1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla
Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Legendarny francuski reżyser Jacques Lassalle nazwał ją wielką aktorką teatralną. Ale to role w serialach „M jak miłość”, „Rodzinka.pl” czy „Druga szansa” przyniosły jej popularność. Teraz zagrała w nowym filmie Patryka Vegi „Plagi Breslau”, wraca do Teatru Narodowego i znowu wszystko ma przed sobą.

„To aktorzyca” – powiedziała o tobie wielka aktorka Hanna Skarżanka, u której boku zagrałaś na trzecim roku studiów w telewizyjnym spektaklu Wiesława Komasy. Co to właściwie znaczy?
To aktorka, która gra na stówę bez asekuracji. Pełnokrwista. Szukająca wyzwań. Podejmująca walkę.

Kiedy grałaś te pierwsze role, umiałaś zawalczyć?
Po dyplomie dostałam rolę w musicalu „Człowiek z La Manchy” w reżyserii Jerzego Gruzy w Teatrze Dramatycznym. Okazało się, że będę grała na zmianę z trzema aktorkami. Kiedy ćwiczony był jakiś numer muzyczny, wchodziły po kolei na scenę pani pierwsza, pani druga, pani trzecia. Siedziałam na widowni. Za każdym razem musiałam się zgłosić: „Przepraszam, jeszcze ja”. „O Boże…” – mówił Jerzy Gruza. Dałabym wszystko, aby ktoś mnie stamtąd zabrał, żebym na tę scenę nie musiała wychodzić. Wstydziłam się, nie byłam taka pewna siebie: „Wow, wejdę i rozwalę system”. Pierwszy raz w życiu grałam w teatrze i byłam jedną wielką tremą. Ale walczyłam.

Jesteś fajterką?
Walkę mam w charakterze.

Kiedy to odkryłaś?
O, zawsze to miałam. Patrick Yoka, reżyser „Rodzinki.pl”, śmieje się, że trzeba mieć w sobie geny frontmana, żeby pociągnąć kilka sezonów serialu i się nie wykończyć. W domu byłam najstarsza, więc decydowałam, w co się z siostrami bawimy, ale też czułam odpowiedzialność. To się potem przełożyło na społeczność szkolną. Byłam przewodniczącą klasy i nawet prezydentem szkoły.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Zagrałaś w nowym filmie Patryka Vegi. Charakteryzacja całkowicie cię zmieniła, a dziennikarze pytali, czy to nie zaszkodzi twoim kontraktom… Żenująca rzeczywistość, w której aktor musi się tłumaczyć z charakteryzacji. Ale pomyślałem, że może jesteś w gorsecie swojego wizerunku. Czy on cię nie uwiera?
Mnie nie, ale myślę, że innych tak – inaczej byś o to nie pytał. Gorset wizerunku, jak to plastycznie nazwałeś, nie ma jednak żadnego wpływu na moją wewnętrzną wolność, na moje zawodowe wybory. Rano mogę w dresach i trampkach jechać na plan, przez pół dnia grać prostytutkę morderczynię, która ucieka z zakładu psychiatrycznego, po południu wrócić do domu i szaleć na trampolinie z moim synem, a wieczorem odpicować się na czerwony dywan. Pytanie za sto punktów: Kim tego dnia jestem naprawdę? Dresiarą, kilerką, mamą czy damą na salonach? Odpowiedź jest prosta: ciągle tą samą Małgorzatą Kożuchowską, zakładam maski, zmieniam się zewnętrznie, ale pozostaję sobą.

Skąd bierze się więc ten „gorset”?
Ludzie tworzą sobie obraz drugiego człowieka na podstawie tysiąca małych elementów – dotyczy to zwłaszcza osób publicznych, np. aktorów, bo siłą rzeczy tych szczegółów dostępnych na ich temat jest znacznie więcej. Strumień informacji dotyczących mnie, pojawiających się w przestrzeni publicznej, jest nie do opanowania. Ile w tym wszystkim jest prawdy o mnie? O aktorce, o człowieku, kobiecie, matce? Niewiele. I tu właśnie tkwi problem. Te tysiące puzzli, z których ludzie układają sobie Kożuchowską, składa się w większości z zafałszowanych, przekłamanych, przeinaczonych, podsłuchanych informacji.

