1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Basia Trzetrzelewska wiecznie smutno-pogodna

Basia Trzetrzelewska wiecznie smutno-pogodna

Ilustracja Przemysław Truściński
Ilustracja Przemysław Truściński
Zawsze miałam sny, w których widziałam siebie na scenie. I życie tak mną pokierowało, by je spełnić – mówi Basia Trzetrzelewska, jedna z najbardziej cenionych na świecie polskich wokalistek. Sprzedała ponad milion płyt, ma rzeszę fanów w USA i Japonii. Już niedługo ruszy po Polsce z zespołem w trasę promującą najnowszy album „Butterflies”.

Cicha dzielnica Londynu, biały szeregowy, na wskroś brytyjski dom wśród drzew. Danny macha do mnie z okna, za drzwiami szczeka Chester. – Basia jeszcze nie przyjechała, pewnie są korki, a mieszka pod Londynem, na skraju głuszy i południowego krańca miasta – mówi Danny White, klawiszowiec, kompozytor i producent, który gra z Basią od początku lat 80. Żona Danny’ego zaprasza na kawę. Pytam, czy są piosenki, do których – po tylu latach kariery – ma mniejszy entuzjazm. Jedna jest, ale nie zdradzi mi która. Za to jeden z największych przebojów Basi „Cruising and Bruising” z płyty „London Warsaw New York” grać uwielbia, napędzany reakcją publiczności, która prosi o niego na każdym koncercie. 

– Zaskoczyło mnie, że ta piosenka, tak z pozoru lekka, ciepła, z elementami samby, do której stopy same podrygują, ma tak smutny tekst – mówię znad kawy. – A melodia twoim zdaniem nie jest smutna? – pyta zdziwiony Danny. Pytanie zawisa w powietrzu, bo pojawia się Basia. Zanim ją zobaczę, usłyszę jej śmiech – jak u nastolatki. Chester wtóruje wściekłym szczekaniem. Za Basią wchodzi Kevin Robinson, jej partner od prawie 30 lat, trębacz i aranżer związany z grupą Simply Red. Porywa nas gwar, ciepłe powitania i uściski. Wszyscy się doskonale znają – dawniej Kevin grał z Basią i Dannym w zespole. Gdy siadamy w salonie z widokiem na ogród (i położone w nim studio Danny’ego), jego pytanie nie daje mi spokoju.

– Powiedział, że ta melodia jest smutna? Cały Danny. W tamtym czasie często, gdy tekst piosenki był smutny, tworzyliśmy dla kontrastu melodię pełną optymizmu. A tekst jest smutny bez wątpienia – pisałam go, gdy się rozstawaliśmy. Później, gdy na koncertach śpiewałam tę piosenkę, łzy leciały mi po policzkach. To nie było łatwe rozstanie, zresztą żadne nie jest. Pracowaliśmy akurat nad drugą solową płytą i mieliśmy zaplanowaną dużą trasę koncertową. Jedynym plusem było to, że przynajmniej miałam o czym pisać piosenki [śmiech]. „Time and Tide”, tytułowy utwór z naszej pierwszej płyty z 1987 r., też jest o nas, a raczej o Dannym – już chyba wtedy miałam przeczucie zbliżającego się rozstania.

To, dodajmy, twój pierwszy utwór na liście przebojów „Billboardu”, potem pobił go „Cruising…”.
W USA ta piosenka często jest grana na weselach. Śpiewam, że nie powinniśmy być razem, może kiedyś, że mamy czas – to piosenka o niespełnionym uczuciu, a tu ślub! Przewrotne.

Podobnie jak to, że z rozstania wyszły wam największe hity.
Piosenki o nieszczęśliwej miłości, rozdartym sercu – od Phila Collinsa po Adele – najbardziej przemawiają do ludzi, może dlatego, że są do bólu szczere i poruszające. Dobrze, że jakoś to rozstanie przetrwaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam zerwać kontakt, ale Danny jest najbardziej upartym człowiekiem na świecie i jeżeli coś sobie postanowi, to do tego dąży, więc w końcu przekonał mnie, że szkoda marnować takie dobre partnerstwo muzyczne. Przecież już mieliśmy za sobą jedną solową płytę, pracowaliśmy nad drugą, a właściwie nad trzecią, bo jeszcze wcześniej była ta z zespołem Matt Bianco. Uważał, że nie możemy tego zaprzepaścić… Ja z kolei jestem wyrozumiała, daję ludziom drugą i trzecią szansę, łatwo wybaczam.

To było bolesne, ale on był cierpliwy i wiedział, że prędzej czy później wszystko się między nami ułoży. I miał rację – poznaliśmy nowych partnerów, dziś jesteśmy wielką muzyczną rodziną i śmiejemy się z tamtych dramatów. Chociaż cierpliwość Danny’ego została wystawiona na próbę, gdy zaczęłam się spotykać z Kevinem, naszym muzykiem z zespołu. Wcześniej traktowaliśmy się po koleżeńsku, ale podczas długiej trasy po rozstaniu spojrzeliśmy na siebie inaczej. Pokonywaliśmy kilometry w przeróżnych busach i Danny nie był zadowolony, że okazujemy sobie z Kevinem uczucie. A potem spotkał Gronię i wszystko się ułożyło. Świetnie się z nim pracuje.

Jak się poznaliście?
Przyjechałam do Anglii, gdy miałam 27 lat, w 1981 roku, za ukochanym Brytyjczykiem, którego poznałam jeszcze w Warszawie. Wcześniej była przygoda z USA, gdzie śpiewałam z zespołem w klubie polonijnym w Chicago. Danny’ego poznałam rok po przeprowadzce do Londynu – szukając pracy, przeglądałam ogłoszenia w pismach muzycznych. W magazynie „Melody Maker” znalazłam Bronze – zespół współtworzony przez Danny’ego. Gdy odeszła ich wokalistka, zastąpiłam ją. Na początku nie był tym zachwycony, bo brzmiałam zupełnie inaczej niż ona, ale z czasem znaleźliśmy wspólny muzyczny język. Nie udało nam się jednak znaleźć zainteresowania ze strony żadnej wytwórni płytowej i Bronze rozpadł się w 1983 roku.

Wkrótce potem Danny poznał Marka Reilly’ego, z którym założył zespół Matt Bianco, a ja dołączyłam do nich, śpiewając głównie chórki. Po sukcesie pierwszej płyty z hitami „Half a Minute” i „Get out of  Your Lazy Bed” odeszliśmy z Dannym z zespołu w ’85 roku, a on zachęcił mnie do pisania. Sama, wpatrzona w idoli, genialnych kompozytorów, jak np. Stevie Wonder, nigdy bym nie miała śmiałości. Ale sprytnie mnie podszedł – na początek dał mi kilka akordów i powiedział, żebym wymyśliła do nich melodię. Potem, żebym dopisała do niej ciąg dalszy, a w końcu polecił mi napisać tekst – choć wtedy jeszcze kiepsko mówiłam po angielsku! Odpowiedziałam mu, że przecież to on jest Anglikiem, to jego robota i jego język, a on mi na to, że nie umie wyrażać uczuć słowami. Sama nie wiem, kiedy okazało się, że pracujemy i żyjemy razem. Na dłuższą metę to było nie do wytrzymania, bo nasze życie zamieniło się w niekończącą się pracę. Danny’emu muzyka wypełnia całe życie, ja z kolei chcę podróżować, spędzać czas z rodziną, przyjaciółmi, pochłania mnie wiele rzeczy: teatr, książki, ogród… Poza wrażliwością muzyczną nie mamy z Dannym zbyt wiele wspólnego – ale muzycznie rozumiemy się bez słów. Choć i dziś Danny bywa zły, że tak powoli pracuję, bo on mógłby bez przerwy. Na szczęście już jakiś czas temu odkrył tenis, gra, chodzi na spacery z psem, znalazł więc coś poza muzyką. Z kolei z Kevinem wszystko mnie łączy poza muzyką! Mamy takie samo spojrzenie na świat, interesują nas te same rzeczy, ale muzycznie różnimy się bardzo.

Jak to jest śpiewać dziś piosenki o rozstaniu sprzed lat?
Łatwiej, nie mam już do nich tak emocjonalnego stosunku, nie myślę, o kim i o czym one są. Czasem patrzę na ludzi na koncercie i ich emocje mnie niosą. Ktoś ma łzy w oczach albo śpiewa ze mną, a to bardzo mnie wzrusza. Raz, wyobraź sobie, podczas „Time and Tide” mężczyzna klęknął przed dziewczyną i się jej oświadczył! Niemal głos mi odebrało z wrażenia.

Masz polskie i brytyjskie obywatelstwo. Jak to jest żyć na dwa domy i dwa kraje?
Nauczyłam się być tu i tam. Raz w miesiącu jadę do Polski, bo tęsknię. Ale też dobrze, że mam brytyjską odskocznię, bo nie wiem, czy inaczej mogłabym pracować. Muszę mieć dystans, pełną ciszę, być sama. Gdy nagrywam, nie lubię nawet, gdy Kevin jest w domu, a gdy jest, proszę go, by został na parterze – studio mam na strychu. Nie chcę, żeby słyszał, jak improwizuję, wymyślam, bo czasem niektóre próby wydają mi się żenujące. Mieszkamy pod lasem, wokół tylko ptaki, lisy i koty sąsiadów. A dom w Jaworznie dzieli między siebie 12 osób, więc cisza i spokój są czymś nieosiągalnym.

