1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maciej Stuhr - wywiad

Maciej Stuhr - wywiad

Spotkaliśmy się w radosnym momencie, kilka tygodni po tym, jak rodzina Stuhrów powiększyła się o małego Tadeusza. Wtedy była jeszcze jesień, ale nasza rozmowa ukazała się w numerze grudniowym „Sensu”…

fot. Rafał Masłow fot. Rafał Masłow

Mały Tadeusz Stuhr dostał imię po pana dziadku. Święta to czas wspomnień i rodzinnych opowieści. Wspomnijmy zatem, kim był Tadeusz, dziadek Macieja.

Dziadek Tadeusz był prokuratorem. Jego ojciec i wujowie byli adwokatami, generalnie prawnicza rodzina. Z kolei jego dziadek to był pierwszy Stuhr, który przyjechał do Krakowa spod Wiednia. Polski nie było wtedy na mapie, więc nie wiem, na ile spodziewał się, że ta przeprowadzka w obrębie Cesarstwa będzie skutkować tym, że zaczyna polską przygodę Stuhrów. Ale już jego wszyscy trzej synowie poszli studiować na Uniwersytet Jagielloński, zostali prawnikami i uważali się za Polaków. Do tego stopnia, że w 1939 roku nie podpisali folkslisty, mimo że mogli, bo byli synami Austriaka. Ale czuli się Polakami. A mój dziadek, Tadeusz Stuhr, przyszedł na świat równo sto lat temu – w 1916 roku, jeszcze pod zaborem austriackim. Pomyślałem, że stulecie urodzin to jest dobra okazja, żeby podtrzymać rodzinną tradycję.

Pamięta pan dziadka Tadeusza?

Oczywiście. Dziadek Tadeusz dożył pięknego wieku, odszedł w roku milenijnym, zresztą wkrótce po narodzinach mojej córki Matyldy. Tak zatoczył się krąg życia w naszej rodzinie. Dziadek głęboko wrył się w moją pamięć. Bardziej nawet niż babcia, z którą przebywałem krócej, bo odeszła już w latach osiemdziesiątych. I chociaż była moją kochaną babcią, dziadka pamiętam lepiej. Był to człowiek niezwykle powściągliwy, znakomicie wykształcony, pełen kultury, dystansu do świata. Zawsze miał własną opinię, wyważone zdanie, no i niełatwo go było przekonać do zmiany tego zdania. Jak już coś o świecie myślał, to dość konsekwentnie bronił swoich poglądów.

To po dziadku ma pan podobną postawę?

Tak, i ojciec, i ja chyba po nim rzeczywiście to odziedziczyliśmy, chociaż ojciec bardziej. Ja, kiedy ktoś ma dobre argumenty, potrafię zmienić zdanie, przynajmniej tak mi się wydaje...

Pierwszym, który wydobył się z tradycji prawniczej i wybrał zawód aktora, był Jerzy Stuhr. Potem pan. Ciekawe, co w przyszłości zrobi mały Tadeusz? Będzie pan wpływał na jego wybory?

Raczej nie. To lekcja, którą otrzymałem od własnych rodziców. Ważne, aby dostał dobre wzorce i był wykształcony, a co będzie robił w życiu... Sam sobie wybierze. Aktorstwo jest zawodem pięknym, ale trudnym, jeśli nie ma się szczęścia i talentu. Trzeba mieć wręcz olbrzymią dawkę szczęścia i talentu, żeby ten zawód był taki, o jakim marzą miliony, ale tego dostępuje tylko garstka. Naiwnością byłoby myślenie, że nazwisko czy pochodzenie z aktorskiego rodu miałoby coś ułatwiać.

Może utrudniać? W pana przypadku nazwisko stanowiło ciężar?

Mam świadomość, że łatwiej było mi zaistnieć w świecie medialnym, ale potem udowadniać wszystko musiałem podwójnie.

Jak radził sobie pan z byciem porównywanym do ojca? „Taki sam jak ojciec, jeszcze lepszy niż ojciec, nigdy nie będzie jak ojciec”... To musiało być trudne.