Masz na to jakiś wpływ?
Czy to jest dziś w ogóle możliwe?! Albo inaczej – czy ja chcę mieć na to wpływ? Czy chcę poświęcać czas i życie na to, żeby tego pilnować? Nie chcę. Tłumaczenie się ze swojej pracowitości, profesjonalizmu, z charakteru zawodu, jaki uprawiam, jest dla mnie żenujące. Niedawno odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z uznanym reżyserem o dużym dorobku artystycznym. „Pytam swoich castingowców (reżyserów obsad) o poszczególnych aktorów, m.in. o ciebie. Podaję nazwisko i proszę o jedno słowo charakterystyki”. „No i co? Jak mnie określili?” – zapytałam. „Katolka” – odpowiedział. Ale co to znaczy „katolka”? „To znaczy sekciara”. Sekciara?! Brzmi groźnie... Czyli że co? Wiara w Boga czyni cię sekciarzem? Co to w ogóle oznacza w odniesieniu do aktora? Traktuje się mnie inaczej, bo chodzę w niedzielę do kościoła? To ma mnie dyskwalifikować? Co to ma w ogóle wspólnego z zawodem, jaki wykonuję? Nie wiem, może ktoś się obawia, że zacznę na planie nauczać albo nawracać?

Nie składasz deklaracji?
Jestem w tym środowisku od lat. Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że kwestie religii, polityki i światopoglądu są ostatnimi tematami, jakie sama inicjuję. Jeśli ktoś mnie zapyta, odpowiadam bez problemu, ale sama jestem ostatnią, którą zobaczysz na wiecu politycznym, w komitecie poparcia, honorowym itp. Podaj mi jeden przykład, nie trzy, nie pięć – jeden, gdy było inaczej. Nasza rozmowa po raz kolejny uświadamia mi, że pewne drzwi są dla mnie zamknięte. Być może na zawsze, może na jakiś czas. Nie żalę się, żeby było jasne, stwierdzam fakt. Akurat ten reżyser rozmawiał ze mną, bo był mnie ciekawy. I miał w sobie odwagę, żeby się czegoś o mnie dowiedzieć. Być może to jest klucz – odwaga. Myślę, że trzeba mieć gotowość do zmierzenia się z „wizerunkiem Kożuchowskiej”. Nie ze mną samą, ale z przemysłem informacyjnym, który „wizerunek Kożuchowskiej” tworzy.

Płacisz za to, jak postrzegają cię inni?
Zawodowo? Tak. Ostatecznie najważniejsze, że sama wiem, na co mnie stać. Nigdy sobie nie odpuszczam. Jeżeli się na coś decyduję, rzucam się w to w stu procentach, z pasją i poczuciem odpowiedzialności. Kiedy dostaję rolę w serialu i chcę ją zagrać, nie jest mi wszystko jedno, jaki będzie następny sezon. Nie jadę na wakacje, tłumacząc: „Dobra, wrócę, to się dowiem”. No, nie robię tak. Rozmawiam, coś proponuję, robimy burzę mózgów…

„Drugą szansę” pisano dla ciebie.
Tak się mówi, ale nie jestem taka naiwna. Gdybym nie przyjęła tej propozycji, zagrałaby inna aktorka, też z przekonaniem, że to dla niej. Wolę tak myśleć, to mój wentyl bezpieczeństwa, jak coś nie wypali, nie wpadam w depresję, jak mamy sukces, nie zadzieram nosa. Dziś pracujemy w TVN-ie nad kolejnym projektem i mam w nim swoje miejsce. Wiem, że na nie zapracowałam, ale taka lojalność stacji w naszej branży to rzadkość. Ostatnio podczas zdjęć do „Plag Breslau” Patryk Vega powiedział: „Piszę dla ciebie rolę”. „Wow! To się nie dzieje naprawdę...” – pomyślałam. Chciałam z nim pracować, bo widziałam, jak patrzy na aktorów, nie boi się ryzyka, jaki jest bezkompromisowy. To jest mi bliskie. A rzadko zdarza mi się, żeby ktoś uwierzył, że taka jestem.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Jak trafiłaś do Vegi?
Sama poprosiłam agentkę, żeby się do niego odezwała. Umówiliśmy się na rozmowę. Była zaskakująco szczera, jak na rozmowę z kimś, kogo widzi się pierwszy raz. Powiedział, że ma wiele projektów i jeśli coś będzie dla mnie, odezwie się. No i odezwał się z propozycją zagrania jednej z ról w „Plagach Breslau”. Odpisałam, że chętnie się w to zanurzę, bo nigdy czegoś takiego nie grałam. Odpisał: „You made my day!”. Po dwóch tygodniach dostałam kolejny SMS: „Uwaga, zmiana, proponuję ci główniaka”.