Aż 12?
To wielki dom. Straciłam już, niestety, rodziców oraz obu braci, ale mieszka w nim moja siostra, która ma córkę i syna, a oni swoje rodziny. By się pomieścić, co chwilę adaptujemy nowe pomieszczenia tak, żeby każdy miał osobne mieszkanie – w domu jest już pięć kuchni! My z Kevinem, po wędrówce przez wszystkie niemal piętra, w końcu wylądowaliśmy na strychu, gdzie mamy dużo przestrzeni, tak jak lubię. Na dole, w ogromnym salonie, odbywają się wszystkie ważne uroczystości rodzinne oraz co roku święta i sylwester.

To był zawsze twój rodzinny dom?
Urodziłam się w zupełnie innym domu, rodzice mieli przy nim sklep z lodami, potem przenieśliśmy się do kolejnego, tym razem z wielkim ogrodem. Już nie istnieje, wybudowano na jego miejscu osiedle, a rodzice dostali w zamian działkę. Na początku lat 70. ojciec zaczął budować na niej nasz wielki dom, ale zmarł, zanim go ukończył, więc moim życiowym projektem stało się kontynuowanie jego dzieła. Odkąd odeszli rodzice, przejęłam pieczę nad domem – zajmuję się naprawami, co chwilę znajduję coś do wymiany, ostatnio płot i rynny… Mieszkamy tam w cztery rodziny, jest trochę jak w komunie, trzeba się umieć dogadywać. Dla siebie mamy z Kevinem czas w Wielkiej Brytanii, tu znajomi są bardziej powściągliwi, nie zdarza się, by ktoś wpadł niezapowiedziany [śmiech]. Mamy za to wielu gości z Polski, co jest cudowne, latem niemal każde łóżko i sofa są zajęte. Bo zdecydowanie bliżej mi do moich przyjaciół z Jaworzna niż tych z Wysp. Poza tym są jeszcze kuzyni, ciocie… W Polsce wszyscy trzymają się blisko i to jest wspaniałe, bo nie znajduję nic lepszego w życiu niż najbliżsi mi ludzie.

Rodzina bywa inspiracją?
Narodziny Amelki, jednej z wnuczek mojej siostry, stały się okazją do powiedzenia mojej rodzinie, co w życiu ważne i żeby się nie przejmować głupstwami. Piosenka „Amelki śmiech” ma rytm walca, a moja mama zawsze mnie prosiła, żebym nagrała walczyka. To była piosenka dla niej, mimo że już odeszła.

Pisanie tekstów jest dla mnie najtrudniejszą rzeczą na świecie. By jakoś się z tym uporać, zaczynam od napisania listu do wybranej bliskiej osoby. Dopiero potem adaptuję go tak, by pasował do melodii. Najgorzej włączyć komputer i patrzeć na pustą stronę. Jest pomysł, jest zarys muzyki – ale wypełnij to, zrób z tego całość, zainteresuj tym ludzi, wzrusz, włóż coś prawdziwego! To wyciąga ze mnie każdą emocję. Potrafię wysprzątać cały dom, przekopać ogródek, wyprasować górę prania, żeby odsunąć tę torturę. Oczywiście, jak już wszystko idzie dobrze, to sprawia mi niesamowitą przyjemność. Ale wcześniej, pracując nad piosenką, potrafię wylać sporo łez.

Śpiewasz: „Wiesz, co liczy się: Amelki śmiech, ludzki gest. Masz przyjaciół w bród, biesiadny stół. Śpiewaj i nie zapominaj, jak ważna ta chwila”.
Mam grupę przyjaciół w Polsce, z którymi każde spotkanie zamienia się w ogromną biesiadę i zawsze kończy się śpiewami, wygłupami, tańcami, jest wesoło i na luzie. Te spotkania są dla mnie niezwykle ważne. W Anglii coś takiego się nie zdarza, imprezy wyglądają tak, że wszyscy stoją z drinkiem nad bufetowym jedzeniem – inna planeta. W „Amelki śmiechu” chórkiem są współbiesiadnicy – przyjaciele i rodzina. Zależało mi na oddaniu atmosfery, więc na stole – obok jedzenia i napojów – postawiliśmy z Kevinem dwa mikrofony i nagraliśmy chórki. Musiałam nauczyć bractwo melodii, zanim wypije zbyt dużo. Udało się nam oddać atmosferę, więc nieważne, że niektórzy śpiewali nieczysto, chciałam, żeby to było autentyczne. Mam fajne wspomnienia z tego nagrania.

„Amelki śmiech” pochodzi z twojej trzeciej solowej płyty „It’s that Girl Again”, którą wydałaś w 2009 roku, po 15-letniej przerwie. Co ją spowodowało?
Szereg tragedii. Najpierw zmarła moja mama, kilka miesięcy później wstrząsnął mną atak z 11 września, potem w wypadku zginęła moja bliska kuzynka... To wszystko wydarzyło się w przeciągu roku, nie chciałam pracować, odrzuciłam muzykę. W końcu Danny, który wyrywał włosy z głowy tak, że nie ma ich już wcale [śmiech], wrócił do Matt Bianco i zaczął podsuwać mi pomysły. Powoli, powoli znów wciągnął mnie w muzykę. Zaczęłam nieśmiało od chórków, potem wróciłam do pisania. W rezultacie w 2005 roku nagraliśmy płytę z Matt Bianco, więc moja przerwa od śpiewania była krótsza, niżby się wydawało.

Opowiedz, proszę, o mamie.
Mama była motorem, bardzo mnie motywowała, pracowałam dużo więcej i częściej, gdy żyła. Była krytyczna, mówiła, co jej się podoba, co nie, ale też była moją największą fanką, jak to matka. Lubiła Shanię Twain, nie znosiła Whitney Houston, mówiła, że za płaczliwie i za krzykliwie śpiewa. Interesowała się wszystkim, co się dzieje, była nowoczesną kobietą, młodą duchem. Mam wiele jej fotografii, na mojej ulubionej jest ubrana po domowemu i z uśmiechem patrzy w obiektyw – dałam ją Agacie Orlickiej, świetnej malarce, by zamieniła ją w obraz. Powiesiliśmy go w centralnym miejscu domu w Jaworznie, mama wygląda na nim jak żywa, jest zawsze z nami. Ale na jej fotografie wciąż nie mogę patrzeć bez bólu, choć od jej śmierci minęło już 19 lat. Żałuję, że nie spędziłam z nią więcej czasu, że może za rzadko przyjeżdżałam.

Przez salon z przepraszającym wyrazem twarzy przechodzi wracający ze studia Danny z synem. – Cześć, Jordan – rzuca Basia. – Kiedyś był małym chłopcem, dziś komponuje, gra na saksofonie, raz nam towarzyszył w nagraniu. – Na fortepianie umie zagrać rzeczy, których ja nie potrafię – dodaje z lekką dumą Danny. – Raz usłyszy i od razu gra. Ja jestem samoukiem, dodam na swoje usprawiedliwienie, on studiował muzykę. Ja psychologię. 

A twój syn?
Mikołaj zawsze był zainteresowany muzyką. Zaczął studiować filozofię, która, jak się okazało, nie za bardzo go pociągała, i gdy w końcu z niej zrezygnował, zaproponowałam mu, że skoro muzyka jest tym, co kocha, to niech ją studiuje. A on mi na to, że wtedy przestanie być jego pasją, a stanie się pracą. Więc zaczął studiować antropologię i socjologię. Dziś ma bardzo lewicowe poglądy i prowadzi w Londynie radykalną księgarnię, organizuje spotkania z pisarzami, targi książkowe, przyznaje nagrody. Ale oprócz tego jest też didżejem i nagrał swoją płytę instrumentalną, jazzową. Jestem dumna z niego, że potrafi pogodzić te wszystkie pasje.

Ty, zdaje się, studiowałaś fizykę?
Zdawałam na matematykę, ale zabrakło mi punktów, bo byłam córką rzemieślników – wyobrażasz sobie?! Wylądowałam na fizyce. Jeszcze w liceum występowałam na różnych akademiach, od szóstego roku życia uczyłam się grać na fortepianie. Chciałam zapisać się do szkoły muzycznej na obój, ale okazało się, że termin minął i dyrektor przesunął mnie na wokal, więc uczyłam się śpiewu operowego. Zawsze miałam sny, w których widziałam siebie na scenie. I życie tak mną pokierowało, by je spełnić.