Musiałem przestać się tym przejmować. Przestać traktować to jak jakąś konkurencję sportową. Ten problem zostawiłem już za sobą. I kiedy okazało się, że spełniają się moje marzenia, że mogę w tym zawodzie pracować, intensywnie i szczęśliwie, wybierać role, pracować z najlepszymi, to z każdym rokiem problem, czy ja jestem lepszy, czy gorszy od ojca, słabł.

A pana córka Matylda ma już plany na przyszłość?

Szesnastolatka ma swoje marzenia, będzie pewnie powoli opuszczać gniazdo, na szczęście zadbałem, by nie opustoszało… Śmieję się, ale naprawdę od jej urodzin minęło sporo czasu, jestem w tej chwili innym człowiekiem, w innym miejscu życia. Pewnie każdy wiek ma swoje zalety i wady, ale dziś mam wrażenie, że jestem na ojcostwo bardziej gotowy niż te 16 lat temu, chociaż i wtedy dzielnie starałem się stawić czoło wyzwaniom losu. Natomiast dojrzałe rodzicielstwo ma w sobie dużą dawkę spokoju. Nie ma takiej histerii, człowiek bardziej racjonalnie podchodzi do wszystkiego. Mam 41 lat i bardzo się cieszę na to ojcostwo.

Co chciałby pan przekazać Tadeuszowi?

Chciałbym mu dać więcej swojego czasu, niż go dałem Matyldzie. Bo Matylda trafiła na moment startu mojej kariery. Urodziła się, kiedy kręciłem „Przedwiośnie”, „Poranek kojota”, to był też czas premiery filmu „Chłopaki nie płaczą”. Wszystko właśnie wybuchło, trzeba było kuć żelazo, póki gorące. A teraz momentami mam nawet przesyt pracy i kariery. Nie potrzebna mi już większa, mam taką, jaką mam, są nawet momenty, kiedy mi ciąży. Nie żebym utyskiwał na swój los, jestem szczęśliwy i spełniony, ale chodzi o to, że już nie muszę niczego udowadniać, zarabiać za wszelką cenę czy walczyć o role.

Nie ciągnie pana do następnych wyzwań? Do innych życiowych ról: pisarza, scenarzysty? Dzielenia się doświadczeniem?

To się już dzieje, zacząłem uczyć w Akademii Teatralnej. Czasami nachodzą mnie myśli, żeby napisać scenariusz. Ale tak naprawdę zastaje mnie pani w momencie, w którym w ogóle nie myślę o pracy. W zeszłym roku miałem apogeum, pracowałam 10 miesięcy non stop, kręcąc pięć filmów, jeden za drugim, w tym serial „Belfer”, który właśnie wszedł na ekrany, poza tym „Listy do M. 2”, „Ekscentryków”, „Czerwonego kapitana” i jeszcze przygotowując się do premiery w teatrze u Warlikowskiego. To było szaleństwo.

Jak pan się teraz wycisza po takim szaleństwie?

Kładę sobie Tadeusza na piersi albo się kładę koło niego i próbuję go zrozumieć. Nie obstawiam się milionem książek na temat wychowania, tylko leżę jak pies koło niego i go wącham.

Aż tyle spokoju może dać dorosłemu malutkie dziecko?

Tak. To jest niesamowite. Czerpię od niego spokój. Działa jak najlepsza tabletka uspokajająca, a nawet jest od niej lepszy.

Nie ogarniają pana lęki o dziecko?

Nie, na szczęście jestem od tego zupełnie wolny. Mam, jak każdy, swoje różne kłopoty, życiowe i zawodowe, przychodzę z nimi do domu rozedrgany, biorę Tadeusza na ręce i wszystko odchodzi w dal.

Ze wszystkich życiowych ról: syna, męża, brata, ojca, najważniejsze jest teraz ojcostwo?

