1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Fantastyczna kobieta” w kinach

„Fantastyczna kobieta” w kinach

Na ekranach kin można oglądać już nagrodzoną na tegorocznym Berlinale za najlepszy scenariusz „Fantastyczną kobietę”. Chilijski reżyser Sebastián Lelio, znany między innymi z „Glorii” z 2013 roku, wychodzi od historii miłosnej, by po chwili zaproponować niebanalną opowieść psychologiczno-obyczajową.

Od kilku dni na ekranach kin można oglądać już film nagrodzony na tegorocznym Berlinale za najlepszy scenariusz. „Fantastyczna kobieta” to ważny głos w obronie różnorodności i tolerancji. Chilijski reżyser Sebastián Lelio, znany między innymi z „Glorii” z 2013 roku, wychodzi od historii miłosnej, by po chwili zaproponować niebanalną opowieść psychologiczno-obyczajową.

[embed]https://youtu.be/S9QxBnefNC4[/embed]

Orlando zabiera swoją ukochaną, Marinę na urodzinową kolację. Romantyczny wieczór kończy się tragicznie - mężczyzna trafia do szpitala i umiera. W tym momencie zaczynają się komplikacje: personel szpitala jest zdziwiony sporą różnicą wieku między kochankami, natomiast policja zdradza i upokarza dziewczynę, która okazuje się transseksualistą. Największym problemem stanie się jednak rodzina zmarłego Orlanda, która wstrząśnięta i zniesmaczona obecnością Mariny, zrobi wszystko, by ta nie pożegnała się z ukochanym podczas pogrzebu.

„Fantastyczna kobieta” jest spojrzeniem z drugiej strony. Widz ma szansę wczucia się w rolę głównej bohaterki, która, faktycznie, jest tytułową fantastyczną kobietą: pełną cierpliwości, wrażliwości i empatii. Reżyser zbudował jej postać z niezwykłą czułością, ale i bardzo realistycznie. Marina potrafi wątpić i się bać, a widz boi się razem z nią – scena, w której krewni Orlanda zaciągają Marinę do samochodu i zaklejają jej twarz taśmą, jest przerażająca i niezwykle mocna. A jednocześnie nie cała rodzina jest jednoznacznie i całkowicie źle nastawiona do głównej bohaterki – wyjątkiem jest chociażby brat zmarłego czy na początku była żona.

Film jest o tyle ciekawy i wart polecenia każdemu, że nie został osadzony w typowo queerowym klimacie. Zręcznie opowiada historię niekonwencjonalnej miłości, ciekawie pokazane są antagonizmy pomiędzy osobami trans a typowymi południowoamerykańskimi macho. Nie wiedząc, że ta opowieść dotyczy transseksualizmu, można początkowo w ogóle nie zorientować się, w czym tkwi problem. Pierwsze sceny wizualnie uwypuklają kobiece cechy Mariny (kobiecy wokal, gdy śpiewa; niewielki, ale zauważalny biust; makijaż), by potem zaprezentować sylwetkę bohaterki w bardziej męski sposób, uwypuklając na przykład szerokie ramiona i męski głos. Co ciekawe, z jednej strony widz kibicuje Marinie, potępiając zachowanie innych bohaterów, chcących poznać i ośmieszyć główną bohaterkę na tle seksualnym, z drugiej - sam jest ciekawy, co właściwie jest z nią „nie tak” i jaką płeć biologicznie reprezentuje. Na szczęście reżyser jest odporny na tę ciekawość i nic nie wyjaśnia – podczas żenującej kontroli osobistej na policji skupia się na oczach bohaterki, a gdy Marina siedzi nago na łóżku, to na jej podbrzuszu leży lusterko, w którym odbija się twarz.

Dzięki muzyce i intrygującemu scenariuszowi od samego początku jesteśmy wciągnięci w w prostą, a jednocześnie nieoczywistą fabułę.„Fantastyczna kobieta” daje do myślenia i nie pozostawia widza obojętnym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Najpiękniejsze filmy kostiumowe, które trzeba zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Niebezpieczne związki". (fot. BEW)
Najpiękniejsze filmy kostiumowe w historii kina to kategoria niełatwa - spektakularne kostiumy, przepiękne scenografie, oryginalne charakteryzacje - tytułów, które ścigają się o miano filmów kostiumowych wszech czasów jest całe mnóstwo. Filmy kostiumowe często pozostają niezwykle aktualne i zachwycają wiele pokoleń widzów, opowiadają o minionych epokach bądź przenoszą nas do przyszłości. Cechą wspólną są jednak bajkowe kostiumy i niezwykła dramaturgia - oto najpiękniejsze filmy kostiumowe wszech czasów.

Najpiękniejsze filmy kostiumowe w historii kina to kategoria niełatwa - spektakularne kostiumy, przepiękne scenografie, oryginalne charakteryzacje - tytułów, które ścigają się o miano filmów kostiumowych wszech czasów jest całe mnóstwo. Dobre filmy kostiumowe często pozostają niezwykle aktualne i zachwycają wiele pokoleń widzów, opowiadają o minionych epokach bądź przenoszą nas do przyszłości. Cechą wspólną są jednak bajkowe kostiumy i niezwykła dramaturgia – oto najpiękniejsze filmy kostiumowe historyczne wszech czasów.

"Duma i uprzedzenie", reż. Joe Wright

Nie tylko miłośniczki powieści wyjątkowej Jane Austin, która przez całe życie szukała tej jedynej, wymarzonej miłości, będą zachwycone tym filmem kostiumowym. Przepiękne kostiumy, niesamowite sceny – bajeczne spotkania taneczne na wsi, malownicze krajobrazy i wciągająca historia zapewniły kolejnej już ekranizacji „Dumy i uprzedzenia” zaszczytne miejsce wśród najlepszych filmów kostiumowych romantycznych. Historia opowiada o rodzinie sióstr Bennet, które w nadziei na bogate zamążpójście starają się „wyswatać” najstarszą z nich z nowoprzyjezdnym, bogatym i przystojnym Charlesem Bingleyem. Tymczasem jego serdeczny przyjaciel, ponury i wyniosły pan Darcy, obdarza zainteresowaniem jej młodszą siostrę, Elżbietę, która nie żywi do niego nawet cienia sympatii. To dobry film kostiumowy, a zarazem jedna z piękniejszych historii miłosnych, o ludziach, którzy myślą, że się nie znoszą, choć tak naprawdę są w sobie na zabój zakochani. Plus za piękną, malowniczą i romantyczną Wielką Brytanię minionych epok.

