1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Początek nowej mnie - wywiad z Edytą Bartosiewicz

Początek nowej mnie - wywiad z Edytą Bartosiewicz

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedyś... Tak łatwo oceniała: dobry lub zły. Była jedną wielką emocją. Nie kochała siebie. A teraz? Portret Edyty Bartosiewicz – tej samej, a jednak odmienionej – powstaje w rozmowie artystki z Hanką Halek.

EDYTA BARTOSIEWICZ: Wyszukałam w Internecie, że trenuje pani coś ciekawego: tai-chi, kyokushin…?

Jeet Kune Do, sztukę walki, którą jej twórca Bruce Lee nazywał naukową bójką uliczną.

Też bardzo lubię Bruce’a Lee, głównie ze względu na „Wejście smoka”. Myślę, że w swoich filmach nie tylko prezentował niezwykłe umiejętności, ale przede wszystkim chciał podzielić się ze światem swoją filozofią życia. On wydawał się mieć coś takiego, co ja bym chciała. Pełnię. Mam wrażenie, że jego ciało i psychika łączyły się w doskonałej harmonii. No a tak poza tym, nie można było od niego oderwać oczu. Nie dość, że piekielnie sprawny, to jeszcze zabójczo przystojny. Nie wiem, czy pani wie, ale miałam w życiu orientalny epizod. Przez pół roku studiowałam japonistykę. Byłam chyba naprawdę szalona. To był mój drugi fakultet, a ledwo dawałam radę z pierwszym, ale tak mi się spodobało, jak moja znajoma mówi po japońsku, że także zapragnęłam biegle władać tym językiem. Nie wzięłam pod uwagę, że studenci tego wydziału muszą pochłaniać wiedzę w ekspresowym tempie, co dla mnie było niewykonalne. Pierwszych studiów, oczywiście, też nie skończyłam.

Nie ma pani chęci wrócić na uczelnię? Syn dorósł, pani też…

Podziwiam panią Halinę Frąckowiak, która jako dojrzała kobieta skończyła psychologię, ale chyba trzeba czuć, że przyszedł czas. A tak tylko wymyślić i zrobić? Nie, nie czuję, żeby to było mi w tym momencie potrzebne.

A co jest pani teraz potrzebne?

Myślę, że jestem na etapie poznawania samej siebie, smakowania świata w zupełnie nowy sposób, coraz bardziej świadomej z nim interakcji. Przyszedł też wreszcie moment, by wydać płytę, zrzucić z siebie ten ciężar, bo inaczej nie mogę tego nazwać. Ona jest moim ukochanym dzieckiem, ale to ciąża mocno przenoszona. Ta płyta to olbrzymi bagaż życiowy. Ma przecież prawie 12 lat. To pewnego rodzaju doświadczenie, które trzeba było przejść. Zakończyć je, bez względu na to, z jakim skutkiem. Stała się symbolem tylu ważnych spraw w moim życiu, od których chciałam uciec, ale jak się okazało, nie mogłam. Przez to moje długie zatrzymanie osłabła też kreatywność. Dopóki istniał mój głos, który był jej wyznacznikiem, po prostu za nim szłam, sięgałam po gitarę i śpiewałam.

A gdy zniknął, okazało się, że był jedynym bodźcem?

Właśnie. Bez niego nie było żadnej przyjemności z tworzenia. Wszystko stało się siermiężne i toporne, nawet nie chciało mi się sięgać po instrument. Byłam słaba.

I z poczuciem winy?

Nie. Dlaczego miałabym mieć poczucie winy?

Że pani zawodzi, że nie jest taka, jak by chciała być, że czas leci, że się pani starzeje.

Już chyba bardziej widziałabym się w roli ofiary jakichś niezrozumiałych splotów okoliczności. Ale nigdy nie chciałam tak myśleć. Musiałam zaakceptować, że tak po prostu jest. Bardzo walczyłam o to, by ta płyta ujrzała w końcu światło dzienne. Zdarzały się chwile zwątpienia, no bo jak ich nie mieć przez 12 lat, ale tak naprawdę nigdy nie straciłam nadziei. Był we mnie jakiś ogromny upór i parcie do przodu – pomimo że leciałam na rezerwie energetycznej.

Co zjadło tę energię i głos?