Tak. Zresztą w jego dwóch odsłonach. Paradoksalnie, a może to wcale nie jest paradoks, obserwuję, że wraz z przyjściem na świat Tadeusza ponownie zwróciłem się ku mojej córce. I to nie dlatego, żeby jej nie było przykro, żeby nie czuła się pominięta, nie, to jakoś tak naturalnie przyszło. Daje mi niesamowitą perspektywę tych 16 lat, innego świata, który nas dziś otacza. Tak sobie o tym rozmyślam i trochę piszę. Zaproponowałem „Zwierciadłu” przeprofilowanie mojego okienka, teraz mój felieton nazywa się „Tata Tadzika”, i co miesiąc piszę coś z perspektywy ojca, tak ojca synka, jak i córki, perspektywy wywołanej tymi narodzinami.

A jak się układa relacja między rodzeństwem?

Trudno mówić w tej chwili o jakiejkolwiek relacji, gdyż Tadeusz zajmuje się głównie jedzeniem i spaniem. A Matylda jest już na tyle dorosła, aby podejść do tego filozoficznie, ma sporo przemyśleń na ten temat. Mam nadzieję, że będziemy sobie rozmawiać o świecie również na tej podstawie. Patrząc na tego malucha, będziemy mogli dowiedzieć się czegoś o sobie…

Tematem tego numeru SENSu są rodziny patchworkowe. To zjawisko obecnie powszechne, pan też ma taką rodzinę. Da się tak zrobić, by w patchworku wszystko dobrze grało?

To sprawa delikatna i niezwykle zindywidualizowana. Co człowiek, to przypadek, a w przypadku takich rodzin – ludzi mamy co najmniej kilkoro. Bywa nawet kilkanaścioro: bo są rodzice, następni rodzice, następni partnerzy, ich dzieci... teściowie, byli teściowie… czasami jeden krok powoduje całkiem nowy układ dla wielkiej grupy ludzi. No i nie oszukujmy się, to są często sytuacje podszyte problemami, a nawet cierpieniem niektórych osób, zwłaszcza dzieci. Bo jak się rodzice rozstają, to jest to największa trauma dla dziecka. Ono nie umie tego w pełni zrozumieć, tylko czuje, że zawalił mu się świat. Od razu na samym początku nowa rodzina ma pod górkę, bo dziecko czuje się ostatnim strażnikiem pamięci po czymś, co było najważniejsze, a teraz wszyscy chcą to zatuszować, zamieść pod dywan. I co dziecko ma z tym zrobić? A co dorośli? Nie podam recepty, bo taka recepta codziennie się zmienia i skłamałbym, mówiąc, że patchwork to jakaś sielanka. Ale znam ludzi, którzy potrafią przez to przejść zaskakująco obronną ręką, jak pewne małżeństwo, w którym mężczyzna przyznał się do swojej odmienności seksualnej, postanowił być z mężczyzną, ale nie rozstał się z żoną, nadal tworzył z nią związek pełen przyjaźni i współpracy zawodowej. Potem rozstał się z tym partnerem, z którym był kilkanaście lat, i jest teraz z innym, ale z tym poprzednim również współpracuje, i razem z nimi, i z poprzednią żoną jeżdżą na wakacje do Toskanii. Tworzą dość dziwną grupę, ale wydają się szczęśliwi. Nie wiem, czy jakby tak ich położyć na kozetce psychologa, to nie zaczęłoby coś wychodzić, ale według mojej obserwacji to nie jest na pokaz. To jest ich sposób na życie. Niemniej umówmy się: to rodzaj utopii. W przeciętnej rodzinie wiele zależy od tego, w jakim stylu zakończyły się poprzednie związki. Jeśli burzliwie, kategorycznie i definitywnie, to trudno mówić o patchworku, bo go nie ma, dzieci muszą podzielić swój świat na dwa: na świat mamy i świat taty, i one się ze sobą nie stykają. Ważne, aby te dzieci nieustannie wyciągać na pierwszy plan, mieć wyostrzoną empatię.

Wierzy pan w dziedzictwo przeszłości? Na przykład w ustawienia hellingerowskie?

