1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska: Walkę mam w charakterze

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla
Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Legendarny francuski reżyser Jacques Lassalle nazwał ją wielką aktorką teatralną. Ale to role w serialach „M jak miłość”, „Rodzinka.pl” czy „Druga szansa” przyniosły jej popularność. Teraz zagrała w nowym filmie Patryka Vegi „Plagi Breslau”, wraca do Teatru Narodowego i znowu wszystko ma przed sobą.

„To aktorzyca” – powiedziała o tobie wielka aktorka Hanna Skarżanka, u której boku zagrałaś na trzecim roku studiów w telewizyjnym spektaklu Wiesława Komasy. Co to właściwie znaczy? To aktorka, która gra na stówę bez asekuracji. Pełnokrwista. Szukająca wyzwań. Podejmująca walkę.

Kiedy grałaś te pierwsze role, umiałaś zawalczyć? Po dyplomie dostałam rolę w musicalu „Człowiek z La Manchy” w reżyserii Jerzego Gruzy w Teatrze Dramatycznym. Okazało się, że będę grała na zmianę z trzema aktorkami. Kiedy ćwiczony był jakiś numer muzyczny, wchodziły po kolei na scenę pani pierwsza, pani druga, pani trzecia. Siedziałam na widowni. Za każdym razem musiałam się zgłosić: „Przepraszam, jeszcze ja”. „O Boże…” – mówił Jerzy Gruza. Dałabym wszystko, aby ktoś mnie stamtąd zabrał, żebym na tę scenę nie musiała wychodzić. Wstydziłam się, nie byłam taka pewna siebie: „Wow, wejdę i rozwalę system”. Pierwszy raz w życiu grałam w teatrze i byłam jedną wielką tremą. Ale walczyłam.

Jesteś fajterką? Walkę mam w charakterze.

Kiedy to odkryłaś? O, zawsze to miałam. Patrick Yoka, reżyser „Rodzinki.pl”, śmieje się, że trzeba mieć w sobie geny frontmana, żeby pociągnąć kilka sezonów serialu i się nie wykończyć. W domu byłam najstarsza, więc decydowałam, w co się z siostrami bawimy, ale też czułam odpowiedzialność. To się potem przełożyło na społeczność szkolną. Byłam przewodniczącą klasy i nawet prezydentem szkoły.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Zagrałaś w nowym filmie Patryka Vegi. Charakteryzacja całkowicie cię zmieniła, a dziennikarze pytali, czy to nie zaszkodzi twoim kontraktom… Żenująca rzeczywistość, w której aktor musi się tłumaczyć z charakteryzacji. Ale pomyślałem, że może jesteś w gorsecie swojego wizerunku. Czy on cię nie uwiera? Mnie nie, ale myślę, że innych tak – inaczej byś o to nie pytał. Gorset wizerunku, jak to plastycznie nazwałeś, nie ma jednak żadnego wpływu na moją wewnętrzną wolność, na moje zawodowe wybory. Rano mogę w dresach i trampkach jechać na plan, przez pół dnia grać prostytutkę morderczynię, która ucieka z zakładu psychiatrycznego, po południu wrócić do domu i szaleć na trampolinie z moim synem, a wieczorem odpicować się na czerwony dywan. Pytanie za sto punktów: Kim tego dnia jestem naprawdę? Dresiarą, kilerką, mamą czy damą na salonach? Odpowiedź jest prosta: ciągle tą samą Małgorzatą Kożuchowską, zakładam maski, zmieniam się zewnętrznie, ale pozostaję sobą.

Skąd bierze się więc ten „gorset”? Ludzie tworzą sobie obraz drugiego człowieka na podstawie tysiąca małych elementów – dotyczy to zwłaszcza osób publicznych, np. aktorów, bo siłą rzeczy tych szczegółów dostępnych na ich temat jest znacznie więcej. Strumień informacji dotyczących mnie, pojawiających się w przestrzeni publicznej, jest nie do opanowania. Ile w tym wszystkim jest prawdy o mnie? O aktorce, o człowieku, kobiecie, matce? Niewiele. I tu właśnie tkwi problem. Te tysiące puzzli, z których ludzie układają sobie Kożuchowską, składa się w większości z zafałszowanych, przekłamanych, przeinaczonych, podsłuchanych informacji.

Masz na to jakiś wpływ? Czy to jest dziś w ogóle możliwe?! Albo inaczej – czy ja chcę mieć na to wpływ? Czy chcę poświęcać czas i życie na to, żeby tego pilnować? Nie chcę. Tłumaczenie się ze swojej pracowitości, profesjonalizmu, z charakteru zawodu, jaki uprawiam, jest dla mnie żenujące. Niedawno odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z uznanym reżyserem o dużym dorobku artystycznym. „Pytam swoich castingowców (reżyserów obsad) o poszczególnych aktorów, m.in. o ciebie. Podaję nazwisko i proszę o jedno słowo charakterystyki”. „No i co? Jak mnie określili?” – zapytałam. „Katolka” – odpowiedział. Ale co to znaczy „katolka”? „To znaczy sekciara”. Sekciara?! Brzmi groźnie... Czyli że co? Wiara w Boga czyni cię sekciarzem? Co to w ogóle oznacza w odniesieniu do aktora? Traktuje się mnie inaczej, bo chodzę w niedzielę do kościoła? To ma mnie dyskwalifikować? Co to ma w ogóle wspólnego z zawodem, jaki wykonuję? Nie wiem, może ktoś się obawia, że zacznę na planie nauczać albo nawracać?

