1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nie deptać obrazów - rozmowa z Olgą Wolniak

Nie deptać obrazów - rozmowa z Olgą Wolniak

Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)
Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Przeniesione na płótna barwne dywany to najsłynniejszy cykl Olgi Wolniak: – W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w tym wypadku to wątek szczególnie ważny. Sama kończyłam studia w czasach, kiedy pracami kobiet się nie interesowano. My byłyśmy od podawania herbaty.

Ile tu jest twoich prac? O, bardzo dużo. Piętrzą się w tamtej wąskiej przestrzeni za ścianą. Trochę brakuje mi osobnego magazynu, zajęty jest każdy wolny kąt. 

Dobrze ci się z nimi mieszka? Tak, chociaż jak się ma pracownię poza domem, można cały ten bałagan zatrzasnąć, zapomnieć, a potem do tego wrócić. Tu jest otwarta przestrzeń, wszystko jest na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. Lubię malować w całkowitej samotności, przeszkadza mi, jak ktoś chodzi mi za plecami. Musimy się z rodziną mądrze wymijać. 

A co z „własnym pokojem”, o którym pisała Virginia Woolf? Czujesz, że ta przestrzeń, jednocześnie do pracy i do mieszkania, jest jakimś kompromisem? Jeśli w środku nocy mam jakiś pomysł, po prostu wstaję i maluję. Zdarzyło się, że szykowałam się do wystawy i miesiąc przed nią przyszły klientki i wszystko wykupiły. Fantastycznie, spełnienie marzeń każdego artysty, gdyby nie ta zbliżająca się wystawa. Był maj, wstawałam o piątej rano, bo już było jasno, i malowałam non stop. I wymalowałam tę wystawę. Gdybym miała jeździć na drugi koniec miasta, toby się nie udało. Albo kiedy moja dziewięćdziesięcioparoletnia mama wywróciła się i połamała. W pewnym momencie była na pograniczu życia i śmierci, w tragicznej formie. Genialnie, że mogłam wtedy do niej regularnie schodzić. Ja, która uwielbiam wielkie formaty, malowałam wtedy tylko malutkie obrazy, nie byłam w stanie na nic większego się zdobyć. Przed laty miałam pracownię na Pradze. Świetne pomieszczenie, ale jak wszystkie dobre rzeczy, i to się skończyło. Syn czy wnuk właściciela odzyskał kamienicę i nas wszystkich, artystów, powyrzucał. Stwierdziłam wtedy, że muszę sobie zorganizować jakieś inne miejsce do pracy. Moja mama miała tutaj parterowy domek. Domek w takim zielonym miejscu, na Żoliborzu, to nie lada gratka, postanowiłam więc, że sprzedamy mieszkanie i zrobimy tutaj nadbudowę. Z początku powstała taka koncepcja, żeby to była przede wszystkim pracownia, a mieszkanie trochę kątem. Ale jak zaczęły powstawać mury, okazało się, że ta przestrzeń jest kapitalna, kiedy jest taka otwarta, więc zdecydowałyśmy z architektką, moją dobrą koleżanką, że tak to zostawimy. Przez chwilę był pomysł, żeby tu jednak wstawić jakąś przegrodę, zasłonę, ale już chyba nic takiego się nie stanie.

W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król) W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król)

