1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Carmen Maura - Kto by ze mną wytrzymał?

Carmen Maura - Kto by ze mną wytrzymał?

W filmie "Prawo pożądania"
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Muza Almodóvara Carmen Maura twierdzi, że poczucie spełnienia zależy od… krótkiej pamięci. Jednak przywołuje szalone lata 80., mówi o ryzyku w życiu i w pracy, fuzji religijności i wyuzdania w hiszpańskiej obyczajowości. A „Kobiety z 6. piętra” z jej udziałem wchodzą do kin.

– Podobno wszystkie najważniejsze decyzje życiowe podejmowała pani w ciągu 30 minut.

– Przyznałam się do tego? Nie pamiętam już gdzie i kiedy, ale to prawda. Jestem temperamentną osobą, liczy się dla mnie impuls. Świeża, czysta emocja jest najwłaściwsza, intuicja zazwyczaj dobrze nam podpowiada, potem człowiek zaczyna się zastanawiać, wartościować, obliczać. Ja idę na żywioł.

– To pomaga w pracy aktora czy przeciwnie?

– Przed kamerą pomaga. Aktorstwo filmowe polega na reakcjach natychmiastowych. Oczywiście, wcześniej analizujesz rolę, zastanawiasz się nad intencjami bohaterów, chcesz zrozumieć ich motywacje. Ale bardzo często dopiero na planie spotykasz po raz pierwszy aktora, który ma ci partnerować. Dwoje ludzi rezonuje ze sobą, powinni znać swoje reakcje, gesty, nawet zapach. Uczymy się siebie nawzajem czasami przez całe życie, a w kinie musimy zagrać bliskość, czułość, intymność z obcym człowiekiem. Oczywiście, ważny jest warsztat, ale ja w kinie zdaję się na instynkt. Dlatego pierwsze interpretacje są według mnie najlepsze. W teatrze masz komfort długiej pracy, nie zawsze spokojnej, ale czas jest tutaj bezcenny. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na scenie na nagłą zmianę, wprowadzenie jakiegoś nowego elementu, nie konsultując tego z reżyserem i z grającymi ze mną aktorami. W kinie mogę to zrobić, jeśli nie wyjdzie, będzie dubel i tyle. Ale ja w ogóle mam głębokie przekonanie, że najlepsze aktorstwo wypływa z przeżywania, współodczuwania, emocjonalności. Rozmawiałam o tym często z Pedrem Almodóvarem, który przyznał mi rację – gdyby nie aktorstwo osoby takie jak ja, jak Penélope Cruz miałyby ciężko w życiu. Mamy ten rodzaj wrażliwości, emocjonalności wysokiego ryzyka: wszystko przeżywamy bardziej, bierzemy do siebie, przejmujemy się. Na szczęście mogłyśmy zostać aktorkami, to nasze przeżywanie rzeczywistości przydaje się w zawodzie, znalazłyśmy ujście dla tych emocji. Inaczej byłoby ciężko, także naszym najbliższym. Myślę, że mogliby z nami nie wytrzymać.

– Pedro Almodóvar powiedział: kino stało się moim życiem. Nie tyle życiem równoległym, co życiem samym w sobie. Czasami odnoszę wrażenie, że rzeczywistość przytrafia mi się tylko po to, by dostarczyć mi materiału na kolejny film…

– Pedro to temat na wielką debatę. On ma niezwykle silnie rozbudowaną emocjonalność, jest nieprawdopodobnie czuły na sztukę, na życie, na innych. Potrafi przetwarzać prawdę, ale w taki sposób, że ona nie traci nic z wiarygodności. Jest wielkim portrecistą życia i artystą totalnym. Wszystko, czego doświadcza, co go boli, krępuje, złości, uszczęśliwia, jest inspiracją w pracy. Nie każdy potrafi się tak odsłonić. Oczywiście, rzeczywistość filmowa jest też formą kompensacji. Zarówno ja, jak i Pedro, gdybyśmy żyli tak jak nasze filmowe postaci, pewnie byśmy się wykończyli. Kino jest odbiciem rzeczywistości, ale dostarcza także tego, czego aktualnie nam brak. Wypełnia lukę po straconej miłości, pomaga zwalczyć samotność, generuje doznania, których balibyśmy się w prawdziwym życiu, bo byłyby zbyt ryzykowne, żeby je przeżyć bez jakiejś straty moralnej, rysy na kodeksie, który każdy z nas przecież ma. Tak. Kino to wolność błądzenia, przeżywania, doświadczania. Daje możliwość reinterpretacji siebie, życia, własnych wyborów w nieskończoność. Nie dziwię się, że Pedro woli żyć w tym świecie niż w rzeczywistości.