Nie składasz deklaracji? Jestem w tym środowisku od lat. Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że kwestie religii, polityki i światopoglądu są ostatnimi tematami, jakie sama inicjuję. Jeśli ktoś mnie zapyta, odpowiadam bez problemu, ale sama jestem ostatnią, którą zobaczysz na wiecu politycznym, w komitecie poparcia, honorowym itp. Podaj mi jeden przykład, nie trzy, nie pięć – jeden, gdy było inaczej. Nasza rozmowa po raz kolejny uświadamia mi, że pewne drzwi są dla mnie zamknięte. Być może na zawsze, może na jakiś czas. Nie żalę się, żeby było jasne, stwierdzam fakt. Akurat ten reżyser rozmawiał ze mną, bo był mnie ciekawy. I miał w sobie odwagę, żeby się czegoś o mnie dowiedzieć. Być może to jest klucz – odwaga. Myślę, że trzeba mieć gotowość do zmierzenia się z „wizerunkiem Kożuchowskiej”. Nie ze mną samą, ale z przemysłem informacyjnym, który „wizerunek Kożuchowskiej” tworzy.

Płacisz za to, jak postrzegają cię inni? Zawodowo? Tak. Ostatecznie najważniejsze, że sama wiem, na co mnie stać. Nigdy sobie nie odpuszczam. Jeżeli się na coś decyduję, rzucam się w to w stu procentach, z pasją i poczuciem odpowiedzialności. Kiedy dostaję rolę w serialu i chcę ją zagrać, nie jest mi wszystko jedno, jaki będzie następny sezon. Nie jadę na wakacje, tłumacząc: „Dobra, wrócę, to się dowiem”. No, nie robię tak. Rozmawiam, coś proponuję, robimy burzę mózgów…

„Drugą szansę” pisano dla ciebie. Tak się mówi, ale nie jestem taka naiwna. Gdybym nie przyjęła tej propozycji, zagrałaby inna aktorka, też z przekonaniem, że to dla niej. Wolę tak myśleć, to mój wentyl bezpieczeństwa, jak coś nie wypali, nie wpadam w depresję, jak mamy sukces, nie zadzieram nosa. Dziś pracujemy w TVN-ie nad kolejnym projektem i mam w nim swoje miejsce. Wiem, że na nie zapracowałam, ale taka lojalność stacji w naszej branży to rzadkość. Ostatnio podczas zdjęć do „Plag Breslau” Patryk Vega powiedział: „Piszę dla ciebie rolę”. „Wow! To się nie dzieje naprawdę...” – pomyślałam. Chciałam z nim pracować, bo widziałam, jak patrzy na aktorów, nie boi się ryzyka, jaki jest bezkompromisowy. To jest mi bliskie. A rzadko zdarza mi się, żeby ktoś uwierzył, że taka jestem.

Małgorzata Kożuchowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Adam Pluciński / MOVE Małgorzata Kożuchowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Jak trafiłaś do Vegi? Sama poprosiłam agentkę, żeby się do niego odezwała. Umówiliśmy się na rozmowę. Była zaskakująco szczera, jak na rozmowę z kimś, kogo widzi się pierwszy raz. Powiedział, że ma wiele projektów i jeśli coś będzie dla mnie, odezwie się. No i odezwał się z propozycją zagrania jednej z ról w „Plagach Breslau”. Odpisałam, że chętnie się w to zanurzę, bo nigdy czegoś takiego nie grałam. Odpisał: „You made my day!”. Po dwóch tygodniach dostałam kolejny SMS: „Uwaga, zmiana, proponuję ci główniaka”.

I kogo grasz? Policjantkę z dochodzeniówki, która tropi seryjnego mordercę. Jest w trudnym momencie życia, bo w wypadku zginął jej narzeczony. Jest zgaszona, bez motywacji, samotna. Sprawa, którą prowadzi, trzyma ją w jako takiej kondycji. Powoli odzyskuje chęć do życia i działania.

Zaskoczyłaś siebie? Grając? Tak. Miałam kamizelkę policyjną, broń w kaburze, karabin maszynowy w rękach, ileś razy biegałam z tym karabinem po nasypach kolejowych, opuszczonych fabrykach. Było strasznie gorąco, byłam mokra i przed kolejnym dublem usiadłam w samochodzie, żeby chwilę odpocząć. Siedząc tak, nagle zobaczyłam siebie biegnącą z tym karabinem i pomyślałam: „Gośka, ale masz czaderski zawód. Pomyślałabyś, że jako 47-letnia kobieta będziesz biegać z giwerą?”. To absolutnie odmładzające, niepasujące do mojego wieku. Aktorstwo wykracza poza wiek. Bo wiek jest nieistotny.

Pięć lat temu mówiłaś mi, że czekasz na reżysera, który cię pociągnie za włosy i przeczołga po scenie. To się zmieniło. Czy ktoś musi mnie wytarmosić za włosy? Niekoniecznie. Niech mi da zabawki i do końca ma ochotę ze mną nimi grać. Jeśli reguły gry będą wymagały ode mnie przeczołgania się po deskach, to się przeczołgam.

Dawno cię nie było na scenie. Za którą z tych kobiet, które grałaś, tęsknisz? Tęsknię za Tatianą z „Miłości na Krymie” Jerzego Jarockiego, za Candy z „Niezidentyfikowanych szczątków ludzkich” Grzegorza Jarzyny. Za mało spektakli zagraliśmy. To role, dla których musiałam wyjść ze strefy komfortu. Takie role, które osobiście dotykają, wymagają poświęceń, każą przekraczać granice, mocne, ryzykowne, chciałabym grać.

Czy te postaci zostały z tobą? Dawały mocne przeżycia. To jak z dawnymi miłościami, przemijają, niby ich już nie ma, ale ślad zostaje.