Jestem lekko sceptyczny wobec metafizycznych teorii, ale jednocześnie czytałem i słyszałem sporo historii i relacji ludzi, którzy przeżywają w tych ustawieniach, w kontakcie ze swoją przeszłością, uwolnienie czy objawienie. Więc jestem lekko sceptyczny, ale nie kategoryczny. Trzeba zachować w tym wszystkim mądrość, otwartość umysłu, serce. Przeszłość jest ważna, ale nie można żyć przeszłością. Dziecko z poprzedniego związku trzeba otoczyć szczególną opieką, ale to nie zmienia faktu, że niezwykle ważna jest teraźniejszość, bo tylko na nią mamy wpływ. I tę rodzinę, system, o którym mówimy, mikrokosmos, możemy codziennie polepszać lub psuć. Owszem, próbujmy rozwiązywać węzły, które zawiązały się dawno temu, ale nie plączmy nowych.

Wierzy pan, że mamy duży wpływ na swoje życie?

Tak uważam. Pamiętam z psychologii, że lepiej zawsze poradzą sobie ci, którzy ośrodek kontroli mają w sobie, nie na zewnątrz. Ci, którzy wierzą, że mogą sterować swoim życiem, potrafią nim sterować, a ci, którzy sądzą, że ktoś nimi steruje, rzeczywiście oddają kierownicę komuś innemu. Jestem święcie przekonany, że i ja dzierżę ster swojego życia. Oczywiście, czasem daję go potrzymać żonie, czasem córce, czasem mojemu reżyserowi, ale zawsze mogę powiedzieć: „Przepraszam, teraz ja prowadzę”. Chyba że się mylę… ale mam takie poczucie.

Jak spędzicie państwo święta w tym roku?

Jeszcze nie wiem, ale będzie to z pewnością przemieszanie tradycji i pewnego luzu. Ponieważ mamy w rodzinie także synka mojej żony z poprzedniego związku, w te święta Staś będzie z nami, więc Wigilia będzie tradycyjnie 24 grudnia, ale bywało inaczej. W zeszłym roku postanowiliśmy, że zrobimy sobie Wigilię dzień wcześniej, 23 grudnia, i w momencie, kiedy wszyscy dookoła byli jeszcze w gorączce przygotowań, myśmy już odpoczywali w kapciach na kanapie. I to było fantastyczne, bo mieliśmy poczucie świętowania. Co było do zrobienia, zrobiliśmy wcześniej, i skupiliśmy się na sobie. W tym roku będzie większe zamieszanie, bo mamy taką rodzinę jak akordeon – może być minimalistyczna albo się rozbudować i grać pełną parą. Ułożyłem zagadkę dla Sfinksa: Jak to jest, że oboje z żoną możemy powiedzieć, że mamy jedno dziecko, dwoje dzieci albo troje dzieci?

Odpowiedzią jest rodzina patchworkowa.

Tak, bo wspólnie mamy jedno dziecko, każde z nas z osobna ma dwójkę, a w sumie robi się ich troje.

Tradycyjny bigos, pana dzieło, będzie?

Będzie na pewno, ale dopiero jak złapię chwilę luzu, bo mam w grudniu bardzo ważne wydarzenie, które spędza mi sen z oczu. Już raz to ćwiczyłem, 10 lat temu. W tym roku Europejskie Nagrody Filmowe znów zawitają do Polski, do Wrocławia, i ja znowu będę miał zaszczyt je poprowadzić. Cała filmowa Europa przyjeżdża do Wrocławia, żeby otrzymać te europejskie Oscary. Będzie stres.

Jeszcze jedna rola: gospodarza wielkiej gali.

Kiedyś mówiło się na takiego „najmimorda”, teraz na szczęście słowo zapomniane.

Przy takim doświadczeniu odczuwa pan jeszcze tremę?

Trema, i powie to pani każdy, kto występuje, nie mija z wiekiem, wręcz przeciwnie. Im więcej doświadczeń i osiągnięć, tym więcej do stracenia, tym większe oczekiwania publiczności. A już najbardziej stresująca jest estrada, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, co trzeba będzie powiedzieć, jak i na co zareagować. Tu jeszcze w języku obcym i transmisja do wszystkich krajów europejskich. Będę siny z nerwów przez tydzień!

