1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wywiad z Kazikiem Staszewskim - rozmowa o miłości

Wywiad z Kazikiem Staszewskim - rozmowa o miłości

fot. Darek Golik/FORUM
fot. Darek Golik/FORUM
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Zaczyna się od niebanalnego wyznania, a potem? Ślub, dzieci, wnuki… Kazik Staszewski zdradza Hance Halek, co jest gotów zrobić, gdy kocha

Lubisz komplementy?

Wiem, że prawienie komplementów wynika czasami nawet nie z chęci podlizania się, tylko ze szczerych, pozytywnych emocji, ale ja i tak nie wiem, jak się zachować. Może to rodzaj wstydu, może chwilowej niskiej samooceny…? A poza tym, niestety, czasem podejrzewam ludzi o brak szczerości. Czuję się w takiej sytuacji zagubiony i niepewny. Bo jeżeli ktoś ci mówi, że jakąś fajną rzecz zrobiłeś, to co na to odpowiedzieć? Że bardzo mi miło?

Jakieś 20 lat temu, pod lekkim, a właściwie mocnym, wpływem „chwili” wyznałam ci miłość w Toruniu. Pamiętasz, co odpowiedziałeś?

Ciekawe...

Powiedziałeś: „Ach tak…”.

A co miałem odpowiedzieć? Wtedy już byłem zajęty (śmiech).

Wiem, ale wtedy nie pamiętałam o tym, że to nie wypada, bo masz żonę, więc po latach się tłumaczę... A jaka jest najpiękniejsza, najszczersza rzecz, jaką zostałeś przez życie obdarzony?

Tak od razu przychodzą mi do głowy dwie rzeczy. Obydwie mają związek z moją obecną, a wtedy jeszcze przyszłą, żoną. Była taka dziwna sytuacja, dawno temu, że myśmy się już znali, ale jeszcze bardzo słabo, trwało to przez rok czy trochę więcej. Ja jestem dosyć nieśmiały względem płci przeciwnej, więc to ona bardziej wykazywała inicjatywę, a ja jednak i tak nie wiedziałem, czy ona sobie nie robi ze mnie przypadkiem jaj. Generalnie sytuacja była z takich, jak ktoś kiedyś ładnie powiedział że człowiek nie wie, czy ma się zesrać, czy przez okno wyskoczyć. Ale w pewnym momencie zdobyłem się na odwagę i pojechałem z Warszawy do Torunia. Do niej.

Wysiadłeś na Dworcu Głównym i wsiadłeś w autobus numer 22?

Nie, bo ona mieszkała na Poznańskiej i nie trzeba było jechać przez most. Żeby wyjść z dworca, człowiek był jednak zmuszony zrobić kółko, więc wybrałem drogę na skróty i złamałem wszystkie przepisy, przechodząc przez tory i płot. Ale mi się przecież bardzo spieszyło. Na miejscu okazało się, że się minęliśmy. Ania była właśnie z bratem w Warszawie i też pojechała do mnie. Trochę słabo, bo ja za chwilę miałem jechać na narty do Zakopanego, czyli zapowiadało się, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni do naszego spotkania raczej nie dojdzie.

I wtem…?

Dostałem od niej list. Wynikało z niego, że to nie były żadne jaja, że ona zakochała się we mnie, jak to się mówi, od pierwszego wejrzenia i... to było piękne. Bo to była pierwsza dziewczyna, która tak mnie potraktowała. Nie było w tym liście żadnych „kocham cię”, była poezja pisana prozą. W tym momencie, wiedząc już, że ona mnie kocha, też ją jak najszybciej pokochałem (śmiech). A potem sprawy potoczyły się już szybko. Po powrocie z Zakopanego zacząłem odwiedzać Toruń 3–4 razy w tygodniu, na noc wracając do Warszawy, bo rodzice Ani bali się o córkę i nie mogłem u niej nocować.