Debiutowałaś w wieku 15 lat z zespołem Astry, aż w końcu trafiłaś do Alibabek.
Porwały mnie ze studiów już na pierwszym roku. Bardzo lubiłam ten zespół, jego chórki i harmonie – zresztą do dziś wykorzystuję to, czego tam się nauczyłam. Dzięki temu, że nie śpiewam za dużo, bo nagrywamy i wydajemy płyty rzadko, koncertujemy również – mój głos wciąż nieźle się trzyma. Świeżość w mojej muzyce, radość z robienia jej po tylu latach kariery wynika między innymi z tego, że to nie jest moja codzienna praca.

A na co dzień jakiej muzyki słuchasz?
Jestem fanką muzyków, którzy mogliby być moimi wnukami. Tym się różnimy z Dannym. Ja słucham wszystkiego, co się pojawia, ot, chociażby Eda Sheerana, a on żyje w świecie swoich pierwszych inspiracji, uwielbia jazz i muzykę klasyczną. Dla mnie każda muzyka jest dobra. Na przykład jestem szaloną fanką 36-letniego Jamiego Woona – jest pół Szkotem, pół Malezyjczykiem – nagrał dwie płyty i czekam na trzecią, kiedyś wyprawiliśmy się na jego koncert do Walii. Kupiłam też płytę norweskiej wokalistki Sigrid, ma zaledwie 23 lata, wygląda na 16, daje mi tyle entuzjazmu, śpiewam z nią w samochodzie, ma świetny głos. Zupełnie inny niż głosy, które kiedyś mnie interesowały, chociaż, oczywiście, nadal kocham płyty Arethy Franklin czy Steviego Wondera. Wczoraj na przykład oglądałam nagranie niesamowitego koncertu Coldplay z São Paulo sprzed dwóch lat. Patrzenie, jak tysiące ludzi cieszą się, tańczą, krzyczą, obejmują się, bo porywa ich muzyka i wiąże piosenka, jest dla mnie wzruszające do łez. Więc zamiast się cieszyć z nimi, ciągle wycierałam oczy. Taki płacz ze szczęścia.

Mimo tych łez twój perlisty śmiech sprawia, że wydajesz się niezwykle pogodną osobą.
Smutno-pogodna jestem. Mam w sobie sporo melancholii. Urodziłam się w środę, a jest taki angielski wierszyk, który opisuje charakter i mówi: Wednesday’s child is full of woe – i to woe znaczy „żałość”. Może dlatego jestem zawsze na pograniczu łez i śmiechu. Do tego jestem Wagą, więc potrafię płakać ze szczęścia. Moi znajomi czasem specjalnie mi o niektórych rzeczach nie mówią, żeby mnie nie martwić. No, ale nic na to nie poradzę, zawsze miałam w sobie tę nadwrażliwość.

Danny pewnie by przytaknął, gdyby mógł zrozumieć, o czym rozmawiamy. A tak, wchodząc do pokoju, rzuca tylko: – Patrz, jaki mądry pies!. I pokazuje Chestera, który umościł się na fotelu i zamiast szczekać, śpi w najlepsze. – Ma szczęście – chodzi na spacer trzy, cztery razy dziennie – dodaje Basia. – Wystarczy, że zagram pewną melodyjkę i on od razu biegnie pod drzwi! – śmieje się Danny. – Załapał już po dwóch razach. Wcześniej miałem setera, który dopiero po miesiącu zrozumiał, o co chodzi. A ten jeszcze umie śpiewać. Gdy gram Chopina, zaczyna mi wtórować. Patrzcie. Danny gra, Chester podnosi głowę i zaczyna wyć do rytmu. A Basia śmieje się perliście zaraźliwym śmiechem, takim z głębi serca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

62. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich po raz drugi online

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Niebywały sukces Koncertów Chopinowskich w wersji online z ubiegłego roku oraz trwające ograniczenia dotyczące organizacji imprez skłoniły organizatorów wydarzenia do kontynuowania recitali w formie online.

Koncert inauguracyjny odbędzie się w niedzielę 16. maja, tradycyjnie o godz. 12:00. Transmisja będzie dostępna na www.facebook.com/koncertychopinowskie, a także na Youtube i stronach internetowych www.koncerty-chopinowskie.pl i www.estrada.com.pl. Spacerujący w Łazienkach Królewskich będą mogli wysłuchać muzyki Chopina z głośników rozstawionych w głównych miejscach królewskiego parku w każdą niedzielę w południe.

W koncercie inauguracyjnym wystąpi amerykański pianista Kevin Kenner, uznawany za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Zdobył najwyższą nagrodę na XII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jest również laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i wielu innych.

Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)

Ten pochodzący z Kalifornii pianista wcześnie miał okazję zapoznać się z polskimi tradycjami muzyki klasycznej – w wieku kilkunastu lat studiował pod kierunkiem wybitnego polskiego profesora Ludwika Stefańskiego w Krakowie. Kenner jest również wybitnym pianistą studyjnym – czasopismo „Grammophone” określiło wszystkie jego interpretacje utworów Paderewskiego i Chopina mianem nagrań miesiąca. Inne jego nagrania zostały wyróżnione przez „Diapason”, „Fanfare” i Polskie Radio. Przez ponad dziesięć lat Kevin Kenner był zatrudniony na stanowisku profesora w Royal College of Music w Londynie. Obecnie pracuje na wydziale muzycznym Uniwersytetu Miami (Frost School of Music), gdzie przygotowuje młodych, utalentowanych pianistów do występów na scenach świata. Zasiadał w jury wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych, w tym Konkursu im. Ferruccio Busoniego we włoskim Bolzano i Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)

Plenerowe koncerty muzyki Chopina zorganizowano po raz pierwszy w 1959 r., po zrekonstruowaniu pomnika kompozytora. Z biegiem czasu wielokrotnie zmieniały swoją formułę. W tym roku, po raz kolejny pianiści nie zagrają pod pomnikiem Chopina, lecz wystąpią dla słuchaczy online. Recitale zarejestrowane zostały w wyjątkowym wnętrzu Sali Balowej w Pałacu na Wyspie, zbudowanej pod koniec XVIII wieku, z dekoracyjnymi marmurowymi kominkami z rzeźbą Herkulesa i Apolla Belwederskiego. Koncerty w tej formule będą kontynuowane w każdą niedzielę o godz. 12:00, a jeżeli sytuacja na to pozwoli Stołeczna Estrada powróci do organizacji koncertów w tradycyjnej formie – na żywo.

Kalendarz najbliższych koncertów:

MAJ

16 maja – koncert inauguracyjny, godz. 12.00 - Kevin Kenner (USA)

23 maja – Łukasz Byrdy

30 maja – Aleksandra Hortensja Dąbek

CZERWIEC

6 czerwca – Mateusz Tomica

13 czerwca – Viet Trung Nguyen (Wietnam/Polska)

20 czerwca – Maciej Wota

27 czerwca – Edward Wolanin

LIPIEC

4 lipca – Mateusz Krzyżowski

Wszystkie koncerty dostępne będą bezpłatnie.

Cykl koncertowy finansowany jest ze środków Miasta st. Warszawy.

koncerty-chopinowskie.pl

  1. Kultura

Mistrzowskie skrzypce

Mistrzowskie skrzypce
Mistrzowskie skrzypce
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Już jutro 8 maja rozpoczyna się Międzynarodowy Konkurs Lutniczy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

Najlepsi lutnicy z 14 krajów na całym świecie, m.in. z Włoch, Francji, Belgii, Korei Południowej, Chin, Japonii oraz Polski, zgłosili do konkursu 88 instrumentów. To nieco mniej niż zwykle – ze względu na pandemię, część ze zgłoszonych wcześniej skrzypiec nie dojechała. Poznański konkurs lutniczy odbywa się co 5 lat od 1957 r., jest najstarszym na świecie i jednym z najważniejszych obok Cremony, Mittenwaldu i Pekinu.

Międzynarodowe jury w skład którego wchodzą zarówno lutnicy, jak i muzycy, już niedługo rozpocznie oględziny instrumentów. Oceniane będą zarówno walory lutnicze instrumentów, jak i barwa dźwięków, które wydają. W finale instrumenty zagrają podczas przesłuchań kameralnych i orkiestrowych. To dla nich najsurowszy sprawdzian. Siła (głośność), barwa i nośność dźwięku robią różnicę. Najlepsze zostaną docenione. Na finalną punktację przypada ocena lutnicza - 50 proc, i drugie 50 proc. na ocenę dźwiękową. Dlatego w jury obok lutników zasiadają muzycy, m.in. Laura Hamilton – koncertmistrzyni Metropolitan Opera w Nowym Jorku i pedagog NY University oraz Bartosz Bryła, jeden z wybitnych współczesnych polskich wiolinistów i wykładowców.

(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)

(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Główną nagrodą w tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Lutniczym jest 16 tysięcy euro. To nagroda fundowana przez Ministerstwo Kultury. Zwycięskie instrumenty zasilają Narodową Kolekcję Instrumentów Lutniczych, której zasoby są wypożyczane najzdolniejszym krajowym muzykom. Kolekcja istnieje od lat. Pomogła zbudować światową karierę m.in. Wandy Wiłkomirskiej, Piotra Janowskiego czy Bartłomieja Nizioła.