– Pani nie boi się ryzyka? Wielokrotnie ryzykowała pani w życiu, na ekranie…

– To ma związek z moim temperamentem, o którym wspominałam na początku. Jedno muszę zaznaczyć, ja bardzo rozdzielam kino od życia. To znaczy, jedno wynika z drugiego, napędza się, inspiruje, ale nie jest tak, że mylą mi się fikcja z prawdą. Trzeba umieć zachować równowagę, inaczej aktorstwo przeszkadza w budowaniu relacji z ludźmi, w byciu sobą. To, o czym mówię, to rodzaj schizofrenii zawodowej, a stąd już krok do megalomanii. Trzeba tego pilnować. Sztuka jest jak małe dziecko, potrzebuje uwagi, oddania non stop. Ale dziecko też trzeba dyscyplinować, bo inaczej wejdzie nam na głowę. Co nie znaczy, że kochamy je mniej, czy mniej jesteśmy oddani. A ryzyko... Mówi się, że kto nie ryzykuje, nie czuje, że żyje. Coś w tym jest. Nie mówię o nieodpowiedzialnym skakaniu na główkę do rwącego potoku, lecz o byciu bezkompromisowym, o niezależności, o luksusie odmawiania, gdy propozycje nas nie interesują, życiu w zgodzie ze sobą nawet wbrew innym. Tak pojęte ryzyko było mi zawsze bliskie. Czy żałuję czegoś w życiu? Kiedyś myślałam, że jest wiele takich spraw, dzisiaj, z wiekiem, kompletnie zmieniła mi się optyka, sposób postrzegania siebie i podjętych decyzji. To zresztą ciekawe, pani jest osobą młodą, wiele rzeczy pani żałuje?

– Paru, niewielu. Ale bardziej żałuję tego, czego nie odważyłam się zrobić. Nie lubię myśleć, co by było gdyby. Wolę wiedzieć. Nawet się rozczarować, niż snuć przypuszczenia.

– Tak jak ja, zawsze miałam wielki apetyt nie tyle na sukces, ile na nowe doświadczenia, doznania. Chciałam sprawdzać siebie, przesuwać granicę dalej. Dlatego przyjmowałam role, które stanowiły wyzwanie. Nie tylko aktorskie, przede wszystkim były punktem wyjścia do rozważań o świecie, który mnie otacza.

– Tak było w 1987 roku, kiedy zagrała pani w filmie „Prawo pożądania” i stała się ikoną homoseksualistów?

– Zagrałam transseksualistę i faktycznie ta rola wyniosła mnie na piedestał społeczności gejowskiej w Hiszpanii. Znałam to środowisko, nim na dobre zaczęłam grać w filmach – prowadziłam galerię sztuki, występowałam w nocnych klubach, więc nie czułam, że stawiam coś na szali. Hiszpania obyczajowo, mimo rozszalałej religijności, jest dość liberalna, przynajmniej w kręgach miejskich. To taka mieszanka katolicyzmu i wyuzdania. Ja się w takich kręgach obracałam. Choć z drugiej strony – miałam rodzinę, byłam po rozwodzie, ale dzieci były dorastające. Mój eksmąż jest prawnikiem, a to już inny świat, choć świat ludzi wykształconych i tolerancyjnych. Od najbliższych zawsze otrzymywałam wsparcie dla swoich wyborów zawodowych. Poza tym Pedro jest uwielbiany w Hiszpanii, ma status mistrza, więc wystąpić u niego nawet w kontrowersyjnym projekcie to nobilitacja.

– On odwzajemnia te hołdy, mówiąc, że jednym z najważniejszych w jego dorobku był etap, który nazwał: lata Carmen Maury.

– To były lata 80., potem znowu wróciliśmy do współpracy w 2006 roku, przy filmie „Volver”.

– Została ona zerwana, bo jak mówi mistrz: „osiągnęliśmy porozumienie totalne, nasza współpraca była intensywna i owocna, podporządkowaliśmy temu wszystko, pewnie dlatego wygenerowało to dużo problemów natury osobistej”.

