1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Darmowy wstęp i zniżki do wybranych miejsc kultury w akcji „Niezła Sztuka!”

Darmowy wstęp i zniżki do wybranych miejsc kultury w akcji „Niezła Sztuka!”

Zapraszamy na wyjątkowy czas pełnej kultury spędzony w kinach, muzeach, galeriach sztuki i teatrach.

W listopadowym wydaniu Zwierciadła (w sprzedaży od 12.10.17) oraz SENS (w sprzedaży od 19.10.17) mamy już trzecią edycję akcji rabatowej „Niezła Sztuka!”. W tych wydaniach znajdziesz kupony na bezpłatne wejścia oraz zniżki do muzeów, galerii, teatrów i kin w całej Polsce.

Akcja będzie trwała od 12 października 2017 do 30.04.2018 i weźmie w niej udział ponad 30 instytucji w 90 lokalizacjach w całej Polsce, m.in.: Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Narodowa Galeria Sztuki Zachęta, Muzeum Narodowe w Warszawie, MCK, Muzeum Narodowe w Krakowie, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, sieć kin Multikino, Helios, Teatr Muzyczny Roma oraz wiele innych.

Przygotowaliśmy także oferty dla najmłodszych m.in. w Teatrze Miniatura w Gdańsku, Europejskim Centrum Bajki im. Koziołka Matołka, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Listę wszystkich miejsc, które przyłączyły się do akcji znajdziesz poniżej.

Zapraszamy na wyjątkowy czas pełnej kultury spędzony w kinach, muzeach, galeriach sztuki i teatrach.

Jak korzystać z kuponów?

Przyjdź w dniach 12.10.17 - 30.04.18  do wybranej placówki i okaż oryginalny kupon z listopadowego wydania miesięcznika Zwierciadła 11/2017 lub SENS 11/2017

Lista wszystkich miejsc biorących udział w akcji Niezła Sztuka

Regulamin akcji Niezła Sztuka 2017

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Warsaw Gallery Weekend - zobacz, jak wygląda nowa polska sztuka

Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

Jak co roku galerie specjalizujące się w sztuce współczesnej zapraszają na weekend wernisaży. Tegoroczna edycja Warsaw Gallery Weekend potrwa aż cztery dni, tak aby - w związku z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa - zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo zwiedzania.

W tym roku w Warsaw Gallery Weekend weźmie udział 29 galerii: Biuro Wystaw, BWA Warszawa, Dawid Radziszewski, ESTA, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria m², HOS gallery, Instytut Fotografii Fort, Jednostka, Le Guern, LETO, lokal_30, Monopol, Naga, Olszewski Gallery, Piktogram, Pola Magnetyczne, Polana Institute, Propaganda, Raster, Rodriguez, Serce Człowieka, Stereo, Szara, Szydłowski, WY, Wizytująca, Wschód.

Program tegorocznej edycji powinien ucieszyć miłośników fotografii - wiele prac, które będzie można oglądać w galeriach bazuje na tym medium.

Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej

Jednym z ciekawszych punktów programu jest wystawa prac wiodących polskich fotografek: Weroniki Gęsickiej - laureatki wielu nagród, w tym Paszportu Polityki za rok 2019 w kategorii Sztuki Wizualne, i Magdy Hueckel - artystki wizualnej, fotografki teatralnej, scenografki i podróżniczki. Ich najnowsze dokonania będzie można oglądać w Galerii Jednostka na warszawskim Muranowie. „Cliffhanger” to prace z najnowszych projektów Weroniki Gęsickiej – „Holiday”, „Cocoon” i „Smash”. Powstają na bazie archiwalnych fotografii z banków zdjęć. Są próbą uchwycenia napięć i lęków, z którymi musimy się obecnie zmierzyć. Doniesienia o kolejnych zagrożeniach dotyczących przyszłości powodują, że zaczynamy przeczuwać koniec rzeczywistości, jaką znamy. Na sielankowych obrazach, które budują znaczną część naszego uprzywilejowanego świata, zaczynają pojawiać się rysy.

Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe) Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe)

Z kolei Magda Hueckel zaprezentuje cykl, który powstał na kanwie książki “Żenszczina” (transkrypcja rosyjskiego słowa ‘kobieta’), którą Magda Hueckel znalazła na targu staroci w Tbilisi. Autorem oryginału „Das Weib in der Natur- und Völkerkunde” wydanego w 1885 był Hermann Heinrich Ploss – antropolog i ginekolog, twórca współczesnej pediatrii i ginekologii. Ta książka to swoiste kompendium wiedzy, ukazujące kobiety z całego świata. Analizie poddane są różne aspekty; począwszy od anatomii, poprzez fizjologię, seksualność, pozycję społeczną, a skończywszy na roli kulturowej i obowiązujących tradycjach. Książka została dwunastokrotnie przedrukowana w różnych językach i uzupełniona o liczne ilustracje. Mimo, iż opracowanie ma charakter naukowy i swojego czasu było uznane za postępowe, dziś jego dziewiętnastowieczna narracja budzi niepokój. Rola kobiety sprowadzona jest przede wszystkim do funkcji prokreacyjnych. Analiza kobiecej cielesności przeplata się z wątkami o charakterze społeczno-kulturowym, omawiającymi tradycje, zabobony, zwyczaje. Książka przesycona jest brutalnymi ilustracjami m.in. praktyk medycznych, patologii oraz przemocowych zwyczajów (palenie na stosie, stygmatyzacja wdów, obrzezanie, skaryfikacja, obcinanie piersi i palców). Najbardziej dotkliwy jest jednak fakt, iż wiele z opisanych zwyczajów i stereotypów przetrwało do dzisiaj.

Magda Hueckel, zafascynowana archiwalnymi obrazami, dokonuje ich dekonstrukcji. Puste strony książki zapełnia obrazami poddanymi manipulacjom. Tworzy własną – trzynastą – groteskową edycję publikacji.

Magda Hueckel, praca z cyklu 'Żenszczina'. (Fot. materiały prasowe) Magda Hueckel, praca z cyklu "Żenszczina". (Fot. materiały prasowe)

Oprócz uroczystych wernisaży i możliwości zwiedzania wystaw, będzie można wziąć udział w spotkaniach z artystami. Szczegóły wydarzeń znajdziecie na stronie www.warsawgalleryweekend.pl

  1. Kultura

Land art, czyli sztuka ziemi

„Granite Crossing
„Granite Crossing" [Granitowe skrzyżowanie] pokazywane w ramach Berlin Gallery Weekend (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Richard Long, najsłynniejszy piechur sztuki współczesnej. Artysta, który idzie przez świat i zostawia za sobą ślady. Wystawa „Wiek półcienia” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej to dobry pretekst, żeby zainteresować się jego twórczością. 

Artystyczne mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Richarda Longa ten problem nie dotyczy. Bo czy z mody może wyjść Ziemia – skała, glina, krajobraz – którą Long uczynił główną bohaterką, materią i tematem swojej twórczości?

Jak aktualna pozostaje jego sztuka, można się było przekonać w pierwszych tygodniach izolacji spowodowanej pandemią. Życie artystyczne zamarło wraz z całą resztą życia publicznego. Za zamkniętymi drzwiami Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czekała gotowa wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”. Nie zdążyła się już otworzyć dla publiczności. Richard Long jest jednym z uczestników tej zamrożonej przez pandemię ekspozycji. Pokazywane jest na niej „Rzucanie kamieniem wokół szczytów MacGillycuddy’s Reeks”. Tytułowe szczyty to pasmo górskie w Irlandii, przez które w 1977 roku wędrował artysta. Jego przewodnikiem w tej wyprawie był kamień. Long znalazł go w górach i rzucił przed siebie, a następnie poszedł, by go podnieść i rzucić znowu – jeszcze dalej. Powtórzył tę operację 3628 razy, aż po trzech dniach okrążył całe górskie pasmo i odłożył kamień tam, gdzie go znalazł.

Po wyprawie sprzed lat zostało kilka fotografii, na których artysta zrobił rysunki. Przez pandemię nawet tej skromnej dokumentacji nie można było zobaczyć na żywo w murach MSN-u. Tymczasem praca Longa działa na wyobraźnię nawet mocniej w sytuacji, w której przez wiele tygodni główną, wręcz jedyną rozrywką ludzi na całym świecie stały się spacery.

„A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW) „A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW)

Nieszkodliwy dziwak

Cofnijmy się do połowy lat 60. Młody Richard Long (rocznik 1945), student prowincjonalnego college’u artystycznego w rodzinnym Bristolu, pewnej zimy rusza za miasto, by toczyć przed sobą śniegową kulę, a za sobą pozostawiać czarny ślad biegnący przez białe wzgórza. Utrwalony na fotografii rezultat tego działania przedstawił profesorom. Ci wezwali do szkoły rodziców i stanowczo poprosili, aby zabrać do domu studenta, który, jak sugerowali, nie jest do końca przy zdrowych zmysłach.

Wcale się tym nie zniechęcił. Przeciwnie, kontynuował swój marsz, a w 1967 roku wydeptał ścieżkę, która stała się jego przełomową pracą. Jadąc pociągiem na trasie Londyn  – Bristol, artysta wysiadł spontanicznie w połowie drogi i poszedł na łąkę. Chodził po niej w tę i z powrotem tak długo, aż zostawił w świeżej trawie wyraźny ślad, a następnie uwiecznił go na czarno-białej fotografii. Long studiował w tym czasie w Saint Martin’s School of Art w Londynie. W odróżnieniu od college’u w Bristolu w tej szkole trudno było kogokolwiek zaszokować ekstrawagancją. Problem w tym, że land art – sztuka ziemi – do której później zaliczano twórczość Longa, dopiero nabierał rozpędu, i to na razie tylko za oceanem, w ogarniętych kontrkulturową rewolucją Stanach. Także minimalizm i konceptualizm, kolejne nurty, z którymi krytycy wiążą dziś tego twórcę, nie cieszyły się jeszcze w brytyjskim świecie sztuki sławą. Dlatego zamiast na Wyspach, debiutancką wystawę solową Long zrobił w 1968 roku w Düsseldorfie, wówczas jednym z najciekawszych miejsc na artystycznej mapie Europy. W Anglii uważany za nieszkodliwego dziwaka, w Niemczech wędrowiec z Bristolu uznany został za rewelację.

 

Przez drogi i pola

Sukces, również komercyjny, uwolnił go od materialnych trosk życia codziennego i artysta mógł się poświęcić temu, co kochał najbardziej, czyli chodzeniu. W 1998 roku przemierzył na piechotę 1030 mile dzielące wysunięte najbardziej na południe i na północ krańce Wielkiej Brytanii. Marsz zajął mu 33 doby; każdego dnia Long układał przy drodze kamień, tworząc składającą się z 33 punktów, rozciągniętą na dystansie 1657 kilometrów linię przecinającą całą wyspę. Z kolei po słynnym „Five Day Walk” [Pięciodniowym marszu] z 1980 roku zostało sześć linijek tekstu, który Long umieszcza na ścianach galerii, jeżeli ktoś poprosi o wystawienie tej pracy. „Pierwszy dzień – dziesięć mil” – czytamy w pierwszej linijce. I dalej: „Drugi dzień – 20 mil. Trzeci dzień – 30 mil. Czwarty dzień – 40 mil. Piąty dzień – 50 mil. Z Totnes do Bristolu przez angielskie drogi i pola”.

Realista

Dziś już dobrze po siedemdziesiątce wciąż potrafi przejść z plecakiem 50 kilometrów dziennie i rozbić obóz w dziczy. „Moje kroki zostawiają ślad – mówi artysta. – Moje nogi niosą mnie przez krajobraz. To jakby mierzenie świata. Uwielbiam to połączenie z własnym ciałem”. Kiedy mówi takie słowa, brzmi jak performer, ale sam swoje prace opisuje w kategoriach rzeźby. Nie czyni przy tym różnicy między rzeźbami, które mają formę tekstu, krótkiej relacji z odbytego marszu, mapy czy rysunku, a monumentalnymi instalacjami, które układa w galeriach i miejscach publicznych. Tworzy je ze znalezionych patyków, rzecznych kamieni, fragmentów skał. Używa zawsze dwóch podstawowych form. Jedna to ścieżka, czasem biegnąca po linii prostej, innym razem po spirali. Druga forma to koło. Pierwsza symbolizuje drogę, druga miejsca, do których droga ta prowadzi. „Jestem realistą” – powiada Long pytany, do jakiego nurtu chciałby się zaliczać. I trudno się z nim spierać, bo czyż świat rzeczywiście nie składa się z miejsc i z dróg, które dzielą jedno miejsce od drugiego?!

„Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW) „Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW)
W podobny sposób artysta podchodzi do malarstwa. Jego obrazy to najczęściej ogromne kręgi, które odbija na ścianach galerii własnymi dłońmi, niczym prehistoryczny malarz jaskiniowy. Zamiast farby używa błota, najchętniej pochodzącego z delty rzeki Avon, która uchodzi do morza w Bristolu. Long odbywał swoje artystyczne marsze na całym świecie, ale zawsze wraca do rodzinnego miasta. Koła z błota mają krótki żywot, po zakończeniu wystaw zostają zmyte i zamalowane. Long nie dba o materialną trwałość swoich dzieł, lecz o żywotność stojącej za nimi idei. To myśl o mierzeniu świata własnymi krokami, a także o tym, że gdziekolwiek człowiek się pojawi, tam zostawia ślad, ale ów trop jest ulotny. Mienimy się panami przyrody, ale w rzeczywistości jesteśmy, tylko i aż, przechodniami w pejzażu natury. To przesłanie, które Richard Long wydeptywał przez 50 lat, brzmi szczególnie aktualnie dziś. Kiedy to natura daje nam lekcję na temat kruchości świata, jaki sobie stworzyliśmy.

Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News) Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News)

Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie trwa do końca sierpnia.

  1. Kultura

Olafur Eliasson - cudotwórca

"Your Spiral View" (2002). ten ośmiometrowy kalejdoskop w zaskakujący sposób odbija rzeczywistość. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Tate Modern zorganizowało największą wystawę w dorobku Olafura Eliassona. Artysty, który posługuje się wodą, powietrzem, Światłem i przestrzenią ze swobodą, z jaką inni twórcy używają farb czy dłut.

Jest Islandczykiem, wychował się w Danii, pracuje w Berlinie, ale Londyn to specjalne miejsce na mapie jego kariery. Pod koniec zeszłego roku przywiózł tu z fiordu Nuup Kangerlua na Grenlandii sto ton fragmentów góry lodowej. Większość tych lodowych głazów stanęło przed Tate Modern – artysta ustawił je w kręgu i pozwolił im topnieć. Lód, który zamarzł 10 tys. lat temu, powoli, ale nieubłaganie znikał na oczach londyńczyków. Tak jak topnieją lodowce Grenlandii. Wszyscy słyszeli o ociepleniu klimatu, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć. „Zmiany klimatyczne wydają nam się abstrakcją – mówił artysta. – Grenlandia leży na końcu świata, procesy, które tam zachodzą docierają do naszych umysłów, ale nie odczuwamy ich fizycznie. Przywożąc fragmenty topniejącego lodowca do Londynu, chciałem przenieść narrację na temat globalnego ocieplenia do naszych ciał i emocji”.

Sztuczne słońce

W tym samym miejscu, tyle że 15 lat wcześniej, Eliasson zrealizował „The Weather Project” [Projekt pogodowy], pracę, która była przełomem w jego karierze – z artysty sławnego uczyniła go supergwiazdą. W ogromnej przestrzeni Hali Turbin Islandczyk zbudował sztuczne Słońce. Zrobił je z setek lamp emitujących pojedynczą, żółtą falę światła. Ułożył z nich półkole, które odbijało się w gigantycznym lustrze pokrywającym sufit hali. W ten sposób powstał pełny krąg słonecznego dysku. W powietrzu Eliasson rozpylił rozpraszającą światło mgłę z drobinek wody i cukru.

„Room for One Colour” (1997). Artysta wykorzystał fizyczne właściwości żółtego światła – publiczność oglądała wszystko „w sepii”. (Fot. materiały prasowe) „Room for One Colour” (1997). Artysta wykorzystał fizyczne właściwości żółtego światła – publiczność oglądała wszystko „w sepii”. (Fot. materiały prasowe)

Wrażenie było piorunujące: „The Weather Project” obejrzało dwa miliony ludzi. W Tate Modern do dziś nikt nie pobił tego rekordu, choć to jedno z najpopularniejszych muzeów sztuki współczesnej na świecie. Widzowie masowo kładli się na podłodze Hali Turbin, obserwując samych siebie w promieniach sztucznego słońca. Czasami grupy zwiedzających organizowały się, żeby ułożyć z własnych ciał teksty, nierzadko o politycznej wymowie. Eliasson wspomina, że w czasie trwania „The Weather Project” zadzwonił do niego znajomy. Ze słuchawki dobywał się radosny ryk z setek gardeł. Artysta myślał, że krzyczy publiczność jakiegoś rockowego koncertu, w rzeczywistości byli to jednak widzowie jego instalacji. Wiwatowali, bo właśnie ułożyli się na podłodze galerii w mało politycznie poprawny ogromny napis dotyczący ówczesnego prezydenta USA: „Fuck Bush”.

„Inside the Horizon” (2013). Gra ze światłem, lustrami i taflą wody w siedzibie Fondation Louis Vuitton w Paryżu. (Photo_Grottojpg_Iwan_Baan__Fondation_Louis_Vuitton) „Inside the Horizon” (2013). Gra ze światłem, lustrami i taflą wody w siedzibie Fondation Louis Vuitton w Paryżu. (Photo_Grottojpg_Iwan_Baan__Fondation_Louis_Vuitton)

Cuda od kuchni

Kilka lat później oglądałem wystawę Eliassona w Martin Gropius Bau w Berlinie. W jednej z sal wyjrzałem przez okno i zobaczyłem sąsiedni budynek, a w nim… samego siebie wyglądającego przez okno. Od razu przypomniałem sobie, że obok tej galerii nie stoi przecież żaden budynek. Widok na zewnątrz był zwierciadlanym odbiciem wykreowanym przez artystę. Eliasson jest mistrzem w używaniu luster, rozszczepianiu światła albo budowania przestrzeni oświetlonych tak, że ludzie wydają się w nich czarno-biali jak na starej fotografii. Jest jak cudotwórca, który rzeźbi w siłach natury i ludzkim postrzeganiu. Za tymi cudami stoją zaawansowane technologie, wiedza z zakresu nauk przyrodniczych i, przede wszystkim, liczna drużyna współpracowników. Artysta urządził swoją kwaterę główną w Berlinie, w starym browarze na Prenzlauer Berg. Pracuje dla niego na stałe prawie setka ludzi, rzemieślników, techników, ale również architektów, projektantów i uczonych. Wegańska kantyna w studiu Eliassona jest niemal równie sławna co jego instalacje, bo obok tworzenia wystaw i projektowania architektury (oraz działalności wydawniczej) artysta zajmuje się także eksperymentami w kuchni i jest nawet autorem książki kucharskiej. Oczywiście, bestsellerowej.

„Your Rainbow Panorama” (2011), czyli 150-metrowy spacerowy korytarz z tęczowych szyb, zbudowany na dachu ARoS Aarhus Art Museum w Danii. „Your Rainbow Panorama” (2011), czyli 150-metrowy spacerowy korytarz z tęczowych szyb, zbudowany na dachu ARoS Aarhus Art Museum w Danii.

Lepsze jutro

Krytycy Eliassona zarzucają mu, że jego twórczość to niekończący się festiwal trików, które nie służą niczemu poza dostarczaniem publiczności wrażeń, skądinąd wspaniałych. Eliasson uważa się jednak za artystę zaangażowanego. W odróżnieniu od gwiazd sztuki w rodzaju Damiena Hirsta, które lubią epatować ekstrawagancją i cynizmem, jest po skandynawsku skromny i demokratyczny. W wywiadach lubi powtarzać: „Nie jestem nikim wyjątkowym”, ale cele, które sobie wytycza, daleko przekraczają ambicje większości artystów. Eliasson przyjaźni się z Billem Gatesem, Kofi Annanem i innymi wielkimi tego świata. Regularnie odwiedza imprezy w rodzaju szczytu ekonomicznego w Davos, na którym globalni przywódcy debatują o przyszłości planety, „Nie jeżdżę tam, aby spotykać się ze światowymi liderami – mawia artysta – tylko żeby zostać światowym liderem”.

Olafur Eliasson i 'The Weather Project' 2003, jedna z nasłynniejszych jego prac pokazywana w Hali Turbin w Tate Modern. (Fot. materiały prasowe) Olafur Eliasson i "The Weather Project" 2003, jedna z nasłynniejszych jego prac pokazywana w Hali Turbin w Tate Modern. (Fot. materiały prasowe)

To tylko w połowie żart. Eliasson twierdzi, że we współczesnej kulturze dramatycznie nie doceniamy potencjału sztuki. Korzystamy zaledwie z ułamka jej kreatywnych możliwości, widząc w niej ozdobę, ekskluzywny towar, wyrafinowaną rozrywkę albo instrument polityki kulturalnej. Eliasson jest przekonany, że jeżeli chcemy rozwiązywać współczesne problemy w sposób innowacyjny, to przyszłości nie mogą projektować ekonomiści i politycy, lecz uczeni i artyści. Oglądając jego wystawę w Londynie, można uwierzyć, że w wizji artystokracji coś jest. Nie ma gwarancji, że gdyby Olafur Eliasson przejął władzę nad światem, potrafiłby zapewnić ludzkości lepsze jutro, ale na pewno by spróbował. I na pewno to jego jutro zrobiłoby na nas ogromne wrażenie. 

Wystawa "Olafur Eliasson: In real Life" w Tate Modern w Londynie trwa do 5 stycznia 2020 roku. 

 

 

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

  1. Retro

Elisabeth Kübler-Ross – pionierka psychiatrii

Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dała głos niewysłuchanym. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z największych pionierek psychiatrii naszych czasów, mogła leczyć rolników na szwajcarskiej wsi. Zamiast tego postanowiła zmienić świat i oswoić śmierć.

Nauka nie jest dla kobiet. Brat pójdzie na studia, ale ty? Wystarczy, że umiesz pisać i liczyć” – Ernst Kübler miał dość problemów na głowie, żeby przejmować się wybujałymi ambicjami córki. Elisabeth zawsze chciała być inna niż jej dwie siostry, Eva i Erika. Środkowa z trojaczków, robiła matce awantury, kiedy ta z oszczędności chciała ubierać dziewczynki w jednakowe ubrania. A teraz ten pomysł z medycyną? Chyba zwariowała.

Küblerowie byli nieugięci. Trwa wojna, do neutralnej Szwajcarii z całej Europy zjeżdżają ludzie za chlebem i schronieniem, a tego nie wystarczy dla wszystkich. Elisabeth, tak jak jej siostry, pójdzie po podstawówce do pracy: na służbę do bogatej pani. Nauczy się tego, czego trzeba do bycia żoną i matką. Słyszy bez przerwy, że dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy każdy może trafić do Królestwa Niebieskiego. Tylko że Królestwo Niebieskie było dla Elisabeth podejrzane. W jej szkole dzieci pastora przychodziły na lekcje głodne i pobite. Kiedyś podzieliła się z jednym chlebem – wrócił dzień później z podbitym przez ojca okiem. Bo żebrał od obcych.

Zapamiętaj tę nazwę

Rok na służbie to i tak za długo: za oknami działa się historia, świat zmieniał się z dnia na dzień. W szpitalu zawsze potrzebują rąk do pracy. Elisabeth będzie sprzątać, podawać posiłki, prać. Cokolwiek, byle być bliżej lekarzy i pacjentów. Bystrą 14-latkę szybko awansowano na asystentkę w szpitalnym laboratorium, ktoś wreszcie docenił jej dobre stopnie z biologii i chemii. Nie rozumiała tylko jednego: dlaczego w najdalszym skrzydle szpitala, tym, gdzie leżeli umierający i syfilitycy, rzadko kiedy bywa ktoś z personelu? Panna Kübler znała tam każdego chorego. Przesiadywała z nimi po pracy, rozmawiała, pisała za nich listy. Widziała już kiedyś umierających ludzi, gdy leżała w szpitalu na zapalenie płuc, obok niej zmarło dziecko. Spokojnie, we śnie. Inne odeszło w męczarniach zapalenia opon mózgowych, więc śmierć była ukojeniem. Gdy sąsiad jej rodziców złamał sobie kark, spadając z drabiny, zdążył jeszcze pożegnać się z całą rodziną. Śmierć – normalna rzecz. Czy tylko w tym szpitalu bano się terminalnie chorych? A może to lawina wojennych strat sprawiła, że nikt już nie miał czasu dla odchodzących? Oddziały pękały w szwach. Wygłodzeni, odwodnieni i zawszeni uchodźcy wojenni opowiadali straszne rzeczy. „W Polsce Niemcy zbudowali obozy. Cała moja rodzina zginęła w komorach gazowych. Zapamiętaj tę nazwę: Majdanek” – powiedział jej pewnego dnia nowy lekarz. Kiedy zaraz po zakończeniu wojny szukano ochotników do Międzynarodowego Wolontariatu dla Pokoju, nie wahała się ani chwili. W Majdanku, który odwiedziła trzy lata po wojnie, straszyły puste baraki. Choć od wyłączenia kominów minęło już trochę czasu, w krematorium wciąż unosił się słodkawy smród. Na ścianach szop, w których kobiety i dzieci czekały na swój los, zobaczyła setki narysowanych przez nie motyli. Frywolność życia w obliczu zagłady.

Choroba narodowa

Nie było lekko, ale uparła się: w dzień praca w szpitalu, wieczorem i w weekend – wymarzona szkoła medyczna w Zurychu. Ojciec, zamiast ją teraz chwalić, mógłby przyznać, że przez swoje skostniałe poglądy i nieustępliwość zabrał córce mnóstwo czasu. Jako 25-latka była jedną z najstarszych studentek na roku. Kiedy zrobi dyplom, będzie starą babą!

Za to na szwajcarskiej wsi „starsza” pani doktor jest milej widziana niż jakaś smarkula: Elisabeth z radością przyjmuje pierwszą posadę lekarza rodzinnego. Jest już wtedy mężatką, wyszła za mąż za kolegę ze studiów, Amerykanina Emanuela Rossa. Życie upływa im w rytmie kaszelków, złamanych kończyn, gryp i ciąż jej pacjentów. Szkoda tylko, że sama Elisabeth ma wrażenie, że to prawdziwe, ciekawe jest gdzie indziej.

Od Nowego Jorku zakręciło się jej w głowie. Emanuel chciał wracać do ojczyzny, a dobra, szwajcarska żona zawsze robi to, czego chce jej mąż. Tak sobie żartowali. Dobrze było pracować razem jako stażyści w szpitalu na Long Island – śmiali się, że on może mieć ją na oku.

„Jest pani w ciąży, więc, niestety, nie możemy oferować pani rezydentury na pediatrii” – usłyszała pod koniec stażu. Wtedy po raz pierwszy zabrakło jej poczucia humoru. W Szpitalu Stanowym na Manhattanie nikt nie miał nic przeciwko ciężarnej lekarce na psychiatrii, ale atmosfera też nie sprzyjała żartom. Trudno było nie zauważyć, że im bliżej śmierci byli pacjenci, tym lekarze bardziej się od nich dystansowali. Żaden nie towarzyszył chorym w ostatnich chwilach. „Od tego mamy pielęgniarki” – słyszała wielokrotnie. Doświadczenia Kübler-Ross z wojennej Europy były nie do przecenienia: jako jedyna potrafiła rozmawiać z pacjentami o ich strachu i samotności. Kultura zaprzeczania i unikania tematu śmierci, praktykowana i przez personel medyczny, i przez bliskich, tylko ten lęk potęgowała. W chwilach, gdy ludzie najbardziej potrzebowali empatii i zrozumienia, dostawali od rodziny i lekarzy sztuczną obojętność lub źle udawany optymizm. Nie był to bynajmniej tylko nowojorski zwyczaj: w Denver, do którego Rossowie przenieśli się już z synem i córką, było tak samo. Podobnie w Chicago – ich kolejnym domu. W Ameryce nikt nie chciał o śmierci ani mówić, ani jej zauważyć. „To narodowa choroba. Poważniejsza niż cokolwiek, co widziałam na oddziałach dla schizofreników” – stwierdziła Elisabeth.

Boicie się mnie?

Chłopak w pierwszej ławce żuł gumę, ktoś z tyłu gadał, ktoś położył nogi na pulpicie. Studenci najwyraźniej mieli ją w nosie. Chora ze zdenerwowania doktor Kübler-Ross przygotowywała się do tego wykładu od tygodnia: jej przełożony poprosił ją o zastępstwo. Mogła mówić, o czym chciała, ale wybrała wykład o śmierci. Z wysiłkiem dobrnęła do końca notatek. Kiedy na salę pielęgniarz wwiózł na wózku inwalidzkim 16-letnią, bladą dziewczynę, zebrani zamarli. Elisabeth i umierająca na białaczkę Linda uknuły spisek: skoro nikt nie mówi studentom, jak mają się zachować przy terminalnie chorych, to trzeba im dać okazję do tego, żeby zadali komuś takiemu kilka pytań. „Jakie są pani wyniki badań krwi?”, „Czy ma pani powiększoną wątrobę?” – padały nieśmiałe pomruki z audytorium. Linda straciła cierpliwość. „Tylko o tym myślicie? O testach? Nikt z was nie myśli o mnie jako o człowieku! Chowacie się za tabelkami i wykresami, żeby nie musieć na mnie patrzeć. Ja, choć jestem od was młodsza, umieram. Nigdy nie pójdę do college’u, nie pójdę na randkę, nie urodzę dzieci. Nikt z was nie pyta o to, co czuję i myślę. Dopóki dr Ross nie zaczęła do mnie przychodzić, w tym szpitalu jedyną osobą do rozmowy była niepiśmienna sprzątaczka. Wy nie mówicie do mnie, tylko o mnie. Mówicie na mnie: »ona«, jakby mnie tu nie było. Boicie się mnie? Jestem zaraźliwa? Zarażę was śmiercią, jak podejdziecie za blisko?”.

Linda mówiła tak długo, na ile starczyło jej sił. O tym, że jej matka zmienia temat, gdy córka chce porozmawiać o odchodzeniu. Że ojciec dał ogłoszenie w gazecie, aby obcy ludzie przysłali jej kartki z życzeniami na 16. urodziny. Że nikt nie chce po prostu z nią być, żeby się nie bała. Studenci słuchali w milczeniu. Ktoś płakał. Nie było pytań. Przez następne pięć lat Elisabeth prowadziła swoje wykłady właśnie w taki sposób. Nie narzekała na brak chętnych chorych: do udziału zgłosiły się setki. W audytorium obok studentów medycyny i teologii zasiadali księża, rabini, pielęgniarki, paramedycy, socjologowie i psychoterapeuci. Niewielu lekarzy. „To, co robi na swoich wykładach doktor Ross, jest zbędne i pozbawione dobrego smaku. Wykorzystuje swoich pacjentów” – twierdziło środowisko medyczne. Wykłady zawieszono do odwołania.

Rozmowy o śmierci

Napisanie tej książki zajęło jej zaledwie dwa miesiące. Wydane w 1969 roku „Rozmowy o śmierci i umieraniu” powstały z jej rozmów z pacjentami, wykładów i notatek z lat pracy. „To dokładnie taka książka, jakiej szukałam w bibliotece, przygotowując się do tamtego pierwszego wykładu. Tylko wtedy nikt jej jeszcze nie napisał” – powiedziała w którymś z wywiadów. Do dziś „Rozmowy...” uznawane są za jedną z obowiązkowych pozycji, jaką powinien przeczytać każdy student medycyny i psychologii. Poleca się ją jako lekturę w szkołach pielęgniarskich, na studiach teologicznych i socjologicznych. Elisabeth opisała w niej pięć etapów żałoby – znanych dziś jako psychologiczny model Kübler-Ross. Są to stadia, przez które przechodzi każdy umierający: zaprzeczenie („nic mi nie jest”, „to nie może się przytrafiać właśnie mnie”), gniew („dlaczego ja?; to niesprawiedliwe!”), targowanie się („jeśli mi się poprawi, oddam pieniądze na biedne dzieci”), depresja („i tak umieram, nic już nie ma sensu”) i akceptacja. Etapy te dotyczą zarówno tych, którzy umierają, jak i tych, którzy przeżywają żałobę po stracie bliskich. Każdy przechodzi je we własny sposób i w różnej kolejności.

Na wykłady Elisabeth waliły tłumy, książka znikała z półek nawet po licznych dodrukach. Elisabeth zawzięcie propagowała ideę hospicjów i medycyny paliatywnej. Na ranczo w Kalifornii założyła Dom Pokoju – Shanti Nilaya – ośrodek dla umierających i ich rodzin. Wybrała jednak kiepskiego sąsiada. Jay Barham, założyciel sekty Kościół Aspektu Boskości (Church of the Facet of Divinity), przekonał ją, że to, co podejrzewała od dawna, jest prawdą: życie po śmierci istnieje, możemy rozmawiać z duchami, a istnienie jest tylko przystankiem do następnego wcielenia. Emanuel Ross miał dość: jego racjonalna żona najwyraźniej postradała zmysły. Złożył pozew o rozwód.

Seanse z duchami

„Biedna Elisabeth oszalała! Gada ze zmarłymi!” – żartowała z siebie 53-letnia Kübler-Ross przed dziennikarzami, gdy pogłoski o seansach spirytualistycznych, które urządzała na ranczo, trafiły do prasy. Shanti Nilaya wcale nie było hospicjum. „Naszym celem jest psychiczne uzdrowienie. Prowadzimy warsztaty pod tytułem »Życie, śmierć i proces przejścia«, z elementami psychodramy i rytuałami oczyszczenia” – zachęcała. Te ostatnie polegały między innymi na okładaniu gumowym wężem książki telefonicznej. Doktor Ross przekonywała uczestników kilkudniowych warsztatów, że sama rozmawiała z duchami – najczęściej z mężczyzną o imieniu Willy. Twierdziła, że żyła w czasach Chrystusa – miała wtedy na imię Isabel. Jay Barham, prowadzący warsztaty, zachęcał zebranych do kontaktów seksualnych z odwiedzającymi seanse duchami.

„Jakim cudem oddech ducha śmierdzi papierosami?” – zastanawiała się jedna z uczestniczek. Gdy podczas jednego z seansów ktoś nagle zapalił światło, goły Barham czym prędzej wybiegł z sali. Centrum pod San Diego zostało zamknięte w atmosferze skandalu, ale jego filie na Rhode Island, Hawajach, w New Jersey i Australii miały się znakomicie. „Jestem sceptycznym naukowcem i nie ryzykowałabym mojej reputacji, gdybym nie była przekonana, że te metody działają. Gdyby ludzie częściej mieli okazję poznać samych siebie, zajrzeć w swoją duszę, potrafiliby sami uleczyć wiele swoich chorób” – twierdziła niezłomnie Elisabeth.

Zajmie się nim pani?

Dom w Wirginii był jak nowy początek: miejsce na emeryturę, nowe centrum szkoleniowe. I nowe dzieci: te, których nie chcieli nawet ich rodzice. Ameryka lat 80. była w szoku: wszyscy bali się nowej, nieznanej choroby. Pewnego dnia na farmę przyszedł list. „Droga Doktor Ross, umieram na AIDS. Mam syna, który również jest chory, i nie mogę się już nim sama zajmować. Byłam w 70 agencjach, nikt nie chce go do siebie przyjąć, boją się go nawet dotknąć. Ile kosztowałaby opieka nad nim, gdyby zgodziła się Pani nim zająć?”. Elisabeth przyjęła do siebie chłopca i w ciągu kilku tygodni lawina listów od zdesperowanych rodziców przyprawiła jej listonosza o lumbago. Centrum holistyczne zamieniło się w hospicjum dla dzieci z AIDS i wirusem HIV. Ale i tym razem nie dopisali sąsiedzi. „Antychryst! Chce zarazić nas wszystkich!” – krzyczano na zebraniu w kościele metodystów miasta Headwater. Policja niechętnie przyznała doktor Ross ochronę, aby uchronić ją przed publicznym linczem. Pięć przecięć opon w samochodzie, cztery strzały z broni ostrej w okna i 12 wypalonych przez Ku-Klux-Klan krzyży na trawnikach. Później hospicjum dziecięce zamknięto. Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu Elisabeth musiała się poddać. Dzięki jej niestrudzonej kampanii wszystkie dzieci trafiły do adopcji.

Straszny grzebuła

„Jestem gotowa na śmierć” – zadeklarowała po pierwszym z serii wylewów. „Czekam, ale on zwleka. Bóg to okropny grzebuła” – mamrotała dziewięć lat później 78-letnia Kübler-Ross, leżąc na wpół sparaliżowana w hospicjum w Arizonie.

Fundacja jej imienia, założona po jej śmierci w 2004 roku przez syna Kena, kontynuuje propagowanie nauk, książek Elisabeth i ruchu hospicyjnego.

W siódmą rocznicę śmierci doktor Ross jej córka Barbara dostała list od legendarnego boksera Muhammada Alego. Napisał w nim: „Elisabeth uczyła nas, że poznanie samych siebie to najlepsza droga do poznania sensu naszego istnienia. To nie przypadek, że kobieta, która nauczyła nas tyle o śmierci i umieraniu, była mistrzynią życia”.