W tegorocznym składzie jury zasiada Marcin Krupa, lutnik wielokrotnie nagradzany na międzynarodowych konkursach lutniczych, m.in. w Cremonie, Moskwie, Londynie, Baltimore i Poznaniu, ze znanej lutniczej poznańskiej rodziny. Również jego brat - Krzysztof wybrał ten zawód. Synów wykształcił ojciec, Antoni Krupa, który założył pracownię lutniczą w Poznaniu wiele lat temu. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał i dziś możemy odczuć tam prawdziwą atmosferę ręcznej pracy w drewnie.

„Tradycje rodzinne w tym zawodzie nie są rzadkością. W Polsce, podobnie jak w innych krajach, zawód lutnika często  przechodzi z pokolenia na pokolenie. Wychowałem się w pracowni ojca, od małego złapałem bakcyla – lubiłem mu pomagać, przebywać tam i nasiąkałem wiedzą na temat sztuki budowania instrumentów. Ojciec ułatwił mi wejście w lutniczy świat. To dzięki niemu znam tajniki tego zawodu, był moim mistrzem. Każdy lutnik stara się na początku znaleźć takiego mistrza na początku swej drogi, który wskaże mu swoje sposoby na uzyskanie wyjątkowego dźwięku budowanego instrumentu. Tato przekazał mi wiele ze swoich głęboko skrywanych tajemnic. Dzięki temu miałem łatwiejszy start, choć oczywiście musiałem odebrać gruntowne wykształcenie”. - mówi Marcin Krupa.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

Lutnik to fach z tradycją, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Rzemieślnik-artysta, który, w dobie automatyzacji i superszybkich maszyn, wciąż wykonuje swoją mozolną pracę ręcznie i to czyni ją wyjątkową. Lutnik to zawód, który może wykonywać osoba mająca wiele talentów: muzykalność, zdolności manualne, umiejętności plastyczno-rzeźbiarskie, cierpliwość, ale i zmysł techniczny, niezbędny do zbudowania misternej konstrukcji. Bez wątpienia ci, których instrumenty znajdą się w finale poznańskiego konkursu – to artyści tworzący arcydzieła. Takie skrzypce to skarb dla muzyka.

„Kiedyś lutnik nie zawsze był muzykiem, jednak gdy umie się grać – ułatwia to pracę nad instrumentem. Zna się lepiej oczekiwania wiolinisty, jego perspektywę, bo przecież instrument wykonujemy dla skrzypka.” – wyjaśnia Marcin Krupa.

Współczesne kształcenie lutnicze to średnia szkoła muzyczna z kierunkiem lutniczym (Poznań lub Zakopane), a później studia na wydziale lutniczym Akademii Muzycznej w Poznaniu – to jedyna uczelnia w Polsce, która kształci lutników. Właśnie tutaj Marcin Krupa został wykładowcą lutnictwa. Kolejnym krokiem jest praktyka u mistrza i udział w konkursach lutniczych. One pozwalają na międzynarodowy start, wysokie miejsca w rankingach konkursowych przyciągają klientów z całego świata. Kolejne zbudowane instrumenty i zadowoleni skrzypkowie uruchamiają następne zlecenia, w ten sposób buduje się swoje nazwisko i opinię w tym świecie, jednak swój warsztat trzeba cały czas doskonalić, co wymaga cierpliwości i czasu.

„Dla mnie ważny jest bieżący kontakt z muzykami. Wiele od nich się uczę, słucham ich uwag. Pomaga w tym lokalizacja mojej pracowni w Poznaniu – blisko opery i filharmonii” – mówi Marcin Krupa.

Do budowy skrzypiec wykorzystuje się tylko klon jawor oraz świerk. Drewno musi być lekkie i elastyczne. Poszukiwanie odpowiedniego kawałka drewna to temat na oddzielną opowieść. Specjalizują się w tym firmy, drewno sprzedawane jest na specjalistycznych targach, a nawet bywa nagrodą na konkursach lutniczych. Wielu lutników m.in. dlatego wybiera życie blisko natury, lasów, gór. Tak jest  w przypadku Joanny Plęs, która wraz z mężem Tomaszem Linką prowadzi pracownię w Ustrzykach Dolnych. Tu łatwiej o ciszę, spokój, koncentrację na pracy z dala od zgiełku wielkiego miasta. Blisko są Bieszczady, lasy, łatwiej nawiązać bezpośrednią relację z dostawcami drewna, a klienci i tak przyjadą do renomowanego lutnika. Instrumenty z pracowni Joanny Plęs doceniono m.in. na konkursach w Moskwie, Mittenwaldzie i Poznaniu - wiele lat temu jej skrzypce ze względu na wybitne walory dźwiękowe zostały zakupione przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, organizatora Międzynarodowych Konkursów Lutniczych.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

„Zawód lutnika wymaga zdobycia wszechstronnych umiejętności w zakresie rysunku, rzeźby, ogólnego wyczucia proporcji. Bardzo ważne jest duże doświadczenie oraz wykształcenie muzyczne, które pomaga sprostać wysokim wymaganiom muzyków. - mówi  Joanna Plęs. Lutnik stara się nadać wszystkim instrumentom piętno swej indywidualności dlatego każdy instrument jest niepowtarzalny. Drewno (jawor i świerk) musi sezonować się przez długie lata, a lakier składający się z wyselekcjonowanych naturalnych żywic każdy mistrz sporządza sam według tylko sobie znanej receptury, by nałożyć go później na swe dzieło w kilku, a nawet kilkudziesięciu cieniutkich, transparentnych warstwach” – przekonuje Joanna Plęs.

Więcej na  lutniczy.wieniawski.pl

Planowane są transmisje online przesłuchań instrumentów. Po MKL najlepsze instrumenty będą dostępne dla publiczności na wystawie w Muzeum Narodowym w Poznaniu przez 2 tygodnie.

  1. Kultura

Rzuć to wszystko, wszystko co złe, co gnębi cię... Wspominamy Zbigniewa Wodeckiego

Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas - mówił Zbigniew Wodecki, który dziś obchodziłby swoje 71. urodziny. Z tej okazji przypominamy jego ostatni wywiad na łamach "Zwierciadła". 

Szybki i frenetyczny, ale w branży mówią o nim: kawał dobrego chłopa, i trudno się dziwić, bo pocieszy, poklepie, parę groszy pożyczy. Skubnął życia i kariery w komunie, nie dał się transformacji, a dziś? - Cały ten showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch&Mitch, bo to czyste dzieciaki - mówi Zbigniew Wodecki.

Słuchasz dużo muzyki? Nie znoszę tego robić, ponieważ jeśli mi się coś nie podoba, to szlag mnie trafia, że w ogóle to słyszę, a jeśli ktoś świetnie gra? To wściekam się, że to nie ja skomponowałem. Całe to moje śpiewanie wzięło się zresztą z komponowania, bo wciąż siedziałem przy fortepianie i wyśpiewywałem wszystkie istniejące „ewrybady”, a później tworzyłem z nich piosenki. Własnie tak powstało „Zacznij od Bacha”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Izolda”, po latach duża forma na orkiestrę symfoniczną i dwa chóry dla Niepołomic, na którą to okazję kupiłem sobie specjalny program do pisania nut, ale... Widzisz, technika mnie zabiła... Jednak nie do końca, bo jednak migiem poleciałem do papierniczego po części do mojego nowego komputera: ołówek, ekierkę, gumkę.

Nie boisz się z takim ekwipunkiem grania z Mitch & Mitch? Ja się wszystkiego boję, nawet jutra, ale miałem już tyle w życiu wpadek, że... Raz na przykład w Domu Kultury w Dąbrowie Górniczej odbywała się uroczystość barbórkowa. Do dziś nie wiem czemu, wtedy nie wpadłem na to, by nauczyć się na pamieć tekstu. Pamiętałem jedynie pierwszą linijkę: „Odjeżdżają pociągi daleko”, a dalej? „La, la, la, la, la”. Cztery minuty i tylko to „la, la, la, la”, masakra. Prawie tam padłem ze strachu i stresu. Trochę mnie to co prawda zahartowało, ale do dziś za każdym razem, nawet jeśli wszystko dobrze pamiętam, boję się zupełnie tak samo jak w tym domu kultury, tym bardziej teraz, bo tak szczerze mówiąc, nie do końca potrafię sprecyzować to, co razem z tymi Mitchami tworzymy. Chłopaki, znane z tego, że są nieznane, i z tego, że oficjalnie przyznają się, że nie śpiewają, wynaleźli gdzieś moją starą płytę, która powstała w czasie, gdy byłem gościem płodnym i zadurzonym w muzyce Burta Bacharacha i tworzyłem trochę pod niego. Tak powstały dwie typowe bakarakówy „Parę słów” i „Rzuć to wszystko co złe” – od razu wiedziałem, że są fajne, nietuzinkowe, aranż dobrze zgrany z linią melodyczną, a mnie się jeszcze w dodatku wtedy zdawało, że jestem świetnym kompozytorem i do usranej śmierci będę na topie. No, ale widzisz, żeby się tego od świata dowiedzieć, musiałem czekać 40 lat, aż Mitche to wszystko wygrzebią, a najpierw się w ogóle urodzą. Zrobili mi tym naprawdę wielką przyjemność. Zagraliśmy w Trójce – zrobił się mały szmerek, na offie – szum, później większy, gdy wyszła płyta. A grzmot największy, kiedy piosenka „Rzuć to wszystko co złe” pojawiła na pierwszym miejscu listy przebojów...