Candy – prowokująca, inteligentna, naiwna, zatracająca się. Spektakl Jarzyny był wówczas, 20 lat temu, obyczajowym skandalem i wyznaczał teatrowi nowy kierunek. Jest w tobie tamto szaleństwo Candy? Rozumiem, że pytasz, aby mnie sprowokować. Gdyby tego we mnie nie było, nie zostałabym aktorką. Była we mnie i jest potrzeba wchodzenia w cudzą skórę, przeżywania skrajnych emocji, eksplorowania cudzych, czasem trudnych doświadczeń. Chcę móc się czymś zadziwić, zachwycić. Ten zawód daje mi radość, adrenalinę, nakręca mnie.

Nie brakowało ci teatru? Przez wiele lat myślałam, że brak pracy w teatrze będzie obniżał moje zawodowe poczucie wartości. Długo określałam siebie jako aktorkę, nie kobietę. Stawiałam zawód na pierwszym miejscu. To się zmieniło jeszcze przed urodzeniem syna. Teraz widzę, że traktowałam teatr jak wentyl bezpieczeństwa. Zrozumiałam, że znajduję się w innym miejscu, zdobyłam kolejne doświadczenia. Nie jest mi wszystko jedno, w czym gram. Chcę grać to, co mnie interesuje. Mam pokorę wobec drogi, a ona ma różne etapy, przystanki. Nie zjechałam z niej ani nie spadłam, hej! Czekanie też jest ważnym doświadczeniem. Mam ciekawość tego, co mnie czeka, co do mnie przyjdzie po tej przerwie, jak się odnajdę. Jestem już inna. Nie mam w sobie lęku. Nie chcę już być tylko elementem przedstawienia ani odtwórcą. Jestem twórcą.

I wracasz do Narodowego. Właśnie kończy mi się urlop. Taką miałam umowę z dyrektorem. Po urodzeniu dziecka nie było dla mnie roli. Dostałam rolę w serialu, na tyle ciekawą, że ją wzięłam. Nakręciliśmy pięć sezonów „Drugiej szansy” i naście sezonów „Rodzinki.pl”. Byłam mamą małego dziecka i też nie wyobrażałam sobie, że po zdjęciach czy między zdjęciami wchodzę w próby. Wolny czas poświęcałam dziecku.

Zabierałaś na plan? Tak, od trzeciego miesiąca. Karmiłam go jeszcze, więc jeździł ze mną codziennie na zdjęcia. Bardzo wcześnie zaczął mówić, że mama jest „aktojką”. To, że jestem na billboardach czy w telewizji, jest dla niego normalne. Pewnie myśli, że wszystkie mamy pojawiają się od czasu do czasu w telewizorze. Teraz już nie jeździ ze mną do pracy, bo jednak jak podrósł, zaczął się trochę nudzić. Wracam z planu o 19–20, rzucam torbę, myję ręce, przebieram się i idę do swojego dziecka. Jak mnie widzi, dostaje drugie życie, uaktywnia się. Czasami zasypia przed dziesiątą, kiedy ja już ledwo żyję…

Widzisz siebie w synu? Robi moje miny. Jest bardzo podobny do mojego męża. Dopiero jak zacznie robić miny, upodabnia się do mnie. Ma poczucie humoru. Ma figle w oczach.

A ty miałaś figle w oczach? Mam do dziś! Nie zauważyłeś?! Nie załamuj mnie.

Myślisz czasem: „Fajna jest ta Małgośka”? No, fajna jest to babka. Nie ma w tym pychy.

Zawsze miałaś takie poczucie? Że jestem fajną Małgośką? Tak. Ale czasem miałam też poczucie, że jakiejś siebie nie lubię. Tak było pod koniec pracy w serialu „M jak miłość”. Wchodziłam na plan i włączał mi się sarkazm, bo już nie chciałam tam być. Czułam, że muszę uciec, bo nie lubię siebie takiej, jaką się staję w tym miejscu. Ale muszę powiedzieć, że długo czułam się tam wspaniale, i to nie był zmarnowany czas ani przegrana.

Wiele razy w życiu tak uciekałaś? Parę. Intuicja jest dobra. Nauczyłam się jej słuchać.

 

Czy kiedy zaczynałaś w tym zawodzie, wyobrażałaś sobie przyszłość? Choćby patrząc na Elżbietę Czyżewską. Grałyście razem w spektaklu Piotra Cieślaka „Szósty stopień oddalenia”. Wyjechała z Polski w 1968 roku jako gwiazda. W Stanach nie zrobiła kariery. Wróciła do Polski i nikt się nią nie interesował. Wróciła do innego kraju niż ten, z którego wyjechała. Mieszkała w teatrze, w pokoju gościnnym. Spektakl nie okazał się sukcesem, który by ją uniósł. Ten powrót był dla niej trudny. Była kłębkiem nerwów. Nie myślałam wtedy, że ten zawód jest… jazdą bez trzymanki, która może się skończyć wywrotką. Jako świeże absolwentki szkoły teatralnej dałyśmy z koleżankami z roku nasz pierwszy telewizyjny wywiad. Zapytano nas, co chciałybyśmy osiągnąć za 10–20 lat w zawodzie… [Długa pauza]. Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, bo miałam 24 lata, ale powiedziałam, że chciałabym być szanowana. To chyba pierwotny instynkt samozachowawczy tak na mnie zadziałał; otóż nie uśmiechała mi się zarezerwowana dla aktorów wizja pochówku poza murami cmentarza – jakoś zawsze jednak raźniej w kupie... Do dziś się z tego śmiejemy. Wiem, że czasy nie są ku temu. Szacunek?! Who cares! To jest w mojej głowie i pewnie nie ma co się tym dzielić. Często płacę za swoją szczerość. A od takich aktorek jak Elżbieta Czyżewska uczyłam się klasy współpracowania z innymi.