Długo po tym, jak zostaliśmy mężem i żoną, dostałem jeszcze jeden list od Ani, długi na pięć kartek. I to też była mało określona, ale dla mnie bardzo czytelna, deklaracja miłości, dojrzałej historii naszego związku – zawieszona gdzieś w górach. Że my sobie po nich idziemy, że czasem mamy odmienne zdania na temat tego, jak pokonać jakiś pagórek, ale jednak najważniejsze jest i tak to towarzyszenie sobie i cały proces tworzenia się z dwóch połówek jedności, która się razem wspina. Te dwa listy to najpiękniejsze rzeczy, jakie dostałem w całym życiu. Poza tym wygenerowaliśmy z żoną dwóch ukochanych synów, którzy dali nam wspaniałe wnuczki. W sumie trudno powiedzieć, że dali, ale traktuję to też jako nasz współudział w coraz większej wspólnocie, jaką tworzymy.

Jak to możliwe, że trasy koncertowe i groupies nigdy cię nie zwiodły na manowce? Jak ty się uchowałeś?

Zwyczajnie. Nawet platonicznie nie zakochiwałem się w innych kobietach. Jasne, że jako facetowi podobają mi się pewne dziewczęta, ale to wszystko.

Jakie?

Słuchaj, na przykład Agnieszka Grochowska. Jeszcze... Anna Dereszyńska, ładna jest… Nie, chyba Dereszowska się nazywa. Uma Thurman i jej zupełne przeciwieństwo – Winona Ryder. Z każdego wianuszka biorę po trochu (śmiech).

A co dyskwalifikuje w twoich oczach kobietę?

To, co dyskwalifikuje człowieka. Są ludzie, przy których czuję się dobrze, bo mają dobrą energię, a są złodzieje, wampiry energetyczne, od których uciekam. I płeć nie gra tu żadnej roli.

Włosy na nogach by ci nie przeszkadzały?

Nie, musiałaby mieć więcej wad. Ale to wszystko to jedynie takie dywagacje. I tak nic nie działa bez miłości. To ona jest największym spoiwem. Jest inna w związku narzeczeńskim, inna rok po ślubie, 6 lat po, i zupełnie inna po 30 latach.

Tylko miłość?

Tak sobie myślę, że u nas działa może też zasada przyciągania się przeciwieństw. Skoro ja się wychowałem w niepełnej rodzinie, gdzie tata nie wiadomo co robi, a mama z babcią wychowują mnie same, to postanowiłem, że będę miał rodzinę pełną i stałą, za wszelką cenę. Gdy się urodziłem, tata był naczelnym architektem w Płocku i choć potem wrócił do Warszawy, to zamieszkał na Sieleckiej, nie z nami – przy Niecałej. Mama, muszę przyznać, zachowywała się zawsze bardzo fair i nigdy złego słowa na tatę nie powiedziała. W pewnym momencie złożyła papiery, żeby wyjechać ze mną do Kanady, bez taty, ale nie dostała paszportu.

Pojechała więc później sama, po to, żeby coś zarobić, bo bida była u nas duża. Tata nie dbał o pieniądze, a jeśli już je miał, to uważał, że należy jak najszybciej je wydać. Przez 10 miesięcy, które dla takiego małego chłopaka jak ja były jak pół życia, mieszkałem z babcią. Pamiętam dokładnie moment, gdy mama wróciła z Kanady, zajrzała do pokoju i miała na sobie piżamę w jakieś godła londyńskie, bo wracała przez Londyn. I ja się jej przestraszyłem.

Byłem jedynym facetem w całej rodzinie Majkowskich. Babcia miała męża, syna i trzy córki, z czego mąż i syn zginęli w Powstaniu Warszawskim. Najstarsza siostra mojej mamy też miała córkę. I do tego ja – rodzynek w towarzystwie. Rozpieszczany w sposób nieziemski, ale też trochę tresowany, bo babcia była takim „pruskim generałem”.

Ordnung muss sein?