A teraz jest już chyba regularny huk. Dostałeś dwa Fryderyki. Tak. Fryderyki są dwa: jeden z Mitch & Mitch Orchestra and Choir w kategorii album roku pop za płytę „1976: A Space Odyssey”. Oraz drugi w kategorii utwór roku za piosenkę „Rzuć to wszystko co złe”. I ja się ciesze! Ale też i dziwię, że dzięki Mitchom zacząłem „zdobywać świat”, i to z powodu płyty, która jest starsza nawet od mojej „Izoldy”. Za co zresztą dziękuje także Wojtkowi Trzcińskiemu, który w 1976 roku wpadł na to, żeby tę płytę w ogóle nagrać. A dziwię się, bo nie wiem, jakie mechanizmy społeczne czy kulturowe zagrały, żeby po takim czasie nagle to wszystko ruszyło. I skąd chłopcy wiedzieli, że to zadziała? A wiedzieli od początku, że będzie dobrze, choć ja im nie wierzyłem, i jeśli mogę być szczery, do dziś nie wierzę, że to wszystko się stało. Ukoronowany sukcesem rozdział z chłopakami uważam już jednak za zamknięty, choć będziemy jeszcze dużo koncertować. Ja tymczasem pracuję nad moją nową płytą, którą wyda Agora, a producentem będzie Rafał Stępień, świetny pianista i aranżer. I to będzie coś miedzy Alem Jarreau a Philem Collinsem, bo taki klimat mnie ostatnio kręci. Widzisz, jak to jest? Ja się bez roboty po prostu zapadam, nie ma mnie. Jest dokładnie tak, jak powiedział kiedyś Krzysztof Piasecki: „Stary, to, co nas trzyma, to adrenalina. Jak zejdziemy ze sceny, to się natychmiast sypniemy”.

Swoje pierwsze występy na scenie wspominasz czule? No, a jak! 1968 rok, na świecie cię jeszcze, kwiatuszku, nie było. Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz założyli Anawę i poprosili mnie, bym z nimi grał. Na skrzypeczkach. To była muzyka, ale i niesamowita aura tego wszystkiego, co się działo dookoła. Przy barku w Piwnicy pod Baranami zawsze o 15.00 na posterunku był już Skrzynecki, Konieczny, Kwinta, Litwin, Demarczyk. Wszyscy jak jeden mąż palili papierosy i jakoś nikomu to nie szkodziło. Wszyscy pili i to też nie było nic okropnego. A teraz jakoś tak ludziom nagle wszystko zagraża... Do rana graliśmy sobie w tej Piwnicy i było to genialne uzupełnienie mojej szkolnej edukacji typu Paganini i Czajkowski. Wreszcie mogłem improwizować, czyli cieszyć się instrumentem jak głupi pudełkiem zapałek. Bo w sztuce ten dar od Boga, jakim jest gotowość i umiejętność improwizacji, jest najistotniejszy. I do tego dobra, autentyczna radość i zabawa.

No tak, tu akurat trudno cię chyba prześcignąć? Wystarczy wspomnieć trasy z Ewą Demarczyk. Wspólnie przeszliśmy swoje. Wspólne tremy, wspólne garderoby, wspólne konserwy, bo kto by wtedy wydawał niemieckie marki na jedzenie, skoro za cztery można było w Polsce przeżyć miesiąc? Albo w Peweksie sobie kupić dobrą wódeczkę czy ortalionowy płaszcz. Pamiętam, gdy byliśmy pierwszy raz w życiu w Kolonii. Szok! Święta, gdzie okiem sięgnąć wesołe światełka, a w PRL-u w tym czasie wszędzie to ponure i smutne 40 vatów. Nikt w tej Kolonii chyba wtedy nie spał, a nas po prostu zatkało. Spaliśmy tam zresztą w hotelu przy zapalonym świetle, bo kto by tam wiedział, jak nacisnąć niemiecki prztyczek? Pamiętam tez Kubę dziesięć lat po Zatoce Świń. Wyruszyliśmy tam starym iłem w szóstkę: wiolonczela, perkusja, gitara klasyczna, dwoje skrzypiec i Ewa Demarczyk. Oraz likier. Bananowy, ananasowy, cytrynowy... dalej już nie wiem. I cygara, bo wtedy można było jeszcze palić na pokładzie. Kuba, z pełną euforią – dlaczego, nie wiem – przyjęła nasz osobliwy repertuar, składający się głównie z wojennych wierszy Baczyńskiego i poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, który graliśmy w koszulach non-iron, a na to czarne fraki i żar – 40 stopni C. Półtora miesiąca minęło jednak z szybkością strzały i teraz tak. Strach wracać tamtejszymi liniami, bo po dwóch godzinach lotu pojawiał się w nich komunikat „usterka”, pojazd wracał i sześc godzin czekania, bo remont... Co można zatem zrobić z taką mądrością? Jedno. Cała nasza szóstka nabyła na lotnisku po komplecie souvenir from Cuba. Czyli dwie butelki rumu, kilka likierów i cygara z głębokim postanowieniem, że wszystko to spożyjemy na pokładzie, ale nie po to, by się znieczulic. Koncepcja była taka, że jak najszybciej opróżniamy butelki, szczelnie je zatykamy i w razie czego, jakby – odpukać – samolot spadał do oceanu, to butelki będą pełnić funkcje kamizelek ratunkowych (bo wtedy jeszcze nie istniało coś takiego na pokładzie), uniosą nas na wodzie i wreszcie prędzej czy później, ale zdecydowanie lepiej prędzej, ktoś nas może na tej tafli odnajdzie. I tak to coraz mniej nerwowo ściskając coraz bardziej ubogie komplety pamiątkowe, dolecieliśmy z kubańskich tropików prosto do Campbell, by zatankować paliwo, a tam? Minus dziesięć stopni, ale myśmy już tego w ogóle nie czuli...

Myślisz, ze to młodość? Czy artystom za komuny w ogóle było lepiej? Widzisz, komuna dawała kasę na transmisję szopenowskich festiwali, Jazz Jamboree, Warszawska Jesień, teatry. A dziś? Koncert Wieniawskiego o drugiej w nocy puszczą, więc kto ma to niby oglądać? Lunatycy? Artystom kiedyś nie było źle, mimo że zawsze byli przecież „przeciw”, bo nawet gdyby czerwoni byli superdobrzy, to i tak nie wypadało być „za”. Wszyscy więc napieprzaliśmy na te komunę i każdy z nas stawiał sobie za punkt honoru, żeby go przymknęli choć na jedną dobę hotelową. Piotr Skrzynecki chodził na przykład w tym celu godzinami po krakowskim Rynku, ale zawsze wracał do Piwnicy przygnębiony, bo jednak znów ZOMO go nie spałowało. A ja z kolei, pamiętam, też chciałem się postawić i już miałem szczeknąć „czerwone świnie”, ale nie zdążyłem. „Te, to Pszczółka Maja przecież” – usłyszałem spod mundurów, omal nie zaczęli mnie z radości całować, więc wróciłem do Piwnicy w podobnym stanie co na ogół Skrzynecki. W komunie było bardziej czarno-biało, ale dawało się przeżyć na grząskiej i mglistej powierzchni show-biznesu, bo w statku obok płynął zawsze jakiś Szymanowski czy też Rachmaninow. A dziś? Pozycja artysty w wolnej Polsce zdziadziała do tego stopnia, że mówią o nim grajek. Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas. Staliśmy się leniwi, wygodni. Za chwile już nawet ognia nie będziemy umieli rozpalić, bimbru pędzić, chleba upiec, dziury zacerować. A ile warte będzie to przysłowiowe wiadro złota, jeśli system padnie? Nic, bo złota nie zjemy. Stąd prosty wniosek: ten cały showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch & Mitch, bo to czyste dzieciaki.

A co na tę twoją współpracę z Mitchami twoje dzieciaki? Syna nie pytałem jeszcze, bo to straszny indywidualista, wiec aż się boję, a córki lubią takie rzeczy. Każda po swojemu. Kaśka ze swoim dobrze wyważonym spokojem. Joaśka pośpiesznie, bo jest babką, która nawet na rodzinnym obiedzie spędza trzy minuty i ustępuje z pola widzenia.