"Niebezpieczne związki", reż. Stephen Frears

Ekranizacja XVIII-wiecznej powieści Pierre’a Choderlosa de Laclosa ze znakomitą obsadą: Glen Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer, Umą Thurman i Keanu Reevesem w rolach głównych. Film kostiumowy romantyczny otrzymał mnóstwo nominacji oraz nagród, w tym Oscara za najlepszą scenografię oraz kostiumy. A te są rzeczywiście w "Niebezpiecznych związkach" bajeczne. Markiza i wicehrabia, dwie główne postaci, które wciągają widza w sieć intryg i kłamstw wyglądają jakby wprost przenieśli się w czasie, a dekoracje i wnętrza pałaców dopracowane są w najdrobniejszych szczegółach. Ten jeden z najsłynniejszych filmów kostiumowych opowiada historię intrygantki markizy de Merteuil, która zleca niemoralną przysługę swojemu byłemu kochankowi. Jej były mąż planuje bowiem małżeństwo z młodą, piękną Cecile de Volanges, a markiza za wszelką cenę stara się do tego nie dopuścić.

"Hrabia Monte Christo", reż. Kevin Reynolds

Młody marynarz na skutek fałszywego donosu zostaje skazany na dożywotnie więzienie i wtrącony do lochów. Po prawie 15 latach udaje mu się jednak zbiec - przybywa więc do Paryża, aby dokonać aktu zemsty na swoich wrogach i oskarżycielach. Dotychczas subtelny i wrażliwy młodzieniec przeistacza się w niejakiego hrabię Monte Christo, który staje się bezwzględny i okrutny. Ten film kostiumowy to nie tylko wspaniałe kostiumy i porywająca historia człowieka, który za wszelką cenę chce, by sprawiedliwości stało się zadość, ale także niesamowity obraz ówczesnego życia - wszechobecnych pojedynków oraz ogromnego przywiązania do pojęcia "honoru".

"Wichrowe wzgórza", reż. Peter Kosminsky

Młody Ralph Fiennes i Juliette Binoche i uczucie, którego nie jest w stanie zmienić nawet śmierć. Romantyczna historia przygarniętego przez zamożną rodzinę bezdomnego chłopca, który od najmłodszych, dziecięcych lat zapałał miłością do córki pana domu. Niestety, ówczesne konwenanse, różnice majątkowe i odmienne pochodzenie powodują, że Heathcliff i Caty nie mogą żyć razem. Głębokie, wręcz destrukcyjne uczucie powoduje, że Heathcliff z biegiem lat staje się człowiekiem okrutnym i bezwzględnym, który jedyne czego pragnie to zemsta na wszystkich, którzy rozłączyli go z ukochaną. Malownicza scenografia, która zmienia się razem z transformacją samego głównego bohatera w ponurą i przygnębiającą powoduje, że "Wichrowe wzgórza" ogląda się z zapartym tchem, tak jak podobne dobre filmy kostiumowe.

"Fortepian", reż. Jane Campion

Niezwykle poruszający i rewelacyjnie zagrany, „Fortepian” to jeden z tych dobrych filmów kostiumowych romantycznych, które mogłyby zostać nakręcone wyłącznie dla jednej sceny. Widok ukochanego fortepianu głównej bohaterki stojącego na pustej, nowozelandzkiej plaży przeszedł już do historii. Ale i inne sceny w filmie Jane Campion na długo pozostają w pamięci. Film kostiumowy „Fortepian” opowiada historię niemej Ady, która przybywa wraz z małą córeczką prosto ze Szkocji do Nowej Zelandii, by poślubić człowieka, którego nigdy nie widziała. Razem z nią do nowego świata przybył ukochany instrument, za pomocą którego Ada porozumiewa się i wyraża emocje. Niestety, nowy mąż Ady uważa, że fortepian to zbędny „mebel” i odsprzedaje go za kawałek ziemi, samotnikowi Bainesowi. Wkrótce Ada otrzymuje propozycję – możliwość grania na ukochanym instrumencie w zamian za lekcje udzielane Bainesowi. Przepiękny, melancholijny obraz zamknięty w filmie kostiumowym romantycznym, w którym kostiumy i scenografia odgrywają ogromną rolę.

"Elizabeth", reż. Shekhar Kapur

Jeden z najpiękniejszych filmów kostiumowych nakręcony z niesamowitym rozmachem, ukazujący życie i pierwsze lata panowania Elżbiety I Tudor - niezwykłej władczyni, opiekunki poetów, dramaturgów, panującej prawie 45 lat. Polityczny rozsądek, ogromna dojrzałość i niesamowity umysł - te cechy pozwoliły panować Elżbiecie przez wiele lat i to wyjątkowo skutecznie. "Elizabeth" to także opowieść o tym, jak królowa znosiła samotność, trudy panowania i ogrom odpowiedzialności. Niesamowite kostiumowe widowisko, które w sposób niezwykle realistyczny odtworzyło elżbietańskie realia, imponujące przepychem i inscenizacyjnym rozmachem.

"Plac Waszyngtona", reż. Agnieszka Holland

Ekranizacja XIX-wiecznej powieści Henry’ego Jamesa "Dom na Placu Waszyngtona", która zachwyca kostiumami i piękną scenografią. "Plac Waszyngtona" to opowieść nietypowa dla dobrych filmów kostiumowych - główną bohaterką jest średnio urodziwa Catherine Sloper, osierocona przez matkę i wychowywana przez surowego ojca. Dziewczyna nie cieszy się powodzeniem u płci przeciwnej, toteż gdy u jej boku zjawia się mężczyzna, wszyscy są przekonani, że chce ją oszukać i "poluje" na jej majątek. Kiedy ukochany prosi ją o rękę, ojciec dziewczyny - doktor Sloper konsekwentnie próbuje przekonać córkę, że jedynym powodem, dla którego ten młody mężczyzna mógłby się o nią ubiegać jest jej przyszła fortuna. Decyzja, którą Catherine będzie zmuszona podjąć na zawsze odmieni jej życie.

"Nędznicy", reż. Bille August

Jeden z najsłynniejszych filmów kostiumowych, który doczekał się wielu wersji. Ekranizacja powieści Victora Hugo, która opowiada historię zbiegłego galernika próbującego za wszelką cenę zmienić swoje życie. W wyniku pewnego niespodziewanego zdarzenia, Jean dochodzi do przełomowego momentu w swoim życiu. Od tamtej pory staje się szanowanym obywatelem służącym innym pomocą. Przepiękne kostiumy, moralizująca historia i romantyczne wątki w tle – to wszystko sprawia, że „Nędznicy” wypierają inne filmy kostiumowe historyczne z rankingu produkcji tego gatunku.

"Zakochany Szekspir", reż. John Madden

Dynamiczny, zrealizowany z rozmachem, obraz pokazujący fikcyjne kulisy powstawania jednego z najsłynniejszych dramatów wszech czasów - "Romea i Julii" W. Szekspira. Piękna XVI-wieczna Anglia z epoki elżbietańskiej przeplatana romantyczną, nieszczęśliwą miłością wraz z typowymi dla tego gatunku scenami intryg, pozorów artystycznego świata i licznych konwenansów utrudniających i niszczących prawdziwe uczucia. Film kostiumowy romantyczny "Zakochany Szekspir" otrzymał aż siedem Oscarów, w tym za najlepszy film.

"Małe kobietki", reż. Greta Gerwig

„Małe kobietki” to osadzona w latach 60. XIX w. opowieść o kobietach, które opiekują się sobą nawzajem podczas nieobecności ojca, głowy rodziny, walczącego w wojnie secesyjnej. Klasyka kobiecej literatury w interpretacji Grety Gerwig to bardzo subtelny, niezwykle czuły obraz siostrzanej miłości, kobiecego wsparcia i entuzjazmu, który wybija się tu na pierwszy plan pomimo wielu przeciwności losu.

"Wiek niewinności", reż. Martin Scorsese

Jeden z najbardziej znanych filmów kostiumowych z niesamowitą obsadą: Daniel Day-Lewis, Michelle Pfeiffer i Winoną Ryder. "Wiek niewinności" to opowieść o związku niejakiego Newlanda Archera zaręczonego z młodą, piękną i niewinną Mary Welland. Dzięki temu małżeństwu mają połączyć się jedne z najbardziej wpływowych i szanowanych rodzin Nowego Jorku. Tymczasem w życiu obojga pojawia się niejaka Ellen Oleńska - charyzmatyczna, nieprzestrzegająca konwenansów kuzynka Mary, która uciekła od męża. Newland szybko zakochuje się w zupełnie innej niż większość znanych mu z towarzystwa, pełnego intryg i układów, kobiet. W tle bajeczne życie XIX-wiecznych wyższych sfer - z pięknymi kostiumami, zapierającymi dech w piersiach wnętrzami i na pozór bajkową rzeczywistością.

  1. Kultura

To właśnie miłość - 5 najpiękniejszych scen miłosnych

"Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Rankingów, które opisują topowe sceny miłosne, nie brakuje. Niemal wszystkie bez wyjątku przypominają wielkie kinowe przeboje sprzed lat. Tymczasem i w najnowszych produkcjach znajdziecie prawdziwe perełki. Poleca szefowa działu kultury Zwierciadła, Zofia Fabjanowska-Micyk.

Kto nie lubi wracać do przeszłości? Powspominać, jak to w podstawówce oglądało się z VHS-u, z bijącym sercem, „Uwierz w ducha” i młodziutką Demi Moore za kołem garncarskim, którą coraz namiętniej obejmuje od tyłu Patrick Swayze z gołym torsem. Albo inaczej: powspominać, jak w podstawówce, z bijącym sercem, oglądało się na DVD pocałunek Kristen Stewart i Roberta Pattinsona w „Zmierzchu”. A gdyby tak zamiast powtórki z kina, przejrzeć premiery? Takie, które od niedawna możecie oglądać, nie ruszając się z domu, online. Oto wybór scen i wątków miłosnych z filmów i seriali. Nieoczywistych i intrygujących. Gdzie bardziej od samego seksu istotne jest to „coś”, co łączy ekranowych kochanków.

Apetyt na miłość

Hiszpański serial „Foodie love” [HBO GO] rozpala nie tylko głód miłości, ale i głód w ogóle. Tytuł wziął się od nazwy aplikacji randkowej dla miłośników dobrego jedzenia. Przez którą to aplikację poznają się ona i on (do końca nie poznamy ich imion, nawet jeśli ich samych poznamy bardzo dobrze). Z każdą ich randką odkrywamy nowe miejsce: hipsterską kawiarnię, jedną z najbardziej wykwintnych restauracji w Barcelonie, niepozorny bar serwujący genialny japoński ramen. Ta kameralna, oparta na błyskotliwych dialogach historia trochę przypomina filmową trylogię („Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”) z kultowymi rolami Julie Delpy i Ethana Hawke’a. Tyle, że jest śmielsza obyczajowo. I długo trzyma nas w napięciu: nie możemy się już doczekać, kiedy ona i on skonsumują wreszcie nie tylko to, co na talerzu, ale też ich związek. A jednak wcale nie scena pierwszej wspólnie spędzonej nocy, choć bardzo zmysłowa, jest tu najpiękniejsza. Serial nakręciła słynna reżyserka Isabel Coixet (m.in. „Życie ukryte w słowach”), która nie byłaby sobą, gdyby nie dodała tu wątku brzemiennej w skutki tajemnicy. Nie chcę zdradzić za wiele, ale Coixet prowadzi nas przez rozmaite zawirowania do wzruszającego finału i po mistrzowsku puentuje. A my, widzowie, mało czego pragniemy w tamtej chwili równie mocno, jak tego, żeby tym dwojgu się udało.

'Foodie Love', reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Niedobrani, ale...

Skandal. Ona maturzystka, on (czyli tytułowy pan T.) dwa razy starszy udziela jej korepetycji z języka polskiego. Ich potajemny związek jest z gatunku tych, które marną mają szansę na przetrwanie, co nie odbiera mu urody, o czym za chwilę. Widują się w skromnym pokoiku w Domu Literata i w pojedynczym za wąskim dla nich łóżku częściej się kłócą niż kochają. Czasy zresztą także nie sprzyjają miłości. Są wczesne lata 50., stalinizm, a pan T. właśnie przeżywa kryzys twórczy. Nie to, że nie umie nic sensownego napisać, po prostu nie chcą go drukować. Przymiera więc głodem, ale nie traci fasonu: w golfie, płaszczu, z włosami pociągniętymi pomadą i w przyciemnianych okularach, na tle zniszczonej wojną Warszawy (Pałac Kultury dopiero się buduje) prezentuje się naprawdę stylowo. Podnoszoną przed oficjalną kinową premierą kwestię, ile w filmie „Pan T.” (player.pl i vod.pl) jest inspiracji życiorysem pisarza Leopolda Tyrmanda, pozostawmy reżyserowi Marcinowi Krzyształowiczowi. Tymczasem pewne jest, że to pierwsza taka rola dawno niewidzianego na dużym ekranie Pawła Wilczaka. I pierwsza taka młodziutkiej Marii Sobocińskiej, jego filmowej wybranki. Zresztą Sobocińska w tym czarno-białym obrazie też wygląda zjawiskowo. To para może pod pewnymi względami niedobrana, za to równie ładna co zakochani z takich klasyków polskiego kina jak „Do widzenia, do jutra” czy „Niewinni czarodzieje”.

'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat) "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat)

Jej portret

Nie brakuje głosów, że „Portret kobiety w ogniu” (vod.pl, cineman.pl oraz player.pl) to w ogóle jedna z najpiękniejszych miłosnych historii opowiedzianych w kinie. Odważna, a jednocześnie niebywale subtelna. Bretania, XVIII wiek. Marianne, młoda malarka, na zamówienie pewnej hrabiny ma namalować portret jej córki Heloise. To będzie część posagu, Heloise wyszła z klasztoru i szykowana jest do zamążpójścia. Nie zna życia na zewnątrz, od lat nie mogła nawet samodzielnie przyśpieszyć kroku, nie mówiąc o wypowiadaniu na głos, co myśli i czuje. Czas, kiedy powstaje obraz, staje się dla portrecistki i portretowanej czasem wyjątkowym, tylko dla nich. Hrabina wdowa musi wyjechać, w całym hrabiowskim zamku nie ma żadnego mężczyzny. To film o rodzącym się uczuciu. Tak bezkompromisowym, że chociaż spotkanie pary bohaterek trwa krótko, zostaje im na całe życie i też na całe życie je wzmacnia. Jest tu piękna scena ich ostatniej wspólnej nocy. Zaraz Marianne wyjedzie na zawsze. Czuwają więc wtulone w siebie do świtu. Dla nich miłość oznacza wolność, możliwość decydowania o sobie, nawet jeśli ograniczona jest tylko do tego co w sercu i głowie. Reżyserka Céline Sciamma, która jakiś czas temu udzielała wywiadu magazynowi Zwierciadło, powiedziała, że „czasami jedno słowo starcza za miliony słów”. To dobra recenzja tego filmu. Tu każde słowo, dotyk, spojrzenie jest na wagę złota.

'Portret kobiety w ogniu', reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film) "Portret kobiety w ogniu", reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Szkoła uczuć

Serial „Sex education” (Netflix) to niby komedia z gatunku kid adults, czyli dla nastolatków, a jednak oglądają ją miliony dorosłych na świecie. Przygody młodocianego Otisa (syna cenionej seksuolożki) i jego pokątnego licealnego biznesu – porad z zakresu życia intymnego – to doskonała rozrywka. Nie mówiąc już o tym, że dla rodziców dorastających dzieciaków to studnia wiedzy o tym aspekcie życia ich pociech, o którym rodzic wie niewiele albo nic. Tutaj nie ma tematów tabu: ryzykowne eksperymenty, uzależnienie od masturbacji, homoseksualizm, fetysze. A jednak siłą tego serialu nie jest tylko dowcipnie podana porcja wiedzy. Geniusz tej produkcji polega na tym, że opowiada się po stronie fundamentalnych wartości. Słowo „godność” jest tu kluczem. Pierwsze doświadczenia serialowych nastolatków rozczulają, tu jeszcze jest miejsce na szczerość i spontaniczność, którą traci się z wiekiem. Ale jeśli chodzi o najlepsze wątki erotyczne, niżej podpisana należy do licznego grona miłośników matki serialowego Otisa, granej przez Gillian Anderson, zupełnie niepodobnej do sztywnej agentki Scully z serialu „Z Archiwum X” sprzed lat. W „Sex education”, w odróżnieniu od nad wiek poważnego Otisa, jego matka jest cudownie wyluzowana i zmysłowa. To pean na cześć życia po czterdzistce, kiedy to ty decydujesz o swoim życiu intymnym. I to z jaką, w wykonaniu Anderson, dezynwolturą!

'Sex Education', reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix) "Sex Education", reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Nowe życie

A jeśli już o życiu po czterdziestce mowa: poznajcie 45-letnią Eve Fletcher z serialu „Pani Fletcher” (HBO GO). Tę postać stworzył Tom Perrotta, specjalista w pisaniu bestsellerów i przerabianiu ich na świetne scenariusze (film „Małe dzieci” z Kate Winslet, serial „Pozostawieni”). Tytułową bohaterkę umieścił w wyjątkowym momencie życia. Fletcher zostaje sama. Rozwódką jest już od jakiegoś czasu, ale jej syn Brendan wyjeżdża do innego miasta na studia. Dom nagle wydaje się taki pusty! Fletcher, na co dzień kierowniczka ośrodka dla seniorów, pewnie zabijałaby czas czytaniem i pieczeniem ciasteczek, które wysyła na uczelnię Brendanowi, ale przez przypadek trafia w laptopie na stronę zdecydowanie tylko dla dorosłych. W pierwszym odruchu odskakuje przestraszona, ale to właśnie ten moment, kiedy w Eve coś się zmienia. Krok po kroku odkrywa własne ciało i potrzeby, ogląda strony pornograficzne, zaczyna sobie zadawać pytania, co jej sprawia przyjemność, odkrywa świat fantazji erotycznych. Paradoksalnie to ona, a nie jej syn – stuprocentowy samiec, były zawodnik szkolnej drużyny, który nie bardzo umie się odnaleźć w akademiku i na uczelni – zaczyna nowe, pełne przygód życie. Zaczyna umawiać się na randki, zapisuje na kurs kreatywnego pisania, gdzie poznaje wyraźnie nią zainteresowanego chłopaka w wieku Brendana, coraz bliższa staje jej się ciałopozytywna koleżanka z pracy. Powoli pani Fletcher dojrzewa do… tego nie mogę zdradzić, bo to mocna scena i świetna zachęta, aby czekać na drugi sezon.

'Pani Fletcher', reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Pani Fletcher", reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Na koniec odsyłam do najnowszego magazynu Zwierciadło (na rynku od 21 kwietnia), gdzie w "Temacie numeru" przeczytacie o najlepszych stronach dojrzałości i budzeniu się świadomości własnych potrzeb.

 

 

 

 

 

  1. Kultura

14 najpiękniejszych filmów o miłości – najlepsze filmy miłosne

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pamiętnik", na zdjęciu: Rachel McAdams i Ryan Gosling. (Fot. BEW PHOTO)
Filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - filmów o miłości. 

Niezwykłe filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - a zarazem najlepszych filmów o miłości. 

"Notting Hill"

Można nie lubić komedii romantycznych z przełomu XX i XXI w., ale młodego Hugh Granta nie sposób nie kochać. Jedna z najlepszych ról odrobinę niezdarnego, ironicznego, ale niezwykle charyzmatycznego aktora, który stworzył z Julią Roberts duet idealny. Warto nie tylko dla fajnej, lekkiej i prześmiesznej historii (szczególnej uwadze polecamy scenę wywiadu, który główny bohater przeprowadza z filmową Anną Scott), ale też mocnych wątków w tle (tu przede wszystkim postać przyjaciela i współlokatora Granta).

"Co się wydarzyło w Madison County"

Clint Eastwood i Meryl Streep jako ludzie w średnim wieku, którzy na "przeżycie" miłości życia mieli jedynie... 4 dni. Ona - kobieta zajmująca się domem, z mężem i dwójką dzieci, która niczego już od życia nie oczekuje i on - samotnik, podróżnik, fotograf, lekkoduch, który za nic nie zdecydowałby się na stały związek. Do czasu. Wystarczyły 4 pełne miłości, czułości i namiętności dni, by oboje zdali sobie sprawę, że takie uczucie zdarza się tylko raz w życiu.

"Pamiętnik"

Nakręcony na podstawie książki Nicolasa Sparksa film romantyczny opowiadający historię głębokiej miłości dwójki młodych ludzi, którą słyszymy z ust starszego mężczyzny. Opowiada ją chorej na Alzheimera kobiecie, czytając pamiętnik, wspominający niewinną, piękną i romantyczną miłość dziewczyny z dobrego domu i ubogiego, prostego chłopaka. Warto, także ze względu na role głównych bohaterów - Ryana Goslinga i Rachel McAdams, między którymi czuć było "chemię". Wyciskacz łez, dumnie reprezentujący filmy miłosne na podstawie książek, który zostaje w pamięci na długo.

"Rzymskie wakacje"

Audrey Hepburn jako księżniczka znudzona dworskim życiem, która postanawia zwiedzić Wieczne Miasto na własną rękę. Bez świty i królewskiego orszaku. Główna bohaterka tego filmu romantycznego podczas jednego dnia wolności spędzonego z amerykańskim dziennikarzem (w tej roli Gregory Peck) po raz pierwszy tak naprawdę dowiaduje się, co to znaczy wolność i zauroczenie. Komedia sprzed ponad 50 lat, która absolutnie nie straciła swego uroku, często uważana za numer jeden w kategorii najpiękniejsze filmy o miłości.

"Słodki listopad"

Początek filmu przełamuje schemat: tutaj to ona (w rolę Sary wcieliła się Charlize Theron) zmienia chłopaków jak rękawiczki. A on (w rolę nowojorskiego biznesmena Nelsona wcielił się Keanu Reeves) szybko się w niej zakochuje. Postanawiają zawrzeć jednak układ, że nie będą angażować się zbytnio w związek i po wspólnym miesiącu, każde pójdzie w swoją stronę. Prawda, którą skrywa Sara wywraca jednak ich życie uczuciowe do góry nogami... Wyjątkowo wzruszające kreacje Theron i Reeves'a. Dla tych, którzy mają ochotę na smutne filmy romantyczne.

"Jeden dzień"

Miłość, która musiała dorosnąć, czyli wzruszająca opowieść o parze, która nawiązuje znajomość w bardzo młodym wieku i po prostu się zaprzyjaźnia. Umawiają się na to, że co roku będą spotykać się jednego konkretnego dnia, podczas którego opowiadają o swoich związkach, uczuciach, przeżyciach. Po jakimś czasie każde z nich zaczyna rozumieć, że prawdziwa miłość nie zawsze zdarza się "od pierwszego wejrzenia". Smutny film o miłości, która szczerze wzrusza.

"Tamte dni, tamte noce"

Młody chłopak, który spędza wakacje z rodzicami zakochuje się w mężczyźnie, który przyjechał pracować wspólnie z jego ojcem. To nieoczywiste uczucie rosło w nich od momentu, w którym się zobaczyli, ale w którym nie do końca chcieli jeszcze przyznać przed sobą, że istnieje. Plus za nostalgiczny klimat, gorącego lata we włoskim miasteczku... Uznany za najbardziej romantyczny film 2017 roku.

"Dla niej wszystko"

Russel Crowe jako oddany mąż, który decyduje się poświęcić absolutnie wszystko dla swojej ukochanej żony, która została skazana na karę więzienia. Ani przez chwile nie zadaje sobie pytania, czy jego ukochana jest winna, czy nie. Wie, że dla niej zrobi wszystko - łącznie ze złamaniem prawa.

"Zakochany kundel"

"Zakochany kundel" to przeurocza animacja o miłości i lojalności. Film wzruszy nie tylko najmłodszych, ale też dorosłych. Po wyjeździe swoich właścicieli piękna suczka rasy cocker spaniel, Lady, wyrusza w świat razem z bezpańskim kundlem, Trampem. Disnejowska produkcja z 1955 roku doczekała się również nowej, odświeżonej wersji, wzbogacając miłosne filmy o kolejną produkcję wartą uwagi.

"500 dni miłości"

Porzucony przez dziewczynę chłopak wraca pamięcią do 500 spędzonych wspólnie dni, by przeanalizować, co w ich relacji poszło nie tak i jakich błędów nie popełniać na przyszłość. Ciekawa opowieść o tym, jak często pochłonięci własną, wyimaginowaną wizją idealnej miłości nie widzimy tego, jak wygląda to w rzeczywistości...

"Titanic"

Choć wszystkim zapewne film o zakazanej miłości Jacka i Rose jest dobrze znany, nie moglibyśmy pominąć go w naszym zestawieniu. Kultowy wyciskacz łez z katastrofą historycznego statku w tle to jeden z największych wyciskaczy łez, jaki do tej pory powstał, zajmując czołową pozycję na liście smutnych filmów miłosnych. Nie da się ukryć, że do tej opowieści wracamy wyjątkowo często, niezależnie od tego, jak dobrze znamy jej zakończenie…

"List w butelce"

Kolejny film oparty na powieści Nicolasa Sparksa, czyli specjalisty od romansów. Dziennikarka znajduje na plaży list miłosny i postanawia odnaleźć jego twórcę. Autor okazuje się być niezwykle przystojnym, wrażliwym i inteligentnym mężczyzną (w tej roli Kevin Costner), który nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią ukochanej żony. Okazuje się jednak, że życie jest o wiele bardziej niespodziewane i często zaskakuje nas w najmniej spodziewanym momencie.

"Uwierz w ducha"

Patrick Swayze, który powraca jako duch do swojej ukochanej po śmierci. Brzmi banalnie, ale film z udziałem Demi Moore i Paricka Swayze stał się kinowym hitem i jedną z najpiękniejszych opowieści o oddaniu, przywiązaniu i trosce o ukochaną osobę.

"Casablanca"

Absolutny klasyk, którego jednak nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu pięknych filmów miłosnych. Film z 1942 roku, który wciąż uznawany jest za historię miłosną wszech czasów. Podczas II wojny światowej spotykają się byli kochankowie, którzy znajdują się w zupełnie innym momencie życia. Mimo to dawne uczucia między nimi odżywają i zupełnie burzą ich dotychczasowe życie. Niezapomniane role Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman.

  1. Psychologia

Love story z morałem - Katarzyna Miller wyjaśnia, czego uczą nas filmy o miłości

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Titanic", reż. James Cameron, 1997. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
„Przeminęło z wiatrem” pokazuje, że marzenia są groźniejsze od bajek. „Pretty woman”, że dwoje ludzi może się odnaleźć, a „Millennium” odkrywa nowy typ mężczyzny, z kobiecym pierwiastkiem. Jak wizja miłości na ekranie przekłada się na nasze związki – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Najpiękniejszy film o miłości?
Ach, tak na dzień dobry? Zaraz, zaraz… „Pretty woman”! No, ten film jest samą rozkoszą. „Love story” też był fajny, ale dziś myślę, że się trochę zestarzał. Lubię bardzo filmy z Barbrą Streisand, zwłaszcza „Miłość ma dwie twarze”, o którym ostatnio rozmawiałyśmy, ale też „Księcia przypływów”, który jest także mądrym filmem o terapii.

Przed naszą rozmową zrobiłam mały research wśród znajomych na temat ich ulubionych filmów o miłości. „Casablanca”, „Pożegnanie z Afryką”, „Titanic”…
„Casablanca” uchodzi za film kultowy, ale mnie on jakoś nie rusza. W „Pożegnaniu z Afryką” jest zawarta pewna prawda o tym, że są tacy chłopcy, którzy się złapać nie dają (śmiech). „Titanic” to miłość z poświęceniem, ale też bardzo młoda, pierwsza, zbyt wysublimowana, żeby była prawdziwa, i spowodowana wyjątkową sytuacją, a to bardzo podsyca ogień miłości… O, ale widzisz, dzięki temu przypomniało mi się kilka fajnych tytułów. Jeśli nie widziałaś, musisz zobaczyć „Posłańca”, „Najemnika” i koniecznie „Kochanka lady Chaterley” – film o miłości cielesnej, przebudzeniu kobiety, ale też przekraczaniu barier społecznych. Uwielbiam również „Artura” z Dudleyem Moorem i Lisą Minelli. Rozkoszny, zupełnie rozkoszny, też o przekraczaniu barier. Oczywiście „Pół żartem, pół serio” z Marilyn Monroe i „Wyższe sfery” z Grace Kelly. Bardzo lubię też filmy duetu Katherine Hepburn i Spencera Tracy’ego, jak chociażby „Żebro Adama”. No i „Rzymskie wakacje” z cudownym Gregorym Peckiem!

'Rzymskie wakacje' - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO) "Rzymskie wakacje" - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO)

U mnie wygrywa „Przeminęło z wiatrem”.
O, tu mnie zaskoczyłaś, bo ja nie powiedziałabym, że to film o miłości. Dla mnie on jest o wszystkim: o wojnie, przetrwaniu, społecznych przemianach, no i oprócz tego jest tam fajna romantyczna historia.

Ja zawsze widziałam w nim opowieść o tym, jak można latami wzdychać do faceta, którego nie znasz, nie rozumiesz i z którym nie byłabyś szczęśliwa.
Scarlett O'Hara była zwyczajnie głupia emocjonalnie. Ashleya chciała po pierwsze dlatego, że był zupełnie inny niż ona, a po drugie był niedostępny, bo była Melanii. Scarlett była takim bachorem, który kiedy coś mu się podoba, uważa, że może to sobie wziąć. Po trzecie, Ashley był jej kompletnie obcy, bo tak naprawdę oni ze sobą nie spędzali w ogóle czasu. Gdyby zostawić ich razem na dwa dni, to ona zanudziłaby się na śmierć. Można powiedzieć, że użyła go jako wieszaka na swoje marzenia i nawieszała na nim wszystko to, czego nie zna, nie ma i nie rozumie. Poza tym zobacz, co on robił. To był typ w stylu „podpuszczę cię troszeczkę i nic ci nie dam”.

Karmił ją romantycznymi ochłapami...
I było mu strasznie przyjemnie, że taka kobieta lata za nim jak wściekła, a on tymczasem ma tu sobie cudowny związek z Melanią, bez której nie dałby sobie rady. W sumie go rozumiem, ale to było nieuczciwe. Nadużywał jej, dzięki czemu wydawał się sobie ciekawszy.

Ashley był dla Scarlett marzeniem, Rhetta uważała za chama i prostaka. Czyli takiego pana Cześka, o którym często piszesz.
Oj, Panie Boże, daj nam takich Cześków jak Clark Gable (śmiech)!

Tylko czemu ona tego nie widzi?
Tam był też taki istotny szczegół, że ona była na Rhetta wściekła za to, że na początku ich znajomości ją podsłuchał i się z niej wyśmiewał. Nie cierpiała go, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego, że piekielnie ją obchodzi. Z jednej strony miała swoje marzenie o bladawcu, a z drugiej walkę z pełnokrwistym facetem – bo z bladawcem nie da się walczyć. A walka jest bardzo sexy. Tylko mała dziewczynka, którą była, nie potrafiła sobie poukładać tego w główce. Dlatego jest to tak żywa i aktualna opowieść i dlatego Scarlett jest jedną z bardziej złożonych i prawdziwych postaci. Z jednej strony dużo wie i wiele rzeczy potrafi sobie w życiu urządzić, a z drugiej strony nie ma podstawowej wiedzy o sobie. Równie fajną postacią i bardzo współczesną jest Lisbeth Salander z trylogii „Millennium” i jej trudna relacja z Mikaelem Bloomkvistem, jedynym mężczyzną, któremu udało się przebić przez jej zasieki.

'Dziewczyna z tatuażem' - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO) "Dziewczyna z tatuażem" - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO)

On z kolei jest nowym typem mężczyzny – w ujmujący sposób kobiecym.
Ale też bardzo rycerskim. Gdybym miała wybrać faceta z filmu czy literatury, który mnie najbardziej ostatnio ujął, to byłby to właśnie Bloomkvist, ale z wersji szwedzkiej filmu. Nie jest może piękny jak Clark Gable, ale jest głęboki, ma zasady, prawdę w sobie, taki szlachetny kruszec. I kocha kobiety. Nie „lubi”, jak mówią czasem mężczyźni skaczący z kwiatka na kwiatek, tylko właśnie „kocha”. Może dlatego, że ma w sobie kobiecy pierwiastek.

'Przeminęło z wiatrem' - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO) "Przeminęło z wiatrem" - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO)

Często pięknymi filmami o miłości nazywamy te, w których miłość kończy się tragicznie. Ale są też – jak mówisz – rozkoszne komedie romantyczne z happy endem: „Pretty woman”, „To właśnie miłość”…
O Jezu, tak! „To właśnie miłość”, dziękuję, że mi o nim przypomniałaś. To jednak mój najulubieńszy film o miłości i najulubieńszy film na święta. Mogę go oglądać w kółko, choć nie wszystkie wątki lubię tak samo.

Od czego zależy to, jakie love story nas uwodzi?
Albo nas roztkliwia, albo nas bawi, albo unosi nas w wysokie rejony, jak oszołomienie, euforia. „Titanic” na przykład jest właśnie takim wysokim lotem. Stoimy na dziobie statku i lecimy. To lot pod tytułem „niezwykła odwaga jej”, ale też „niespotykana wybitność jego”, bo gdyby nie zginął, na pewno zostałby kimś wyjątkowym. To miłość, która zdobywa światy, przekracza konwenanse. W wielu filmach najbardziej nas to pociąga. W życiu bywa z tym różnie i ludzie bardzo często uginają się pod presją otoczenia, rodziny, środowiska czy własnych ograniczeń. Znałam takie przykłady i pracowałam z takimi ludźmi. Jedna historia mną zwłaszcza wstrząsnęła. Przecudny facet, rzadka klasa człowieka, przystojny, inteligentny, miły. Pobrał się z dziewczyną, którą poznał na studiach, ale której nie kochał. Zresztą nikogo wtedy nie kochał. Mieli już odchowane dziecko. Po kilkunastu latach w ich wspólnym towarzystwie pojawiła się pewna pani, z którą on często siedział, rozmawiał, czasem tańczył. I któregoś dnia on jakoś mocniej ją przytulił w tańcu, a ona do niego przylgnęła, tak jakby zbierali się do tego latami. Umówili się na kawę, potem na następną, potem okazało się, że gadają godzinami, że czują się w swoim towarzystwie jak w bajce. Najpierw spotykali się po kryjomu, aż wreszcie on postanowił: jesteśmy dorośli, nie będziemy się wygłupiać, przecież możemy się pobrać. Mało tego, okazało się, że ją bije mąż, który na dodatek jest alkoholikiem, o czym całe towarzystwo nie wiedziało. On na to: „Tym bardziej musisz się z nim rozstać”. Przy czym był uczciwy wobec swojej żony, powiedział jej, że się zakochał, że bardzo jej dziękuje za wspólne lata i zostawi jej wszystko, co ona sobie życzy, a nawet więcej. No i czekał na ruch ze strony ukochanej. A ona nie odeszła od męża. Tak to bywa, jak ktoś jest przywiązany do nieszczęścia. Paradoksalnie gdyby ten cudowny mężczyzna nie był dla niej tak dobry i cierpliwy, to być może by się z mężem rozstała.

Lubimy oglądać filmy, w których miłość pokonuje przeszkody, ale nie umiemy przenieść tego do swojego życia?
Presja stereotypu czy rodziny okazuje się czasem większa: „nie wypada, żebyś była z kimś takim, on jest tylko…” i tu można wstawiać dowolnie: rolnikiem, kierowcą, robotnikiem. Dlatego uważam, że dobrze sytuowane dziewczyny powinny się zastanowić nad tym, czy nie lepiej otworzyć się na mężczyzn z innej warstwy osiągnięć czy sukcesów, bo inaczej nie będą miały z czego wybierać.

Miłość pokona wszystko czy jednak to mrzonka?
Jedno prawda i drugie prawda (śmiech). Bywa tak, że dopóki pierwszy żar miłości bucha, to ludziom się wydaje, że miłość jest ważniejsza niż status społeczny czy akceptacja bliskich, ale im dłużej zwlekają z decyzją o byciu razem, tym ich determinacja słabnie.

Słyszałam o kilku iście filmowych historiach par, które poznawały się w sytuacjach trudnych, a ich uczucie było z kategorii „zakazane”…
Och, taka miłość rozwija się najszybciej. Żeby nie szukać daleko – Romeo i Julia.

Ale kiedy wszystkie przeszkody zostały usunięte, pojawiły się kłótnie, pretensje…
Miłość się wypaliła. My ogromnie reagujemy na czynniki zewnętrzne, które albo nas podkręcają, albo demotywują. Przeszkody, sprzeciw, łamanie barier – to jest to, co sprawia, że uczucie wydaje się piękniejsze, bardziej wyjątkowe. Ale kiedy to minie, często się okazuje, że cały blask był tylko pozorny. To bardzo dziecinne podejście, typowe dla dwudziestoparolatków, dla których bunt przeciwko rodzicom jest wartością nadrzędną. Kiedy byłam smarkata, z miejsca bym poszła na wojnę. A teraz? W żywe oczy bym kłamała, zdezerterowałabym nawet – tylko po to, żeby się z tego wykręcić.

Czy „Pretty woman” nie jest właśnie dla 20-latków?
Moim zdaniem to opowieść o tym, jak fajnie i rzadko jest trafić na kogoś, kto naprawdę ci pasuje. Jemu była potrzebna dziewczyna zuchwała, z fantazją, która by go rozśmieszała, rozluźniała, nie przejmowała się tym wszystkim, czym on się przejmował. Mógł przy niej odpocząć, wyluzować, zobaczyć, jak wiele ma dziecka w sobie. Ta genialna scena, w której ona leży w wannie, nie wie, że on ją widzi, i potwornie fałszuje. Albo ta, kiedy on ją pierwszy raz widzi w eleganckiej sukience. Na facetów niesamowicie działa taka sytuacja, gdy dziewczyna, która przez większą część filmu wygląda normalnie, nagle występuje w sukni wieczorowej. Taka zwyczajna panienka, a tu nagle wychodzi i jest Gildą. O, „Gilda”, to dopiero jest film! Kochałam się w Gildzie!

'Pretty Woman' - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO) "Pretty Woman" - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO)

Pewne podobieństwo widzę…
…że ruda? Ale gdzie mi tam do Gildy?! Chociaż tańczyć jak ona umiałam!

Chodzi o to, żeby kobieta potrafiła zrobić wrażenie?
Żeby umiała zaskakiwać. Żeby okazywała się różnorodna, i to w dodatku wtedy, kiedy on się tego nie spodziewa. Tylko żeby tego nie robić specjalnie, a naturalnie.

Bohaterowie „Pretty woman” po prostu się odnaleźli?
Tak, choć kwestia tego, że ona była niezła w seksie, a on bogaty, też była niebagatelna (śmiech).

To weźmy jeszcze na warsztat „To właśnie miłość”.
Mój Boże, od razu widzę Hugh Granta, który między gabinetami jako pan premier przeskakuje w rytm muzyki. No i gruby menedżer, który kocha swojego idola i podopiecznego w jednym, cudny wątek z Emmą Thompson, której mąż zastanawia się nad zdradą… Ci wszyscy bohaterowie są normalni, do zrozumienia. To bardzo inteligentny film.

'To właśnie miłość' - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO) "To właśnie miłość" - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO)

Ale z gatunku, o którym nie mamy dobrego zdania – komedii romantycznych.
Bo one często robią nam wodę z mózgu! Po pierwsze, wmawiają, że twoje życie nie ma sensu, dopóki nie spotkasz tego jedynego. Po drugie, że musi się to odbyć w jakichś niesamowitych okolicznościach natury, z biciem piorunów.

I ten przekaz: czekasz całe życie na miłość, która załatwi wszystkie twoje problemy.
Nawet uleczy z depresji. Nie masz pieniędzy, nic nie umiesz – ona wszystko ci załatwi. A jak się skończy, umrzesz.

Dlaczego jednak tak przyjemnie się to ogląda?
Bo lubimy sobie pomarzyć. Ważne, żebyśmy pamiętały, że to tylko marzenia, iluzje. W prawdziwym życiu mężczyźni bywają zupełnie inni, jeśli nie fajniejsi. Podobnie jak miłość. Mówi się, że filmy przedstawiają życie jak w bajce. Ale w bajkach trzeba coś pokonywać, zdobywać, to marzenia są nieprawdziwe. On cię spotka, odkryje, pokocha, ty musisz tylko być. Komedie romantyczne bazują właśnie na tej tęsknocie. Oczywiście mądre kobiety też mogą sobie je pooglądać, bo wiedzą, że to jest tylko taki uśmiech na chwilę. A jeśli jakiś film zrobi na nich duże wrażenie, potrafią coś z niego sobie wziąć. Że on robił jej takie cudowne niespodzianki? Samej sobie zrobić niespodziankę. Albo partnerowi!

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.