Artystyczny klan – tak o was piszą. Twój nieżyjący już teść, słynny kolorysta Tadeusz Dominik, ty, twój mąż Tomasz Dominik i syn Rafał – cała niemal rodzina zajmująca się sztuką. Jestem ciekawa, jak to wpływa na codzienne życie, na relacje. To nie takie proste… Ludziom się wydaje, że jak się należy do takiego „klanu”, wszystko idzie jak z płatka – kariera i sukcesy. Tymczasem, widzę to po swoich najbliższych, trzeba się zmierzyć i sprostać „magii” nazwiska Dominik. Może dlatego syn Tadeusza Tomasz uprawia grafikę, a wnuk Rafał woli wypowiadać się artystycznie w technice nowych mediów. Ja używam swojego nazwiska – od początku nie chciałam być posądzana o „podłączanie się”. A życie codzienne? Siłą rzeczy rozmawiamy o wystawach, co nam się podoba, a co nie, przyjaźnimy się głównie z artystami, ale z tym klanem bym jednak nie przesadzała. Muszę się bez bicia przyznać, że jak Rafał był młodszy, to my z Tomkiem czuliśmy się w obowiązku dawać mu dobre rady, jak ma malować, jak poprowadzić swoją karierę. I on zawsze robił odwrotnie [śmiech], więc się po prostu w pewnym momencie wycofaliśmy. Ale, oczywiście, pamiętam, jak był mały i raczkował w śpioszkach, które bez przerwy były ubrudzone farbą. Był taki moment, że malowaliśmy wspólnie z cztero-, pięcioletnim Rafałem obrazy. Stawiałam płótno, przyklejaliśmy do niego zabawki, jakieś zdekompletowane, zniszczone, potem Rafał coś malował, a potem ja domalowywałam, wypełniałam kolorem. Tak powstało kilkanaście wspólnych kompozycji. To były nasze zabawy. Nie wiem, czy już wtedy myślałam, czy miałam cichą nadzieję, że pójdzie w tym kierunku. Wszystkie dzieci są zdolne, wszystkie mają dar plastyczny, ale potem w szkole dzieje się coś złego. Trudno powiedzieć, czy to specyfika naszego systemu edukacji, ale zwykle odbywa się to według podobnego schematu. Nauczyciel mówi: „Ale to nie jest podobne do samochodu. Samochód wygląda tak”. I dziecko przestaje polegać na sile swojej wyobraźni. 

Podobno pierwszy dywan namalowałaś dla żartu? Może ktoś sobie wyobraża, że na artystę spływa natchnienie, na które on cierpliwie czeka, ale moja praca to w dużej mierze ciężka praca fizyczna. Na siłownię nie chodzę, bo dźwiganie płócien co najmniej dwa na półtora metra czy gimnastyka przy sztaludze to coś, co sprawia, że ciało jest w miarę sprawne. Pracuję systematycznie, codziennie, inaczej nie jestem w stanie funkcjonować. Wtedy też tak było. Nie miałam chwilowo żadnego pomysłu, jakiś motyw mi się znudził, ale ponieważ mam w sobie przymus pracy, złapałam za pędzel. Znalazłam akurat pocztówkę z anatolijskim dywanem. Pomyślałam sobie: „Cóż, namaluję jego portret”. A potem okazało się, że temat wzbudził zainteresowanie, więc namalowałam kolejny dywan i kolejny. Mnie się wydawało zabawne, że maluję coś, co jest w rzeczywistości tkane. Miałam wtedy podejście popartowskie. Tak jak Warhol malował puszkę zupy pomidorowej Campbell’s, tak ja maluję dywan.

Od lewej: obraz 'Konya-Ladik', który można oglądać na wystawie 'Sztuka to wartość'; Na sztaludze 'Jedwabny szklak' (Fot. Celestyna Król) Od lewej: obraz "Konya-Ladik", który można oglądać na wystawie "Sztuka to wartość"; Na sztaludze "Jedwabny szklak" (Fot. Celestyna Król)