Ale ty jesteś taki sam jak ona. [Śmiech]. No tak, ja też się non stop śpieszę. Zawsze chodziłem po cztery schody i do dziś, gdy ktoś zaczyna mi coś opowiadać, to ja już jestem na etapie konkluzji i naprawdę mam ochotę oszaleć, że muszę jeszcze słuchać tego perorowania. I wiesz co? Nic na to nie mogę poradzić. Nic, choć wiem, że to okropne i że moja rodzina była przez to kiedyś kilka razy na granicy wydolności. Przeprosiłem dzieci, głównie syna Pawła, za mój fatalny temperament, za to, że się nad nim pastwiłem, gdy grał na fortepianie, choć to w ogóle nie była jego bajka. Byłem młody, durny. Facet moim zdaniem powinien mieć dzieci dopiero po czterdziestce, a poza tym z powodu nadmiaru pracy w domu pojawiałem się tylko od wielkiego dzwonu i od razu rzucałem się, żeby nadać mu swój rytm. Tak jest zresztą do dziś, że większa porcja mojego życia dzieje się gdzieś tam, w świecie, ale dbam o to, żeby wszyscy moi bliscy mieli to, czego im trzeba.

Powiedziałeś kiedyś, że każdy jest do kupienia, pytanie tylko za ile. Piękny dowcip mi się przypomniał, pisz, jak chcesz. Facet podchodzi do eleganckiej kobiety: „Przepraszam, czy pani by mi się oddała za 5 milionów dolarów?” „No, wie pan... Chyba tak”. On na to: „A czy pani by mi się oddała za sto złotych?”. Ona: „No, wie pan! Za kogo pan mnie ma?”. „To żeśmy już ustalili, teraz negocjujemy cenę” – brzmiała jego odpowiedź. Pytałaś o show-biznes – no, to masz szybki przykład od szybkiego faceta. A im jestem starszy, tym jestem szybszy. I biegam po tym świecie z tą swoją wiecznie poważną miną, na którą nic poradzić nie mogę, bo nawet gdy jestem wyluzowany, i tak wyglądam, jakbym chciał kogoś ukatrupić.

Po śmierci Andrzeja Zauchy stwierdziłeś: kara śmierci dla morderców. Zmieniłeś zdanie przez te 20 lat? A skąd! Jeśli tylko ktoś zamordowałby mi kogoś bliskiego, nie tylko przegryzłbym mu własnymi zębami grdykę, ale i pieczołowicie obserwowałbym, jak bardzo się męczy. Czy tak jest po chrześcijańsku? Raczej tak, bo w Starym Testamencie jest „oko za oko”. Jestem zresztą pewien, że każdy normalny człowiek ma w sobie taką pierwotną siłę, choć oficjalnie powie, że nadstawi drugi policzek, no ale to jest tylko hipokryzja. Zupełnie taka jak u pewnego pasterza z Torunia, który swoim wężowym sykiem radzi ludziom, jak najlepiej na świecie znienawidzić bliźniego i jak najskuteczniej mu źle życzyć. Cóż, szkoda tylko, że ten naród taki głupi. No ale co?! Nie będę walił głową w mur. Już nie dziś. Mam rodzinę, ręce, nogi, mam co jeść i umiem się podzielić – to podstawa. I głęboko współczuję tym, którzy barykadują się w luksusowych willach i w samotności liczą te swoje pieniądze, nie wiedząc, że to taka frajda komuś coś dać. Jak to śpiewał Alosza Awdiejew: „Sąsiadowi się spaliła stodoła, niby obcy człowiek, a tyle radości”. My, Polacy, mamy ten mental opracowany do perfekcji.

Ciebie akurat każdy lubi, a jeśli nie lubi, to na pewno szanuje, wiem, bo pytałam. Dlaczego tak jest? Przypuszczalnie trochę z powodu tego, co w życiu zaśpiewałem, w szczególności „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”. Ale też wcale nie zdumieliby mnie ci, którzy pamiętają mnie z festiwali w latach 70., 80., i szczerze mnie nie cierpią. Sam bym się chętnie dezaktywował, choćby za tamte wizerunkowe akcje typu: ciemne okulary, kawa z mlekiem, wolne tempa, ulizane fale. Boże jedyny, masakra! Wszystko rzewne takie, do szlagtrafienia ckliwe, mdłe. I to jest w ogóle dość dziwne, wiesz, że wtedy mi się tak stało, bo naturę mam raczej subtelnego świra, choć może tego nie widać.

Widać. A to doskonale, wszystko jasne, dziękuje!

Wiem, że cię już o to kiedyś pytałam, ale może coś się zmieniło? Wziąłbyś udział w reklamie szamponu do włosów? Nic się nie zmieniło. Szampon? Bardzo chętnie, ale nie przeciwłupieżowy. Maści przeciwko mendom też bym nie promował oraz takiej na hemoroidy, to na pewno nie, do widzenia. Kwiatuszku, zasady to jedno, ale ja przecież jestem estetą.

Zastanawiałeś się, co by było, gdybyś był łysy? Choć nic okropniejszego niż takie włosy jak moje nie może się facetowi w życiu przytrafić, to bez tych włosów?! Nie, nie. Gdybym był łysy, musiałbym wszystko zaczynać od początku. Bo włosy to moje logo. Włosy to ja.

  1. Kultura

Adele - dowcipna i sarkastyczna

W 2017 roku Adele odebrała aż 5 statuetek Grammy, m.in. za utwór roku („Hello”) i album roku („25”). Na zdjęciu wokalistka razem z producentami podczas ceremonii rozdania nagród w Staples Center w Los Angeles. (Fot. Kevin Mazur/ Wireimage/ Getty Images/ Gallo Images)
W 2017 roku Adele odebrała aż 5 statuetek Grammy, m.in. za utwór roku („Hello”) i album roku („25”). Na zdjęciu wokalistka razem z producentami podczas ceremonii rozdania nagród w Staples Center w Los Angeles. (Fot. Kevin Mazur/ Wireimage/ Getty Images/ Gallo Images)
Wydała album "25" z megahitem "Hello", po czym zapadła się pod ziemię. Adele kilka razy uciekała w stan zawodowej hibernacji. Dziś kończy 33 lata, a fani z niecierpliwością czekają na jej wielki powrót. Z okazji urodzin artystki przypominamy artykuł z archiwalnego wydania "Zwierciadła" przybliżający jej sylwetkę. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 6/2017.

Oscarowy wieczór w 2013 roku. Dawno niewidziana Adele odebrała pierwszego w życiu Oscara za piosenkę „Skyfall” do kolejnej części przygód Jamesa Bonda. Zaśpiewała niedługo po urodzeniu syna, a statuetkę postawiła, jak na Brytyjkę przystało, w toalecie obok małego Oscara za najlepszą mamusię. Potem zniknęła na cztery lata i wróciła niespodziewanie w finale brytyjskiej edycji programu „X Factor”. Wtedy widzowie zamiast tradycyjnej reklamy zobaczyli zaskakujący spot: czarne tło, znajomy głos i nikomu wówczas nieznane: „Cześć, to ja. Zastanawiałam się, czy po latach chciałbyś się spotkać, by wszystko powtórzyć? Mówią, że czas leczy rany, ale ja nie czuję się uleczona” i trzy kropki. 30-sekundowy fragment obiegł Twittera w okamgnieniu, a fani rozpoznali, że oto właśnie, po latach milczenia, usłyszeli utęskniony głos. To był głos Adele, na który czekaliśmy cztery długie lata.

W październiku 2015 roku udowodniła, że można wrócić na rynek muzyczny po przerwie i zostać przyjętym z otwartymi ramionami, co wcale nie było oczywiste: „Bałam się, że wrócę, a Wy powiecie mi, żebym spieprzała”. Zapamiętaliśmy ją jako krnąbrną nastolatkę z albumu „19” i dojrzałą dziewczynę ze złamanym sercem z kultowej już płyty „21”. Po spektakularnym sukcesie drugiego krążka przerażona nagłym zainteresowaniem mediów skryła się w domu w Londynie i została w nim na kilka lat. W tym czasie związała się ze swoim obecnym mężem Simonem Koneckim (założycielem organizacji charytatywnej Drop4Drop, która dostarcza wodę pitną do Afryki), urodziła syna, a w efekcie życiowych zmian nagrała trzecią, zupełnie inną płytę pt. „25”. W przeciwieństwie do poprzednich, traktujących o nieszczęśliwej miłości, ta jest rozliczeniem z przeszłością: „Tęsknię za tym, kiedy życie było tylko beztroską zabawą, ale to było milion lat temu” – śpiewa. Kiedyś modliła się o nową miłość, a gdy ją dostała, rozpaczliwie woła o powrót do przeszłości. Nie bierze się to znikąd.

Sława przyszła nagle, a zupełnie nieprzygotowana na to Adele została wtłoczona w nieubłaganą machinę show-biznesu („Lata nastoletnie to były najprawdziwsze i najlepsze momenty mojego życia i szkoda, że wtedy nie wiedziałam, że nigdy więcej nie będę mogła już sobie po prostu usiąść w parku i wyżłopać cydru czy piwa ze znajomymi”). A dlaczego? Bo życie jej i kumpli z Brit School się zmieniło. Każde z nich poszło w zupełnie innym kierunku i bez względu na to, czy ona została znaną piosenkarką, a pozostali poświęcili się rodzinie bądź pracują w spożywczym, ich wspólne chwile bezpowrotnie minęły. I o tym właśnie śpiewa na „25”, sygnalizując, ile zmieniło się od czasu ukazania się debiutanckiego krążka dziewięć lat temu. Zapewnia, że okres między drugą a trzecią płytą przyniósł najwięcej zmian („Wierzę w trylogię. To mój ostatni album sygnowany moim wiekiem. Następny nazwę po prostu »Adele«”).

„Paraliżujący strach przed występami nasila się wraz z wiekiem”
Spektakularny show z załogą tancerzy w stylu Beyoncè czy Lady Gagi i trasa koncertowa po całym świecie to nie jej bajka. Dotychczas koncerty organizowała w małych arenach, bo zbyt duża publiczność wywoływała w niej paraliżujący strach. Mogłoby się zdawać, że dziesięć lat bycia na scenie sprawi, że Adele oswoi się z występami. Nic z tych rzeczy. „Jest coraz gorzej” – przyznaje w wywiadach. Kiedyś ze strachu odpalała jednego papierosa od drugiego, z płaczem chowała się w toalecie, uciekała z miejsca koncertu, a nawet regularnie wymiotowała za kulisami. Po wyjściu na scenę wcale nie jest lepiej. Adele potrafi przerwać piosenkę w połowie i używając wiązanki przekleństw, tłumaczyć, że ze stresu zapomniała tekstu. W takich chwilach klnie i ma słowotok („Tak oswajam tremę, że kręcę się w kółko, nie kontroluję tego, co mówię”).

Biorąc to wszystko w nawias, zacisnęła zęby, wzięła głęboki wdech i zdecydowała się ruszyć w międzynarodową trasę koncertową promującą jej ostatni album „25”. Nie zrobiła tego dla siebie, ale dla fanów. Oni od dekady słuchają jej utworów i gdy tylko nadarza się okazja, przychodzą na koncerty. Wbrew sobie, a więc znienawidzonym lotom samolotami, chorobliwemu strachowi przed występami i niechęci do oddalania się od rodzinnego Londynu, po raz pierwszy opuściła dom na kilkanaście miesięcy („To nie jest coś, w czym jestem dobra. Aplauz sprawia, że czuję się bezbronna. Wzbudza we mnie wycofanie, strach. Nie wiem, czy kiedykolwiek ponownie się na to zdecyduję. Ta trasa to moje największe osiągnięcie w karierze”). Im więcej występuje, tym większą czuje presję, a co za tym idzie – większy lęk. Podczas pierwszego koncertu na tej trasie w irlandzkim Belfaście serwowała publiczności opowieści o tym, jak pół dnia przed występem spędziła w toalecie, bo tak jej organizm zareagował na stresującą sytuację: „Miałam ostre zaparcia. Kiedy stanęłam na tej pieprzonej scenie w ciemności, myślałam, że umrę”. Fani tym bardziej doceniają to, że chciała się z nimi spotkać.

Berlin. Tu dała kilka występów, a jeden z nich na pewno zostanie w pamięci grupy Polaków. Wraz z fanami z innych stron świata nastolatki koczowały pod areną Mercedes Benz kilka godzin przed koncertem. „Wiedząc, że Adele wcześniej zaprosiła na scenę kilkoro fanów, mieliśmy jeden cel – też się tam znaleźć” – przyznaje młodzież. Przygotowali prześcieradło z napisem: „W nasze 18. urodziny prosimy tylko o uścisk z kimś takim jak ty”, ale podczas kontroli osobistej przy bramkach ochroniarz chciał skonfiskować baner i podtrzymujące go kije. Jednak Polak potrafi. Jeden z chłopców owinął płótno wokół swojego ciała, założył koszulę, wcisnął spodnie i tak wszedł do środka „Wniesienie tego było jedną z najbardziej przerażających chwil w moim życiu” – wspomina.

Koncert trwa. Co widzi Adele ze sceny? Kilkadziesiąt tysięcy ludzi z telefonami w dłoniach, przytulone pary, dzieci tańczące na krzesełkach, a pośród nich pięcioro nastolatków z Radomska, którzy wytrwale trzymają cudem wniesione prześcieradło w górze. Adele skierowała wzrok w ich stronę: „Chodźcie tutaj. Wszyscy macie 18. urodziny? Cudownie!” – mówiła, kiedy oni w podskokach wbiegali na scenę. „Przytuliła każdego z nas, zapytała, jak mamy na imię, skąd jesteśmy i jak udało nam się wnieść tak duży plakat. Nie czuliśmy żadnego dystansu. Zachowywała się, jakby była naszą przyjaciółką” – opowiadają Polacy. Zrobili zdjęcia Instaxem [czyli aparatem typu polaroid – przyp. red.], a jedno z nich wręczyli artystce na pamiątkę. Nie tylko oni zapamiętają to spotkanie, również sama Adele. Trzy dni przed koncertem w Berlinie artystka skończyła 28 lat i to właśnie Polacy zachęcili 23 tysiące ludzi w arenie do zaśpiewania jej sto lat. O tym spotkaniu i niespodziance Adele opowiadała w innych miastach. Kilkukrotnie pytała, czy wśród publiczności są fani z Polski.

„Wszystko, co się dzieje wokół mojej kariery, jest absurdalne. Cały czas mam wrażenie, że przyjdzie ktoś i powie, że mam wracać do Tottenham”
Świadomie zrezygnowała z wyścigu o sławę, a teraz wiemy, że nie dość, że ją wygrała, to od kilku lat nosi miano największej gwiazdy muzyki spoza USA. Adele jako kolejna po m.in. Amy Winehouse, Ellie Goulding czy Davidzie Bowiem udowodniła, że Brytyjczycy znów znajdują uznanie także w hermetycznej Ameryce. „To śmieszne. Nie jestem nawet Amerykanką. Może myślą, że jestem spokrewniona z królową?” – żartuje Adele pytana o swoją receptę na sukces za oceanem. Jej trzy albumy „19”, „21” i ostatni „25” rozeszły się kolejno w 3, 35 i 20 mln egzemplarzy na całym świecie, a poszczególne single triumfują na szczytach list przebojów nawet po latach od premiery. Ostatni ranking „Billboardu” pokazał, że album „21” już 319 tygodni nie schodzi z zestawienia top 200, co daje płycie pierwsze miejsce w historii. Wcześniej żadnej wokalistce nie udało się tego osiągnąć. Adele zdobyła właściwie wszystkie najważniejsze nagrody, jakie może otrzymać artysta w branży muzycznej. Kiedy w 2009 roku dostała dwie pierwsze nagrody Grammy, w najśmielszych snach nie śniła, że w 2017 roku na jej koncie będzie ich aż 15. Ma także m.in. pięć American Music Awards, 18 Billboard Music Awards, dziewięć Brit Awards. Nawet rekordy Guinnessa Adele Adkins pobiła 11 razy!

Wartość jej majątku może przyprawić o zawrót głowy, bo co jak co, ale 80 mln funtów na koncie robi ogromne wrażenie. To zadziwiające, tym bardziej że jako jednej z niewielu gwiazd nadal udaje jej się zarabiać na muzyce, a nie np. na kampaniach reklamowych czy kontrowersjach. A w dobie piractwa internetowego i serwisów streamingowych to prawdziwy wyczyn. Fani inwestują nie tylko w jej płyty, ale przede wszystkich w koncerty. Rozmach ostatniej trasy promującej krążek „25” przeszedł najśmielsze oczekiwania publiczności, ale przede wszystkim jej samej. Jak to wygląda w liczbach? Podczas 19 miesięcy wraz z całą ekipą odwiedziła 22 miasta europejskie, 24 w Ameryce Północnej i po sześć miast w Australii i Nowej Zelandii. Robi wrażenie? To jeszcze nie koniec. Bilety na spotkania z Adele każdorazowo rozchodziły się w setkach tysięcy sztuk, i to nie dłużej niż w ciągu 15 minut.

Choć Adkins jest niezaprzeczalnie gwiazdą wielkiego kalibru, ma świadomość, że gdyby nie cała masa zatrudnionych przez nią ludzi, nie byłaby w stanie sprzedać takiej liczby biletów na koncerty i dalej grałaby na gitarze dla 20 osób w pubie w Notting Hill. Jak na diwę przystało, dysponuje ogromnym majątkiem, ale i wydatki małe nie są. Gwiazdę trzeba ubrać, umalować, dbać o jak najwyższy komfort oraz bezpieczeństwo jej i rodziny, a to, jak wiadomo, kosztuje. Jej najbliższa ekipa to kilkadziesiąt zaprzyjaźnionych przez lata osób. Współpracuje z tym samym menedżerem od dziesięciu lat, niektórzy członkowie zespołu również się nie zmienili, tak jak osobisty stylista fryzur i makijażysta Michael Ashton. To on odpowiada za kultowy już wizerunek Adele, a więc wielkie peruki, czarne kreski na oczach i charakterystyczne sztuczne rzęsy. Do kompletu brakuje ubrań, a o te dba jej stylistka Gaelle Paul. Podczas ważnych wyjść, takich jak Oscary, Grammy czy Brit Awards, Adele zwraca uwagę klasycznymi, ale przepięknymi kreacjami, które podkreślają jej kształty. Zazwyczaj wybiera stroje Burberry, Chloé, Stelli McCartney, Givenchy, Dolce and Gabbana czy Valentino. Ich ceny to minimum kilka tysięcy funtów, a artystka tego formatu ubrania kupuje, a nie wypożycza. Sesje zdjęciowe to też ogromne przedsięwzięcia, ponieważ zarówno do zdjęć, jak i do wywiadów Adele podchodzi niechętnie. Aby nawiązać kontakt z osobami blisko z nią związanymi, trzeba mnóstwa cierpliwości i wielu prób. Adele pokazuje się tylko tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie musi, co sprawia, że jej pojawienie się jest naprawdę wielkim świętem. Nie bryluje na czerwonym dywanie, ale także okładki wybiera z wielką ostrożnością. Na początku kariery mówiła, że jej marzeniem jest bycie na okładce „Rolling Stone”, a nie okładka w „Playboyu”. Dziś na jej koncie są nie tylko okładki wymarzonego tytułu, ale i nie mniej ważnych: „Vogue’a”, „Vanity Fair” czy „iD Magazine”.

Po czym poznać wielką gwiazdę? Po dystansie, którego Adele nigdy nie brakowało. Choć często oceniana jest przez pryzmat swojej twórczości, a więc smutnych tekstów i melancholijnych melodii, ona w bezpośrednim kontakcie okazuje się „wesoła, dowcipna i bardzo sarkastyczna”. Podczas publicznych wystąpień – koncertów czy wywiadów – nie przebiera w słowach, wali prawdą między oczy, a w dodatku wszystko jest w stanie obśmiać, nawet samą siebie. Jej charakterystyczny śmiech ma już nawet swoje konto na Instagramie, a fani regularnie tworzą nowe kompilacje wideo ze śmiesznymi wypowiedziami i fragmentami wywiadów. Można śmiało przyznać, że promocja albumu „25” budowana była na poczuciu humoru i talentach komediowych Adele. Kiedyś wolała się użalać, na co teraz szkoda jej energii: „Kurew...o kochałam całą tę dramę. Dużo rzeczy musiałam wypier... z głowy, co jest bardzo dobrą terapią”. Jej wystąpienia u Ellen DeGeneres, Jimmy’ego Fallona czy w aucie u Jamesa Cordena zapamiętamy na długo. Ukrywany przez lata talent aktorski sprawdził się w programie Grahama Nortona w BBC. Zrobiła widzom kawał, biorąc udział w przesłuchaniu na swojego sobowtóra. Z maskującą charakteryzacją i w rękawiczkach zasłaniających tatuaże zaśpiewała „Make You Feel My Love” przed pozostałymi kandydatkami. Żadna z nich nie miała pojęcia, że kobieta z wielkim tyłkiem, z którą rozmawiają za kulisami, to prawdziwa Adele. W „Carpool Karaoke” zaśpiewała piosenkę ukochanej grupy Spice Girls, żartując, że odejście z Geri Halliwell z zespołu było momentem, kiedy po raz pierwszy pękło jej serce. Największą popularnością w sieci cieszy się jednak fragment, gdy Adele rapuje w cockneyu, czyli londyńskim dialekcie, i klnie w utworze Nicki Minaj.

„Show-biznes to straszne miejsce. Ratuje mnie rodzina i poczucie normalności”
Może i często wypadała przed doświadczonymi twórcami i producentami na krnąbrną dziewuchę z północnego Londynu, ale za to zawsze działała na własnych zasadach. Mimo że wielki sukces przyszedł, gdy miała niespełna 20 lat, nie dała się przebrać i zmienić na potrzeby komercyjnych działań. Kiedy proponowano jej, aby schudła i bardziej o siebie zadbała, mówiła: „Kocham jeść, a poza tym nie muszę wyglądać, bo muzyka jest dla uszu, nie dla oczu”, i nadal nosiła podziurawione skarpetki, wyciągnięte swetry z ukochanego Primarku, włosy niedbale związywała na czubku głowy. Zamiast słuchawek i odtwarzacza muzyki w garści trzymała paczkę papierosów i wieśniacko żuła gumę. W branży po brzegi wypełnionej banalnymi piosenkami i karierami, które kończą się po pierwszym przeboju, to właśnie ta jej zwyczajność sprawiła, że pokochały ją miliony. Ludzie poczuli, że jest taka jak oni. „Nie chodzi o to, że chcę być taką je...ą pi...ą, która udaje, że zupełnie nie obchodzi jej sława, ale chcę po prostu mieć prawdziwe życie, aby móc tworzyć kawałki. Nikt nie chce słuchać muzyki kogoś, kto stracił kontakt z rzeczywistością”.

Wielkie peruki, złote kolczyki, charakterystyczny makijaż, eleganckie kreacje – to wszystko, co widać, gdy pojawia się na scenie, szybko idzie w kąt. Gdy tylko gasną światła, milknie publiczność, a ona trafia do garderoby, natychmiast pozbywa się atrybutów wielkiej gwiazdy i znów jest zwykłą Delly. Zakłada ukochane legginsy, wielki sweter i sportowe buty Nike’a. Wypracowany przez lata wizerunek sceniczny to jej tajna broń („Poza sceną trudno mnie rozpoznać, bo bez make-upu i wyszczuplających galotów wyglądam zwykle jak żul. Ludzie myślą, że żyję jak pustelnik, ale to dlatego, że nie rozpoznają mnie, gdy wychodzę z domu”). A ona tymczasem spokojnie jeździ na zakupy do Tesco, regularnie odwiedza muzea, spaceruje po Hyde Parku, chodzi z synem do zoo i plotkuje z innymi matkami na placach zabaw. Woli celebrować swoje normalne życie, a to dzieje się w Londynie, poza kamerami i wzrokiem paparazzich. Zamiast lansować się w ekskluzywnych restauracjach, na kolację zjada pizzę albo zwykłego chińczyka, a piątkowe popołudnia spędza w aucie, słuchając kupionej właśnie płyty („To mój moment. Takie moje cotygodniowe święto”). W domu maniakalnie ogląda „Nastoletnie matki” w MTV, „American Horror Story” i „Sąsiadów”, a kiedy przychodzą goście, tańczy na kawowym stoliku do piosenki „Hotline Bling” Drake’a: („Tak robię, choć to naprawdę żenujące”). Przyznaje, że jej życie jest nadzwyczaj zwyczajne, a nawet nudne.

Zachowanie go w takiej postaci kosztuje ją sporo wysiłku („Czuję się bardzo niekomfortowo, gdy ktoś mi robi zdjęcie w supermarkecie. To jest sława bez powodu. Ja tego nie chcę i się temu sprzeciwiam”). Jak lwica broni swojej rodziny. Jej najbliżsi znajomi i mąż Simon Konecki nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego z show-biznesem. Artystka przyznaje: „Wspierają mnie, a ja ich chronię, bo to ja jestem osobą publiczną, nie oni”. Najszczelniejszy parasol ochronny rozkłada jednak nad czteroletnim synem Angelem Jamesem („Urodził się parę nocy przed premierą »Skyfall«, dlatego w ogóle się wtedy nie udzielałam”). A od chwili, gdy została matką, wszystkie sprawy zawodowe zeszły na dalszy plan („Kiedyś mój własny świat kręcił się wokół mnie, a teraz kręci się wokół niego”). Choć początki macierzyństwa Adele łączy z traumatycznymi przeżyciami, Angelo jest dla niej najważniejszy („Jest kurew...o trudno. Myślałam, że będzie łatwiej, ale to najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu”).

Wychowana została przez samotną matkę i babcię, więc to, czego chce najbardziej dla swojego dziecka, to aby czuło się kochane tak jak ona („To, jak wychowuję mojego syna, różni się tylko środowiskiem, miejscem, ale zasady pozostały niezmienne. Chcę, aby miał poczucie, że bez względu na to, kim zostanie i czym będzie się zajmował, będę go wspierać”). O swoich dwóch mężczyznach życia mówi niewiele. Na palcach jednej ręki można zliczyć, ile razy wymówiła ich imiona, co tylko pokazuje, jak silnie ich chroni. Podczas finalnego koncertu trasy w Auckland ze łzami wzruszenia zadedykowała im piosenkę Boba Dylana „Make You Feel My Love”. „Sprawiają, że jestem lepszą wersją siebie. To piosenka dla Angela i Simona”.

Długa trasa sprawiła, że zżyta z rodziną i przyjaciółmi Adele z radością wraca do rodzinnej Anglii. „Gdy wyjeżdżam, to bardzo tęsknię za swoim życiem w domu. Nigdzie indziej nie potrafię oddychać”. Tu czeka na nią rodzina, bliscy i jej najlepsza przyjaciółka Laura Dockrill, zwariowana autorka książek dla dzieci. Po ostatnim koncercie na Wembley, Adele ściąga z siebie piękną suknię, odlepia sztuczne rzęsy i wraca do domu. Do syna i męża. A fani? Po raz kolejny będą mieli kilka lat, aby za nią zatęsknić, bo zgodnie z obietnicą wróci na pewno!