Coś, co mamy wszyscy: demony, słabości, lęki, traumy. Jeżeli człowiek nie wypracował sobie zdrowego mechanizmu obrony albo pewnego rodzaju potencjału, którego do końca nazwać nie umiem – może to się nazywa „mieć szczęście”? – prędzej czy później coś złego się z nim dzieje. Albo zapada na chorobę, albo umiera. Bywa, że to nie jego wina, często miał po prostu gorszy start. Teraz, gdy rozmawiamy i jestem w momencie, kiedy czuję się coraz lepiej, bardzo dziękuję losowi za ten okres, gdy noce mojej duszy były czarne. Dzięki temu wiem chociażby to, że mam w sobie ogromną siłę przetrwania.

Wolę życia?

Do 23. roku życia uprawiałam sport, który trzymał mnie w ryzach. Myślę, że gdyby nie on, poległabym znacznie wcześniej. W 2002 roku rozpoczął się okres stagnacji w moim życiu. Czasem czułam się, jakbym zanurzyła się po szyję w mętnym jeziorze. Przez bardzo długi czas nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z realnych zagrożeń. Trzymałam się życia ze wszystkich sił, może nawet z rozpędu? Mój głos ginął powoli, niepostrzeżenie. Ale to właśnie dzięki temu zauważyłam, że coś jest ze mną nie tak. Gdybym nie śpiewała, mogłabym przegapić pewne ostrzeżenia, jakie dawał mi organizm.

To mój głos dał mi sygnał. Dał głos. To on, a właściwie jego zanik, skierował moją uwagę w odpowiednim kierunku, pokazał, że czas nad sobą poważnie popracować. Jeśli założymy, że choroba tworzy się najpierw na poziomie energetycznym, wtedy jej objawy fizyczne będzie można nazwać pierwszą oznaką zdrowienia.

Przeszła pani ośmioletnią psychoterapię. Przyniosła ulgę?

Psychoterapia była mi bardzo potrzebna. Bez niej nie byłoby zapewne szans na żaden progres, ale czekałam już na to rozstanie. Miałam już ochotę iść dalej o własnych siłach. Terapię skończyłam w czerwcu, widzimy się w momencie, kiedy w moim życiu i relacjach dzieją się rzeczy niezwykłe. Zupełnie inaczej postrzegam teraz ludzi, inaczej się z nimi witam, żegnam. Ale to stąd, że z sobą samą się inaczej spotykam.

Jak?

Jest we mnie więcej przestrzeni, mniej głosu Krytyka Wewnętrznego. Więcej zrozumienia, empatii dla świata. Kiedyś tak szybko mogłam kogoś ocenić. Dobrze albo źle. I już. Teraz nie jestem w stanie tego zrobić. Poprzez psychoterapię ujrzałam, ile było we mnie mechanizmów, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam. Wydawało mi się na przykład, że całe zło przychodzi z zewnątrz. Teraz wiem, ile ja sama prowokuję napięć i nerwowych sytuacji.

W 2012 roku zmarła moja najbliższa przyjaciółka, Małgosia. Poznałam ją w 1995 roku – to był czas życia tak artystycznego, jakie tylko może istnieć. Zbliżyłyśmy się od razu, od pierwszej wspólnej sesji, do której mnie malowała. To była pierwsza w moim życiu osoba, która mnie w ogóle nie oceniała, do której miałam ogromne zaufanie. Mówiłam jej rzeczy, których się... no właśnie, co do których miałam ogromne poczucie winy. A ona, słysząc te historie, nigdy nie powiedziała:, „Jak mogłaś coś takiego zrobić!?”. Mówiła: „To jest ludzkie”. Małgosia miała w sobie coś niezwykłego, była cudowną artystką, make-upistką, pedagogiem, ale przede wszystkim człowiekiem. Mając swoje demony i chcąc sobie pomóc, terapeutyzowała się i stała się bodźcem do tego, że po latach poszłam na swoją psychoterapię, choć ona nigdy mnie do tego nie namawiała. Myślę, że zanim ją spotkałam, byłam bardzo zamknięta. Gdzie tam ktoś będzie mi mówił, co ja mam robić – naprawdę taka byłam. Dzięki takiej skorupie broniłam się przed światem, bo tak naprawdę byłam bardzo zalękniona i niepewna siebie. Nie kochałam siebie. Małgosia była jedną z tych osób, które mnie ukierunkowały. Coś we mnie tchnęła poprzez swoją nieingerencję, a jednocześnie inspirację. Dzięki niej dotarłam do jednej z najlepszych psychoterapeutek. Gonia to był mój anioł.

Nadal nim jest.

Nie wiem, co o tym sądzić. Co się dzieje po śmierci? Chcę myśleć, że Małgosia jednak zdążyła wykorzystać znaczną część potencjału, który był jej dany w życiu. Dzieliłyśmy ze sobą wyjazdy, seanse filmowe, spacery. Uwielbiała muzykę, kino było jej pasją. Miała słabość do osobowości dekadenckich, zagubionych, gdzieś tam nieszczęśliwych, ale wnoszących coś do świata. Bardzo liczyłam się z jej zdaniem, była pierwszym recenzentem moich tekstów, miała wpływ na mój wizerunek artystyczny.

To ona doprowadziła do tego, że kręciłyśmy teledysk do „Jenny” w Londynie, a do „Siedmiu mórz” w Los Angeles. Dzięki jej znajomym. Gdy wchodziłyśmy do knajpy, zawsze znalazł się ktoś, kto wołał: „Gonia, Gonia”. Cały mój świat w pewnym momencie zaczął budować się wokół jej znajomych.

A jak było wcześniej, przed Gonią?

Oczywiście, miałam swoich znajomych, najczęściej muzyków, wiadomo. Ale byłam specyficzna, z pozoru otwarta, a tak naprawdę zupełnie niezintegrowana ze światem. Taka chodząca ambiwalencja (śmiech). Myślę, że to, iż zrobiłam sobie podwójne brwi, miało swój głębszy sens. Teraz czuję, że te brwi powinny już chyba zarosnąć, ale... nie chcą – i trudno im się dziwić – tyle lat je pieczołowicie wyskubywałam. Od jakiegoś czasu czuję, jak powoli buduję swój fundament. Najpierw jednak, wydaje się, musiała nastąpić dezintegracja pozytywna. Czyli mówiąc po ludzku: człowiek rozwala się w drobny mak po to, żeby się na nowo, kawałek po kawałku, złożyć.

Zobacz również kosmetyki do brwi ranking

„Za siłami destrukcji idą siły tworzenia” – to Michał Anioł.

Tak, to się łączy, jak noc z dniem, jak dwie strony medalu. Życie ma w sobie wiele aspektów i nic nie jest jednoznaczne. Na przykład ofiara może stać się w jednej chwili katem, a kat ofiarą. Ciekawe jest to, że zaczynam odczuwać współczucie nie tylko dla ofiar, ale także dla ich katów. Wydaje mi się, że ci drudzy musieli być kiedyś także bardzo skrzywdzeni. Wiem, że to terapia mnie odmieniła. Mam ochotę słuchać i rozumieć.

Dziś jestem w stanie zrozumieć moich rodziców, choć kiedyś byłam bardzo zbuntowana. Przyjechali do Warszawy praktycznie z niczym, budowali swoje życie od początku i popełnili mnóstwo błędów... Ale ja, jako matka 22-letniego syna, popełniłam ich pewnie tyle samo. Pytała pani o poczucie winy, odczuwam je czasem wobec syna. Gdybym pewne rzeczy mogła wymazać, inaczej je przeżyć, zachować się w inny sposób... ale nie da się. Nauczyłam się jednak pewnej rzeczy: nigdy nie jest za późno. Pewne historie można naprawiać w każdym momencie życia. Nasze relacje z Aleksym uważam dziś za bardzo dobre. Dajemy sobie przestrzeń. Ja nie dokonuję inwazji w jego życie, a on coraz bardziej się na mnie otwiera, częściej się do mnie zwraca po radę. Czy to nie cud? (śmiech). Wcześniej tak nie było. Wygląda na to, że bardzo się o siebie troszczymy. Często są to małe sprawy, ale to w nich tkwi cała tajemnica. Zrozumiałam to wszystko jednak dopiero wtedy, kiedy sama dla siebie powoli zaczęłam stawać się oparciem. I poczułam swoją wartość. Zawsze chyba chciałam być kimś innym, niż byłam, wydawało mi się, że jestem jakaś taka niekompatybilna ze światem, ciągle nie na miejscu. Stąd pewnie cały ten wcześniejszy bunt.

Bunt oślepia obie strony…

Dokładnie tak.

Boże, ale my się tu wymądrzamy! Czterdziestoletnie mądrale się znalazły, ratunku!

O, przepraszam. Ja to już prawie pięćdziesięcioletnia! (śmiech).

Stąd ma pani więcej złotych myśli.