Co się zmieniło? Pierwsze obrazy były bardzo realistyczne, jeden do jednego. Chciałam, żeby ludzie ulegli złudzeniu. I rzeczywiście ulegali, podchodzili, dotykali, upewniali się, że to jednak obraz. We wspomnianej pracowni na Pradze postanowiłam namalować dywan na podłodze, na linoleum. Trzy na cztery metry, jakby niedbale, trochę nierówno rzucony, z lekko podniszczonymi frędzlami. Ludzie dawali się nabrać, niektórzy go nawet obchodzili, nie chcąc pobrudzić butami. W pracowni urządzaliśmy też szalone przyjęcia i wszystkie tańce odbywały się zawsze na tym dywanie, miał w sobie jakąś magiczną siłę przyciągania. A w wyniku tych szalonych harców farba się ścierała, więc dywan wyglądał, jakby był patynowany, wiekowy. Co jakiś czas go odnawiałam. Tak więc na samym początku to było ćwiczenie dla ręki i oka. Ale malarstwo to zawsze jest jakiś rodzaj emocjonalnej komunikacji ze światem. Coś w dużej mierze intuicyjnego. W miarę malowania zaczęłam wnikać w symbolikę dywanów, w ich bogaty kulturowy kontekst. Moje obrazy stały się hołdem dla niedocenianej pracy anonimowych tkaczek. Zaczęłam nazywać moje obrazy imionami kobiet Wschodu – Aysha, Leyla, Fatima. Od zawsze tkały przede wszystkim kobiety. Często swój posag, wplatając w dywan wszystko, co najważniejsze – uczucia, zaklęcia, historię. Ten rytuał łączył to, co praktyczne, codzienne, z tym, co natchnione, medytacyjne i magiczne. W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w przypadku dywanów i tkanin to wątek szczególnie ważny. Tkanina – tkanka – to dla mnie coś żywego, biologicznego. Przez swoją miękkość i zmysłowość kojarzy mi się z kobietą. To kobiety przetwarzają pradawne wzory, przechowują i przekazują dziedzictwo kulturowe. Jakiś czas po tym, jak zaczęłam serię „egzotyczną”, zmarła moja babcia Pelagia. Musieliśmy przejrzeć i posegregować odziedziczone po niej obrusy, koronki, pościele z ozdobnymi haftami, wiele z nich podniszczonych, pożółkłych, z dna szafy. Tkaniny, które przez dziesiątki lat swojego życia były świadkami niezliczonej ilości wydarzeń. Są w nich zapisane chwile uroczyste lub codzienne, smutne, radosne. Tak powstał nowy cykl zainspirowany haftami i serwetami, ale też wpłynęło to na cykl „dywanowy”. Ostatnie moje obrazy są coraz bardziej abstrakcyjne. Zaczęłam w nie wplatać swoje znaki i symbole, czasem kolor był ważniejszy, czasem wzór. Niektóre obrazy są żywiołowe i barwne, a potem mam po nasyceniu kolorami przesyt i robię delikatniejsze rzeczy, ładując akumulatory. 

Urodziłaś się w Birmie? Moi rodzice byli tam po prostu na placówce. Kiedy wróciliśmy, miałam tylko półtora roku, więc naprawdę nic stamtąd nie pamiętam. Znam tylko przekazy rodzinne. Na przykład taki, że mama wzięła mnie do świątyni w Rangunie. Podobno jak człowiek, wychodząc stamtąd, się odwróci, to tam jeszcze wróci. Mama mnie odwróciła, ale ja nadal, tak się jakoś składa, omijam Birmę, chociaż dużo podróżuję. Mam też birmańskie imię: Nuhcein, „łagodny brylant”. Mamie powiedziano, że dziewczynka, która urodziła się tego dnia i o tej godzinie co ja, musi nosić takie imię. Prawdę mówiąc, kiedyś strasznie się zżymałam na sugestie, że miejsce urodzenia pewnie miało wpływ na sztukę, którą robię. Odpowiadałam, że absolutnie nie. A w pewnym momencie pomyślałam: „O co mi chodzi z tym zaprzeczaniem? Wychowałam się w domu, gdzie było mnóstwo egzotycznych przedmiotów, także dywanów, zdjęć, obcowałam z tym na co dzień, jako nastolatka pochłaniałam książki z półek rodziców, zgłębiając filozofię Wschodu, i mówię, że to nie miało na mnie wpływu? Oczywiście, że miało!”. 

Jedną z twoich pierwszych wystaw była „Aby dostać dobrego męża”. Obrazy inspirowane ilustracjami z poradników dla młodych matek. Dwa lata później nakręciłyście z Bogną Gniazdowską wideo „Od tego nie uciekniesz” i pokazałyście je w galerii Dziekanka. Trzy pomieszczenia i trzy filmy poświęcone zajęciom domowym – kąpiel dziecka, pranie, gotowanie, sprzątanie, dbanie o siebie. Zmywałyśmy, obierałyśmy ziemniaki. 