Nie słyszałem o tobie złego słowa. Ostatnio na planie u Vegi usłyszałam: „Jestem tobą zadziwiony”. „Ale co?!” – zaniepokoiłam się. „Myślałem, że będziesz wymagała nie wiadomo czego, miała pretensje, że w obrazku wyglądasz inaczej, niż sobie zaplanowałaś”. „Nie wierzę” – odpowiedziałam. Często się zdarza, że ludzie myślą: „Teraz przyjdzie i będzie odstawiała gwiazdę…”. Nie widzę powodu, żeby odgrywać kogoś, kim nie jestem i nie byłam. W pracy nie mam na to ani czasu, ani przestrzeni. Mam zadania, na których muszę się skupić. Muszę pokonać wszystkie fale, mielizny, trudności, w końcu dobijam do brzegu i mogę sobie powiedzieć: „Gośka, dałaś radę! Jest moc!”.

Dlatego płakałaś, gdy kończyliście zdjęcia u Vegi? Jestem emocjonalna. Zdarza się, że tak reaguję. Na czas zdjęć dzielę swoje życie z ekipą. Razem płyniemy tym statkiem. Koniec mnie wzrusza. Znowu przeżyłam coś mocnego, ważnego. I to się nie powtórzy.

Na zakończenie „Drugiej szansy” zaśpiewałaś. I też się rozsypałam, bo przykro mi było, że ta wspólna przygoda się kończy. Michał Żurawski powiedział kiedyś: „Słuchaj, spędzam z tobą więcej czasu niż z moją żoną”. Odpowiedziałam: „I vice versa”. W finale odcinka specjalnego śpiewałam: „Jeśli kogoś kochasz, jeśli wiesz/Czym jest miłość, jaki jest jej sens/Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz/Mów do mnie szeptem/Co dalej jest?/Co dalej jest [...]”. Stałam na scenie w białej ślubnej sukni, patrzyłam na moich kolegów pod sceną, myślałam, jak to jest, że jeszcze mogłam założyć suknię ślubną. Od tej białej sukni w „Poskromieniu złośnicy” Warlikowskiego minęły lata…

Co dalej jest? Co jest? Dalej jest ogromna otwarta przestrzeń, coś do mnie z niej przyjdzie, po coś sama wyciągnę rękę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Małgorzata Kożuchowska startuje z nową akcją #milionnamilion

"Milion na milion" to nowa akcja zainicjowana przez Małgorzatę Kożuchowską
Właśnie wystartowała akcja "Milion na milion" zainicjowana przez Małgorzatę Kożuchowską, której celem jest zapewnienie potrzebującym dzieciom sprzętu, umożliwiającego im uczestnictwo w zajęciach online, zdobywanie wiedzy i podjęcie walki o lepszą przyszłość. Pretekstem jest milionowa liczba obserwatorów konta aktorki na Instagramie.

Powszechny dostęp do edukacji to furtka do lepszej przyszłości. Tym bardziej w momencie, gdy ze względu na sytuację epidemiologiczną szkoły w całym kraju są zamknięte. W Polsce nawet pół miliona dzieci żyje w skrajnym ubóstwie. Edukacja jest często jedyną szansą na to, by ich sytuacja uległa poprawie, a szkoła stanowi okno na świat, o którym marzą. W obecnej sytuacji większość placówek oświatowych stara się realizować program nauczania zdalnie, do czego konieczny jest własny sprzęt. Jednak nie wszystkie rodziny mogą sobie pozwolić na jego zakup.

Małgorzata Kożuchowska, aktorka angażująca się od lat w działania na rzecz potrzebujących dzieci, postanowiła uruchomić zbiórkę środków, które w całości zostaną przekazane na zakup komputerów, laptopów i tabletów.  Na start przeznaczyła 30 000 PLN, które zasiliło konto inicjatywy. Pretekstem do tytułu akcji: „Milion na milion” jest milionowa liczba obserwatorów konta aktorki na Instagramie.

"Wierzę w ludzi i ich dobrą wolę. Te wszystkie osoby, które obserwują mnie w mediach społecznościowych to ogromny kapitał, który chcę jako osoba publiczna wykorzystać realizując projekt charytatywny. Pomyślałam – skoro mam milion obserwujących na Instagramie, to razem możemy zrobić coś naprawdę wielkiego! Razem możemy pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują i bez tej pomocy nie mają szans na lepsze jutro!", mówi inicjatorka zbiórki Małgorzata Kożuchowska, która ruszyła właśnie na portalu siepomaga.pl

Małgorzata Kożuchowska (fot. materiały prasowe) Małgorzata Kożuchowska (fot. materiały prasowe)

Akcja „Milion na milion” została stworzona z myślą o dzieciach, które mają znacznie trudniejszy start od innych. Nierówności społeczne sprawiają, że dla takich osób często jedyną szansą na lepsze jutro jest wykształcenie i dostęp do nauki. Teraz kiedy w dobie pandemii COVID-19 od kilku tygodni najmłodsi z najuboższych rodzin nie uczestniczą w zajęciach szkolnych i nie mają dostępu do nowych technologii – te nierówności społeczne jeszcze bardziej się pogłębiają… A kiedy dzieci w końcu wrócą do swoich normalnych zajęć, dostęp do tych narzędzi nadal będzie stanowił niezbędny element w ich codziennej edukacji.

Zbiórka dostępna jest na stronie: https://www.siepomaga.pl/milion

  1. Styl Życia

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska: Pomaganie uzależnia

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Są sławne. Odnoszą sukcesy. Ludzie je lubią i podziwiają. To daje im satysfakcję, ale i siłę, by skutecznie pomagać innym. Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska od lat działają charytatywnie, a ostatnio wsparły również akcję „Zwierciadła”: Karetka dla Centrum Zdrowia Dziecka. Rozmawiamy z nimi o idei pomagania, o tym, jak one działają na rzecz innych i dlaczego. a także o dawaniu i braniu w życiu.

Żeby pomagać, trzeba mieć taką ważną cechę: empatię. Czy wynosi się ją z domu?

Anna Lewandowska: Zdecydowanie tak. Moja mama zawsze dostrzegała potrzeby innych, a przy tym była silną kobietą. Gdy miała jakiś kłopot, prosiła mnie: „Tylko nie mów o tym bratu, jest na to za mały”. Brat, teraz artysta, też tę wrażliwość ma w sobie. Byliśmy nauczeni, żeby się dzielić. Pamiętam, jak mama wyciągała cukierki i mówiła: „Jednego chowam do kieszeni, a drugiego macie na spółę”. To było naturalne, że wszystko jest do podziału. Naturalne w naszym domu były też rozmowy, zrozumienie i otwartość na ludzi. Kiedy prowadziłam w TVN serię wywiadów „Sztuki walki” z kobietami, na przykład w zakładach karnych, w domach dziecka, w domach samotnej matki, wszyscy mogliśmy zobaczyć ogrom nieszczęść. Taka jest rzeczywistość, nie można na nią zamykać oczu. Dlatego zawsze najważniejsze jest to, żeby być człowiekiem otwartym na drugą osobę.

Małgorzata Kożuchowska: Dom to podstawa. Odkąd pamiętam, rodzice uczyli mnie empatii i tego, że świat się nie kończy na czubku własnego nosa. Mam dwie młodsze siostry, od wczesnego dzieciństwa wprawiałam się w pomaganiu na bardzo różnych poziomach – od wspólnych zabaw, przez pożyczanie ubrań, po naukę. Odkąd sięgam pamięcią, pomagałyśmy rodzicom: mamie w kuchni, przy prostych domowych czynnościach, razem jeździliśmy na działkę pielęgnować rośliny, a potem wspólnie przygotowywałyśmy przetwory na zimę. Każda z nas robiła tyle, na ile pozwalał jej wiek i umiejętności, ale było to naturalne, że w domu trzeba sobie pomagać. Rodzice zawsze nam powtarzali, że mamy siebie – a to wielki skarb – i że powinnyśmy się wspierać, szczególnie w trudnych chwilach. Moją młodszą siostrę nauczyłam czytać, a potem w szkole podstawowej prowadziłam zajęcia koleżeńskiej pomocy dla tych, którzy gorzej radzili sobie z nauką. Można więc chyba powiedzieć, że pomaganie mam we krwi [uśmiech].

Jak uczycie swoje dzieci wrażliwości na innych?

M.K.: O to trzeba dbać od początku. Jaś jest moim najpiękniejszym spełnionym marzeniem. Długo na niego czekałam i czasami łapię się na tym, że trochę go rozpieszczam. Wiem, że muszę być czujna, bo Jaś jest jedynakiem. Wspólnie z mężem uczymy go empatii wobec ludzi, miłości do zwierząt (mamy w domu dwa psy) i szacunku do przyrody. Mój synek miał niedawno piąte urodziny i przed sobą perspektywę prezentów. Wiadomo, że dzieci są boleśnie szczere. Więc przed urodzinami, kiedy poszliśmy we dwoje na spacer, powiedziałam mu: „Synku, pamiętaj, że każdy prezent to czyjś wysiłek. Ktoś musiał zarobić pieniądze, pójść do sklepu, a wszystko po to, żebyś ty się cieszył. I każdemu musisz podziękować, nawet jeśli to nie jest taki prezent, o jakim marzyłeś”. Na to mój synek mówi: „Wiem, mamo, wiem. Ja w przedszkolu narysowałem dla Marka monster trucka, a Marek nie chciał rysunku, i ja się popłakałem, bo mi było przykro”. „No, widzisz – powiedziałam – wysiłek zawsze trzeba docenić, to ważne”. Potem były urodziny, babcia daje mu prezent, patrzę, widzę jego zawahanie, i potem słyszę: „Yyy… ten też jest fajny… dziękuję!”. A potem Jaś się odwraca i na jednym oddechu, ściszonym głosem pyta mnie: „Mamo,  dobrze okazałem zachwyt?”. To było, oczywiście, zabawne, ale pomyślałam „odrobił tę lekcję”. A niedawno w zaprzyjaźnionej przychodni urządzaliśmy bawialnię dla dzieci. I Jasio zaangażował się tam w pomoc, oddał swoje samochody. Byłam z niego dumna. I to bardzo.

A.L.: Naszej córce od maleńkości wpajamy, że trzeba dzielić się z innymi dziećmi. Czytałam porady psychologów, że jeżeli dziecko nie chce czegoś oddać, to niech nie oddaje. Więc pytam: To skąd ma wiedzieć, że dobrze jest się dzielić i że to ogromna nauka na kolejne lata? Klara jest w stanie oddać innym dzieciom wszystko. Dlatego jestem spokojna o to, jak przyjmie siostrzyczkę lub braciszka. Od małego powtarzaliśmy, że nie można myśleć tylko o sobie. Jestem pewna, że będzie fajną starszą siostrą. Chcemy też nauczyć Klarę, żeby szanowała pieniądze, wiedziała, co znaczy praca, że nie możemy spełniać każdego widzimisię.

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE) Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Małgorzata: Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem i pychą, które są związane z moim zawodem. Pozwala zobaczyć świat z innej perspektywy. Anna: Co dostaję? Wielką radochę. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Pozytywnie.
A jak wspierać się w związku? Zwłaszcza w takim, w którym czasem trzeba podporządkować się partnerowi, bo tego wymaga jego praca? Jak zachować w tym równowagę? 