I kogo grasz?
Policjantkę z dochodzeniówki, która tropi seryjnego mordercę. Jest w trudnym momencie życia, bo w wypadku zginął jej narzeczony. Jest zgaszona, bez motywacji, samotna. Sprawa, którą prowadzi, trzyma ją w jako takiej kondycji. Powoli odzyskuje chęć do życia i działania.

Zaskoczyłaś siebie?
Grając? Tak. Miałam kamizelkę policyjną, broń w kaburze, karabin maszynowy w rękach, ileś razy biegałam z tym karabinem po nasypach kolejowych, opuszczonych fabrykach. Było strasznie gorąco, byłam mokra i przed kolejnym dublem usiadłam w samochodzie, żeby chwilę odpocząć. Siedząc tak, nagle zobaczyłam siebie biegnącą z tym karabinem i pomyślałam: „Gośka, ale masz czaderski zawód. Pomyślałabyś, że jako 47-letnia kobieta będziesz biegać z giwerą?”. To absolutnie odmładzające, niepasujące do mojego wieku. Aktorstwo wykracza poza wiek. Bo wiek jest nieistotny.

Pięć lat temu mówiłaś mi, że czekasz na reżysera, który cię pociągnie za włosy i przeczołga po scenie.
To się zmieniło. Czy ktoś musi mnie wytarmosić za włosy? Niekoniecznie. Niech mi da zabawki i do końca ma ochotę ze mną nimi grać. Jeśli reguły gry będą wymagały ode mnie przeczołgania się po deskach, to się przeczołgam.

Dawno cię nie było na scenie. Za którą z tych kobiet, które grałaś, tęsknisz?
Tęsknię za Tatianą z „Miłości na Krymie” Jerzego Jarockiego, za Candy z „Niezidentyfikowanych szczątków ludzkich” Grzegorza Jarzyny. Za mało spektakli zagraliśmy. To role, dla których musiałam wyjść ze strefy komfortu. Takie role, które osobiście dotykają, wymagają poświęceń, każą przekraczać granice, mocne, ryzykowne, chciałabym grać.

Czy te postaci zostały z tobą?
Dawały mocne przeżycia. To jak z dawnymi miłościami, przemijają, niby ich już nie ma, ale ślad zostaje.

Candy – prowokująca, inteligentna, naiwna, zatracająca się. Spektakl Jarzyny był wówczas, 20 lat temu, obyczajowym skandalem i wyznaczał teatrowi nowy kierunek. Jest w tobie tamto szaleństwo Candy?
Rozumiem, że pytasz, aby mnie sprowokować. Gdyby tego we mnie nie było, nie zostałabym aktorką. Była we mnie i jest potrzeba wchodzenia w cudzą skórę, przeżywania skrajnych emocji, eksplorowania cudzych, czasem trudnych doświadczeń. Chcę móc się czymś zadziwić, zachwycić. Ten zawód daje mi radość, adrenalinę, nakręca mnie.

Nie brakowało ci teatru?
Przez wiele lat myślałam, że brak pracy w teatrze będzie obniżał moje zawodowe poczucie wartości. Długo określałam siebie jako aktorkę, nie kobietę. Stawiałam zawód na pierwszym miejscu. To się zmieniło jeszcze przed urodzeniem syna. Teraz widzę, że traktowałam teatr jak wentyl bezpieczeństwa. Zrozumiałam, że znajduję się w innym miejscu, zdobyłam kolejne doświadczenia. Nie jest mi wszystko jedno, w czym gram. Chcę grać to, co mnie interesuje. Mam pokorę wobec drogi, a ona ma różne etapy, przystanki. Nie zjechałam z niej ani nie spadłam, hej! Czekanie też jest ważnym doświadczeniem. Mam ciekawość tego, co mnie czeka, co do mnie przyjdzie po tej przerwie, jak się odnajdę. Jestem już inna. Nie mam w sobie lęku. Nie chcę już być tylko elementem przedstawienia ani odtwórcą. Jestem twórcą.

I wracasz do Narodowego.
Właśnie kończy mi się urlop. Taką miałam umowę z dyrektorem. Po urodzeniu dziecka nie było dla mnie roli. Dostałam rolę w serialu, na tyle ciekawą, że ją wzięłam. Nakręciliśmy pięć sezonów „Drugiej szansy” i naście sezonów „Rodzinki.pl”. Byłam mamą małego dziecka i też nie wyobrażałam sobie, że po zdjęciach czy między zdjęciami wchodzę w próby. Wolny czas poświęcałam dziecku.