(śmiech) Cieszę się, że jestem dla samej siebie jeszcze w miarę młoda i mogę rozpocząć wszystko na nowo. Chyba powoli zaczynam rozumieć ludzi, którzy mówią, że dostali drugie życie. Trochę tak się czuję. Dziś jestem w stanie zrozumieć o wiele więcej ludzkich zachowań i słów. Wcześniej tylko wydawało mi się, że słucham ludzi. Kiedyś opowiadałabym pani swoje, a to, co pani mówi, puszczałabym mimo uszu.

To odwaga się do tego przyznać. A miłość?

To zawsze było uczucie obsesyjne, szaleńcze, niezrównoważone, wypalające mnie od środka. Emocjonalnie żyłam na maksa. Nie było racjonalizowania, zero rozsądku. Byłam jedną wielką emocją, popędem. Dawałam temu upust w tym, co robię muzycznie.

No fajnie, ale czy to była miłość?

Chyba nie, choć pewności nigdy nie będę miała. Im bardziej człowiek pozbawiony jest swojej tożsamości i poczucia wartości, tym bardziej chce to znaleźć w drugiej osobie, przeprojektować wszystko na nią. W końcu ta druga osoba staje się tyczką, wokół której wijemy się jak bluszcz. A gdy jej zabraknie? Zwijamy się nagle, prosto ku ziemi. Rozejrzyjmy się – to się zdarza przecież ciągle. Ktoś nie może bez kogoś żyć, targają nim emocje, ludzie potrafią nawet zabić „z miłości”. Albo siebie, albo tę drugą osobę. Cierpią, nie śpią, nie mogą się skupić. Mnie to też nie ominęło. Życie pokazało mi, po co w pewnym momencie byłam tylko ja i ja, i ja jako matka: inaczej nie byłabym w stanie się poskładać, moja uwaga byłaby cały czas odciągana przez tę drugą osobę i wszystko rozlatywałoby się już na samym początku, o ile w ogóle potrafiłabym ten początek znaleźć. Musiałam dojść do ładu ze sobą.

Spotkałam w sobie kobietę. Nigdy nie czułam się tak kobieco jak teraz, w wieku 48 lat. Doceniam swoje atuty, które wcześniej skrzętnie ukrywałam, i nie mam tu nawet na myśli fizyczności. Bardziej chodzi o cechy charakteru, osobowość. Widzę, że mogę się podobać, że mogę być urocza. Nie muszę już nikogo udawać.

Można posunąć się do wniosku, że człowiek musi, ma obowiązek nauczyć się żyć sam i dopiero wtedy...

...może myśleć o partnerstwie. Bo partnerstwo, jak sama nazwa mówi, polega na tym, że akceptuje się tę drugą osobę w pełni, dając jej przestrzeń, a jednocześnie zachowując tożsamość. Ani się nie zmieniam pod wpływem tej osoby, ani nie chcę jej zmienić. Wiadomo, to nie jest takie proste, bo jesteśmy tylko ludźmi. Nauczenie się bycia ze sobą staje się szansą na miłość, uczucie absolutnie piękne i czyste. Na pewno jest we mnie teraz więcej spokoju, równowagi i takiego autentycznego skierowania się na drugą osobę. Wcześniej, mam wrażenie, była ona zawsze tylko moim odbiciem. Teraz wiem na pewno, że dopóki człowiek nie ma w sobie naprawdę czegoś swojego, to będzie czerpał, zaspokajał swój głód inną osobą, przelewał ją przez to swoje dziurawe sito, aż w końcu nie pozostanie nic poza syfem, który osiądzie na dnie durszlaka.

A może w relacjach, również z sobą, chodzi po prostu o dobre proporcje, jak mówi Bruce Lee.

To ładne... Zapamiętam to sobie. Myślę, że człowiek nie może się zmienić, ale może dokonać w sobie przemiany. Bo jeśli ktoś jest żywiołem wody, może stać się lodem albo parą, ale nigdy nie będzie ogniem. Wierzę w wolną wolę i determinizm, czyli w dwie rzeczy, które na pierwszy rzut oka się wykluczają. Tak naprawdę cudownie się dopełniają. Jesteśmy zdeterminowani chociażby cechami genetycznymi czy wychowaniem, ale mamy też wolną wolę, która może decydować, jak czerpać z tych zasobów. To, co Bruce Lee mówił o proporcjach, bardzo mi się podoba, bo rozwój faktycznie jest odnajdywaniem odpowiednich proporcji, żeby dobrze czuć się ze sobą i światem. Wcześniej moje proporcje były zachwiane tak potwornie, że nasiąkałam destrukcją. Widzę, że teraz się zmieniają, a przecież wciąż jestem tą samą osobą. Po prostu jedne rzeczy się wyciszyły, a te, które kiedyś były nieużywane albo mało wykorzystywane, wzięły górę. Boże, jakie to proste (śmiech)! Tylko tak żyć.

Zawsze bałam się śmierci, aż kiedyś ktoś powiedział mi jedną ważną rzecz: „lęk przed śmiercią to lęk przed życiem”. Dziś chcę żyć pełną piersią, na tyle, na ile mogę. Wszystkie moje teksty zawsze wyścielał lęk, bo ja wyściełana byłam lękiem. Nie chcę się już bać. Niektórzy mają talent do cieszenia się życiem i z tego korzystają. Bardzo zazdroszczę tej cechy. Nie wiem, czy można się tego nauczyć. Kiedyś bałam się brać to, co dawali mi ludzie, bo nie chciałam im być nic winna. Teraz bardzo chętnie przyjmuję pomoc. Czuję, jak dzięki niej wzrastam.

Czy pani się siebie wstydziła?

Myślę, że tak. Wynikało to z jakiegoś niepogodzenia ze sobą. Chciałam się widzieć silną, ale przyszedł w moim życiu czas, kiedy musiałam skonfrontować się z moimi słabościami.

Kogo, poza rodziną, zna pani najdłużej i ma kontakt do dziś?

Moje relacje z ludźmi na przestrzeni ostatnich lat bardzo się zmieniły, grono znajomych zawęziło. Fajny kontakt mam z moim przyjacielem i menedżerem Jarkiem Carrambą Drągiem. Jarek to chodząca legenda, cały w tatuażach przedstawiających czaszki. Urocze. Zaczynał jako techniczny. Zawsze dobrze mi życzył, był gdzieś obok. Ma niezwykłą umiejętność odwodzenia mnie od różnych kontrowersyjnych pomysłów. Jest też Maciek Piłatowicz, bardzo ważna dla mnie postać, bo to właśnie chyba głównie dzięki niemu kończę tę płytę. Maciek rehabilituje mnie jogą, elementami osteopatii i wzmacnia moją psyche.

Czym jest dla pani przyjaźń? Może Gonia jej panią nauczyła?

Troszczyłam się o nią, zawsze wydawało mi się, że jest słabsza, że muszę nad nią roztaczać klosz. Sprawiała wrażenie niezwykle eterycznej osoby, a ja grałam tę bardziej twardą. Teraz, kiedy dochodzę do ładu ze swoją słabą stroną i gdy przestaję się jej wstydzić, widzę, że nie ma tak, że ktoś jest silniejszy albo słabszy. Jestem silna i jestem słaba. Taka i taka. Dlatego pozwalam już się sobą opiekować, nie tworzę mitów na swój temat, że zawsze sama dam sobie radę. Spotkanie z Małgosią nie ma definicji. Jak ocenić relację z kimś, kto tyle dla mnie zrobił? Były chwile, kiedy myślałam, że to moje alter ego. Brakuje mi jej.

Czy 12 lat temu płyta też miała mieć tytuł „Renovatio”?

Nie. Miała się nazywać „Tam dokąd zmierzasz”, jak tytuł jednej z piosenek. „Renovatio” pojawił się jakieś dwa lata temu. Ma więcej siły, jest bardziej nośne. Pani się podoba?

Ma rytm i dobrze brzmi. Jest też symboliczne.

Szukałam tej symboliki. „Renovatio” traktuje o pewnego rodzaju wewnętrznej transformacji. Pozostawieniu za sobą tego, co ciąży i jest już jałowe, by zrobić miejsce dla nowych ludzi i sytuacji. Dzisiaj postrzegam się bardziej jako człowieka powracającego powoli do życia, niż jako powracającego na scenę artystę. To początek nowej mnie. Stałam się częścią wody, z którą płynę.

Bądź jak woda... – podpowiada Bruce Lee.

Takiej prawdy sobie nie odmówię (śmiech).

Edyta Bartosiewicz, rocznik ’65. Piosenkarka, gitarzystka, kompozytorka muzyki, autorka tekstów, producentka muzyczna. Sukces przyniósł jej drugi solowy album „Sen”, a pozycję na rynku ugruntowały późniejsze: „Szok’n’Show”, „Dziecko” i „Wodospady”. Wraca po 12-letniej przerwie z albumem „Renovatio” . Prywatnie – mama Aleksego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.