Jaki był odbiór? Nie potraktowano nas poważnie. Nikomu się to nie podobało. Obśmiano nas. Tylko Tomek Sikorski, który prowadził Dziekankę, nas docenił.

Dekadę później Julita Wójcik, obierając ziemniaki w Zachęcie, wywołała falę oburzenia, że w Narodowej Galerii Sztuki pokazuje tak prozaiczną czynność, podnosząc ją do rangi sztuki. A o co wam chodziło wtedy, na początku lat 90.? Pokazywałyśmy, w krytycznym i autoironicznym tonie, prozaiczne, przynależne kobiecie zajęcia. Ostatnio z okazji jubileuszu Dziekanki zrobiłyśmy z Bogną wybór, wyciąg z najważniejszych momentów tamtego filmu. Byłam przerażona, że byłyśmy takie młode, śliczne, zgrabne i byłyśmy tak przytłoczone codziennością. Nie zobaczyłam w nas żadnej radości, beztroski. Teoretycznie było równouprawnienie, a praktycznie... Kiedyś koleżanka zapytała mnie: „Czy ty wiesz, że na Akademii ruguje się dziewczynki na egzaminach?”. Sama miałam podobne doświadczenie, kiedy po raz pierwszy konsultowałam teczkę, a jednak nie wierzyłam. Zwróciłam się do mojego teścia, czy to możliwe. A on: „Oczywiście, że tak. Dziewczyny rodzą dzieci, a to są drogie studia, szkoda pieniędzy”. Tadeusz miał drugą żonę, Amerykankę, i pamiętam, że ona, słysząc to, była chyba jeszcze bardziej oburzona niż ja. Nie chcę wyjść na osobę wojującą z mężczyznami, uwielbiam ich, ale taka była nasza rzeczywistość. Ja, moje koleżanki kończyłyśmy studia artystyczne, miałyśmy dzieci, robiłyśmy ciekawe rzeczy, ale krytycy chcieli oglądać prace naszych mężów. Jak odwiedzali nas w domu, nikt nie pytał: „A ty? Co robisz?”. Po prostu nie padały takie pytania. Nawet jeśli przychodziły kobiety krytyczki, to i tak ciekawa była tylko sztuka mężczyzn. Jedyną krytyczką i kuratorką, która, jak zapamiętałam, interesowała się tym, czym się zajmują kobiety, była Anda Rottenberg. W pozostałych przypadkach byłyśmy od podawania herbaty i ciasteczek.

I podawałyście je bez słowa sprzeciwu? Tak. Pokutował mit matki Polki. Podam te ciasteczka i wypiorę, i wypucuję, i namaluję świetny obraz. To znaczyło być dzielną, radzić sobie. 

Rottenberg jest bohaterką jednego z wielkoformatowych portretów. Dwa na trzy metry, specjalnie preparowany papier, połyskujące tło. Robią niesamowite wrażenie. W latach 90. malowałam wielkoformatowe, przeskalowane portrety przyjaciół. Na dłuższy czas rozstałam się z tym tematem, ale niedawno odczułam chęć powrotu. Szukałam tylko odpowiedniej formuły. I tu do akcji wkroczył przypadek. Poszłam zrobić zakupy w sklepie z zaopatrzeniem dla plastyków. Patrzę – leży pudełeczko z czymś absolutnie przepięknym. Metaliczne płatki, brokatowe confetti. Zapytałam, co to jest. „Płatki do decoupage’u”. Wahałam się: „Drogie, po co mi to?”. Ale kupiłam. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy nad ranem, jak się już trochę obudzę, ale jeszcze nie całkiem. I wymyśliłam. Ikony naszych czasów. Niech to będą portrety ludzi, których postawa i dzieła ukształtowały mnie i całe moje pokolenie. Namalowane twarze, zestawione z metalicznym tłem nawiązują do tradycyjnych ikon. Do tej pory sportretowałam w ten sposób m.in.: Andrzeja Wajdę, Korę, Krzysztofa Komedę, Marka Edelmana, Tadeusza Mazowieckiego, Marię Callas, wspomnianą Andę Rottenberg i prezydenta Lecha Wałęsę, któremu miałam zaszczyt osobiście portret przekazać. 

Mam na sobie jedwabną apaszkę z nadrukiem jednego z „twoich dywanów”. Bardzo ładny gadżet promujący wystawę „Sztuka to wartość...” w Muzeum Narodowym w Warszawie. To, że obraz zamienia się w gadżet, nie odbiera sztuce powagi?

Absolutnie nie. Uważam, że sztuka powinna być dla ludzi. 

Dlatego zostałaś kuratorką Żoliborza Artystycznego? Żoliborz to dzielnica, w której mieszkamy, chciałam się zaangażować w lokalne działania. Deweloper budował nowe osiedle i zgodził się, żeby nowo powstałe ulice wzięły nazwy od mieszkających na Żoliborzu ważnych postaci. Powstał też pomysł, żeby współcześni artyści stworzyli dzieła sztuki inspirowane tymi postaciami. Robiłam dyplom także z malarstwa w architekturze, czyli z tego, co teraz nazywa się „sztuką w przestrzeni publicznej”. Przez lata nie miałam z tym nic wspólnego, mało tego, nie przypuszczałam, że to mi się do czegoś jeszcze przyda. Traf chciał, że się przydało. Wymyśliliśmy z architektami i artystami kupę fajnych rzeczy: Piotr Młodożeniec zrobił mural Ficowskiego, Jan Bajtlik pracę – hołd złożony Niemenowi, Maurycy Gomulicki abstrakcyjną rzeźbę „Kalina” poświęconą Kalinie Jędrusik, ja malowałam kadry z filmów Kawalerowicza. Powstawało to wszystko cztery lata, mieszkańcy są dumni, można przyjść i te dzieła w przestrzeni publicznej oglądać, powstaje kolejne podobne osiedle. To wspaniałe, że brałam udział w czymś, co zostanie na lata. 

Uważasz, że my, Polacy, coraz ufniej podchodzimy do sztuki współczesnej? Oj, nie wiem. Kiedyś kolega zaprosił mnie do takiej akcji: na spotkaniu integracyjnym banku z filiami na świecie pracownicy, rozluźnieni, po paru drinkach, mieli malować. Prowadziłam to, zaproponowałam cztery proste tematy, m.in. wzory geometryczne i organiczne. Proste, ale efektowne. Ci, którzy przyjechali z zagranicy, z wielką radością włożyli fartuchy, chwycili pędzle, traktowali to jak zabawę, upaprani radośnie mazali po płótnach. „Ci nasi” bali się, wstydzili, dopiero po dobrej godzinie, jak zobaczyli, że koledzy tak się dobrze bawią, nieśmiało zaczęli coś malować. Nadal jest w nas sporo lęku i nieufności.

Masz na to receptę? Domyślam się, że przydałaby się lepsza edukacja. 

Od lewej: Obrazy 'Ornament' i Botah z papryczką'; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król) Od lewej: Obrazy "Ornament" i Botah z papryczką"; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król)

A czego chcesz od życia? Na nowy rok robię sobie zawsze postanowienia. W tym – pośród wielu innych – postanowiłam trochę wyluzować, mniej tworzyć, bo zalewa mnie ilość obrazów. No więc próbuję. I tak chodzę po domu i nie umiem się odnaleźć. Posprzątałam, pomalowałam paznokcie... Trochę, oczywiście, żartuję. Uwielbiam swój zawód – robię to, co chcę i lubię, jestem wolna. Pozornie to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, w rzeczywistości wymaga ogromnej dyscypliny, pracowitości i samozaparcia. Moment, kiedy obraz jest gotowy i to on patrzy na mnie – nie umiałabym z tego zrezygnować. Tak że z tym postanowieniem raczej się nie uda.