Zabierałaś na plan?
Tak, od trzeciego miesiąca. Karmiłam go jeszcze, więc jeździł ze mną codziennie na zdjęcia. Bardzo wcześnie zaczął mówić, że mama jest „aktojką”. To, że jestem na billboardach czy w telewizji, jest dla niego normalne. Pewnie myśli, że wszystkie mamy pojawiają się od czasu do czasu w telewizorze. Teraz już nie jeździ ze mną do pracy, bo jednak jak podrósł, zaczął się trochę nudzić. Wracam z planu o 19–20, rzucam torbę, myję ręce, przebieram się i idę do swojego dziecka. Jak mnie widzi, dostaje drugie życie, uaktywnia się. Czasami zasypia przed dziesiątą, kiedy ja już ledwo żyję…

Widzisz siebie w synu?
Robi moje miny. Jest bardzo podobny do mojego męża. Dopiero jak zacznie robić miny, upodabnia się do mnie. Ma poczucie humoru. Ma figle w oczach.

A ty miałaś figle w oczach?
Mam do dziś! Nie zauważyłeś?! Nie załamuj mnie.

Myślisz czasem: „Fajna jest ta Małgośka”?
No, fajna jest to babka. Nie ma w tym pychy.

Zawsze miałaś takie poczucie?
Że jestem fajną Małgośką? Tak. Ale czasem miałam też poczucie, że jakiejś siebie nie lubię. Tak było pod koniec pracy w serialu „M jak miłość”. Wchodziłam na plan i włączał mi się sarkazm, bo już nie chciałam tam być. Czułam, że muszę uciec, bo nie lubię siebie takiej, jaką się staję w tym miejscu. Ale muszę powiedzieć, że długo czułam się tam wspaniale, i to nie był zmarnowany czas ani przegrana.

Wiele razy w życiu tak uciekałaś?
Parę. Intuicja jest dobra. Nauczyłam się jej słuchać.

 

Czy kiedy zaczynałaś w tym zawodzie, wyobrażałaś sobie przyszłość? Choćby patrząc na Elżbietę Czyżewską. Grałyście razem w spektaklu Piotra Cieślaka „Szósty stopień oddalenia”. Wyjechała z Polski w 1968 roku jako gwiazda. W Stanach nie zrobiła kariery. Wróciła do Polski i nikt się nią nie interesował.
Wróciła do innego kraju niż ten, z którego wyjechała. Mieszkała w teatrze, w pokoju gościnnym. Spektakl nie okazał się sukcesem, który by ją uniósł. Ten powrót był dla niej trudny. Była kłębkiem nerwów. Nie myślałam wtedy, że ten zawód jest… jazdą bez trzymanki, która może się skończyć wywrotką. Jako świeże absolwentki szkoły teatralnej dałyśmy z koleżankami z roku nasz pierwszy telewizyjny wywiad. Zapytano nas, co chciałybyśmy osiągnąć za 10–20 lat w zawodzie… [Długa pauza]. Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, bo miałam 24 lata, ale powiedziałam, że chciałabym być szanowana. To chyba pierwotny instynkt samozachowawczy tak na mnie zadziałał; otóż nie uśmiechała mi się zarezerwowana dla aktorów wizja pochówku poza murami cmentarza – jakoś zawsze jednak raźniej w kupie... Do dziś się z tego śmiejemy. Wiem, że czasy nie są ku temu. Szacunek?! Who cares! To jest w mojej głowie i pewnie nie ma co się tym dzielić. Często płacę za swoją szczerość. A od takich aktorek jak Elżbieta Czyżewska uczyłam się klasy współpracowania z innymi.

Nie słyszałem o tobie złego słowa.
Ostatnio na planie u Vegi usłyszałam: „Jestem tobą zadziwiony”. „Ale co?!” – zaniepokoiłam się. „Myślałem, że będziesz wymagała nie wiadomo czego, miała pretensje, że w obrazku wyglądasz inaczej, niż sobie zaplanowałaś”. „Nie wierzę” – odpowiedziałam. Często się zdarza, że ludzie myślą: „Teraz przyjdzie i będzie odstawiała gwiazdę…”. Nie widzę powodu, żeby odgrywać kogoś, kim nie jestem i nie byłam. W pracy nie mam na to ani czasu, ani przestrzeni. Mam zadania, na których muszę się skupić. Muszę pokonać wszystkie fale, mielizny, trudności, w końcu dobijam do brzegu i mogę sobie powiedzieć: „Gośka, dałaś radę! Jest moc!”.

Dlatego płakałaś, gdy kończyliście zdjęcia u Vegi?
Jestem emocjonalna. Zdarza się, że tak reaguję. Na czas zdjęć dzielę swoje życie z ekipą. Razem płyniemy tym statkiem. Koniec mnie wzrusza. Znowu przeżyłam coś mocnego, ważnego. I to się nie powtórzy.

Na zakończenie „Drugiej szansy” zaśpiewałaś.
I też się rozsypałam, bo przykro mi było, że ta wspólna przygoda się kończy. Michał Żurawski powiedział kiedyś: „Słuchaj, spędzam z tobą więcej czasu niż z moją żoną”. Odpowiedziałam: „I vice versa”. W finale odcinka specjalnego śpiewałam: „Jeśli kogoś kochasz, jeśli wiesz/Czym jest miłość, jaki jest jej sens/Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz/Mów do mnie szeptem/Co dalej jest?/Co dalej jest [...]”. Stałam na scenie w białej ślubnej sukni, patrzyłam na moich kolegów pod sceną, myślałam, jak to jest, że jeszcze mogłam założyć suknię ślubną. Od tej białej sukni w „Poskromieniu złośnicy” Warlikowskiego minęły lata…

Co dalej jest?
Co jest? Dalej jest ogromna otwarta przestrzeń, coś do mnie z niej przyjdzie, po coś sama wyciągnę rękę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Kultura

Grzegorz Damięcki - aktor "Belfra" i "Watahy" prywatnie

Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było?
Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie.
Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał?
Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił?
Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta...
Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki?
Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor) Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens...
W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem.
Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd?
Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie?
Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną.
Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek.
Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.

 

  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel...

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia? 
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem...
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...

  1. Kultura

Helen Mirren - spełniona jako aktorka i żona

Helen Mirren (fot. Forum)
Helen Mirren (fot. Forum)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Grywa najczęściej królowe i zołzy. Zawsze jednak stara się pokazać ich bezbronność. Niedawno na Festiwalu Filmowym w Berlinie otrzymała honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości. Jednak zapytana o największe życiowe osiągnięcie Helen Mirren odpowiada, że szczególnie wdzięczna jest losowi za szczęśliwe małżeństwo.

Podobno jest pani introwertyczką.
Tak naprawdę mam dwoistą naturę, choć rzeczywiście bliżej mi do introwertyczki. Lubię wchodzić w siebie, ale także zanurzać się w psychikę moich bohaterek. Przy czym nie mam problemów z ekspresją emocji, które w nich odkryję. W życiu prywatnym jestem osobą kontaktową, nie zamykam się w sobie. W moim przypadku ta dwoistość być może ma związek z pochodzeniem. Jestem pół Rosjanką i pół Angielką. Wywodzę się z arystokratycznej rodziny, która w trakcie rewolucji październikowej przebywała w Anglii i gdzie pozostała w obawie o własne życie. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Jelena Wasilijewna Mironowa. Mój ojciec, Wasilij Piotrowicz Mironow był Rosjaninem, a mama Brytyjką. Kiedy miałam siedem lat, tata zdecydował się zmienić nazwisko na Mirren, bo chciał się zasymilować. Uważał, że bycie imigrantem nam nie pomoże, że tylko asymilacja zapewni poczucie bezpieczeństwa.

To musiało być ciekawe dzieciństwo: pani matka pochodziła z klasy robotniczej, a ojciec wywodził się ze świata rosyjskiej dyplomacji.
Rodzina mojej mamy pochodziła z East Endu, ona urodziła się w West Hamie. Z kolei moja prababka ze strony ojca była hrabiną, ale już dziadek ze strony ojca trudnił się kupiectwem. Mój ojciec, kiedy przyjechał do Anglii, miał 16 lat i najpierw, żeby się utrzymać, pracował na East Endzie jako krawiec. Był nawet uczestnikiem zamieszek dokerów na Cable Street.

Sądzi pani, że mieszane pochodzenie klasowe i etniczne wpłynęło na pani zdolność do odgrywania ról w całym spektrum uwarunkowań społecznych?
Nie wiem, ale być może coś w tym jest. Trudno przykleić do mnie jakąś etykietkę. Ludzie, którzy pochodzą z ekonomicznie i klasowo różnych środowisk, faktycznie mają w sobie duże pokłady dowcipu, humoru, wrażliwości, a jednocześnie pewien rodzaj twardości, odporności, a te cechy w zawodzie aktora są bardzo pożądane.

Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO) Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO)

Podobno jako młoda aktorka była pani bardzo niepokorna, chciała pani mieć wpływ na swoje postaci, mimo, że nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem.
Tak. W młodości byłam bezkompromisowa. Kiedy Barrie Keeffe napisał wspaniały scenariusz do filmu „Długi Wielki Piątek”, a mnie zaangażowano do roli Victorii, zwróciłam uwagę na to, że choć wszystkie postaci były świetnie napisane, nie dotyczyło to mojej bohaterki. Victoria jako dziewczyna gangstera wydawała mi się nudna i bezbarwna, była tylko pięknym dodatkiem. Rozmawiałam o tym z reżyserem Johnem Mackenzie. Miałam swój pomysł na Victorię: nie chciałam, by pochodziła z klasy pracującej, ale by była dziewczyną z wyższych warstw społecznych. Bo wtedy ten kontrast między nią a gangsterem stawał się większy – jej postać zyskiwała zupełnie inny wymiar. Niestety w scenariuszu nic nie zostało zmienione, byłam więc wkurzona. Na szczęście dzięki wyrozumiałości Boba Hoskinsa, który był moim ekranowym partnerem, dotarło do mnie ostatecznie, że walka o przeforsowanie swojej wizji nie wyklucza kompromisu... (śmiech)

Kiedy myślę o pani rolach, kobiet silnych, pewnych siebie, wyrazistych, odważnych - zastanawiam się, czy prywatnie Helen Mirren jest do nich podobna.
No właśnie! Na ogół dostaję role kobiet zołzowatych... (śmiech) Nie rozumiem, dlaczego, bo na co dzień jestem bardzo uprzejmą, łagodną i miłą kobietą. Myślę, że tym, co przyciąga widzów do moich bohaterek, nie jest ich zołzowatość, ale bezbronność, zagubienie, słabość. Ta zołzowatość to przecież tylko zewnętrzność, maska, kamuflaż. Ja zawsze robię śledztwo, szukam właśnie tej bezbronności moich postaci. Ich siła, władza nie jest tak ciekawa jak ich słabości, jak to, co w nich głęboko ukryte przed światem.

Które ze swoich filmowych bohaterek lubi pani najbardziej?
Uwielbiałam pracować nad filmową adaptacją „Burzy” Julie Taymor. Oczywiście kręcenie Szekspira w wersji filmowej było bardzo trudne, ale sama rola była niesamowicie interesująca. Kocham takie wyzwania. Julie znacząco zmodyfikowała oryginalny tekst. Książę Mediolanu Prospero jest tutaj kobietą, księżniczką Prosperą, czyli moją bohaterką. Ta zmiana pociągnęła za sobą dalsze konsekwencje. O ile w większości dotychczasowych adaptacji „Burza” była opowieścią o bezkompromisowej walce o władzę, to nasza realizacja koncentrowała się na temacie walki płci. Z ról telewizyjnych najbardziej lubię policjantkę Jane Tennison z serialu „Główny podejrzany” według scenariusza Lyndy La Plante.

Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym 'Główny podejrzany' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym "Główny podejrzany" (fot. BEW PHOTO)

Dlaczego?
Jane nie jest ani podręcznikową feministką, ani dziewczęcą dziewczyną. Jest ambitną, niecierpliwą kobietą i pod wieloma względami zachowuje się jak mężczyzna. Ale nie jest to silna, jednorodna osobowość. Zaintrygowała mnie jej słabość w niektórych obszarach i podatność na ataki, skupiłam się na jej ambicjach, obsesjach, wadach. Rozpoznałam ją w sobie. Prywatnie wiele mnie z nią łączy. Nie przygotowywałam się do tej roli w jakiś szczególny sposób. Po prostu przychodziłam na plan i wszystko się zaczynało. Miałam wielkie szczęście, że mi ją wtedy zaproponowano. Takich bohaterek nie było w tamtych czasach ani w kinie, ani w telewizji. To była bardzo odważna decyzja producentów. W dodatku powierzyli najważniejszą rolę 45-letniej kobiecie. Pamiętam, że któregoś dnia Lynda przyjechała na plan i udzieliła mi cennej rady. Chodziło o to, bym przestała się uśmiechać, bo Jane nie chciała się integrować z otoczeniem. Tymczasem kobiety tak mają, że ciągle się uśmiechają, bo chcą być miłe i dobrze postrzegane przez zespół.

Dzięki tej roli stała się pani aktorką filmową?
Moje zawodowe wybory napędzane są wyłącznie dążeniem do robienia rzeczy, których nie robiłam wcześniej, a które uznaję za interesujące. Detektyw Jane Tennison była świetnie napisaną postacią. Wiedziałam, że mogą nam skasować serial po kilku odcinkach, jeśli wyniki będą słabe. Były rewelacyjne, a przecież kiedy trafiłam na plan, nie miałam pojęcia, co robić i jak ustawić się do kamery, bo wcześniej całe lata grałam tylko i wyłącznie w teatrze.

Dla mnie genialna była także pani kreacja Georginy Spica w filmie Petera Greenawaya...
Niedawno ponownie obejrzałam „Kucharza, złodzieja, jego żonę i jej kochanka” i jeszcze bardziej mi się ten film spodobał. To historia nadużyć, przemocy, ale także wyzwolenia i samostanowienia. Z jednej strony moja Georgina jest kobietą, która mści się za okrucieństwo ze strony męża, z drugiej przemawia przez nią jej seksualność. To właśnie kochałam w tej postaci. I ludzie też ją pokochali. Po premierze przez jakiś czas mogłam dostać dowolny stolik w dowolnej restauracji w Anglii. Cieszyłam się też z tego, że znów mogę pracować z Alanem Howardem, cudownym aktorem szekspirowskim. Wcześniej razem zagraliśmy w „Hamlecie”: on Hamleta, ja Ofelię. Chociaż w filmie Greenawaya Alan nic nie mówił, świetnie się wyczuwaliśmy. Kręciliśmy sceny seksu na całkowicie zaciemnionym planie, nie było widać ekipy. Towarzyszyła nam ciemna kotara i malutka dziurka na obiektyw kamery, która nas filmowała, a więc sytuacja była względnie prywatna i bardzo dla nas komfortowa.

Sceny seksu nigdy pani nie krępowały?
Ważne, by mieć bliską więź z reżyserem lub choreografem. Mój mąż, Taylor Hackford jest reżyserem i nakręcił najpiękniejszą scenę seksu, jaką widziałam w kinie: z Richardem Gere'em i Debrą Winger w filmie „Oficer i dżentelmen”. Oczywiście niekomfortowo być jedyną rozebraną osobą na planie pełnym ubranych facetów, ale jeśli ufasz reżyserowi i wiesz, po co jest ta scena, czemu ma służyć nagość – traktujesz to jako część zadania, pracy, a wtedy wstyd znika.

Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO)

Pani oscarowa "Królowa" w reżyserii Stephena Frearsa to kreacja, której nie każda aktorka by się podjęła.
Brytyjczycy mają bardzo szczególny stosunek do rodziny królewskiej. Kochają ją, a jednocześnie krytykują. Wiedziałam więc, że muszę być bardzo ostrożna w wypowiedziach na temat mojej bohaterki. Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, nie wiedziałam, od czego zacząć. Nie wiedziałam, jak Elżbietę II „ugryźć”, bo miałam do dyspozycji jedynie okropny dokument, ilustrujący, jak je śniadanie, albo sensacyjne doniesienia tabloidów. Szukałam więc jakichś innych inspiracji. W tym samym roku zagrałam Elżbietę I. Wiele czasu spędziłam, studiując jej portrety – chciałam poczuć, jak ją widzieli współcześni jej malarze. Pomyślałam, że i tym razem do tego wrócę. O ile Elżbieta I na obrazach była bardzo sztywna, sztuczna i majestatyczna, to Elżbieta II była kompletnym jej przeciwieństwem. Na portretach widać bardzo swobodną młodą kobietę, która pozwalała artystom, ale i fotografom robić, co chcą. To mnie ośmieliło. Poczułam się jak jeden z artystów, który stwarza portret monarchini swoimi aktorskimi metodami. Pokazuję, jak ja ją widzę. Dałam więc tej postaci moje jej rozumienie. To mnie wyzwoliło z lęku, przyniosło mi swobodę, pozwoliło uchwycić człowieka, jakąś prawdę pod tym dworskim ceremoniałem.

Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News) Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News)

Powiedziała pani kiedyś, że najgorsze, co aktor może zrobić, to spojrzeć w lustro. Co miała pani na myśli?
Aktorstwo musi pochodzić z wewnątrz. Oczywiście są elementy, które pochodzą z zewnątrz: kostium, makijaż, fryzura i inne rzeczy. Wszystko to jest niezwykle ważne, ale najważniejszym elementem spektaklu czy filmu jest to, co bierze się ze środka. Kiedy patrzysz w lustro i pytasz się, czy to, jak wyglądasz, robi odpowiednie wrażenie – popełniasz wielki błąd. Bo wtedy zabijasz w sobie spontaniczność, stajesz się drewnianą kukiełką. W działaniu musi być pewien element braku kontroli. Wydaje mi się, że gdy aktorzy starzeją się i mniej mogą polegać już na swoim młodzieńczym pięknie, mają wreszcie okazję zagrać postać w głębszy sposób. Tak spróbowałam to zrobić właśnie w „Królowej” i w „Głównym podejrzanym”.

Czy starzenie się ma swoje dobre strony?
O tak! Uwolnienie się od konieczności bycia wystarczająco ładną i wystarczająco młodą było dla mnie niczym wyzwolenie. Myślę, że dziś to się zmieniło, ale kiedy zaczynałam karierę, nagminnie obserwowałam, jak aktorki, szczerze mówiąc, nie tak dobre jak ja, ale o wiele ładniejsze – dostawały role w filmie i telewizji. Więc uwolnienie się od tego wymogu jest wielką artystyczną ulgą. Myślisz sobie: „ach, teraz naprawdę mogę skupić się na pracy”.

W wieku 70 lat została pani twarzą L’Oréal Paris. To chyba miłe uczucie?
Jestem zachwycona, że jestem najstarszą modelką z tak dużym (i lukratywnym) kontraktem kosmetycznym. Zawsze myślałam, że najwyższy czas, aby zrobił to ktoś w moim wieku, choć niekoniecznie ja. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego kremy dla kobiet od 50+ reklamują 25-latki. Ignorowanie kobiet po pięćdziesiątce koncernom po prostu się nie opłaca, ponieważ my wydajemy na produkty do pielęgnacji urody o wiele więcej niż młodsze klientki. Więc tak, przyjęłam propozycję udziału w kampanii reklamowej, ale nie zgodziłam się na retuszowanie zdjęć. Nie uważam, że jestem piękna, widzę, jak moje ciało i twarz z wiekiem się zmieniają, ale to nie jest najważniejsze. Wspaniałą rzeczą związaną ze starzeniem jest to, że po prostu mniej się tym przejmujesz.

Helen Mirren w 'Dziewczynach z kalendarza', ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren w "Dziewczynach z kalendarza", ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO)

Branża aktorska nadal mniej akceptuje starsze kobiety?
Istnieje głęboki seksizm w tym obszarze. Jako człowiek kina lubię oglądać na ekranie piękne twarze – to czysta przyjemność, ale jednocześnie chciałabym mieć różnorodność wyboru. Chciałabym móc oglądać twarze, z którymi ja jako dojrzała kobieta sama mogę się identyfikować.

Co uważa pani za swoje największe osiągnięcie?
Im dłuższe jest twoje życie, tym więcej pamiętasz, a ja mam niesamowite wspomnienia. Jestem szczególnie wdzięczna losowi za szczęśliwe małżeństwo. Kocham mojego męża, uwielbiam spędzać z nim czas, choć przyznaję, że niekiedy mam go dosyć. Jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. To naprawdę wielka radość spojrzeć wstecz i pomyśleć o tym wszystkim, co razem zrobiliśmy.

A co pani robi, kiedy nie pracuje?
Uwielbiam ogród. Jestem klasyczną damą z... sekatorem. Dużo czytam. Właśnie skończyłam „Światło, którego nie widać” Anthony'ego Doerra, fantastyczną powieść o drugiej wojnie światowej. Tak często jak to możliwe widuję się ze swoją siostrą Kate, farbujemy sobie nawzajem włosy. Lubię podróżować z mężem, szczególnie do Włoch, gdzie mamy dom i gdzie kobiety w każdym wieku, o różnych kształtach i rozmiarach, chodzą po plaży w bikini – wolne, pewne siebie i nieoceniane przez innych.

Helen Mirren podczas promocji serialu 'Katarzyna Wielka' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren podczas promocji serialu "Katarzyna Wielka" (fot. BEW PHOTO)

Helen Mirren, rocznik 1945. Jedna z najbardziej lubianych i nagradzanych brytyjskich aktorek. Laureatka Oscara za „Królową”, dwóch Złotych Globów („Królowa” i „Pożegnanie z Chase”) oraz kilku nagród Bafta za serial „Główny podejrzany”. Od 1997 roku szczęśliwa  w małżeństwie z reżyserem Taylorem Hackfordem, nie ma dzieci.