Tak… do tego z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że zwracała się do mnie per „Jureczku”, bo tak nazywał się jej zmarły syn. Chciała, żebym był taki jak on, a że on zginął bardzo młodo, w wieku 15 lat, to przypuszczam, że ten jej obraz był mocno wyidealizowany. Dla niej Jureczek był najwspanialszy na ziemi, choć moja mama twierdziła, że był zupełnie normalnym chłopakiem, ani mniej grzecznym, ani bardziej. Więc babcia chciała mnie wychować na obraz i podobieństwo swojego syna, niezwykle oczywiście mnie kochając, ale jeszcze bardziej kochając wyidealizowany obraz kogoś, kogo chciałaby kochać. Gdy pojawiła się Ania, poczułem, że chcę stworzyć coś zupełnie odwrotnego do tego, w czym się wychowałem – rodzinę, gdzie dzieci mają ojca i mamę.

A dzieci pojawiły się szybko.

Dosłownie parę miesięcy po tych historiach z pierwszym listem okazało się, że idziemy z Anią do ołtarza. Pamiętam, że byłem kompletnie przerażony tym, co żeśmy powyrabiali. Byliśmy gówniarzami, mieliśmy po 21 lat, a tu dziewczyna w ciąży, a ja to w ogóle nie wiadomo – przyjeżdżam w jakichś porwanych portkach...

Tata Ani mnie nie znosił, zresztą nie dziwię mu się: nagle jego córeczkę zabiera jakiś oberwaniec. Więc gdy teściowa przyszła i stwierdziła: „No, ale oczywiście kościelny będzie”, to ja się zgodziłem na wszystko. Poszliśmy do ołtarza.

W pożyczonym garniturze?

No coś ty! Mama mi kupiła (śmiech). Na szczęście szybko okazało się, że da się luźno i swobodnie funkcjonować w naszym mało zorganizowanym życiu i świecie zawodowym, jeżeli w ogóle o świecie zawodowym można było wtedy mówić. Pod koniec lat 80. strasznie mnie znudziła częstotliwość koncertów, z której nic nie wynikało, bo graliśmy tak dużo, że nie było czasu, żeby się zebrać i coś nowego wygenerować. Wtedy to się nazywało, że robimy nowy program, bo nie było mowy o płytach. W pierwszych 5 latach wyglądało to więc tak, że Kult komponował 15 piosenek i to był ten ów program, graliśmy z nim jeden koncert i cześć. A za cztery miesiące musiał być nowy program. Z tamtych czasów tylko jeden kawałek ostał się do dziś: „Krew Boga”. Pomyślałem sobie wtedy, że powinienem wyjechać na jakiś czas i podjąć się zajęcia, które nauczyłoby mnie zawodu stricte rzemieślniczego, typu stolarka czy malarstwo pokojowe. Wyjechałem do Anglii, ale szybko okazało się, że to nie to.

Przestraszyłeś się wiertarki?

Nie, nie boję się wiertarki. W miarę dobrze pewnych rzeczy się nauczyłem, spokojnie mogę wyremontować mieszkanie, łącznie z położeniem terakoty. W Anglii zacząłem pierwszy raz w życiu zarabiać jakieś normalne pieniądze, co prawda na czarno, ale jako robotnik pracujący. To były pieniądze, które pozwalały tutaj przeżyć rok. Tęskniłem jednak do rodziny, do muzyki.

Zgodzisz się, że miłość jest uczuciem, które nie zna niezdecydowania? Mimo starć ma się świadomość, że ta kłótnia i tak zaraz się skończy.

Czasami się wydaje, że ta kłótnia się nigdy nie skończy (śmiech). Są oczywiście upadki i wzloty, sytuacje, kiedy masz bardzo ambiwalentny stosunek do tej drugiej osoby. Tym bardziej że osoba, która jest ci najbliższa i którą kochasz, potrafi najdotkliwiej cię zranić. A ponieważ od miłości do nienawiści jest jeden krok, nie ma stanów pośrednich i zdarzają się starcia. Ale ich się można i trzeba nauczyć. Nasze najbardziej dramatyczne okresy nigdy nie sugerowały zawalenia się budowli, choć trwały czasem zbyt długo. Uniknąć się ich nie da, więc nauczyliśmy się je radykalnie skracać. Bo miłość nie generuje ciągłej zgodności. My jesteśmy z Anią tak troszeczkę jak I-ching, dwa przeciwieństwa. Zresztą widzę, że tak jest lepiej, bo ludzie podobni do siebie najbardziej droczą się i kłócą, konkurują z sobą. A my się dopełniamy.

Pamiętam, jak po koncercie Kultu stałeś zmęczony pod ścianą, gdy przyszła Ania i powiedziała, że masz wracać do domu i wyjść z psem, bo ona idzie na imprezę.

Niestety z tym psem to się trochę wdupiłem. Plan był zupełnie inny. Ania z moją siostrą cioteczną Ewą chciała kupić dwa jakieś strasznie wielkie psy i założyć hodowlę. Ewa kupiła sukę – owczarka kaukaskiego, myśmy mieli dokupić samca. Ale w międzyczasie mój kolega weterynarz znalazł przywiązaną do drzewa sukę, która urodziła szczenięta. Plan hodowli runął. Ewa zamieszkała ze swoim wielkim psem na powierzchni 34 metrów, a myśmy wzięli szczeniaka. Ale żeby było jasne, od początku sprzedawałem jakieś głodne kawałki: „No nie, nie możemy sobie pozwolić na psa. Chyba że będziesz z nim wychodziła”. Ona, że będzie, więc następnego dnia… wyszedłem z psem po raz pierwszy (śmiech). I wychodziłem tak do końca jego dni. Taki jestem miękki.

Płaczesz na filmach?

Gdy chłopacy byli mali, chodziłem z nimi na filmy typu „Król Lew”. Wyglądało to tak, że trochę oglądałem, zasypiałem, a potem budziłem się na sam koniec i płakałem.

Z rozpaczy, że przespałeś film?

Nie, dlatego że koniec był zawsze wzruszający. Ja się bardzo łatwo rozczulam, a po wypłakaniu bardzo dobrze się czuję. Tak jakby hydraulik wyciągnął ze mnie jakiś korek i spuścił cały syf. Jestem beksa i wcale się tego nie wstydzę. Bo chłopaki płaczą.

Poryczałeś się na „Titanicu”?

Nie pamiętam, ale prawdopodobnie mogło do tego dojść. To było dawno temu, byłem sam, bo żona nie chciała.

Co pcha mężczyznę, undergroundowca, na „Titanica”? I to bez żony!

Ciekawość. Ja mam hopla na punkcie oglądania filmów. Teraz chodzę mniej, bo mam duży telewizor i dobry system dźwiękowy, ale na takie ważniejsze rzeczy to tylko do kina. A „Titanic” wtedy był ważny. Na „Avatara” też poszedłem z ciekawości, jak wygląda najlepiej sprzedający się film świata. I nawet trójwymiar mi się podobał, mimo że jestem przeciwnikiem kina 3D. Ubolewam też nad upadkiem klasycznego sposobu czytania, chociaż wiem, że 500 lat temu, gdy Gutenberg wymyślił druk, to tak samo mnisi mogli ubolewać, że księgi powinny być pisane ręcznie. Jestem więc takim mnichem XXI wieku, który nad rzeczami, które muszą przeminąć, boleje.

Kazik Staszewski, ur. w 1963 roku, muzyk. Działa aktywnie na scenie od lat 80., kiedy założył legendarny zespół Kult. W latach 90. rozpoczął też karierą solową z zespołem Kazik Na Żywo. Jest członkiem zespołu El Doopa. Na swoim koncie ma 10 płyt, właśnie ukazuje się najnowsza – „Prosto”, nagrana z Kultem. Prywatnie: mąż, ojciec, dziadek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Co jest wstydliwego w naszej seksualności?" O nowym polskim serialu dla Netflixa rozmawiamy z Małgorzatą Foremniak

Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Zobacz galerię 3 Zdjęć
"Sexify" to najnowsze dzieło polskich twórców - Kaliny Alabrudzińskiej i Piotra Domalewskiego. Opowiada historię trzech przyjaciółek, które wspólnymi siłami starają się stworzyć wyjątkową aplikację mającą pomóc zaspokoić i zrozumieć potrzeby seksualne rówieśników - przede wszystkim dziewcząt i kobiet. Każda z nich to inna historia, inne problemy i poszukiwanie odpowiedzi na to, co wiąże się z własną seksualnością. 