A.L.: U nas rzeczywiście życie rodzinne toczy się w rytm piłki nożnej, cały nasz roczny kalendarz. I ja to w pełni akceptuję. Gdyby Robert powiedział: „Aniu, potrzebuję cię przez 24 godziny”, to byłabym przy nim całą dobę. Zawsze oglądam mecze Roberta. Jak nie mogę być na nich osobiście, to jestem pierwszą osobą, do której Robert dzwoni. Gdy wygrywa jego drużyna, cieszymy się razem, choć Robert jest perfekcjonistą, stawia sobie wysoko poprzeczkę, zawsze mu mało [śmiech]. Gdy strzeli jedną bramkę, mówi: „Mogłem drugą”, gdy dwie: „Mogłem trzy”. Kiedy jego drużyna przegrywa, bywa trudno, zwłaszcza jeśli gra w reprezentacji narodowej, której jest kapitanem. Wtedy go słucham. Mówię, że to sport i wiadomo, że nie zawsze mamy wpływ na wszystko, choć bardzo byśmy chcieli. Najważniejsza jest rozmowa. Ona też mnie pomaga. Robert doskonale mnie zna i nigdy nie powiedział, żebym została w domu i przestała pracować. Wie, że byłabym wtedy nieszczęśliwa. Obydwoje rozwijamy swoje kariery i obydwoje dbamy o rodzinę. Dzisiaj my tutaj rozmawiamy, a Robert opiekuje się Klarą. Najfajniejsze są te momenty, gdy wyjeżdżamy we trójkę na wakacje i to jest absolutnie nasz czas.

M.K.: Ja niby uprawiam wolny zawód, ale tak naprawdę jestem ograniczona sztywnymi terminami produkcji filmowych czy telewizyjnych. Kiedy jestem bardziej zajęta, mąż zajmuje się domem i synem. Bardzo to doceniam. Uważam, że związki często gubi nie tylko intensywna praca, lecz także brak wzajemnego docenienia się. Dbam o to, żeby w naszym była równowaga. Kiedy jestem wolniejsza, robię to, co wszystkie żony i matki – gotuję, sprzątam, czytam synkowi bajki, bawię się z nim. I jestem wtedy dla moich chłopaków na sto procent, bo liczy się jakość wspólnie spędzanego czasu. Nigdy nie podejmuję zawodowych decyzji bez konsultacji z mężem. Staram się rzadko wyjeżdżać, nie pracować w niedzielę, mieć święta dla rodziny.

Teraz panie pomagają innym. Mogą, chcą. Może dlatego, że ktoś kiedyś wam pomógł? 

A.L.: O tak. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Kiedy zostaliśmy sami, mamie trudno było utrzymać dom, mnie i brata. Mieszkaliśmy wtedy w Podkowie Leśnej, miałam 11 lat. Byłam córeczką tatusia, więc cierpiałam podwójnie. Całe szczęście, że zaczęłam trenować karate. W dodatku za darmo. Myślę, że sport mnie uratował. Ale pieniędzy brakowało na wszystko. Mówiłam koleżankom, że nie pojadę z nimi do kina, bo nie mam za co kupić biletu. Nikt się ode mnie nie odwracał z tego powodu. To był ciężki czas. I wtedy bardzo nam pomógł brat mamy. Wyremontował nasz niewykończony dom, opiekował się naszą trójką. Pomagali nam też przyjaciele mamy: podwieźli gdzieś, wspierali, byli z nami i to było bezcenne. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Potem mama wyszła na prostą, ale ta pierwsza pomoc była bardzo ważna.

M.K.: Do mnie też ktoś wyciągnął rękę w potrzebie. To była taka historia: wracałam do domu po zajęciach w szkole teatralnej, wieczorem, i nagle drogę zajechał mi samochód. Potem dwóch mężczyzn usiłowało mnie do niego wciągnąć. Broniłam się, próbowałam się wyrwać. I nagle puścili mnie, uciekli. Co się okazało? Kierowca przejeżdżającego obok samochodu zauważył, że coś jest nie tak, zatrzymał się i spłoszył napastników. Po prostu uratował mi życie. Po dziś dzień jestem wdzięczna, że kiedy zauważył, co się dzieje, nie przestraszył się, nie uciekł i pomógł mi. Bo żeby pomagać, trzeba mieć odwagę. Chyba właśnie wtedy, w tamtej sytuacji postanowiłam, że też będę pomagać, reagować. Że potraktuję mój zawód trochę jak misję, i że chcę się za to swoje ocalenie odwdzięczyć, że zostałam uratowana po coś. I tak robię, jeśli nie mogę gdzieś być, osobiście wziąć udziału w jakiejś akcji charytatywnej, to wysyłam rzeczy na aukcję czy loterię. Czasem czytam, jak się śmieją ze mnie i nazywają Matką Boską Kożuchowską. Niech się śmieją, pomaganie to nie ujma czy wstyd.

A na czym według was polega idea pomagania i jak pomagać skutecznie? Czasami to trudne… 

M.K.: Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą, co często wcale nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić. Pamiętam, że kilka lat temu przez swoją znajomą poznałam Tadka – niezwykłego niepełnosprawnego pana na wózku inwalidzkim, mieszkającego od dziecka w domu opieki społecznej. Był całkowicie zdany na pomoc innych ludzi, lekko ruszał tylko palcami jednej dłoni, na tyle, by uruchomić wózek, miał malutki pokoik, a zawsze był uśmiechnięty i tą swoją radością zarażał innych. Nigdy o nic nie prosił. Musiałyśmy odgadywać lub wyciągać z niego marzenia. Okazało się, że cały rok czeka na letni wyjazd do sanatorium, bo to jedyna odmiana w monotonii codziennego życia, tam regenerował zdrowie i nabierał sił. Co roku pomagałyśmy organizować i finansować to sanatorium. Póki żył. Pod koniec życia spełniłyśmy jego największe skryte marzenie – wyjazd do Rzymu. Cieszę się, że zaufał mi i zdradził, jak można mu pomóc.

A.L.: Bywa, że ci, którzy pomagają, są introwertykami i nie chcą o tym mówić. I dobrze, bo szczera chęć pomocy powinna wypływać z serca. Ale z drugiej strony – jak ktoś ma potrzebę mówienia, że pomaga, to niech tak robi. Może to zainspiruje innych. Chciałabym, żeby pomaganie było cool, żeby uczynić z tego pewną dobrą i pozytywną modę. Wokół nas znajdują się ludzie potrzebujący, także młodzi. Jak mówią badania, dzisiaj na dziesięcioro nastolatków dwoje ma myśli samobójcze. Pomoc nie musi być tylko materialna. Liczy się rozmowa, przytulenie, potrzymanie za rękę, czasem wrzucenie informacji na Instagram. Uważam, że osoby publiczne powinny pomagać. Raz – że dysponują większymi możliwościami dotarcia do ludzi, a dwa – że nikt z nas nie wie, co kogo może spotkać. A człowiekiem jest się zawsze, bez względu na wszystko. I każdy może coś zrobić, choć całego świata nie uratujemy. Wystarczy zacząć. Gorąco do tego wszystkich zawsze zachęcam.

Anna Lewandowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE) Anna Lewandowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
"Mnie też ktoś kiedyś pomógł. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Mamie trudno było utrzymać dom, to był ciężki czas. Ale opiekował się nami brat mamy, przyjaciele. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami"
Wzorujecie się na kimś? Kto jest waszym ideałem filantropii?

A.L.: Obserwuję od dawna działania Billa Gatesa, miliardera, który mawia, że boi się tylko jednego – że jego mózg przestanie funkcjonować. Gates stworzył fundację, na którą przeznacza pięć miliardów złotych rocznie. Fundacja zajmuje się walką z chorobami nękającymi Trzeci Świat, dostarczaniem wyżywienia, czyli zapewnieniem ludziom w Afryce zupełnie podstawowych warunków do życia. Podziwiam też Annę Dymną, ma niespożytą energię do niesienia pomocy i mnóstwo pomysłów na wspieranie podopiecznych swojej Fundacji „Mimo Wszystko”. To bardzo inspirujące.

M.K.: Podziwiam osoby, które dorobiły się fortun i nie zamykają się w swoim hermetycznym świecie, tylko czują potrzebę dzielenia się tym, co mają. To jest absolutnie godne docenienia. Natomiast niesamowite są też historie ludzi, którzy mimo niełatwych okoliczności, w jakich się znaleźli, odnajdują siłę, by podać rękę innym. Takim niekwestionowanym autorytetem jest dla mnie Ewa Błaszczyk.

A.L.: To prawda. Polecam zresztą wywiad z panią Ewą na moim blogu w cyklu „Sztuki walki”.

M.K.: Niesamowita osoba. Potrafiła swoje nieszczęście przekuć w siłę. Stworzyła klinikę Budzik, która jest ewenementem na skalę nie tylko Polski, ale i Europy, poruszyła niebo i ziemię i ma nieprawdopodobne wyniki. Dla mnie jest inspiracją i przykładem tego, że nigdy nie wolno się poddawać. Drugim moim autorytetem jest kardynał Konrad Krajewski, jałmużnik papieski. Poznałam go dziesięć lat temu. Pracował z Janem Pawłem II, teraz pracuje z Franciszkiem. Od lat pomaga bezdomnym na ulicach Rzymu, także Polakom – przygotowuje i rozdaje kanapki, organizuje wigilie, oddał uchodźcom swoje skromne mieszkanie. Przekonał papieża do tego, żeby zbudować prysznice w krużgankach watykańskich, gdzie bezdomni mogą się umyć, dostać czystą bieliznę, a ostatnio z jego inicjatywy otwarto watykańską noclegownię dla bezdomnych. Swoimi działaniami przywraca tym ludziom godność i przypomina nam, czym powinno być pomaganie.

Rozmawiamy przy okazji akcji „Zwierciadła”, w której chodzi o wsparcie Centrum Zdrowia Dziecka. Obie jesteście zaangażowane w pomaganie pacjentom tego szpitala. Dlaczego właśnie Centrum?

A.L.: Wcześniej pomagaliśmy z mężem pojedynczym dzieciom, ale pojawiało się coraz więcej próśb. Stwierdziliśmy więc, że przeznaczymy większą sumę na jeden duży cel związany z dziećmi. Wybraliśmy CZD dlatego, że tu leczone są dzieci z całej Polski.

M.K.: Z CZD związana jestem poprzez fundacje, w których działam od lat. Mam na myśli Fundację „Mam Marzenie”, której jestem ambasadorką, oraz Nasze Dzieci, założoną przez Ewę Gorzelak. Pamiętam jak dawno temu, w trakcie zdjęć do „M jak miłość”, spotkałam Ewę, która opowiedziała mi o swoim chorym na raka synku uratowanym przez lekarzy CZD i o tym, że w dowód wdzięczności założyła fundację. Zaangażowałam się w zorganizowaną przez nią zbiórkę pieniędzy na plac zabaw przy Centrum, bo to bardzo ważne, żeby dzieci miały w szpitalu zajęcia, które pomogą im zapomnieć o chorobie. Często też poprzez naszą fundację spełniamy marzenia małych pacjentów CZD.

Obie jesteście mamami. Czy to miało wpływ na to, że działacie właśnie na rzecz CZD?