Olga Wolniak, rocznik 1957. Jest absolwentką Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Brała udział w wielu wystawach w Polsce i za granicą, ostatnio otwierała swoją przekrojową ekspozycję „Orient & Ornament” w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Do 30 czerwca w warszawskim Muzeum Narodowym można oglądać zbiorową wystawę „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego”, w której artystka wzięła udział.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Warsaw Gallery Weekend - zobacz, jak wygląda nowa polska sztuka

Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

Jak co roku galerie specjalizujące się w sztuce współczesnej zapraszają na weekend wernisaży. Tegoroczna edycja Warsaw Gallery Weekend potrwa aż cztery dni, tak aby - w związku z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa - zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo zwiedzania.

W tym roku w Warsaw Gallery Weekend weźmie udział 29 galerii: Biuro Wystaw, BWA Warszawa, Dawid Radziszewski, ESTA, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria m², HOS gallery, Instytut Fotografii Fort, Jednostka, Le Guern, LETO, lokal_30, Monopol, Naga, Olszewski Gallery, Piktogram, Pola Magnetyczne, Polana Institute, Propaganda, Raster, Rodriguez, Serce Człowieka, Stereo, Szara, Szydłowski, WY, Wizytująca, Wschód.

Program tegorocznej edycji powinien ucieszyć miłośników fotografii - wiele prac, które będzie można oglądać w galeriach bazuje na tym medium.

Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej

Jednym z ciekawszych punktów programu jest wystawa prac wiodących polskich fotografek: Weroniki Gęsickiej - laureatki wielu nagród, w tym Paszportu Polityki za rok 2019 w kategorii Sztuki Wizualne, i Magdy Hueckel - artystki wizualnej, fotografki teatralnej, scenografki i podróżniczki. Ich najnowsze dokonania będzie można oglądać w Galerii Jednostka na warszawskim Muranowie. „Cliffhanger” to prace z najnowszych projektów Weroniki Gęsickiej – „Holiday”, „Cocoon” i „Smash”. Powstają na bazie archiwalnych fotografii z banków zdjęć. Są próbą uchwycenia napięć i lęków, z którymi musimy się obecnie zmierzyć. Doniesienia o kolejnych zagrożeniach dotyczących przyszłości powodują, że zaczynamy przeczuwać koniec rzeczywistości, jaką znamy. Na sielankowych obrazach, które budują znaczną część naszego uprzywilejowanego świata, zaczynają pojawiać się rysy.

Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe) Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe)

Z kolei Magda Hueckel zaprezentuje cykl, który powstał na kanwie książki “Żenszczina” (transkrypcja rosyjskiego słowa ‘kobieta’), którą Magda Hueckel znalazła na targu staroci w Tbilisi. Autorem oryginału „Das Weib in der Natur- und Völkerkunde” wydanego w 1885 był Hermann Heinrich Ploss – antropolog i ginekolog, twórca współczesnej pediatrii i ginekologii. Ta książka to swoiste kompendium wiedzy, ukazujące kobiety z całego świata. Analizie poddane są różne aspekty; począwszy od anatomii, poprzez fizjologię, seksualność, pozycję społeczną, a skończywszy na roli kulturowej i obowiązujących tradycjach. Książka została dwunastokrotnie przedrukowana w różnych językach i uzupełniona o liczne ilustracje. Mimo, iż opracowanie ma charakter naukowy i swojego czasu było uznane za postępowe, dziś jego dziewiętnastowieczna narracja budzi niepokój. Rola kobiety sprowadzona jest przede wszystkim do funkcji prokreacyjnych. Analiza kobiecej cielesności przeplata się z wątkami o charakterze społeczno-kulturowym, omawiającymi tradycje, zabobony, zwyczaje. Książka przesycona jest brutalnymi ilustracjami m.in. praktyk medycznych, patologii oraz przemocowych zwyczajów (palenie na stosie, stygmatyzacja wdów, obrzezanie, skaryfikacja, obcinanie piersi i palców). Najbardziej dotkliwy jest jednak fakt, iż wiele z opisanych zwyczajów i stereotypów przetrwało do dzisiaj.

Magda Hueckel, zafascynowana archiwalnymi obrazami, dokonuje ich dekonstrukcji. Puste strony książki zapełnia obrazami poddanymi manipulacjom. Tworzy własną – trzynastą – groteskową edycję publikacji.

Magda Hueckel, praca z cyklu 'Żenszczina'. (Fot. materiały prasowe) Magda Hueckel, praca z cyklu "Żenszczina". (Fot. materiały prasowe)

Oprócz uroczystych wernisaży i możliwości zwiedzania wystaw, będzie można wziąć udział w spotkaniach z artystami. Szczegóły wydarzeń znajdziecie na stronie www.warsawgalleryweekend.pl

  1. Kultura

Land art, czyli sztuka ziemi

„Granite Crossing
„Granite Crossing" [Granitowe skrzyżowanie] pokazywane w ramach Berlin Gallery Weekend (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Richard Long, najsłynniejszy piechur sztuki współczesnej. Artysta, który idzie przez świat i zostawia za sobą ślady. Wystawa „Wiek półcienia” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej to dobry pretekst, żeby zainteresować się jego twórczością. 

Artystyczne mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Richarda Longa ten problem nie dotyczy. Bo czy z mody może wyjść Ziemia – skała, glina, krajobraz – którą Long uczynił główną bohaterką, materią i tematem swojej twórczości?

Jak aktualna pozostaje jego sztuka, można się było przekonać w pierwszych tygodniach izolacji spowodowanej pandemią. Życie artystyczne zamarło wraz z całą resztą życia publicznego. Za zamkniętymi drzwiami Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czekała gotowa wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”. Nie zdążyła się już otworzyć dla publiczności. Richard Long jest jednym z uczestników tej zamrożonej przez pandemię ekspozycji. Pokazywane jest na niej „Rzucanie kamieniem wokół szczytów MacGillycuddy’s Reeks”. Tytułowe szczyty to pasmo górskie w Irlandii, przez które w 1977 roku wędrował artysta. Jego przewodnikiem w tej wyprawie był kamień. Long znalazł go w górach i rzucił przed siebie, a następnie poszedł, by go podnieść i rzucić znowu – jeszcze dalej. Powtórzył tę operację 3628 razy, aż po trzech dniach okrążył całe górskie pasmo i odłożył kamień tam, gdzie go znalazł.

Po wyprawie sprzed lat zostało kilka fotografii, na których artysta zrobił rysunki. Przez pandemię nawet tej skromnej dokumentacji nie można było zobaczyć na żywo w murach MSN-u. Tymczasem praca Longa działa na wyobraźnię nawet mocniej w sytuacji, w której przez wiele tygodni główną, wręcz jedyną rozrywką ludzi na całym świecie stały się spacery.

„A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW) „A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW)

Nieszkodliwy dziwak

Cofnijmy się do połowy lat 60. Młody Richard Long (rocznik 1945), student prowincjonalnego college’u artystycznego w rodzinnym Bristolu, pewnej zimy rusza za miasto, by toczyć przed sobą śniegową kulę, a za sobą pozostawiać czarny ślad biegnący przez białe wzgórza. Utrwalony na fotografii rezultat tego działania przedstawił profesorom. Ci wezwali do szkoły rodziców i stanowczo poprosili, aby zabrać do domu studenta, który, jak sugerowali, nie jest do końca przy zdrowych zmysłach.

Wcale się tym nie zniechęcił. Przeciwnie, kontynuował swój marsz, a w 1967 roku wydeptał ścieżkę, która stała się jego przełomową pracą. Jadąc pociągiem na trasie Londyn  – Bristol, artysta wysiadł spontanicznie w połowie drogi i poszedł na łąkę. Chodził po niej w tę i z powrotem tak długo, aż zostawił w świeżej trawie wyraźny ślad, a następnie uwiecznił go na czarno-białej fotografii. Long studiował w tym czasie w Saint Martin’s School of Art w Londynie. W odróżnieniu od college’u w Bristolu w tej szkole trudno było kogokolwiek zaszokować ekstrawagancją. Problem w tym, że land art – sztuka ziemi – do której później zaliczano twórczość Longa, dopiero nabierał rozpędu, i to na razie tylko za oceanem, w ogarniętych kontrkulturową rewolucją Stanach. Także minimalizm i konceptualizm, kolejne nurty, z którymi krytycy wiążą dziś tego twórcę, nie cieszyły się jeszcze w brytyjskim świecie sztuki sławą. Dlatego zamiast na Wyspach, debiutancką wystawę solową Long zrobił w 1968 roku w Düsseldorfie, wówczas jednym z najciekawszych miejsc na artystycznej mapie Europy. W Anglii uważany za nieszkodliwego dziwaka, w Niemczech wędrowiec z Bristolu uznany został za rewelację.

 

Przez drogi i pola

Sukces, również komercyjny, uwolnił go od materialnych trosk życia codziennego i artysta mógł się poświęcić temu, co kochał najbardziej, czyli chodzeniu. W 1998 roku przemierzył na piechotę 1030 mile dzielące wysunięte najbardziej na południe i na północ krańce Wielkiej Brytanii. Marsz zajął mu 33 doby; każdego dnia Long układał przy drodze kamień, tworząc składającą się z 33 punktów, rozciągniętą na dystansie 1657 kilometrów linię przecinającą całą wyspę. Z kolei po słynnym „Five Day Walk” [Pięciodniowym marszu] z 1980 roku zostało sześć linijek tekstu, który Long umieszcza na ścianach galerii, jeżeli ktoś poprosi o wystawienie tej pracy. „Pierwszy dzień – dziesięć mil” – czytamy w pierwszej linijce. I dalej: „Drugi dzień – 20 mil. Trzeci dzień – 30 mil. Czwarty dzień – 40 mil. Piąty dzień – 50 mil. Z Totnes do Bristolu przez angielskie drogi i pola”.

Realista

Dziś już dobrze po siedemdziesiątce wciąż potrafi przejść z plecakiem 50 kilometrów dziennie i rozbić obóz w dziczy. „Moje kroki zostawiają ślad – mówi artysta. – Moje nogi niosą mnie przez krajobraz. To jakby mierzenie świata. Uwielbiam to połączenie z własnym ciałem”. Kiedy mówi takie słowa, brzmi jak performer, ale sam swoje prace opisuje w kategoriach rzeźby. Nie czyni przy tym różnicy między rzeźbami, które mają formę tekstu, krótkiej relacji z odbytego marszu, mapy czy rysunku, a monumentalnymi instalacjami, które układa w galeriach i miejscach publicznych. Tworzy je ze znalezionych patyków, rzecznych kamieni, fragmentów skał. Używa zawsze dwóch podstawowych form. Jedna to ścieżka, czasem biegnąca po linii prostej, innym razem po spirali. Druga forma to koło. Pierwsza symbolizuje drogę, druga miejsca, do których droga ta prowadzi. „Jestem realistą” – powiada Long pytany, do jakiego nurtu chciałby się zaliczać. I trudno się z nim spierać, bo czyż świat rzeczywiście nie składa się z miejsc i z dróg, które dzielą jedno miejsce od drugiego?!

„Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW) „Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW)
W podobny sposób artysta podchodzi do malarstwa. Jego obrazy to najczęściej ogromne kręgi, które odbija na ścianach galerii własnymi dłońmi, niczym prehistoryczny malarz jaskiniowy. Zamiast farby używa błota, najchętniej pochodzącego z delty rzeki Avon, która uchodzi do morza w Bristolu. Long odbywał swoje artystyczne marsze na całym świecie, ale zawsze wraca do rodzinnego miasta. Koła z błota mają krótki żywot, po zakończeniu wystaw zostają zmyte i zamalowane. Long nie dba o materialną trwałość swoich dzieł, lecz o żywotność stojącej za nimi idei. To myśl o mierzeniu świata własnymi krokami, a także o tym, że gdziekolwiek człowiek się pojawi, tam zostawia ślad, ale ów trop jest ulotny. Mienimy się panami przyrody, ale w rzeczywistości jesteśmy, tylko i aż, przechodniami w pejzażu natury. To przesłanie, które Richard Long wydeptywał przez 50 lat, brzmi szczególnie aktualnie dziś. Kiedy to natura daje nam lekcję na temat kruchości świata, jaki sobie stworzyliśmy.

Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News) Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News)

Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie trwa do końca sierpnia.

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.