– Pod wszystkim się podpisuję, szczególnie pod komplementami na mój temat! A tak na poważnie, to był rzeczywiście szczególny czas. Bardzo twórczy. Mnie zawsze imponowało to, że Pedro jest wyczulony na kobiety, na ich świat. Uwielbiam to, jak portretuje kobiety, różne odsłony kobiecości. Często skupia się na bohaterach przetrąconych przez życie, stojących wobec trudnych wyborów albo w ogóle poza jakimkolwiek wyborem. Tożsamość płciowa to powracający temat, ale nie tylko, Almodóvar opowiada o postaciach, z którymi nie chcemy się identyfikować: kryminalistach, dziwakach, samotnikach, prostytutkach. U niego nawet złoczyńca pokazany jest przez pryzmat ludzkich cech i okazuje się, że jest nam bliżej do tych bohaterów, niż chcielibyśmy przyznać. On nie ocenia, nie osądza, nawet ukazując patologię czy anomalię. Za to go szanuję. Opowiada często o bohaterach odrzuconych przez system, czuć troskę o losy tych postaci, które funkcjonują poza społeczeństwem, normami – wszystko jedno, czy chodzi o filmowy portret kobiety, złodziejaszka, drag queen, transseksualisty, geja, lesbijki. Ja czuję, że on czuje to, co te postaci, zresztą sam też przez lata borykał się z różnymi formami odrzucenia i naznaczenia. Niekiedy zarzuca mu się, że jego filmy są karykaturą życia. Pedro intensyfikuje obraz życia, ale to nie jest wynaturzenie na pokaz. On po prostu mówi głosem swoich bohaterów. Wielu reżyserów opowiada historie o kimś, o jakimś wydarzeniu. Ale czuje się to bycie z boku, nawet jeśli kreacje aktorskie są wspaniałe, wiadomo, że to jest wyobrażenie reżysera na temat jakiejś postaci czy problemu. Gdy patrzę na siebie na ekranie albo widzę Antonia Banderasa, to tak, jakbym czuła obecność Pedra. On ma ogromny wpływ na aktora, dopełnia go na ekranie, definiuje. Dzięki specyficznemu spojrzeniu przeistacza nas w filmowe postaci, nadaje osobowość, charakterność, dookreśla ten szczególny rys.

– Współpraca z Almodóvarem przyniosła pani ważne nagrody, m.in. Złotą Plamę za rolę w filmie „Volver” w 2006.

– Nagrody są wspaniałe, w tym szczególnym przypadku to było w zasadzie ukoronowanie mojej współpracy z Pedrem. Ale „Volver” to wspaniały film. Tak samo lubię, może nawet bardziej „Kobiety na skraju załamania nerwowego”. Uwielbiam to w kinie Almodóvara – pomieszanie komizmu i dramatu, nagromadzenie i zestawienie często skrajnie różnych emocji, ale czy takie właśnie nie jest życie? Almodóvar ukazuje usługową rolę kobiet, to, że przede wszystkim musimy być użyteczne, potrzebne, obsługiwać mężów, dzieci, często owdowiałe matki, a przy tym mamy być jeszcze atrakcyjne, wykształcone, spełnione, szczęśliwe… Gramy role, w zależności od wieku wcielamy się w różne postaci. Co najgorsze, to jest przecież nasze życie, które powinnyśmy świadomie tworzyć, a często gramy zaledwie epizod, postaci drugoplanowe. Pedro ma całą galerię desperatek w swoim filmowym dorobku, ale zazwyczaj mimo bólu, rozpaczy, trudności jego bohaterki to silne kobiety. Po prostu znalazły się na zakręcie, jednak zawsze próbują się podźwignąć i walczą do końca. Pedro pokazuje dysfunkcyjne rodziny, współczesne problemy, brak porozumienia, ale mam silne poczucie, że jak rzadko który reżyser solidaryzuje się ze swoimi bohaterkami, jest wobec nich lojalny.

– Wystąpiła pani w prawie 20 filmach Almodóvara, ale pani dorobek to ponad 120 tytułów.

– Uwielbiam grać. Przez lata byłam postrzegana jako aktorka Almodóvara, więc po tym, jak zakończyła się nasza współpraca, chciałam udowodnić coś sobie i innym. Zostałam zaszufladkowana jako aktorka dramatyczna, a bardzo cenię sobie dobrą komedię. Dlatego spodobał mi się scenariusz „Kobiet z 6. piętra”.