A.L.: O zaangażowaniu się w pomoc CZD zdecydowaliśmy rzeczywiście, gdy córeczka była już na świecie. Ale nie dlatego, że ona nas zmieniła, bo pomagaliśmy też przed jej narodzinami. Pamiętam pierwszą wizytę w dziecięcym szpitalu na oddziale onkologicznym, jeszcze w czasach narzeczeństwa. Robert, znając moje reakcje, radził, żebym nie wchodziła na oddział. Bardzo tę wizytę przeżyłam, byłam zdruzgotana tym, że dzieci tak cierpią. Potem, chwilę po urodzeniu Klary, też byliśmy z Robertem na tym oddziale. Rodzice jednego z dzieci poprosili nas o rozmowę, ale się popłakali. Ja też pękłam, nie byłam na taki ogrom nieszczęścia przygotowana. Ale z każdą następną wizytą radziłam sobie lepiej. Teraz już wiem, że dzieciom trzeba dać dobrą energię, a nie płakać. Jesteśmy z Robertem w stałym kontakcie z CZD, organizujemy tu różne akcje, odwiedzamy dzieci. Widzimy, że to dla nich i szpitala ważne. Pamiętam odwiedziny u ciężko chorego Tymka, który jako zapalony piłkarz koniecznie chciał poznać Roberta. Powiedział, że ma taki plan, że jak wyzdrowieje, to będzie grał w piłkę. Dowiedzieliśmy się po jakimś czasie, że rzeczywiście wyzdrowiał! Jacy byliśmy wtedy szczęśliwi!

M.K.: Kiedy Jaś miał dwa miesiące, odwiedziłam dzieci na oddziale onkologicznym w Centrum Zdrowia Dziecka. To było spotkanie świąteczne, przygotowałam dla nich prezenty, a ten dzień zapamiętam do końca życia. Po raz pierwszy byłam w CZD jako mama. To było dla mnie wstrząsające przeżycie, bo na oddziale są też malutkie dzieci w wieku mojego synka. To takie chwile, gdy głos ci odbiera i bardzo trudno opanować łzy. Widzisz dzieci wymęczone chorobą, cierpienie, którego nie umiesz sobie wytłumaczyć. Mówisz, że wszystko będzie dobrze, ale tego nie wiesz. Trzeba wierzyć, modlić się, żeby tak było. Wiem, że sens takiej wizyty to niesienie wsparcia, uśmiechu, nadziei i odwrócenie choć na chwilę uwagi od choroby. To wielka lekcja. Uświadamiamy sobie wtedy, jakie mamy szczęście, i jednocześnie, jak często przechodzimy do porządku dziennego nad czymś, co dla innych jest największym marzeniem.

Małgorzata Kożuchowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE) Małgorzata Kożuchowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
"Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą. Co często nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić"
Jest taka słynna modlitwa Świętego Franciszka. Czytamy w niej, że „dając, dostajemy”. Co wy, dając, dostajecie?

M.K.: Gdy widzę, że to, co robię, przynosi efekty, jestem po prostu szczęśliwa. Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem czy pychą, które są związane z moim zawodem. Czasem łapię się na tym, że wszystko kręci się wokół moich projektów i moich spraw. A praca w fundacji i własna rodzina pomagają mi z tego kręgu wyjść i zobaczyć świat z innej perspektywy.

A.L.: Co dostaję? Wielką radochę. Ktoś opowiadał mi, że komuś pomógł, a potem nieoczekiwanie spotkało go coś miłego, czego się nie spodziewał. Dobro zawsze wraca, jestem o tym przekonana. Jak zasmakuje się sprawiania ludziom radości, to już nie można przestać. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Ale to pozytywne uzależnienie.

M.K.: Zgadzam się z tobą, właśnie tak jest. Dzięki pomaganiu małymi kroczkami można uczynić świat lepszym.

  1. Zwierciadło poleca

Backstage z sesji do styczniowego numeru "Zwierciadła" - na okładce Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska

Małgorzata Kożuchowska i Anna Lewandowskiej w czasie sesji dla Zwierciadła
Małgorzata Kożuchowska i Anna Lewandowskiej w czasie sesji dla Zwierciadła
Na okładce styczniowego numeru naszego pisma znalazł się portret dwóch gwiazd - Anny Lewandowskiej i Małgorzaty Kożuchowskiej. Zobaczcie kulisy powstawania tego i innych zdjęć z ich udziałem do tego numeru.

Na okładce styczniowego numeru naszego pisma znalazł się portret dwóch gwiazd - Anny Lewandowskiej i Małgorzaty Kożuchowskiej. Zobaczcie kulisy powstawania tego i innych zdjęć z ich udziałem, które znalazły się w tym numerze.

 

  1. Kultura

Barbara Krafftówna: "Uśmiech pomaga mi w wielu sytuacjach"

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Legendarna aktorka. Laureatka tegorocznej nagrody specjalnej przyznawanej co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny.

Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny. Ta legendarna aktorka stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu.

Aktorka zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. W tym roku została uhonorowana nagrodą specjalną Kryształowych Zwierciadeł, wyróżnień przyznawanych co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Barbara Krafftówna nie mogła odebrać jej osobiście, a swoje podziękowania przekazała czytelnikom w formie pięknego nagrania.

Z okazji urodzin Barbary Krafftówny przypominamy wywiad, który przeprowadził z aktorką Remigiusz Grzela, opublikowany w "Zwierciadle" w styczniu 2018 roku.

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza? Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości? Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości? Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką. To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać? Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec? Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało? W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie? On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii? Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach… Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu? O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł. Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce. A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę? Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra? W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu? Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy? To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność? To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę? Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”. Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć? Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc... Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja? Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu? Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po. Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie. A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody? Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej? Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie? Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał? On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty? Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty? Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji? Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera? Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego? Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią? Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi? Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa? Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami? Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”? Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu? Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł? Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca? Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić? Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania? Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).