Skoro o nerwach mowa, korzystał pan z psychoterapii. Jak pan ocenia tę decyzję? Czy to była słuszna droga?

Oczywista oczywistość. Mam trenera od biegania, to mam i od myślenia. Korzystam z jego rad sporadycznie, ale jak mam jakiś problem do rozwiązania, to już wiem, że nie ma sensu zamykać się w czterech ścianach, szukać odpowiedzi w kieliszku, który jest bardzo złudną drogą. Wiem, że lepiej sięgnąć po telefon, umówić się na dwa, trzy spotkania i uspokoić ducha. Jeśli są ludzie, którzy się na tym znają, a my mamy do nich zaufanie, to naprawdę mogą nam pomóc.

Terapeuta pomógł panu w trudnym czasie, gdy musiał pan zmierzyć się z falą hejtu po „Pokłosiu”?

Wiele rzeczy mi pomogło: terapeuta też. Próbował mi pomagać kieliszek, mało skutecznie, pomógł mi niezwykle sport – uratował mi w pewnym sensie życie. I pomogła mi kobieta, miłość, którą spotkałem na swojej drodze. Wydarzenia, o których mówimy, zbiegły się z kłopotami osobistymi i rozpadem poprzedniego życia. To był wielki zakręt i różnie się mógł zakończyć, ale dziś rozmawiam z panią jako szczęśliwy i zdrowy człowiek.

W dodatku solidarny z kobietami, czy tak?

Każdy mężczyzna, który ma odrobinę oleju w głowie, powinien czuć się dziś solidarny z kobietami (rozmawiamy dzień po Czarnym Proteście – przyp. red.).  Ja tracę grunt pod nogami, kiedy widzę jedną wkurwioną kobietę, a jak jest ich 30 tysięcy, to mnie to absolutnie przerasta i nie chciałbym być w skórze tych, którzy mają przeciwko sobie kilkadziesiąt tysięcy kobiet.

Z tym strachem wobec swojej kobiety to żarty. Proszę powiedzieć, jaki pan ma sposób na harmonię w związku.

Trzeba mieć ucho wielkości radaru i jego czułości, trzeba próbować kobietę usłyszeć. Bo ona mówi innym językiem, językiem kobiety, a my mamy ucho męskie. I to jest problem, bo nasz radar ma zupełnie inną częstotliwość. Ale jeśli jest się świadomym, że tak po prostu jest, trzeba jeździć suwakiem po tej skali: a nuż się jakąś falę wychwyci, jakąś częstotliwość... Warto też o tym mówić: „Słuchaj, ja mam inne ucho niż ty nadajnik. Musimy pracować wspólnie dla zestrojenia, bo ja mogę się nie domyśleć, czego ty ode mnie oczekujesz”. To jest praca nadawczo-odbiorcza każdego dnia.

Mnóstwo tych ról w życiu i w pracy. Dobrze panu z tym?

Ja właśnie tak sobie wyobrażałem swoje życie. Nie chciałem iść do serialu i tam siedzieć 20 lat. Chciałem robić różne rzeczy. Żeby się nie znudzić i nie zanudzić sobą widzów na śmierć. Pod tym kątem dobieram kolejne role.

Marzy pan o jakiejś szczególnej?

Raczej o tym, żeby w domu posiedzieć. Marzę teraz o równowadze i spokoju.

Z Maciejem Stuhrem rozmawiała Katarzyna Droga.

Maciej Stuhr (ur. w 1975 r. ) wielokrotnie nagradzany aktor filmowy i teatralny, felietonista, artysta kabaretowy, konferansjer. Najnowsze filmy, w których można go zobaczyć, to „Ekscentrycy”, „Czerwony kapitan”, a także serial telewizyjny „Belfer”, emitowany na antenie Canal+. Prywatnie mąż Katarzyny Błażejewskiej, tata Matyldy i Tadeuszka, który urodził się we wrześniu 2016 roku..

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)