– To komedia, która jest satyrą na mieszczańskie społeczeństwo. Wyśmiewa udogodnienia cywilizacyjne, które sprawiły, że mieszkamy obok siebie, kompletnie się nie znając. Często pozostajemy w związkach z przyzwyczajenia.

– Może to nic odkrywczego, ale reżyser filmu Philippe Le Guay ciekawie zestawił ze sobą przedstawicieli mieszczaństwa, czy raczej burżuazji, z wiejskimi, prostymi kobietami. Główny bohater odkryje, że w kamienicy, w której żyje wraz z rodziną, na ostatnim piętrze mieszkają urocze emigrantki z Hiszpanii. Początkowo mamy kolizję postaw, ale z czasem okazuje się, że te dwa różne światy mogą sobie wiele zaoferować. Le Guay udowadnia, że nigdy nie jest za późno na zmiany, nawet po 40. roku życia. W tle mamy Paryż lat 60., jednak nie chodzi tu o feminizm, raczej o obyczajowość, pewną postawę życiową typową właśnie dla przedstawicieli burżuazji. Pani wspomniała o pewnej fasadowości życia. Wydaje mi się, że film jest szalenie aktualny, dziś nie chodzi o konkretną klasę społeczną, ogólnie poprawiły się standardy życia, stawiamy przede wszystkim na wygodę. Albo żyjemy obok siebie, mimo że w związkach, albo wybieramy życie singla, tak czy tak przyzwyczajenia i potrzeby są te same. „Kobiety z 6. piętra” to opowieść o tytułowych bohaterkach, które choć nie żyją w luksusie, mają swoje troski i drobne radości, potrafią sobie pomagać w ciężkich chwilach, nie zapomniały, czym jest szczera rozmowa, współodczuwanie, radość z biesiadowania przy wspólnym stole. My w codziennym pędzie zapętlamy się w rutynie dnia.

– Ten film to też zestawienie hiszpańskiej mentalności z tą francuską.

– To trafny obraz. Bardzo dobrze znam Francję, mieszkałam tam przez lata. Sam fakt, że rozmawiamy dzisiaj po francusku, świadczy o tym, jak dobrze czuję się we Francji, pokochałam tę kulturę, kuchnię, język. Lubię francuskie kobiety za to, że potrafią myśleć o sobie – to nie egoizm – one stawiają siebie na pierwszym miejscu, są zadbane, celebrują życie, potrafią cieszyć się chwilą. Hiszpanie są chyba bardziej nerwowi i niecierpliwi, nasze kobiety są skupione na domu, dzieciach, na swoich mężczyznach. Poza tym Hiszpania została naznaczona przez dyktaturę Franco i do dzisiaj walczy z tym stygmatem. Zawsze interesowałam się polityką, wiele rzeczy czy posunięć hiszpańskiego rządu mnie irytowało. Hiszpanie są w wielu aspektach konserwatywni, widzą świat czarno-biały. Lubię Francję za liberalne poglądy, wolność. W filmie „Kobiety z 6. piętra” podobało mi się, że reżyser prześmiewa narodowe przywary, jest autoironiczny, potrafi pokazać puste gesty. Kontrastuje to z życiem prostolinijnych kobiet, które być może nie znają się na malarstwie, ale czują, nie są cyborgami, nie żyją w emocjonalnej pustce. Doskwiera im samotność, ale nie to jest najgorsze, Gorzej, gdy ludziom przestaje to przeszkadzać i nie robi im różnicy, czy są z kimś, czy sami. Otaczają się pięknymi przedmiotami bez głębszej refleksji. I tak mija 50 lat bez próby zadania sobie podstawowego pytania: czy jestem szczęśliwy?

– Jest pani szczęśliwa?

– Tak. Wiem, czego oczekuję, nie mierzę na wyrost, nie przeżywam rozczarowań. Jestem spełniona, pogodzona z tym, że wiele spraw już poza mną. Nigdy nie walczyłam z biologią, z upływem czasu. Wolność od pokus: zatrzymania czasu, lepszego wyglądu, większego domu, jest kluczowa. To buduje mój spokój. Wiele rzeczy w moim życiu dużo mnie kosztowało, ale taka jest cena intensywnego życia... Dzisiaj uśmiecham się do tego wszystkiego. Nie warto rozpamiętywać. Należy żyć tu i teraz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze