalnie byłoby zacząć od uporania się ze swoim deficytem w relacji. Badania socjologiczne robione wśród par, które zdecydowały się na dziecko, pokazują, że aż dwie trzecie z nich zauważa, że wraz z pojawieniem się niemowlęcia na jakiś czas spada im satysfakcja z życia i jakość związku. Tylko jednej trzeciej udaje się zachować satysfakcjonującą bliskość.

A jednak ludzie bardzo boją się kryzysów, poza tym wydaje im się, że jak będzie dziecko, to ono przez samo swoje istnienie ich zjednoczy, bo trzeba będzie się wspólnie na nim koncentrować, pilnować go, karmić je i tak dalej. To rzeczywiście odwraca uwagę od problemów ze związkiem, przysłania je. Ale tylko na jakiś czas, bo brak więzi między partnerami nie rozwiąże się sam z siebie. Tacy rodzice przez jakiś czas przeżywają wspólnie emocje związane z dzieckiem, a to się cieszą, że jest zdrowe, a to martwią, że późno zaczęło czytać. Mają więc pozornie wspólny cel w życiu, chcą zapewnić swojej latorośli jak najlepsze warunki egzystencji. Niestety ich zainteresowanie skupione na dziecku nie sprawi, że znowu zaczną interesować się sobą nawzajem, swoimi potrzebami. Bliskość buduje to, że mamy wspólne aktywności, wspólną przestrzeń, a nie posiadanie dziecka. Poza tym w takiej sytuacji dziecko przestaje być dzieckiem i staje się zamiennikiem wspólnych zainteresowań albo celów partnerów. Czuje, co prawda, że jest ważne, ale ma spełniać potrzeby rodziców, a nie swoje, nie dostaje dzieciństwa, jest bardziej dla nich niż dla siebie. Bardzo wielu takich przypadkowych rodziców mówi potem: „Ach, gdyby ktoś nam powiedział, jak to będzie”. Nie rozumiem tego. Wystarczy się rozejrzeć wśród rodziny i znajomych, żeby wiedzieć, co się dzieje, jak się rodzi dziecko.

Przypadek, gdy potomstwo ma misję uratowania związku, jest bardzo szczególny. Dziecko ma na sobie straszny ciężar, nawet jeśli do końca nie zdaje sobie z tego sprawy, to podświadomie czuje, że ma wielkie zadanie do wykonania, że rodzice się na nim za bardzo skupiają, bez przerwy do czegoś używają. Takim sposobem pojawiają się na świecie kolejne osoby, które nie potrafią żyć dla siebie. Owszem, mają poczucie wartości związane z tym, że były takie niezbędne, ale nie umieją żyć własnym życiem, nie znają swoich potrzeb, odtwarzają wzór relacji, którego ich nauczono. Wniosek jest taki, że dziecko należy mieć wtedy, kiedy się wszystko dobrze układa – a że w związku z tym byłoby tych dzieci mniej, to tylko z korzyścią dla świata. I dla samych dzieci, bo pojawiałyby się wtedy, gdy są naprawdę oczekiwane, w domach przygotowanych, odpowiedzialnych rodziców. Żeby decydować się na dziecko, trzeba widzieć wartość w podarowaniu światu nowego obywatela. Nie sobie, ale właśnie światu, bo już jesteśmy na tyle dojrzali, że potrafimy w miarę mądrze wychować nowego człowieka bez oczekiwania, że on załatwi za nas nasze problemy.

Wysłuchał Dariusz Janiszewski.

Katarzyna Miller, terapeutka. Pisze książki, wiersze, śpiewa.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze