1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla
Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Legendarny francuski reżyser Jacques Lassalle nazwał ją wielką aktorką teatralną. Ale to role w serialach „M jak miłość”, „Rodzinka.pl” czy „Druga szansa” przyniosły jej popularność. Teraz zagrała w nowym filmie Patryka Vegi „Plagi Breslau”, wraca do Teatru Narodowego i znowu wszystko ma przed sobą.

„To aktorzyca” – powiedziała o tobie wielka aktorka Hanna Skarżanka, u której boku zagrałaś na trzecim roku studiów w telewizyjnym spektaklu Wiesława Komasy. Co to właściwie znaczy?
To aktorka, która gra na stówę bez asekuracji. Pełnokrwista. Szukająca wyzwań. Podejmująca walkę.

Kiedy grałaś te pierwsze role, umiałaś zawalczyć?
Po dyplomie dostałam rolę w musicalu „Człowiek z La Manchy” w reżyserii Jerzego Gruzy w Teatrze Dramatycznym. Okazało się, że będę grała na zmianę z trzema aktorkami. Kiedy ćwiczony był jakiś numer muzyczny, wchodziły po kolei na scenę pani pierwsza, pani druga, pani trzecia. Siedziałam na widowni. Za każdym razem musiałam się zgłosić: „Przepraszam, jeszcze ja”. „O Boże…” – mówił Jerzy Gruza. Dałabym wszystko, aby ktoś mnie stamtąd zabrał, żebym na tę scenę nie musiała wychodzić. Wstydziłam się, nie byłam taka pewna siebie: „Wow, wejdę i rozwalę system”. Pierwszy raz w życiu grałam w teatrze i byłam jedną wielką tremą. Ale walczyłam.

Jesteś fajterką?
Walkę mam w charakterze.

Kiedy to odkryłaś?
O, zawsze to miałam. Patrick Yoka, reżyser „Rodzinki.pl”, śmieje się, że trzeba mieć w sobie geny frontmana, żeby pociągnąć kilka sezonów serialu i się nie wykończyć. W domu byłam najstarsza, więc decydowałam, w co się z siostrami bawimy, ale też czułam odpowiedzialność. To się potem przełożyło na społeczność szkolną. Byłam przewodniczącą klasy i nawet prezydentem szkoły.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Zagrałaś w nowym filmie Patryka Vegi. Charakteryzacja całkowicie cię zmieniła, a dziennikarze pytali, czy to nie zaszkodzi twoim kontraktom… Żenująca rzeczywistość, w której aktor musi się tłumaczyć z charakteryzacji. Ale pomyślałem, że może jesteś w gorsecie swojego wizerunku. Czy on cię nie uwiera?
Mnie nie, ale myślę, że innych tak – inaczej byś o to nie pytał. Gorset wizerunku, jak to plastycznie nazwałeś, nie ma jednak żadnego wpływu na moją wewnętrzną wolność, na moje zawodowe wybory. Rano mogę w dresach i trampkach jechać na plan, przez pół dnia grać prostytutkę morderczynię, która ucieka z zakładu psychiatrycznego, po południu wrócić do domu i szaleć na trampolinie z moim synem, a wieczorem odpicować się na czerwony dywan. Pytanie za sto punktów: Kim tego dnia jestem naprawdę? Dresiarą, kilerką, mamą czy damą na salonach? Odpowiedź jest prosta: ciągle tą samą Małgorzatą Kożuchowską, zakładam maski, zmieniam się zewnętrznie, ale pozostaję sobą.

Skąd bierze się więc ten „gorset”?
Ludzie tworzą sobie obraz drugiego człowieka na podstawie tysiąca małych elementów – dotyczy to zwłaszcza osób publicznych, np. aktorów, bo siłą rzeczy tych szczegółów dostępnych na ich temat jest znacznie więcej. Strumień informacji dotyczących mnie, pojawiających się w przestrzeni publicznej, jest nie do opanowania. Ile w tym wszystkim jest prawdy o mnie? O aktorce, o człowieku, kobiecie, matce? Niewiele. I tu właśnie tkwi problem. Te tysiące puzzli, z których ludzie układają sobie Kożuchowską, składa się w większości z zafałszowanych, przekłamanych, przeinaczonych, podsłuchanych informacji.

Masz na to jakiś wpływ?
Czy to jest dziś w ogóle możliwe?! Albo inaczej – czy ja chcę mieć na to wpływ? Czy chcę poświęcać czas i życie na to, żeby tego pilnować? Nie chcę. Tłumaczenie się ze swojej pracowitości, profesjonalizmu, z charakteru zawodu, jaki uprawiam, jest dla mnie żenujące. Niedawno odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z uznanym reżyserem o dużym dorobku artystycznym. „Pytam swoich castingowców (reżyserów obsad) o poszczególnych aktorów, m.in. o ciebie. Podaję nazwisko i proszę o jedno słowo charakterystyki”. „No i co? Jak mnie określili?” – zapytałam. „Katolka” – odpowiedział. Ale co to znaczy „katolka”? „To znaczy sekciara”. Sekciara?! Brzmi groźnie... Czyli że co? Wiara w Boga czyni cię sekciarzem? Co to w ogóle oznacza w odniesieniu do aktora? Traktuje się mnie inaczej, bo chodzę w niedzielę do kościoła? To ma mnie dyskwalifikować? Co to ma w ogóle wspólnego z zawodem, jaki wykonuję? Nie wiem, może ktoś się obawia, że zacznę na planie nauczać albo nawracać?

Nie składasz deklaracji?
Jestem w tym środowisku od lat. Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że kwestie religii, polityki i światopoglądu są ostatnimi tematami, jakie sama inicjuję. Jeśli ktoś mnie zapyta, odpowiadam bez problemu, ale sama jestem ostatnią, którą zobaczysz na wiecu politycznym, w komitecie poparcia, honorowym itp. Podaj mi jeden przykład, nie trzy, nie pięć – jeden, gdy było inaczej. Nasza rozmowa po raz kolejny uświadamia mi, że pewne drzwi są dla mnie zamknięte. Być może na zawsze, może na jakiś czas. Nie żalę się, żeby było jasne, stwierdzam fakt. Akurat ten reżyser rozmawiał ze mną, bo był mnie ciekawy. I miał w sobie odwagę, żeby się czegoś o mnie dowiedzieć. Być może to jest klucz – odwaga. Myślę, że trzeba mieć gotowość do zmierzenia się z „wizerunkiem Kożuchowskiej”. Nie ze mną samą, ale z przemysłem informacyjnym, który „wizerunek Kożuchowskiej” tworzy.

Płacisz za to, jak postrzegają cię inni?
Zawodowo? Tak. Ostatecznie najważniejsze, że sama wiem, na co mnie stać. Nigdy sobie nie odpuszczam. Jeżeli się na coś decyduję, rzucam się w to w stu procentach, z pasją i poczuciem odpowiedzialności. Kiedy dostaję rolę w serialu i chcę ją zagrać, nie jest mi wszystko jedno, jaki będzie następny sezon. Nie jadę na wakacje, tłumacząc: „Dobra, wrócę, to się dowiem”. No, nie robię tak. Rozmawiam, coś proponuję, robimy burzę mózgów…

„Drugą szansę” pisano dla ciebie.
Tak się mówi, ale nie jestem taka naiwna. Gdybym nie przyjęła tej propozycji, zagrałaby inna aktorka, też z przekonaniem, że to dla niej. Wolę tak myśleć, to mój wentyl bezpieczeństwa, jak coś nie wypali, nie wpadam w depresję, jak mamy sukces, nie zadzieram nosa. Dziś pracujemy w TVN-ie nad kolejnym projektem i mam w nim swoje miejsce. Wiem, że na nie zapracowałam, ale taka lojalność stacji w naszej branży to rzadkość. Ostatnio podczas zdjęć do „Plag Breslau” Patryk Vega powiedział: „Piszę dla ciebie rolę”. „Wow! To się nie dzieje naprawdę...” – pomyślałam. Chciałam z nim pracować, bo widziałam, jak patrzy na aktorów, nie boi się ryzyka, jaki jest bezkompromisowy. To jest mi bliskie. A rzadko zdarza mi się, żeby ktoś uwierzył, że taka jestem.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Jak trafiłaś do Vegi?
Sama poprosiłam agentkę, żeby się do niego odezwała. Umówiliśmy się na rozmowę. Była zaskakująco szczera, jak na rozmowę z kimś, kogo widzi się pierwszy raz. Powiedział, że ma wiele projektów i jeśli coś będzie dla mnie, odezwie się. No i odezwał się z propozycją zagrania jednej z ról w „Plagach Breslau”. Odpisałam, że chętnie się w to zanurzę, bo nigdy czegoś takiego nie grałam. Odpisał: „You made my day!”. Po dwóch tygodniach dostałam kolejny SMS: „Uwaga, zmiana, proponuję ci główniaka”.

I kogo grasz?
Policjantkę z dochodzeniówki, która tropi seryjnego mordercę. Jest w trudnym momencie życia, bo w wypadku zginął jej narzeczony. Jest zgaszona, bez motywacji, samotna. Sprawa, którą prowadzi, trzyma ją w jako takiej kondycji. Powoli odzyskuje chęć do życia i działania.

Zaskoczyłaś siebie?
Grając? Tak. Miałam kamizelkę policyjną, broń w kaburze, karabin maszynowy w rękach, ileś razy biegałam z tym karabinem po nasypach kolejowych, opuszczonych fabrykach. Było strasznie gorąco, byłam mokra i przed kolejnym dublem usiadłam w samochodzie, żeby chwilę odpocząć. Siedząc tak, nagle zobaczyłam siebie biegnącą z tym karabinem i pomyślałam: „Gośka, ale masz czaderski zawód. Pomyślałabyś, że jako 47-letnia kobieta będziesz biegać z giwerą?”. To absolutnie odmładzające, niepasujące do mojego wieku. Aktorstwo wykracza poza wiek. Bo wiek jest nieistotny.

Pięć lat temu mówiłaś mi, że czekasz na reżysera, który cię pociągnie za włosy i przeczołga po scenie.
To się zmieniło. Czy ktoś musi mnie wytarmosić za włosy? Niekoniecznie. Niech mi da zabawki i do końca ma ochotę ze mną nimi grać. Jeśli reguły gry będą wymagały ode mnie przeczołgania się po deskach, to się przeczołgam.

Dawno cię nie było na scenie. Za którą z tych kobiet, które grałaś, tęsknisz?
Tęsknię za Tatianą z „Miłości na Krymie” Jerzego Jarockiego, za Candy z „Niezidentyfikowanych szczątków ludzkich” Grzegorza Jarzyny. Za mało spektakli zagraliśmy. To role, dla których musiałam wyjść ze strefy komfortu. Takie role, które osobiście dotykają, wymagają poświęceń, każą przekraczać granice, mocne, ryzykowne, chciałabym grać.

Czy te postaci zostały z tobą?
Dawały mocne przeżycia. To jak z dawnymi miłościami, przemijają, niby ich już nie ma, ale ślad zostaje.

Candy – prowokująca, inteligentna, naiwna, zatracająca się. Spektakl Jarzyny był wówczas, 20 lat temu, obyczajowym skandalem i wyznaczał teatrowi nowy kierunek. Jest w tobie tamto szaleństwo Candy?
Rozumiem, że pytasz, aby mnie sprowokować. Gdyby tego we mnie nie było, nie zostałabym aktorką. Była we mnie i jest potrzeba wchodzenia w cudzą skórę, przeżywania skrajnych emocji, eksplorowania cudzych, czasem trudnych doświadczeń. Chcę móc się czymś zadziwić, zachwycić. Ten zawód daje mi radość, adrenalinę, nakręca mnie.

Nie brakowało ci teatru?
Przez wiele lat myślałam, że brak pracy w teatrze będzie obniżał moje zawodowe poczucie wartości. Długo określałam siebie jako aktorkę, nie kobietę. Stawiałam zawód na pierwszym miejscu. To się zmieniło jeszcze przed urodzeniem syna. Teraz widzę, że traktowałam teatr jak wentyl bezpieczeństwa. Zrozumiałam, że znajduję się w innym miejscu, zdobyłam kolejne doświadczenia. Nie jest mi wszystko jedno, w czym gram. Chcę grać to, co mnie interesuje. Mam pokorę wobec drogi, a ona ma różne etapy, przystanki. Nie zjechałam z niej ani nie spadłam, hej! Czekanie też jest ważnym doświadczeniem. Mam ciekawość tego, co mnie czeka, co do mnie przyjdzie po tej przerwie, jak się odnajdę. Jestem już inna. Nie mam w sobie lęku. Nie chcę już być tylko elementem przedstawienia ani odtwórcą. Jestem twórcą.

I wracasz do Narodowego.
Właśnie kończy mi się urlop. Taką miałam umowę z dyrektorem. Po urodzeniu dziecka nie było dla mnie roli. Dostałam rolę w serialu, na tyle ciekawą, że ją wzięłam. Nakręciliśmy pięć sezonów „Drugiej szansy” i naście sezonów „Rodzinki.pl”. Byłam mamą małego dziecka i też nie wyobrażałam sobie, że po zdjęciach czy między zdjęciami wchodzę w próby. Wolny czas poświęcałam dziecku.

Zabierałaś na plan?
Tak, od trzeciego miesiąca. Karmiłam go jeszcze, więc jeździł ze mną codziennie na zdjęcia. Bardzo wcześnie zaczął mówić, że mama jest „aktojką”. To, że jestem na billboardach czy w telewizji, jest dla niego normalne. Pewnie myśli, że wszystkie mamy pojawiają się od czasu do czasu w telewizorze. Teraz już nie jeździ ze mną do pracy, bo jednak jak podrósł, zaczął się trochę nudzić. Wracam z planu o 19–20, rzucam torbę, myję ręce, przebieram się i idę do swojego dziecka. Jak mnie widzi, dostaje drugie życie, uaktywnia się. Czasami zasypia przed dziesiątą, kiedy ja już ledwo żyję…

Widzisz siebie w synu?
Robi moje miny. Jest bardzo podobny do mojego męża. Dopiero jak zacznie robić miny, upodabnia się do mnie. Ma poczucie humoru. Ma figle w oczach.

A ty miałaś figle w oczach?
Mam do dziś! Nie zauważyłeś?! Nie załamuj mnie.

Myślisz czasem: „Fajna jest ta Małgośka”?
No, fajna jest to babka. Nie ma w tym pychy.

Zawsze miałaś takie poczucie?
Że jestem fajną Małgośką? Tak. Ale czasem miałam też poczucie, że jakiejś siebie nie lubię. Tak było pod koniec pracy w serialu „M jak miłość”. Wchodziłam na plan i włączał mi się sarkazm, bo już nie chciałam tam być. Czułam, że muszę uciec, bo nie lubię siebie takiej, jaką się staję w tym miejscu. Ale muszę powiedzieć, że długo czułam się tam wspaniale, i to nie był zmarnowany czas ani przegrana.

Wiele razy w życiu tak uciekałaś?
Parę. Intuicja jest dobra. Nauczyłam się jej słuchać.

 

Czy kiedy zaczynałaś w tym zawodzie, wyobrażałaś sobie przyszłość? Choćby patrząc na Elżbietę Czyżewską. Grałyście razem w spektaklu Piotra Cieślaka „Szósty stopień oddalenia”. Wyjechała z Polski w 1968 roku jako gwiazda. W Stanach nie zrobiła kariery. Wróciła do Polski i nikt się nią nie interesował.
Wróciła do innego kraju niż ten, z którego wyjechała. Mieszkała w teatrze, w pokoju gościnnym. Spektakl nie okazał się sukcesem, który by ją uniósł. Ten powrót był dla niej trudny. Była kłębkiem nerwów. Nie myślałam wtedy, że ten zawód jest… jazdą bez trzymanki, która może się skończyć wywrotką. Jako świeże absolwentki szkoły teatralnej dałyśmy z koleżankami z roku nasz pierwszy telewizyjny wywiad. Zapytano nas, co chciałybyśmy osiągnąć za 10–20 lat w zawodzie… [Długa pauza]. Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, bo miałam 24 lata, ale powiedziałam, że chciałabym być szanowana. To chyba pierwotny instynkt samozachowawczy tak na mnie zadziałał; otóż nie uśmiechała mi się zarezerwowana dla aktorów wizja pochówku poza murami cmentarza – jakoś zawsze jednak raźniej w kupie... Do dziś się z tego śmiejemy. Wiem, że czasy nie są ku temu. Szacunek?! Who cares! To jest w mojej głowie i pewnie nie ma co się tym dzielić. Często płacę za swoją szczerość. A od takich aktorek jak Elżbieta Czyżewska uczyłam się klasy współpracowania z innymi.

Nie słyszałem o tobie złego słowa.
Ostatnio na planie u Vegi usłyszałam: „Jestem tobą zadziwiony”. „Ale co?!” – zaniepokoiłam się. „Myślałem, że będziesz wymagała nie wiadomo czego, miała pretensje, że w obrazku wyglądasz inaczej, niż sobie zaplanowałaś”. „Nie wierzę” – odpowiedziałam. Często się zdarza, że ludzie myślą: „Teraz przyjdzie i będzie odstawiała gwiazdę…”. Nie widzę powodu, żeby odgrywać kogoś, kim nie jestem i nie byłam. W pracy nie mam na to ani czasu, ani przestrzeni. Mam zadania, na których muszę się skupić. Muszę pokonać wszystkie fale, mielizny, trudności, w końcu dobijam do brzegu i mogę sobie powiedzieć: „Gośka, dałaś radę! Jest moc!”.

Dlatego płakałaś, gdy kończyliście zdjęcia u Vegi?
Jestem emocjonalna. Zdarza się, że tak reaguję. Na czas zdjęć dzielę swoje życie z ekipą. Razem płyniemy tym statkiem. Koniec mnie wzrusza. Znowu przeżyłam coś mocnego, ważnego. I to się nie powtórzy.

Na zakończenie „Drugiej szansy” zaśpiewałaś.
I też się rozsypałam, bo przykro mi było, że ta wspólna przygoda się kończy. Michał Żurawski powiedział kiedyś: „Słuchaj, spędzam z tobą więcej czasu niż z moją żoną”. Odpowiedziałam: „I vice versa”. W finale odcinka specjalnego śpiewałam: „Jeśli kogoś kochasz, jeśli wiesz/Czym jest miłość, jaki jest jej sens/Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz/Mów do mnie szeptem/Co dalej jest?/Co dalej jest [...]”. Stałam na scenie w białej ślubnej sukni, patrzyłam na moich kolegów pod sceną, myślałam, jak to jest, że jeszcze mogłam założyć suknię ślubną. Od tej białej sukni w „Poskromieniu złośnicy” Warlikowskiego minęły lata…

Co dalej jest?
Co jest? Dalej jest ogromna otwarta przestrzeń, coś do mnie z niej przyjdzie, po coś sama wyciągnę rękę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel...

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia? 
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem...
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...

  1. Kultura

Helen Mirren - spełniona jako aktorka i żona

Helen Mirren (fot. Forum)
Helen Mirren (fot. Forum)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Grywa najczęściej królowe i zołzy. Zawsze jednak stara się pokazać ich bezbronność. Niedawno na Festiwalu Filmowym w Berlinie otrzymała honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości. Jednak zapytana o największe życiowe osiągnięcie Helen Mirren odpowiada, że szczególnie wdzięczna jest losowi za szczęśliwe małżeństwo.

Podobno jest pani introwertyczką.
Tak naprawdę mam dwoistą naturę, choć rzeczywiście bliżej mi do introwertyczki. Lubię wchodzić w siebie, ale także zanurzać się w psychikę moich bohaterek. Przy czym nie mam problemów z ekspresją emocji, które w nich odkryję. W życiu prywatnym jestem osobą kontaktową, nie zamykam się w sobie. W moim przypadku ta dwoistość być może ma związek z pochodzeniem. Jestem pół Rosjanką i pół Angielką. Wywodzę się z arystokratycznej rodziny, która w trakcie rewolucji październikowej przebywała w Anglii i gdzie pozostała w obawie o własne życie. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Jelena Wasilijewna Mironowa. Mój ojciec, Wasilij Piotrowicz Mironow był Rosjaninem, a mama Brytyjką. Kiedy miałam siedem lat, tata zdecydował się zmienić nazwisko na Mirren, bo chciał się zasymilować. Uważał, że bycie imigrantem nam nie pomoże, że tylko asymilacja zapewni poczucie bezpieczeństwa.

To musiało być ciekawe dzieciństwo: pani matka pochodziła z klasy robotniczej, a ojciec wywodził się ze świata rosyjskiej dyplomacji.
Rodzina mojej mamy pochodziła z East Endu, ona urodziła się w West Hamie. Z kolei moja prababka ze strony ojca była hrabiną, ale już dziadek ze strony ojca trudnił się kupiectwem. Mój ojciec, kiedy przyjechał do Anglii, miał 16 lat i najpierw, żeby się utrzymać, pracował na East Endzie jako krawiec. Był nawet uczestnikiem zamieszek dokerów na Cable Street.

Sądzi pani, że mieszane pochodzenie klasowe i etniczne wpłynęło na pani zdolność do odgrywania ról w całym spektrum uwarunkowań społecznych?
Nie wiem, ale być może coś w tym jest. Trudno przykleić do mnie jakąś etykietkę. Ludzie, którzy pochodzą z ekonomicznie i klasowo różnych środowisk, faktycznie mają w sobie duże pokłady dowcipu, humoru, wrażliwości, a jednocześnie pewien rodzaj twardości, odporności, a te cechy w zawodzie aktora są bardzo pożądane.

Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO) Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO)

Podobno jako młoda aktorka była pani bardzo niepokorna, chciała pani mieć wpływ na swoje postaci, mimo, że nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem.
Tak. W młodości byłam bezkompromisowa. Kiedy Barrie Keeffe napisał wspaniały scenariusz do filmu „Długi Wielki Piątek”, a mnie zaangażowano do roli Victorii, zwróciłam uwagę na to, że choć wszystkie postaci były świetnie napisane, nie dotyczyło to mojej bohaterki. Victoria jako dziewczyna gangstera wydawała mi się nudna i bezbarwna, była tylko pięknym dodatkiem. Rozmawiałam o tym z reżyserem Johnem Mackenzie. Miałam swój pomysł na Victorię: nie chciałam, by pochodziła z klasy pracującej, ale by była dziewczyną z wyższych warstw społecznych. Bo wtedy ten kontrast między nią a gangsterem stawał się większy – jej postać zyskiwała zupełnie inny wymiar. Niestety w scenariuszu nic nie zostało zmienione, byłam więc wkurzona. Na szczęście dzięki wyrozumiałości Boba Hoskinsa, który był moim ekranowym partnerem, dotarło do mnie ostatecznie, że walka o przeforsowanie swojej wizji nie wyklucza kompromisu... (śmiech)

Kiedy myślę o pani rolach, kobiet silnych, pewnych siebie, wyrazistych, odważnych - zastanawiam się, czy prywatnie Helen Mirren jest do nich podobna.
No właśnie! Na ogół dostaję role kobiet zołzowatych... (śmiech) Nie rozumiem, dlaczego, bo na co dzień jestem bardzo uprzejmą, łagodną i miłą kobietą. Myślę, że tym, co przyciąga widzów do moich bohaterek, nie jest ich zołzowatość, ale bezbronność, zagubienie, słabość. Ta zołzowatość to przecież tylko zewnętrzność, maska, kamuflaż. Ja zawsze robię śledztwo, szukam właśnie tej bezbronności moich postaci. Ich siła, władza nie jest tak ciekawa jak ich słabości, jak to, co w nich głęboko ukryte przed światem.

Które ze swoich filmowych bohaterek lubi pani najbardziej?
Uwielbiałam pracować nad filmową adaptacją „Burzy” Julie Taymor. Oczywiście kręcenie Szekspira w wersji filmowej było bardzo trudne, ale sama rola była niesamowicie interesująca. Kocham takie wyzwania. Julie znacząco zmodyfikowała oryginalny tekst. Książę Mediolanu Prospero jest tutaj kobietą, księżniczką Prosperą, czyli moją bohaterką. Ta zmiana pociągnęła za sobą dalsze konsekwencje. O ile w większości dotychczasowych adaptacji „Burza” była opowieścią o bezkompromisowej walce o władzę, to nasza realizacja koncentrowała się na temacie walki płci. Z ról telewizyjnych najbardziej lubię policjantkę Jane Tennison z serialu „Główny podejrzany” według scenariusza Lyndy La Plante.

Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym 'Główny podejrzany' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym "Główny podejrzany" (fot. BEW PHOTO)

Dlaczego?
Jane nie jest ani podręcznikową feministką, ani dziewczęcą dziewczyną. Jest ambitną, niecierpliwą kobietą i pod wieloma względami zachowuje się jak mężczyzna. Ale nie jest to silna, jednorodna osobowość. Zaintrygowała mnie jej słabość w niektórych obszarach i podatność na ataki, skupiłam się na jej ambicjach, obsesjach, wadach. Rozpoznałam ją w sobie. Prywatnie wiele mnie z nią łączy. Nie przygotowywałam się do tej roli w jakiś szczególny sposób. Po prostu przychodziłam na plan i wszystko się zaczynało. Miałam wielkie szczęście, że mi ją wtedy zaproponowano. Takich bohaterek nie było w tamtych czasach ani w kinie, ani w telewizji. To była bardzo odważna decyzja producentów. W dodatku powierzyli najważniejszą rolę 45-letniej kobiecie. Pamiętam, że któregoś dnia Lynda przyjechała na plan i udzieliła mi cennej rady. Chodziło o to, bym przestała się uśmiechać, bo Jane nie chciała się integrować z otoczeniem. Tymczasem kobiety tak mają, że ciągle się uśmiechają, bo chcą być miłe i dobrze postrzegane przez zespół.

Dzięki tej roli stała się pani aktorką filmową?
Moje zawodowe wybory napędzane są wyłącznie dążeniem do robienia rzeczy, których nie robiłam wcześniej, a które uznaję za interesujące. Detektyw Jane Tennison była świetnie napisaną postacią. Wiedziałam, że mogą nam skasować serial po kilku odcinkach, jeśli wyniki będą słabe. Były rewelacyjne, a przecież kiedy trafiłam na plan, nie miałam pojęcia, co robić i jak ustawić się do kamery, bo wcześniej całe lata grałam tylko i wyłącznie w teatrze.

Dla mnie genialna była także pani kreacja Georginy Spica w filmie Petera Greenawaya...
Niedawno ponownie obejrzałam „Kucharza, złodzieja, jego żonę i jej kochanka” i jeszcze bardziej mi się ten film spodobał. To historia nadużyć, przemocy, ale także wyzwolenia i samostanowienia. Z jednej strony moja Georgina jest kobietą, która mści się za okrucieństwo ze strony męża, z drugiej przemawia przez nią jej seksualność. To właśnie kochałam w tej postaci. I ludzie też ją pokochali. Po premierze przez jakiś czas mogłam dostać dowolny stolik w dowolnej restauracji w Anglii. Cieszyłam się też z tego, że znów mogę pracować z Alanem Howardem, cudownym aktorem szekspirowskim. Wcześniej razem zagraliśmy w „Hamlecie”: on Hamleta, ja Ofelię. Chociaż w filmie Greenawaya Alan nic nie mówił, świetnie się wyczuwaliśmy. Kręciliśmy sceny seksu na całkowicie zaciemnionym planie, nie było widać ekipy. Towarzyszyła nam ciemna kotara i malutka dziurka na obiektyw kamery, która nas filmowała, a więc sytuacja była względnie prywatna i bardzo dla nas komfortowa.

Sceny seksu nigdy pani nie krępowały?
Ważne, by mieć bliską więź z reżyserem lub choreografem. Mój mąż, Taylor Hackford jest reżyserem i nakręcił najpiękniejszą scenę seksu, jaką widziałam w kinie: z Richardem Gere'em i Debrą Winger w filmie „Oficer i dżentelmen”. Oczywiście niekomfortowo być jedyną rozebraną osobą na planie pełnym ubranych facetów, ale jeśli ufasz reżyserowi i wiesz, po co jest ta scena, czemu ma służyć nagość – traktujesz to jako część zadania, pracy, a wtedy wstyd znika.

Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO)

Pani oscarowa "Królowa" w reżyserii Stephena Frearsa to kreacja, której nie każda aktorka by się podjęła.
Brytyjczycy mają bardzo szczególny stosunek do rodziny królewskiej. Kochają ją, a jednocześnie krytykują. Wiedziałam więc, że muszę być bardzo ostrożna w wypowiedziach na temat mojej bohaterki. Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, nie wiedziałam, od czego zacząć. Nie wiedziałam, jak Elżbietę II „ugryźć”, bo miałam do dyspozycji jedynie okropny dokument, ilustrujący, jak je śniadanie, albo sensacyjne doniesienia tabloidów. Szukałam więc jakichś innych inspiracji. W tym samym roku zagrałam Elżbietę I. Wiele czasu spędziłam, studiując jej portrety – chciałam poczuć, jak ją widzieli współcześni jej malarze. Pomyślałam, że i tym razem do tego wrócę. O ile Elżbieta I na obrazach była bardzo sztywna, sztuczna i majestatyczna, to Elżbieta II była kompletnym jej przeciwieństwem. Na portretach widać bardzo swobodną młodą kobietę, która pozwalała artystom, ale i fotografom robić, co chcą. To mnie ośmieliło. Poczułam się jak jeden z artystów, który stwarza portret monarchini swoimi aktorskimi metodami. Pokazuję, jak ja ją widzę. Dałam więc tej postaci moje jej rozumienie. To mnie wyzwoliło z lęku, przyniosło mi swobodę, pozwoliło uchwycić człowieka, jakąś prawdę pod tym dworskim ceremoniałem.

Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News) Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News)

Powiedziała pani kiedyś, że najgorsze, co aktor może zrobić, to spojrzeć w lustro. Co miała pani na myśli?
Aktorstwo musi pochodzić z wewnątrz. Oczywiście są elementy, które pochodzą z zewnątrz: kostium, makijaż, fryzura i inne rzeczy. Wszystko to jest niezwykle ważne, ale najważniejszym elementem spektaklu czy filmu jest to, co bierze się ze środka. Kiedy patrzysz w lustro i pytasz się, czy to, jak wyglądasz, robi odpowiednie wrażenie – popełniasz wielki błąd. Bo wtedy zabijasz w sobie spontaniczność, stajesz się drewnianą kukiełką. W działaniu musi być pewien element braku kontroli. Wydaje mi się, że gdy aktorzy starzeją się i mniej mogą polegać już na swoim młodzieńczym pięknie, mają wreszcie okazję zagrać postać w głębszy sposób. Tak spróbowałam to zrobić właśnie w „Królowej” i w „Głównym podejrzanym”.

Czy starzenie się ma swoje dobre strony?
O tak! Uwolnienie się od konieczności bycia wystarczająco ładną i wystarczająco młodą było dla mnie niczym wyzwolenie. Myślę, że dziś to się zmieniło, ale kiedy zaczynałam karierę, nagminnie obserwowałam, jak aktorki, szczerze mówiąc, nie tak dobre jak ja, ale o wiele ładniejsze – dostawały role w filmie i telewizji. Więc uwolnienie się od tego wymogu jest wielką artystyczną ulgą. Myślisz sobie: „ach, teraz naprawdę mogę skupić się na pracy”.

W wieku 70 lat została pani twarzą L’Oréal Paris. To chyba miłe uczucie?
Jestem zachwycona, że jestem najstarszą modelką z tak dużym (i lukratywnym) kontraktem kosmetycznym. Zawsze myślałam, że najwyższy czas, aby zrobił to ktoś w moim wieku, choć niekoniecznie ja. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego kremy dla kobiet od 50+ reklamują 25-latki. Ignorowanie kobiet po pięćdziesiątce koncernom po prostu się nie opłaca, ponieważ my wydajemy na produkty do pielęgnacji urody o wiele więcej niż młodsze klientki. Więc tak, przyjęłam propozycję udziału w kampanii reklamowej, ale nie zgodziłam się na retuszowanie zdjęć. Nie uważam, że jestem piękna, widzę, jak moje ciało i twarz z wiekiem się zmieniają, ale to nie jest najważniejsze. Wspaniałą rzeczą związaną ze starzeniem jest to, że po prostu mniej się tym przejmujesz.

Helen Mirren w 'Dziewczynach z kalendarza', ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren w "Dziewczynach z kalendarza", ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO)

Branża aktorska nadal mniej akceptuje starsze kobiety?
Istnieje głęboki seksizm w tym obszarze. Jako człowiek kina lubię oglądać na ekranie piękne twarze – to czysta przyjemność, ale jednocześnie chciałabym mieć różnorodność wyboru. Chciałabym móc oglądać twarze, z którymi ja jako dojrzała kobieta sama mogę się identyfikować.

Co uważa pani za swoje największe osiągnięcie?
Im dłuższe jest twoje życie, tym więcej pamiętasz, a ja mam niesamowite wspomnienia. Jestem szczególnie wdzięczna losowi za szczęśliwe małżeństwo. Kocham mojego męża, uwielbiam spędzać z nim czas, choć przyznaję, że niekiedy mam go dosyć. Jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. To naprawdę wielka radość spojrzeć wstecz i pomyśleć o tym wszystkim, co razem zrobiliśmy.

A co pani robi, kiedy nie pracuje?
Uwielbiam ogród. Jestem klasyczną damą z... sekatorem. Dużo czytam. Właśnie skończyłam „Światło, którego nie widać” Anthony'ego Doerra, fantastyczną powieść o drugiej wojnie światowej. Tak często jak to możliwe widuję się ze swoją siostrą Kate, farbujemy sobie nawzajem włosy. Lubię podróżować z mężem, szczególnie do Włoch, gdzie mamy dom i gdzie kobiety w każdym wieku, o różnych kształtach i rozmiarach, chodzą po plaży w bikini – wolne, pewne siebie i nieoceniane przez innych.

Helen Mirren podczas promocji serialu 'Katarzyna Wielka' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren podczas promocji serialu "Katarzyna Wielka" (fot. BEW PHOTO)

Helen Mirren, rocznik 1945. Jedna z najbardziej lubianych i nagradzanych brytyjskich aktorek. Laureatka Oscara za „Królową”, dwóch Złotych Globów („Królowa” i „Pożegnanie z Chase”) oraz kilku nagród Bafta za serial „Główny podejrzany”. Od 1997 roku szczęśliwa  w małżeństwie z reżyserem Taylorem Hackfordem, nie ma dzieci.

  1. Styl Życia

Małgorzata Kożuchowska startuje z nową akcją #milionnamilion

"Milion na milion" to nowa akcja zainicjowana przez Małgorzatę Kożuchowską
Właśnie wystartowała akcja "Milion na milion" zainicjowana przez Małgorzatę Kożuchowską, której celem jest zapewnienie potrzebującym dzieciom sprzętu, umożliwiającego im uczestnictwo w zajęciach online, zdobywanie wiedzy i podjęcie walki o lepszą przyszłość. Pretekstem jest milionowa liczba obserwatorów konta aktorki na Instagramie.

Powszechny dostęp do edukacji to furtka do lepszej przyszłości. Tym bardziej w momencie, gdy ze względu na sytuację epidemiologiczną szkoły w całym kraju są zamknięte. W Polsce nawet pół miliona dzieci żyje w skrajnym ubóstwie. Edukacja jest często jedyną szansą na to, by ich sytuacja uległa poprawie, a szkoła stanowi okno na świat, o którym marzą. W obecnej sytuacji większość placówek oświatowych stara się realizować program nauczania zdalnie, do czego konieczny jest własny sprzęt. Jednak nie wszystkie rodziny mogą sobie pozwolić na jego zakup.

Małgorzata Kożuchowska, aktorka angażująca się od lat w działania na rzecz potrzebujących dzieci, postanowiła uruchomić zbiórkę środków, które w całości zostaną przekazane na zakup komputerów, laptopów i tabletów.  Na start przeznaczyła 30 000 PLN, które zasiliło konto inicjatywy. Pretekstem do tytułu akcji: „Milion na milion” jest milionowa liczba obserwatorów konta aktorki na Instagramie.

"Wierzę w ludzi i ich dobrą wolę. Te wszystkie osoby, które obserwują mnie w mediach społecznościowych to ogromny kapitał, który chcę jako osoba publiczna wykorzystać realizując projekt charytatywny. Pomyślałam – skoro mam milion obserwujących na Instagramie, to razem możemy zrobić coś naprawdę wielkiego! Razem możemy pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują i bez tej pomocy nie mają szans na lepsze jutro!", mówi inicjatorka zbiórki Małgorzata Kożuchowska, która ruszyła właśnie na portalu siepomaga.pl

Małgorzata Kożuchowska (fot. materiały prasowe) Małgorzata Kożuchowska (fot. materiały prasowe)

Akcja „Milion na milion” została stworzona z myślą o dzieciach, które mają znacznie trudniejszy start od innych. Nierówności społeczne sprawiają, że dla takich osób często jedyną szansą na lepsze jutro jest wykształcenie i dostęp do nauki. Teraz kiedy w dobie pandemii COVID-19 od kilku tygodni najmłodsi z najuboższych rodzin nie uczestniczą w zajęciach szkolnych i nie mają dostępu do nowych technologii – te nierówności społeczne jeszcze bardziej się pogłębiają… A kiedy dzieci w końcu wrócą do swoich normalnych zajęć, dostęp do tych narzędzi nadal będzie stanowił niezbędny element w ich codziennej edukacji.

Zbiórka dostępna jest na stronie: https://www.siepomaga.pl/milion

  1. Styl Życia

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska: Pomaganie uzależnia

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Są sławne. Odnoszą sukcesy. Ludzie je lubią i podziwiają. To daje im satysfakcję, ale i siłę, by skutecznie pomagać innym. Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska od lat działają charytatywnie, a ostatnio wsparły również akcję „Zwierciadła”: Karetka dla Centrum Zdrowia Dziecka. Rozmawiamy z nimi o idei pomagania, o tym, jak one działają na rzecz innych i dlaczego. a także o dawaniu i braniu w życiu.

Żeby pomagać, trzeba mieć taką ważną cechę: empatię. Czy wynosi się ją z domu?

Anna Lewandowska:
Zdecydowanie tak. Moja mama zawsze dostrzegała potrzeby innych, a przy tym była silną kobietą. Gdy miała jakiś kłopot, prosiła mnie: „Tylko nie mów o tym bratu, jest na to za mały”. Brat, teraz artysta, też tę wrażliwość ma w sobie. Byliśmy nauczeni, żeby się dzielić. Pamiętam, jak mama wyciągała cukierki i mówiła: „Jednego chowam do kieszeni, a drugiego macie na spółę”. To było naturalne, że wszystko jest do podziału. Naturalne w naszym domu były też rozmowy, zrozumienie i otwartość na ludzi. Kiedy prowadziłam w TVN serię wywiadów „Sztuki walki” z kobietami, na przykład w zakładach karnych, w domach dziecka, w domach samotnej matki, wszyscy mogliśmy zobaczyć ogrom nieszczęść. Taka jest rzeczywistość, nie można na nią zamykać oczu. Dlatego zawsze najważniejsze jest to, żeby być człowiekiem otwartym na drugą osobę.

Małgorzata Kożuchowska:
Dom to podstawa. Odkąd pamiętam, rodzice uczyli mnie empatii i tego, że świat się nie kończy na czubku własnego nosa. Mam dwie młodsze siostry, od wczesnego dzieciństwa wprawiałam się w pomaganiu na bardzo różnych poziomach – od wspólnych zabaw, przez pożyczanie ubrań, po naukę. Odkąd sięgam pamięcią, pomagałyśmy rodzicom: mamie w kuchni, przy prostych domowych czynnościach, razem jeździliśmy na działkę pielęgnować rośliny, a potem wspólnie przygotowywałyśmy przetwory na zimę. Każda z nas robiła tyle, na ile pozwalał jej wiek i umiejętności, ale było to naturalne, że w domu trzeba sobie pomagać. Rodzice zawsze nam powtarzali, że mamy siebie – a to wielki skarb – i że powinnyśmy się wspierać, szczególnie w trudnych chwilach. Moją młodszą siostrę nauczyłam czytać, a potem w szkole podstawowej prowadziłam zajęcia koleżeńskiej pomocy dla tych, którzy gorzej radzili sobie z nauką. Można więc chyba powiedzieć, że pomaganie mam we krwi [uśmiech].

Jak uczycie swoje dzieci wrażliwości na innych?

M.K.:
O to trzeba dbać od początku. Jaś jest moim najpiękniejszym spełnionym marzeniem. Długo na niego czekałam i czasami łapię się na tym, że trochę go rozpieszczam. Wiem, że muszę być czujna, bo Jaś jest jedynakiem. Wspólnie z mężem uczymy go empatii wobec ludzi, miłości do zwierząt (mamy w domu dwa psy) i szacunku do przyrody. Mój synek miał niedawno piąte urodziny i przed sobą perspektywę prezentów. Wiadomo, że dzieci są boleśnie szczere. Więc przed urodzinami, kiedy poszliśmy we dwoje na spacer, powiedziałam mu: „Synku, pamiętaj, że każdy prezent to czyjś wysiłek. Ktoś musiał zarobić pieniądze, pójść do sklepu, a wszystko po to, żebyś ty się cieszył. I każdemu musisz podziękować, nawet jeśli to nie jest taki prezent, o jakim marzyłeś”. Na to mój synek mówi: „Wiem, mamo, wiem. Ja w przedszkolu narysowałem dla Marka monster trucka, a Marek nie chciał rysunku, i ja się popłakałem, bo mi było przykro”. „No, widzisz – powiedziałam – wysiłek zawsze trzeba docenić, to ważne”. Potem były urodziny, babcia daje mu prezent, patrzę, widzę jego zawahanie, i potem słyszę: „Yyy… ten też jest fajny… dziękuję!”. A potem Jaś się odwraca i na jednym oddechu, ściszonym głosem pyta mnie: „Mamo,  dobrze okazałem zachwyt?”. To było, oczywiście, zabawne, ale pomyślałam „odrobił tę lekcję”. A niedawno w zaprzyjaźnionej przychodni urządzaliśmy bawialnię dla dzieci. I Jasio zaangażował się tam w pomoc, oddał swoje samochody. Byłam z niego dumna. I to bardzo.

A.L.:
Naszej córce od maleńkości wpajamy, że trzeba dzielić się z innymi dziećmi. Czytałam porady psychologów, że jeżeli dziecko nie chce czegoś oddać, to niech nie oddaje. Więc pytam: To skąd ma wiedzieć, że dobrze jest się dzielić i że to ogromna nauka na kolejne lata? Klara jest w stanie oddać innym dzieciom wszystko. Dlatego jestem spokojna o to, jak przyjmie siostrzyczkę lub braciszka. Od małego powtarzaliśmy, że nie można myśleć tylko o sobie. Jestem pewna, że będzie fajną starszą siostrą. Chcemy też nauczyć Klarę, żeby szanowała pieniądze, wiedziała, co znaczy praca, że nie możemy spełniać każdego widzimisię.

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE) Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Małgorzata: Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem i pychą, które są związane z moim zawodem. Pozwala zobaczyć świat z innej perspektywy. Anna: Co dostaję? Wielką radochę. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Pozytywnie.
A jak wspierać się w związku? Zwłaszcza w takim, w którym czasem trzeba podporządkować się partnerowi, bo tego wymaga jego praca? Jak zachować w tym równowagę? 

A.L.:
U nas rzeczywiście życie rodzinne toczy się w rytm piłki nożnej, cały nasz roczny kalendarz. I ja to w pełni akceptuję. Gdyby Robert powiedział: „Aniu, potrzebuję cię przez 24 godziny”, to byłabym przy nim całą dobę. Zawsze oglądam mecze Roberta. Jak nie mogę być na nich osobiście, to jestem pierwszą osobą, do której Robert dzwoni. Gdy wygrywa jego drużyna, cieszymy się razem, choć Robert jest perfekcjonistą, stawia sobie wysoko poprzeczkę, zawsze mu mało [śmiech]. Gdy strzeli jedną bramkę, mówi: „Mogłem drugą”, gdy dwie: „Mogłem trzy”. Kiedy jego drużyna przegrywa, bywa trudno, zwłaszcza jeśli gra w reprezentacji narodowej, której jest kapitanem. Wtedy go słucham. Mówię, że to sport i wiadomo, że nie zawsze mamy wpływ na wszystko, choć bardzo byśmy chcieli. Najważniejsza jest rozmowa. Ona też mnie pomaga. Robert doskonale mnie zna i nigdy nie powiedział, żebym została w domu i przestała pracować. Wie, że byłabym wtedy nieszczęśliwa. Obydwoje rozwijamy swoje kariery i obydwoje dbamy o rodzinę. Dzisiaj my tutaj rozmawiamy, a Robert opiekuje się Klarą. Najfajniejsze są te momenty, gdy wyjeżdżamy we trójkę na wakacje i to jest absolutnie nasz czas.

M.K.:
Ja niby uprawiam wolny zawód, ale tak naprawdę jestem ograniczona sztywnymi terminami produkcji filmowych czy telewizyjnych. Kiedy jestem bardziej zajęta, mąż zajmuje się domem i synem. Bardzo to doceniam. Uważam, że związki często gubi nie tylko intensywna praca, lecz także brak wzajemnego docenienia się. Dbam o to, żeby w naszym była równowaga. Kiedy jestem wolniejsza, robię to, co wszystkie żony i matki – gotuję, sprzątam, czytam synkowi bajki, bawię się z nim. I jestem wtedy dla moich chłopaków na sto procent, bo liczy się jakość wspólnie spędzanego czasu. Nigdy nie podejmuję zawodowych decyzji bez konsultacji z mężem. Staram się rzadko wyjeżdżać, nie pracować w niedzielę, mieć święta dla rodziny.

Teraz panie pomagają innym. Mogą, chcą. Może dlatego, że ktoś kiedyś wam pomógł? 

A.L.:
O tak. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Kiedy zostaliśmy sami, mamie trudno było utrzymać dom, mnie i brata. Mieszkaliśmy wtedy w Podkowie Leśnej, miałam 11 lat. Byłam córeczką tatusia, więc cierpiałam podwójnie. Całe szczęście, że zaczęłam trenować karate. W dodatku za darmo. Myślę, że sport mnie uratował. Ale pieniędzy brakowało na wszystko. Mówiłam koleżankom, że nie pojadę z nimi do kina, bo nie mam za co kupić biletu. Nikt się ode mnie nie odwracał z tego powodu. To był ciężki czas. I wtedy bardzo nam pomógł brat mamy. Wyremontował nasz niewykończony dom, opiekował się naszą trójką. Pomagali nam też przyjaciele mamy: podwieźli gdzieś, wspierali, byli z nami i to było bezcenne. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Potem mama wyszła na prostą, ale ta pierwsza pomoc była bardzo ważna.

M.K.:
 Do mnie też ktoś wyciągnął rękę w potrzebie. To była taka historia: wracałam do domu po zajęciach w szkole teatralnej, wieczorem, i nagle drogę zajechał mi samochód. Potem dwóch mężczyzn usiłowało mnie do niego wciągnąć. Broniłam się, próbowałam się wyrwać. I nagle puścili mnie, uciekli. Co się okazało? Kierowca przejeżdżającego obok samochodu zauważył, że coś jest nie tak, zatrzymał się i spłoszył napastników. Po prostu uratował mi życie. Po dziś dzień jestem wdzięczna, że kiedy zauważył, co się dzieje, nie przestraszył się, nie uciekł i pomógł mi. Bo żeby pomagać, trzeba mieć odwagę. Chyba właśnie wtedy, w tamtej sytuacji postanowiłam, że też będę pomagać, reagować. Że potraktuję mój zawód trochę jak misję, i że chcę się za to swoje ocalenie odwdzięczyć, że zostałam uratowana po coś. I tak robię, jeśli nie mogę gdzieś być, osobiście wziąć udziału w jakiejś akcji charytatywnej, to wysyłam rzeczy na aukcję czy loterię. Czasem czytam, jak się śmieją ze mnie i nazywają Matką Boską Kożuchowską. Niech się śmieją, pomaganie to nie ujma czy wstyd.

A na czym według was polega idea pomagania i jak pomagać skutecznie? Czasami to trudne… 

M.K.:
Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą, co często wcale nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić. Pamiętam, że kilka lat temu przez swoją znajomą poznałam Tadka – niezwykłego niepełnosprawnego pana na wózku inwalidzkim, mieszkającego od dziecka w domu opieki społecznej. Był całkowicie zdany na pomoc innych ludzi, lekko ruszał tylko palcami jednej dłoni, na tyle, by uruchomić wózek, miał malutki pokoik, a zawsze był uśmiechnięty i tą swoją radością zarażał innych. Nigdy o nic nie prosił. Musiałyśmy odgadywać lub wyciągać z niego marzenia. Okazało się, że cały rok czeka na letni wyjazd do sanatorium, bo to jedyna odmiana w monotonii codziennego życia, tam regenerował zdrowie i nabierał sił. Co roku pomagałyśmy organizować i finansować to sanatorium. Póki żył. Pod koniec życia spełniłyśmy jego największe skryte marzenie – wyjazd do Rzymu. Cieszę się, że zaufał mi i zdradził, jak można mu pomóc.

A.L.:
Bywa, że ci, którzy pomagają, są introwertykami i nie chcą o tym mówić. I dobrze, bo szczera chęć pomocy powinna wypływać z serca. Ale z drugiej strony – jak ktoś ma potrzebę mówienia, że pomaga, to niech tak robi. Może to zainspiruje innych. Chciałabym, żeby pomaganie było cool, żeby uczynić z tego pewną dobrą i pozytywną modę. Wokół nas znajdują się ludzie potrzebujący, także młodzi. Jak mówią badania, dzisiaj na dziesięcioro nastolatków dwoje ma myśli samobójcze. Pomoc nie musi być tylko materialna. Liczy się rozmowa, przytulenie, potrzymanie za rękę, czasem wrzucenie informacji na Instagram. Uważam, że osoby publiczne powinny pomagać. Raz – że dysponują większymi możliwościami dotarcia do ludzi, a dwa – że nikt z nas nie wie, co kogo może spotkać. A człowiekiem jest się zawsze, bez względu na wszystko. I każdy może coś zrobić, choć całego świata nie uratujemy. Wystarczy zacząć. Gorąco do tego wszystkich zawsze zachęcam.

Anna Lewandowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE) Anna Lewandowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
"Mnie też ktoś kiedyś pomógł. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Mamie trudno było utrzymać dom, to był ciężki czas. Ale opiekował się nami brat mamy, przyjaciele. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami"
Wzorujecie się na kimś? Kto jest waszym ideałem filantropii?

A.L.:
Obserwuję od dawna działania Billa Gatesa, miliardera, który mawia, że boi się tylko jednego – że jego mózg przestanie funkcjonować. Gates stworzył fundację, na którą przeznacza pięć miliardów złotych rocznie. Fundacja zajmuje się walką z chorobami nękającymi Trzeci Świat, dostarczaniem wyżywienia, czyli zapewnieniem ludziom w Afryce zupełnie podstawowych warunków do życia. Podziwiam też Annę Dymną, ma niespożytą energię do niesienia pomocy i mnóstwo pomysłów na wspieranie podopiecznych swojej Fundacji „Mimo Wszystko”. To bardzo inspirujące.

M.K.:
Podziwiam osoby, które dorobiły się fortun i nie zamykają się w swoim hermetycznym świecie, tylko czują potrzebę dzielenia się tym, co mają. To jest absolutnie godne docenienia. Natomiast niesamowite są też historie ludzi, którzy mimo niełatwych okoliczności, w jakich się znaleźli, odnajdują siłę, by podać rękę innym. Takim niekwestionowanym autorytetem jest dla mnie Ewa Błaszczyk.

A.L.:
To prawda. Polecam zresztą wywiad z panią Ewą na moim blogu w cyklu „Sztuki walki”.

M.K.:
Niesamowita osoba. Potrafiła swoje nieszczęście przekuć w siłę. Stworzyła klinikę Budzik, która jest ewenementem na skalę nie tylko Polski, ale i Europy, poruszyła niebo i ziemię i ma nieprawdopodobne wyniki. Dla mnie jest inspiracją i przykładem tego, że nigdy nie wolno się poddawać. Drugim moim autorytetem jest kardynał Konrad Krajewski, jałmużnik papieski. Poznałam go dziesięć lat temu. Pracował z Janem Pawłem II, teraz pracuje z Franciszkiem. Od lat pomaga bezdomnym na ulicach Rzymu, także Polakom – przygotowuje i rozdaje kanapki, organizuje wigilie, oddał uchodźcom swoje skromne mieszkanie. Przekonał papieża do tego, żeby zbudować prysznice w krużgankach watykańskich, gdzie bezdomni mogą się umyć, dostać czystą bieliznę, a ostatnio z jego inicjatywy otwarto watykańską noclegownię dla bezdomnych. Swoimi działaniami przywraca tym ludziom godność i przypomina nam, czym powinno być pomaganie.

Rozmawiamy przy okazji akcji „Zwierciadła”, w której chodzi o wsparcie Centrum Zdrowia Dziecka. Obie jesteście zaangażowane w pomaganie pacjentom tego szpitala. Dlaczego właśnie Centrum?

A.L.:
Wcześniej pomagaliśmy z mężem pojedynczym dzieciom, ale pojawiało się coraz więcej próśb. Stwierdziliśmy więc, że przeznaczymy większą sumę na jeden duży cel związany z dziećmi. Wybraliśmy CZD dlatego, że tu leczone są dzieci z całej Polski.

M.K.:
Z CZD związana jestem poprzez fundacje, w których działam od lat. Mam na myśli Fundację „Mam Marzenie”, której jestem ambasadorką, oraz Nasze Dzieci, założoną przez Ewę Gorzelak. Pamiętam jak dawno temu, w trakcie zdjęć do „M jak miłość”, spotkałam Ewę, która opowiedziała mi o swoim chorym na raka synku uratowanym przez lekarzy CZD i o tym, że w dowód wdzięczności założyła fundację. Zaangażowałam się w zorganizowaną przez nią zbiórkę pieniędzy na plac zabaw przy Centrum, bo to bardzo ważne, żeby dzieci miały w szpitalu zajęcia, które pomogą im zapomnieć o chorobie. Często też poprzez naszą fundację spełniamy marzenia małych pacjentów CZD.

Obie jesteście mamami. Czy to miało wpływ na to, że działacie właśnie na rzecz CZD?

A.L.:
O zaangażowaniu się w pomoc CZD zdecydowaliśmy rzeczywiście, gdy córeczka była już na świecie. Ale nie dlatego, że ona nas zmieniła, bo pomagaliśmy też przed jej narodzinami. Pamiętam pierwszą wizytę w dziecięcym szpitalu na oddziale onkologicznym, jeszcze w czasach narzeczeństwa. Robert, znając moje reakcje, radził, żebym nie wchodziła na oddział. Bardzo tę wizytę przeżyłam, byłam zdruzgotana tym, że dzieci tak cierpią. Potem, chwilę po urodzeniu Klary, też byliśmy z Robertem na tym oddziale. Rodzice jednego z dzieci poprosili nas o rozmowę, ale się popłakali. Ja też pękłam, nie byłam na taki ogrom nieszczęścia przygotowana. Ale z każdą następną wizytą radziłam sobie lepiej. Teraz już wiem, że dzieciom trzeba dać dobrą energię, a nie płakać. Jesteśmy z Robertem w stałym kontakcie z CZD, organizujemy tu różne akcje, odwiedzamy dzieci. Widzimy, że to dla nich i szpitala ważne. Pamiętam odwiedziny u ciężko chorego Tymka, który jako zapalony piłkarz koniecznie chciał poznać Roberta. Powiedział, że ma taki plan, że jak wyzdrowieje, to będzie grał w piłkę. Dowiedzieliśmy się po jakimś czasie, że rzeczywiście wyzdrowiał! Jacy byliśmy wtedy szczęśliwi!

M.K.
: Kiedy Jaś miał dwa miesiące, odwiedziłam dzieci na oddziale onkologicznym w Centrum Zdrowia Dziecka. To było spotkanie świąteczne, przygotowałam dla nich prezenty, a ten dzień zapamiętam do końca życia. Po raz pierwszy byłam w CZD jako mama. To było dla mnie wstrząsające przeżycie, bo na oddziale są też malutkie dzieci w wieku mojego synka. To takie chwile, gdy głos ci odbiera i bardzo trudno opanować łzy. Widzisz dzieci wymęczone chorobą, cierpienie, którego nie umiesz sobie wytłumaczyć. Mówisz, że wszystko będzie dobrze, ale tego nie wiesz. Trzeba wierzyć, modlić się, żeby tak było. Wiem, że sens takiej wizyty to niesienie wsparcia, uśmiechu, nadziei i odwrócenie choć na chwilę uwagi od choroby. To wielka lekcja. Uświadamiamy sobie wtedy, jakie mamy szczęście, i jednocześnie, jak często przechodzimy do porządku dziennego nad czymś, co dla innych jest największym marzeniem.

Małgorzata Kożuchowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE) Małgorzata Kożuchowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
"Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą. Co często nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić"
Jest taka słynna modlitwa Świętego Franciszka. Czytamy w niej, że „dając, dostajemy”. Co wy, dając, dostajecie?

M.K.:
Gdy widzę, że to, co robię, przynosi efekty, jestem po prostu szczęśliwa. Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem czy pychą, które są związane z moim zawodem. Czasem łapię się na tym, że wszystko kręci się wokół moich projektów i moich spraw. A praca w fundacji i własna rodzina pomagają mi z tego kręgu wyjść i zobaczyć świat z innej perspektywy.

A.L.:
Co dostaję? Wielką radochę. Ktoś opowiadał mi, że komuś pomógł, a potem nieoczekiwanie spotkało go coś miłego, czego się nie spodziewał. Dobro zawsze wraca, jestem o tym przekonana. Jak zasmakuje się sprawiania ludziom radości, to już nie można przestać. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Ale to pozytywne uzależnienie.

M.K.:
Zgadzam się z tobą, właśnie tak jest. Dzięki pomaganiu małymi kroczkami można uczynić świat lepszym.

  1. Zwierciadło poleca

Backstage z sesji do styczniowego numeru "Zwierciadła" - na okładce Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska

Małgorzata Kożuchowska i Anna Lewandowskiej w czasie sesji dla Zwierciadła
Małgorzata Kożuchowska i Anna Lewandowskiej w czasie sesji dla Zwierciadła
Na okładce styczniowego numeru naszego pisma znalazł się portret dwóch gwiazd - Anny Lewandowskiej i Małgorzaty Kożuchowskiej. Zobaczcie kulisy powstawania tego i innych zdjęć z ich udziałem do tego numeru.

Na okładce styczniowego numeru naszego pisma znalazł się portret dwóch gwiazd - Anny Lewandowskiej i Małgorzaty Kożuchowskiej. Zobaczcie kulisy powstawania tego i innych zdjęć z ich udziałem, które znalazły się w tym numerze.