W tej drodze, którą dziewczyny podjęły pomaga im m.in. matka jednej z nich - Joanna, która stara się przekonać dziewczyny do tego, że odnajdowanie w sobie kobiecości, świadomości własnych potrzeb i upodobań to nie tylko klucz do udanego życia seksualnego, ale przede wszystkim zrozumienie siebie samej i akceptacja własnych pragnień i wyborów życiowych. W rolę Joanny wcieliła się znana polska aktorka - Małgorzata Foremniak, którą zapytaliśmy o to, o czym tak naprawdę opowiada "Sexify".

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

„Sexify” to opowieść o trzech dziewczynach, które decydują się stworzyć innowacyjną aplikację pozwalającą odkrywać i zaspokajać seksualne potrzeby – zwłaszcza kobiet. Czy serial, który tak wiele mówi o odkrywaniu kobiecej siły oraz własnej seksualności jest potrzebny, zwłaszcza że tak wiele mówi się, że jest to nadal temat pomijany, na punkcie którym kobiety są dyskryminowane? MF:  Pomysł głównych bohaterek na aplikację  może stać się bardzo  pomocny w poszukiwaniu własnej seksualności. Joanna – postać, którą gram, uczy w swojej Akademii Uważności, aby kobiety odkrywały same siebie jak mapę. Nie tylko mapę ciała, ale także mapę emocji, potrzeb, wrażliwości, bo są to obszary dla wielu kobiet wciąż nieznane.

Kiedyś o sprawach tak intymnych, zwłaszcza w kontekście osiągania przyjemności seksualnej przez kobiety nie mówiło się wcale bądź w znikomym stopniu. Kobiety nie miały zbyt wielu możliwości poznania, zrozumienia tego, co dzieje się z ich ciałem, co daje im satysfakcję seksualną. Czy dalej jest to temat kontrowersyjny, czy miała Pani poczucie, że bierze udział w kontrowersyjnym serialu? MF: Nie miałam takiego poczucia. To dobrze, że taki serial powstał. Z jednej strony żyjemy w świecie przepełnionym technologią, przesiąkamy nią. Z drugiej, często ta technologia odcina nas od prawdziwych siebie. Zapominamy w tym pędzie o naszych potrzebach, o potrzebach naszego ciała, o naszych uczuciach. Przewrotne jest to, że aplikacja którą tworzą bohaterki może pomoc kobietom przybliżyć się do ich wewnętrznego świata poprzez odkrywanie swojej  prawdziwej natury.

Czy "Sexify" może wpłynąć np. na zmianę patrzenia na potrzebę edukacji seksualnej w Polsce? MF: Może nie tyle edukacji, co myślenia o seksualności. Wbrew pozorom serialowa rozrywka może być dobrym źródłem spojrzenia na ten temat z rożnej perspektywy. Mówienie o seksualności jest bardzo ważne dla każdego młodego człowieka, który wkracza w dorosłość. "Sexify" swoją formą w naturalny i życiowy sposób może otworzyć pole do rozmowy czy refleksji.

W serialu gra Pani Joannę, matkę Moniki, która przeżywa dość ciężki okres w życiu, pomimo młodego wieku. Co okazało się największym wyzwaniem podczas tworzenia postaci Joanny? MF: Wyzwaniem to za dużo powiedziane, ale pewną trudność stanowił dla mnie wątek kursu Akademii Uważności, którą prowadzi moja postać. Nie chciałam przekraczać pewnych granic. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak to zrobić, żeby to było ciepłe, organiczne, przyjazne. Chciałam, żeby te sceny były lekkie, bo w lekkości więcej widzimy, więcej możemy. Mam nadzieje, że tak się stało.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Serial "Sexify" będzie dostępny na platformie Netflix od 28 kwietnia 2021 r.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje.