1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze

„Luksus to być wolnym od potrzeby zmieniania innych” – mówi Richard Gere. (Fot. BEW PHOTO)
„Luksus to być wolnym od potrzeby zmieniania innych” – mówi Richard Gere. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Do Torunia przyjechał odebrać specjalną nagrodę aktorską na zakończenie festiwalu EnergaCamerimage. To była krótka wizyta, ale i tak dał się poznać jako otwarty i bezproblemowy facet, który nie unika kontaktu z fanami. Richard Gere szczerze opowiada nam o rodzinie, pracy i przekonaniach. O tym, co jest dla niego najważniejsze.

Jak znaleźć spokój w dzisiejszych czasach? Buddyzm dał mi podwalinę do tego, by zbudować swój świat i rzeczywistość na zasadach odpowiednich dla mnie. I powiedzmy, że są one najwłaściwsze do tego, by pozostawać w zgodzie ze sobą, a przy tym nie ranić innych. To dla mnie ważne, a nie takie znowu oczywiste. We współczesnym świecie nic nie jest oczywiste.

Buddyzm jest ważniejszy niż kino? Rodzina jest ważniejsza niż wszystko inne, ale to wiem dzięki filozofii zen. Buddyzm nadał równowagę mojemu życiu. Sprawił, że ma ono odpowiednie proporcje. Nie marnotrawię energii na sprawy mało istotne. Nie zajmuje mnie to, co wypisują gazety. Nie pędzę za rozgłosem czy jeszcze większymi pieniędzmi. Nie zabiegam o role. Z pewnością miałem w sobie od początku pewną pokorę, więc buddyzm trafił na podatny grunt, ale znam wiele osób, które show-biznes po prostu skrzywdził. Świat rozrywki dość szybko sprawia, że porzucasz swoje ideały, wartości.

'Pretty Woman' (reż. Garry Marshall, 1990). Do dzisiaj najczęściej pytają go o ten film. 'Mam niewiele do powiedzenia w tej kwestii. To było przyjemne. I tyle' - odpowiada. (Fot. BEW PHOTO) \"Pretty Woman\" (reż. Garry Marshall, 1990). Do dzisiaj najczęściej pytają go o ten film. \"Mam niewiele do powiedzenia w tej kwestii. To było przyjemne. I tyle\" - odpowiada. (Fot. BEW PHOTO)

Jest jakaś lekcja, którą odebrał pan od tybetańskich mistrzów i która towarzyszy panu od dawna? A bo to jedna... To, co dziś wydaje mi się najistotniejsze, to fakt, jak wielką wiarę pokładają oni w umyśle. Dla nich umysł to wszystko – ale umysł zdrowy, czysty. We współczesnym świecie dużą rolę odgrywają zabiegi oczyszczające ciało. Umysł czy myśli trzeba i można oczyszczać w podobny sposób. Wszystko zaczyna się od rozumu. Lub jego braku [śmiech].

Tego chciałby pan nauczyć swoje dzieci, to im przekazać? Moje dzieci są wolnymi ludźmi. Tak postrzegam je od początku ich narodzin. Są przy nas, rodzicach, przez chwilę, ale tak naprawdę należą do siebie. Nigdy nie przestanę kochać synów, ale myślę, że to, co możemy dać dzieciom – a co uważam za najważniejsze – to umiłowanie niezależności. Nie wolno mylić opieki z władzą rodzicielską czy z zakamuflowaną formą kontroli, a to według mnie problem wielu opiekunów. Ja moim dzieciom niewiele mogę i chcę narzucić. Mogę je ukierunkować na początku drogi, potem ich los będzie leżał jedynie w ich rękach. Niemniej rodzicielstwo to wielka przygoda. Mam poczucie, że daję dzieciom mapę. Przygotowuję ją w czasie ich dzieciństwa. Mapa jest ogromna. Według niej będą się poruszać w dorosłości. Ale to, którędy pójdą, w jakie ciemne lub jasne strony świata mapa ich zaprowadzi, czy zechcą w ogóle kierować się tym, co w niej dla nich zapisałem... kto to może wiedzieć? Z pewnością nie ja. Ale wracając do odpowiedzi na pani pytanie, chciałbym na pewno nauczyć dzieci miłości dla świata jako pewnej wspólnej przestrzeni. Świat istniał, zanim pojawili się na nim ludzie, musimy zrobić wszystko, by przetrwał epokę dominacji człowieka. Dlatego uczę moje dzieci, co to ekologia. Poza tym ważne dla mnie jest to, by wyrobić w nich nawyk akceptacji wyborów innych ludzi.

Czyli? Nawet jeśli jest nam nie po drodze z tym, co mówią nasi bliscy czy znajomi, nawet jeśli nie zgadzamy się z jakimiś ich wyborami czy działaniami, musimy nauczyć się tolerować decyzje innych. Moim zdaniem to luksus być wolnym od potrzeby zmieniania innych, w szczególności zmieniania na lepsze. Pyta pani o moje dzieci – mój syn Homer ma 19 lat, z kolei Aleksander – niecały rok, a syn żony [hiszpańska aktywistka i publicystka Alejandra Silva – przyp. red.] z poprzedniego związku dobiega siódmego roku życia. Gdy teraz rozmawiamy o fundamentalnych zasadach, to na pewno ważne jest dla mnie również to, by wpoić dzieciom szacunek dla zwierząt. Pragniemy wychować je wraz z żoną w duchu empatii i wrażliwości na krzywdę zwierząt.

Od lat hoduje pan konie. Rzeczywiście od bardzo dawna fascynuję się końmi. Mieszkam poza miastem, nieopodal domu znajdują się stajnie. W naszym gospodarstwie mamy psy, koty, trochę ptactwa. Poza tym żyjemy naprawdę blisko natury. Mógłbym nawet rzec, że skromnie.

To kolejny z darów buddyzmu? Tak. Nie potrzebujemy wiele do życia, a już na pewno nie tych wszystkich materialnych przedmiotów i gadżetów. A wracając do koni – gdy byłem młodszy, bardzo lubiłem samotne konne przejażdżki. Wyjeżdżałem o świcie, wracałem po kilku godzinach. Umiejętności bycia sam na sam ze sobą też nabywa się wraz z wiekiem. Już mnie to nie przeraża. Nie boję się własnych myśli, nie obawiam się szczerej rozmowy z samym sobą. To ważne, gdy mijają lata, gdy przekraczasz próg dojrzałości – już nie możesz udawać Piotrusia Pana.

W 2018 roku wziął pan ślub. Obiecałem żonie, że nie będę opowiadał o naszej prywatności.

Słucha się pan żony? Oczywiście. Do tego się dorasta. I kocham ją do szaleństwa. Jestem w niej zakochany na zabój, czuję to w tak silny sposób po raz pierwszy w życiu. I powtarzam to żonie codziennie. Jestem w nią absolutnie zapatrzony. Imponuje mi swoją postawą, zaangażowaniem w filantropię, sposobem, w jaki wychowuje dzieci.

Podczas tegorocznego festiwalu EnergaCamerimage w Toruniu odbierający nagrodę za całokształt twórczości John Bailey, światowej sławy operator filmowy, ogłosił światu, że spodziewacie się państwo kolejnego dziecka. Trochę mnie to zaskoczyło... Operatorzy zwykle mało mówią, a tu, proszę, John okazał się niezwykle rozmowny i wylewny. No, ale i okazja była wyjątkowa – przyjmował właśnie nagrodę na najważniejszym z jego perspektywy festiwalu. Chwila uniesienia, wzruszenie, nie ma o czym mówić.

Tym bardziej że to właśnie John stał za kamerą, gdy wcielał się w pan w tytułową rolę w filmie „Amerykański żigolak” w 1980 roku. To nie był mój debiut aktorski, jak chcą wierzyć niektórzy, ale rzeczywiście pierwsza tak poważna i główna rola w dorobku.

'Amerykański żigolak' (reż. Paul Schrader, 1980). Rola mężczyzny do towarzystwa była pierwszą główną rolą w dorobku Richarda Gere'a. Dzięki niej został dostrzeżony przez filmowe środowisko. (Fot. East News) \"Amerykański żigolak\" (reż. Paul Schrader, 1980). Rola mężczyzny do towarzystwa była pierwszą główną rolą w dorobku Richarda Gere'a. Dzięki niej został dostrzeżony przez filmowe środowisko. (Fot. East News)

Na dodatek rozbierana. Staram się o tym nie pamiętać [śmiech].

Wraca pan do tego filmu? Raz widziałem na premierze. Potem już nigdy.

Żartuje pan? Nie. Po pierwsze, w ogóle nie przepadam za tym, by wracać do swoich filmów i oglądać samego siebie na ekranie. Prawie nigdy tego nie robię, nie widzę powodów. Nie mam przerośniętego ego, nie chełpię się swoimi dokonaniami. Po drugie, „Amerykański żigolak” to był film, który był dla mnie wielkim wyzwaniem. Już nawet nie chodzi o rozbierane sceny – które, proszę mi wierzyć, były mało komfortowe – głównie myślę tu o charakterze pracy mojego bohatera, jego osobowości, sposobie bycia. Przez długi czas w żaden sposób nie potrafiłem zidentyfikować się z granym przeze mnie Julianem Kaye’em. Co więcej, typ wydawał mi się pretensjonalny, miejscami wręcz żenujący. Próbowałem jakoś go bronić, tłumaczyć jego zachowania, zmieniać scenariusz, ale reżyser Paul Schrader nie był otwarty na tego typu pertraktacje. Po latach wiem, że miał rację.

Dlaczego w takim razie w ogóle przyjął pan rolę w tym filmie? Chciałem się wybić. Wiedziałem, że zarówno ta rola, jak i sam film sprawią, że środowisko mnie dostrzeże. I dokładnie tak się stało – od czasu udziału w „Amerykańskim żigolaku” zacząłem dostawać propozycje, a nie ubiegać się o role.

Według mnie film pozostaje niedoceniony. Jasne, to w pierwszej kolejności thriller: grany przez pana mężczyzna do towarzystwa zostaje posądzony o zabójstwo jednej z klientek, ale obraz jednocześnie jest portretem obyczajowości lat 80. Dzisiaj wiadomo, że były to ostatnie lata bezkarnego hedonizmu amerykańskich wyższych sfer. Rzeczywiście, zaraz potem nadszedł kres pewnego stylu życia: epidemia AIDS zdziesiątkowała nie tylko gejowskie środowisko. „Amerykański żigolak” to symbol rozwiązłych czasów bogatej i przede wszystkim białej społeczności Los Angeles lat 80. Świat biznesu koegzystował z półświatkiem na niezwykłych zasadach. Dzięki filmowi mogłem w niewielkim stopniu to poczuć. I nabrać pewności, że nie chcę być częścią tego świata przesiąkniętego blichtrem, konsumpcjonizmem i wyuzdaniem. Co nie znaczy, że przekreślam całe środowisko filmowe, jestem przecież częścią tego porządku. Ale nie biorę udziału w przedsięwzięciach, które uważam za głupie, bezwartościowe albo szkodliwe.

Umiał się pan od tego odciąć. Na dobrą sprawę nigdy nie było niebezpieczeństwa, że mnie to wessie. Pewnie też dlatego nie udawały się moje wcześniejsze małżeństwa, był między nami spory rozjazd względem tego, jaką rolę w związku powinny odgrywać media [śmiech]. Ale to są błędy młodości, wszyscy je popełnialiśmy, dziś pozostaję w przyjaźni z moimi byłymi partnerkami. A poza tym to wszystko jest już mało istotne.

Unikał pan taniego rozgłosu, celebryctwa, a jednocześnie przez lata grywał w filmach, za sprawą których stał się pan idolem kobiet i symbolem seksu. Przypomnę chociażby „Pretty Woman” i „Uciekającą pannę młodą”. Ja po prostu bardzo lubię pracować z Julią Roberts! [śmiech]

'Chicago' (reż. Rob Marshall, 2002). Na planie Richard Gere sam wykonywał śpiewane i taneczne sekwencje. 'To był pot, krew i łzy, ale też powrót do korzeni aktorstwa'. (Fot. BEW PHOTO) \"Chicago\" (reż. Rob Marshall, 2002). Na planie Richard Gere sam wykonywał śpiewane i taneczne sekwencje. \"To był pot, krew i łzy, ale też powrót do korzeni aktorstwa\". (Fot. BEW PHOTO)

„Miłość w Nowym Jorku”, „Chicago”, „Zatańcz ze mną”... Ma pani, oczywiście, rację. Tu wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej: do wyborów. Moje role – nie wszystkie, ale z pewnością niektóre – w pewnym sensie przełamywały pruderyjność obyczajową, jak chociażby wspomniany „Amerykański żigolak”, a jednocześnie szufladkowały mnie na długie lata. To dzięki roli męskiej prostytutki otrzymałem później propozycję grania w „Cotton Clubie”, co powiedział mi sam reżyser Francis Ford Coppola. Nie ma czego żałować, prawda? Poza wszystkim chciałem grać, a przez długi czas trafiały mi się role głównie w romantycznych komediach. Sporo odrzucałem, przyjmując to, co wydawało mi się najlepsze. I co? I nic, z pewnością nie uniknąłem potknięć, wpadek, szufladek. Trudno. Dla równowagi przychodziły też angaże w filmach takich, jak: „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” czy „Lęk pierwotny”.

W filmie Gregory’ego Hoblita spotkał pan na planie Edwarda Nortona. Który debiutował wówczas w roli Aarona Stamplera. Teraz w Toruniu ustawiają się do Eda większe kolejki na wywiady niż do mnie. I w porządku, tak ma być. Przyznam pani, że już wtedy czuliśmy, że Edward ma niezwykle silną osobowość. Był bodaj najmłodszy na planie, a dokładnie wiedział, co robić. Imponował nam. Był trochę nieprzenikniony. Łatwo było dostrzec, że jest poukładany, konsekwentny, wierny sobie. Chadzał własnymi ścieżkami. Miał plan na siebie i nie godził się na kompromisy.

Panu się zdarzało? No pewnie. Ale i tu zawsze pomagał buddyzm, który głosi, że trzeba uwolnić się od przeszłości. Zapomnieć o tym, co było, nie trzymać się tego i nie rozpamiętywać błędów. Inaczej mógłbym zwariować! Czy wie pani, że do dziś najczęściej zadawanym mi pytaniem jest to o „Pretty Woman”? A ja niewiele mam do powiedzenia akurat w tej kwestii. To było przyjemne. I tyle.

To wróćmy może jeszcze na moment do „Chicago”. Dobrze się pan czuł w musicalowej konwencji? Wspaniale! To była techniczna, fizyczna rola. Mógłbym przyrównać pracę nad „Chicago” do prób w teatrze. Musieliśmy być bardziej, niż to bywa na filmowym planie, sprawni warsztatowo. Czułem, że rolą Billy’ego Flynna wracam do korzeni aktorstwa, do jego kwintesencji. Rzadko mam sposobność, by na przykład spocić się na planie filmu z wysiłku – wchodzi dubler, a ja mam wolne. Kino to sztuczki, magia i niegroźne hochsztaplerstwo, z kolei teatr to pot, krew i łzy. Przy „Chicago” większość sekwencji śpiewanych i tanecznych należała do nas – wykonywaliśmy je sami i mieliśmy z tego powodu wielką frajdę. Pomimo wysiłku i wyczerpania daliśmy z siebie wszystko. To był mój test, swoisty egzamin. Zdałem go śpiewająco i to poczucie nie opuszcza mnie do dzisiaj. A poza tym, no cóż... mówię to bez żalu, kino miało mi do zaoferowania niewiele tego typu sprawdzianów.

Richard Gere urodził się w 1949 roku w Filadelfii. Za rolę w filmie „Chicago” uhonorowany Złotym Globem w 2002 roku. Znany z filmów: „Niebiańskie dni”, „Amerykański żigolak”, „Oficer i dżentelmen”, „Cotton Club”, „Pretty Woman”, „Lęk pierwotny”, „Uciekająca panna młoda”, „Chicago” i „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”. W latach 90. związany z Cindy Crawford, z kolei z małżeństwa z aktorką Carey Lowell ma dziś już dorosłego syna Homera. Z obecną żoną Alejandrą Silvą – hiszpańską aktywistką i publicystką – spodziewa się drugiego dziecka. Para wychowuje też wspólnie siedmioletniego syna Silvy
 z jej poprzedniego związku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Nomadland", McDormand, Hopkins - poznajcie laureatów tegorocznych Oscarów

Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Pierwsze w historii pandemiczne Oscary za nami. Kameralna gala rozdania najważniejszych nagród filmowych odbyła się dziś w nocy. Prezentujemy pełną listę tegorocznych zwycięzców. 

To była gala zupełnie inna niż wszystkie. Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. Uroczysta gala odbyła się równolegle w hollywoodzkim Dolby Theatre oraz na dworcu kolejowych Union Station w Los Angeles, oczywiście w reżimie sanitarnym. Ponadto, podobnie jak w latach ubiegłych, nie było jednego prowadzącego, a statuetki przekazywali laureatom zwycięzcy z zeszłego roku.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez The Academy (@theacademy)

W kwestii wyników było różnorodnie, jednak bez większych zaskoczeń, a wszelkie wcześniejsze przewidywania okazały się trafne. Najlepszym filmem okazał się "Nomadland" w reżyserii Chloé Zhao. Przejmująca historia 60-letniej kobiety, która po utracie całego dobytku życia rusza w świat w poszukiwaniu sezonowych prac, od wielu miesięcy wskazywana była przez krytyków i recenzentów jako faworyt tegorocznej gali. Film doceniono również statuetką dla reżyserki (to drugi przypadek w historii, kiedy Oscara w tej kategorii odebrała kobieta) oraz aktorki pierwszoplanowej. Tu nagrodę Akademii - trzecią w swojej karierze - otrzymała Frances McDormand, którą wyróżniono wcześniej za role w "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Odbierając statuetkę wygłosiła żywiołowe przemówienie. - Obejrzyjcie nasz film na największym możliwym ekranie, a pewnego dnia weźcie, wszystkich których znacie, zabierzcie ich do kina, tak aby w ramię w ramię siedzieć w ciemności i obejrzeć każdy film, który został tutaj przedstawiony - powiedziała ze sceny.

Najlepszym aktorem pierwszoplanowym okazał się natomiast Anthony Hopkins. W ten sposób stał się najstarszym zdobywcą Oscara w dziejach. 83-letni aktor nie pojawił się jednak na gali, a statuetkę za rolę w filmie "Ojciec" Floriana Zellera odebrał w jego imieniu Joaquin Phoenix, ubiegłoroczny laureat nagrody w tej kategorii. Co więcej, jest to drugi Oscar w w karierze Hopkinsa - poprzednio Akademia wyróżniła go za rolę w filmie "Milczenie owiec" (1991). Film "Ojciec" doceniony został także za scenariusz adaptowany.

Po raz kolejny okazało się również, że ilość nominacji nie koniecznie przekłada się na ostateczny wynik. Dziesięciokrotnie (sic!) nominowany "Mank" Davida Finchera opuścił galę z zaledwie dwoma statuetkami - za zdjęcia i scenografię. Podobnie jak filmy "Judas and the Black Messiah" i "Sound of Metal", które otrzymały po sześć nominacji. Poniżej prezentujemy pełną listę laureatów.

Oscary 2021 - pełna lista laureatów

Film: „Nomadland” Reżyser: Chloe Zhao („Nomadland”) Aktorka: Frances McDormand („Nomadland”) Aktor: Anthony Hopkins („Ojciec”) Aktorka drugoplanowa: Youn Yuh-jung ("Minari") Aktor drugoplanowy: Daniel Kaluyya („Judas and the Black Messiah”) Scenariusz oryginalny: „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” Scenariusz adaptowany: „Ojciec” Animacja: „Co w duszy gra” Film międzynarodowy: „Na rauszu” Dokument: „Czego nauczyła mnie ośmiornica” Zdjęcia: „Mank” Muzyka: „Co w duszy gra” Piosenka: „Fight For You” („Judas and the Black Messiah”) Efekty specjalne: „Tenet” Charakteryzacja: „Ma Rainey: Matka bluesa” Scenografia: „Mank” Kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa” Montaż: „Sound of Metal” Dźwięk: „Sound of Metal” Film krótkometrażowy: „Two Distant Strangers” Krótkometrażowy dokument: „Colette” Krótkometrażowa animacja: „Jakby coś, kocham was”

  1. Kultura

Frances McDormand. Niech żyje normalność

- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu
- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu "Nomadland". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Ma talent, charyzmę i własne zdanie, którego konsekwentnie się trzyma. Nominowana do Oscara Frances McDormand nieustannie inspiruje i zachwyca. Jej wyjątkowość polega na tym, że jest całkowicie zwyczajna, na ekranie natomiast - staje się nadzwyczajna. A to naprawdę rzadko spotykane, szczególnie w Fabryce Snów.

Zacznijmy od tego: Frances McDormand NIE JEST gwiazdą. Na pewno nie taką, która wpisuje się w hollywoodzkie wzorce i wymogi. Nie pojawia się na okładkach kolorowych magazynów, praktycznie nie udziela wywiadów, nie jest bohaterką skandali ani kimś, o kim się plotkuje. Nie znajdziemy jej nawet w mediach społecznościowych. Konsekwentnie odmawia rozdawania autografów i nie pozuje do selfie ("nie po to zostałam aktorką, żeby robiono mi zdjęcia" - podkreśla). Nie ubiera się u projektantów, nie jest twarzą znanych marek, nie nosi makijażu, ani nie robi operacji plastycznych. Jednak biorąc pod uwagę talent - jest gwiazdą pierwszoligową, świecącą jaśniej niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Pochwała normalności

Zrobiła zawrotną karierę, którą zbudowała nie na wyglądzie seksbomby i skandalach, lecz talencie i charakterze. W filmografii Frances McDormand widnieje ponad 60 tytułów, a to całkiem pokaźny dorobek artystyczny. Jej półki natomiast wręcz uginają się pod ciężarem nagród, których ma około 70, w tym Potrójną Aktorską Koronę, czyli Oscara (za film "Fargo"), Emmy (za miniserial "Olive Kitteridge") i Tony (za spektakl "Good People"). Takim osiągnięciem mogą pochwalić się tylko nieliczni, m.in. Maggie Smith, Jessica Lange, Al Pacino, Jeremy Irons i Geoffrey Rush. Doskonale zna swoje miejsce w branży, ale jest też świadoma tego kim jest, jak wygląda i czego potrzebuje. - Jestem aktorką charakterystyczną i to jest moja przewaga. Nie muszę się prężyć, napinać, specjalnie walczyć o wygląd i tego typu sprawy. Nie potrzebuję też ciągłych hołdów, komplementów, nie mam w sobie potrzeby akceptacji, potwierdzania własnej wartości, w tym sensie nie jestem chyba aktorką, bo przecież aktorstwo rzekomo tym się karmi. Ja nie muszę. Ja jestem najedzona - mówi o sobie.

Rozkręcać się i święcić największe triumfy zaczęła dopiero, gdy osiągnęła dojrzałość, a ostatnie lata należą do najlepszych w jej karierze. Dziś ma 63 lat, dwa Oscary na koncie (za "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri") i wcale nie zamierza zwalniać tempa. Trzecią statuetkę ma szansę zdobyć za kreację w filmie "Nomadland"W czym zatem tkwi jej sekret? Jest zwyczajna, taka jak my, a mimo wszystko jedyna w swoim rodzaju. I choć osiągnęła aktorski prestiż, sukces nie zawrócił jej w głowie. Zawsze zachowuje profesjonalizm i szacunek do wykonywanego zawodu. Poza tym, nic więcej nie musi robić. Wystarczy, że skupia się na swojej pracy i stara się wykonywać ją jak najlepiej potrafi. Po zejściu z planu filmowego wraca do normalnego życia - sprząta, gotuje, ogląda filmy, czyta książki. Trudno jej nie podziwiać.

https://www.youtube.com/watch?v=mRuj-HbTY6Q

Życie wypisane na twarzy

– Byłam za stara, za młoda, za gruba, za chuda, za wysoka, za niska, za blond, za ciemna, ale wiedziałam, że pewnego dnia będą potrzebowali kogoś innego. I postanowiłam być naprawdę dobra właśnie w tym: w byciu kimś innym – zdradziła w rozmowie z „New York Timesem”. Frances McDormand od lat podąża własną drogą wybierając nietypowe wyzwania aktorskie, dzięki którym może pokazać na czym polega prawdziwa siła kobiet. - Moje role są w zasadzie podobne do siebie. Podobne pod tym względem, że pokazuję bohaterki, które są, uogólnijmy to, niehollywoodzkie - podkreśla. Najczęściej gra postacie mocno stąpające po ziemi, mające własne zdanie i niedbające o opinię innych. Swoimi kreacjami pokazuje nam, że jest dokładnie taka jak my. Miewa złe dni, gorsze momenty. Bywa wkurzona, zmęczona, czasem zapłacze. To właśnie najbardziej zbliża ją do widza.

Ma tupet i zawsze buntuje się przeciwko temu, co próbowano jej narzucać. Jeśli na coś nie ma ochoty, po prostu tego nie robi. Gdy zaczynała karierę, jeden z agentów castingowych powiedział jej, że powinna nosić makijaż i nauczyć się chodzić w szpilkach. Co na to Frances? „No way!”. Do dziś robi to tylko wtedy, kiedy musi. Nawet odbierając nagrody czy promując filmy na festiwalach nie jest pomalowana. Ceni naturalność, bo chce, aby na jej twarzy było widać całą gamę emocji: smutek, radość, wstyd, uśmiech. – To jestem ja. Tak obudziłam się z rana. Tak wyglądam. Na twarzy wypisane jest twoje życie – mówi.

Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa 'mapą'. Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe) Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa \"mapą\". Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe)

– Piękno to także niezależność, własne poglądy, to czar, niewynikający z tak zwanych kobiecych atrybutów, ale z godności, świadomości, oczytania – wyznaje. Nie ubiera się też u topowych projektantów. Na co dzień preferuje szeroko pojęty normcore – wygodną odzież, która ma być komfortowa, a nie efektowna. Nosi więc to, co lubi i w czym czuje się dobrze. Najczęściej są to luźne dżinsy, bawełniana koszulka, workowata tunika i trampki. Gdy trafiła na listę najlepiej ubranych kobiet w show-biznesie uznała to za „dziwny, choć umiarkowanie udany żart". Jej wybory są często nieco ekscentryczne i mało gustowne, ale czy to ważne, jeśli ma się taki talent?

W poszukiwaniu kształtu

Frances przyszła na świat w 1957 roku w Chicago jako dziecko samotnej matki. Można się zatem domyśleć, że jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – nigdy nie poznała biologicznych rodziców, a gdy miała rok została adoptowana przez parę Kanadyjczyków: pastora protestanckiego Kościoła Chrystusowego Vernona McDormanda i jego żonę, pielęgniarkę i recepcjonistkę Noreen. To oni nadali jej imiona Frances Louise (urodziła się jako Cynthia Ann Smith) i wychowali na przedmieściach Pittsburga.

Jako nastolatka uwielbiała czytać i grać w szkolnych przedstawieniach. Wtedy właśnie zainteresowała się aktorstwem. Później były kolejne amatorskie występy i decyzja o studiach w Yale School of Drama, gdzie zdobyła prawdziwe doświadczenie sceniczne. Długo nie musiała czekać, aby móc je w pełni wykorzystać. Pierwsze okazje pojawiły się tuż po odebraniu dyplomu. Najpierw zaczęła grywać na deskach teatru, z którym zresztą związana jest do dziś, a następnie wzięła udział w nowojorskim castingu do neo-noirowego kryminału "Śmiertelnie proste" (1984) w reżyserii debiutujących braci Coen, Joela i Ethana. Był to kawał mocnego i bezkompromisowego kina, które trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. McDormand, choć nigdy wcześniej nie stała przed kamerą, postanowiła zaryzykować. Jak się później okazało – słusznie, bo wywarła bardzo dobre wrażenie.

Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum) Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum)

Gdy zaproszono ją na kolejną próbę tekstu, tym razem z innymi aktorami, ku zaskoczeniu filmowców odpowiedziała, że nie może, bo jej chłopak gra w operze mydlanej i musi zobaczyć, jak sobie poradził. - Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – zauważył słusznie Joel. – Ale uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy - dodał. Całe szczęście udało się umówić na inny termin. I tak Frances zagrała Abby, niewierną żonę głównego bohatera. Chociaż można odnieść wrażenie, że wcale nie grała. Po prostu była obecna na ekranie. Jednak to właśnie tę obecność najbardziej zapamiętano. Frances nie musi robić wiele, by zachwycać. Wystarczy, że jest. I to stanowi jej największą siłę.

Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uzdolnieni bracia Coen staną się ważnym odnośnikiem nie tylko w karierze, ale przede wszystkim w życiu osobistym McDormand. Dla starszego z nich, Joela, Frances zostawiła chłopaka z telenoweli, natomiast przyjaźń, która zrodziła się między nimi na planie szybko przekształciła się w związek, a następnie trwające do dziś małżeństwo. Tak zaczęła się ich wspólna droga. W 1995 roku adoptowali chłopca z Paragwaju, zamieszkali na Manhattanie, a dziś żyją spokojnie na prowincji, z dala od blasku fleszy, ponad wszystko ceniąc sobie prywatność.

Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum) Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)

Po roli w filmie "Śmiertelnie proste" kariera McDormand nabrała rozpędu. Na horyzoncie pojawiły się kolejne ciekawe wyzwania – filmowe, ale i telewizyjne. Drugoplanowe role w serialach „Posterunek przy Hill Street” czy „Strefa mroku” nie zaspokajały jednak apetytu Frances, która ciągle szukała czegoś innego, wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju. W końcu zauważył ją Alan Parker. Za rolę maltretowanej żony brutalnego szeryfa w jego głośnym filmie „Missisipi w ogniu” (1988) McDormand otrzymała pierwszą nominację do Oscara. Kolejne dwie zapewniły jej kreacje w filmach "U progu sławy" (2000) i "Daleka północ" (2005). Szerokie pole do popisu dawała jej również dalsza współpraca zawodowa z mężem, który przyznaje, że zawsze pisze scenariusze z myślą o żonie. Ta wydawałoby się komfortowa sytuacja nie gwarantuje jednak aktorce głównych ról, czego najlepszym przykładem są filmy „Arizona Junior” (1987) czy „Ścieżka strachu” (1990). I choć Frances wystąpiła w wielu filmach braci Coen, to najważniejsze w swojej karierze role - zwłaszcza w ostatnich latach - stworzyła u innych twórców, a umiejętne korzystanie z przywileju bycia żoną znanego reżysera sprawiło, że nigdy nie dała się zaszufladkować jako aktorka grająca tylko u męża.

Szukając swojego kształtu i miejsca w aktorstwie zaliczyła kilka mniej udanych występów. Oczy otworzyła jej rola w krwawej komedii kryminalnej "Fargo" (1996). Od teraz doskonale wiedziała jaka ma być. Wyrazista kreacja Marge Gunderson, nieustępliwej ciężarnej policjantki, zapewniła jej pierwszego Oscara. Co ciekawe, McDormand wcale nie gra tam pierwszych skrzypiec. Mimo to, jej postać jest tak charyzmatyczna, że dziennikarze i fani do dziś pytają ją o „Fargo”. – Przynajmniej trzy razy w tygodniu ktoś na ulicy podchodzi do mnie i opowiada o "Fargo" albo, przechodząc obok, powtarza dialogi – zdradziła McDormand w 2014 roku na antenie radia PRI. Mimo to, kojarzenie z jedną postacią zupełnie jej nie przeszkadza.

Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum) Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum)

Kobiety też potrafią namieszać

Niewątpliwym przełomem w jej karierze okazał się miniserial "Olive Kitteridge" (2014) w reżyserii Lisy Cholodenko. Zrealizowany na podstawie nagrodzonej Pulitzerem prozy Elisabeth Strout obraz zachwycił krytykę i widzów. Frances zagrała w nim skromną emerytowaną nauczycielkę matematyki, która znajduje się na duchowym bezdrożu – boryka się z depresją, codziennością i własnymi emocjami. Mąż aktorki, Joel Coen, zdefiniował tę postać jako „żeński odpowiednik Brudnego Harry’ego”.

Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe) Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego serial okazał się przełomem? Zafascynowana bez reszty powieścią Strout McDormand nabyła do niej prawa filmowe i po raz pierwszy w karierze spróbowała swoich sił jako producentka. Projektem szybko zainteresowała się scenarzystka Jane Anderson, reżyserka Lisa Cholodenko, z którą Frances pracowała przy filmie "Na wzgórzach Hollywood" (2002), a także stacja HBO. Później poszło z górki. W efekcie serial wyróżniono licznymi nagrodami – łącznie było ich około 30. Jednak to nie trofea mają tu największe znaczenie. "Olive Kitteridge” dowiódł przede wszystkim, że widzowie nie tylko uwielbiają dojrzałe bohaterki, ale też doceniają produkcje, które traktują je w normalny, ludzki sposób. A to wielki krok ku zmianie postrzegania kobiet w kinie. Niedługo po premierze serialu sama Frances ogłosiła publicznie, że nie chce już grać kobiet będących jedynie ozdobnikami facetów. Teraz szuka postaci samodzielnych i niezależnych. Najlepiej głównych ról. "Tych drugoplanowych nagrałam się już wystarczająco" - oznajmiła. Wkrótce jej życzenie się spełniło.

Ważną postacią dla Frances okazała się Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" (2017) Martina McDonagha. Film opowiada o wciekłej z rozpaczy samotnej matce, która po tragicznej śmierci córki decyduje się zawalczyć o sprawiedliwość. Bezradna kobieta postanawia tak długo prześladować lokalną policję, aż ta znajdzie gwałciciela i mordercę jej dziecka. Wynajmuje tytułowe billboardy i umieszcza na nich napisy mające nakłonić policjantów do większego zaangażowania w sprawę. – Pokochałam ten scenariusz po pierwszym czytaniu – wspomina Frances. – Mildred jest niesamowita – dodaje. Widzowie też ją polubili, choć wcale nie była kochana i sympatyczna.

Mildred Hayes z 'Trzech billboardów za Ebbing, Missour' to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum) Mildred Hayes z \"Trzech billboardów za Ebbing, Missour\" to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum)

Kreacja zapewniła aktorce drugiego Oscara. Odbierając nagrodę Frances wygłosiła płomienną mowę: "Chciałabym, żeby wszystkie nominowane dziś kobiety wstały. Panie i panowie, pamiętajcie o nas, zapraszajcie nas do swoich biur i rozmawiajcie z nami o finansowaniu naszych projektów". Rola przyniosła jej również Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz mnóstwo innych statuetek przyznawanych przez amerykańskie stowarzyszenia krytyków i recenzentów.

https://www.youtube.com/watch?v=4gU6CpQk6BE

Wciąż na fali

Typowany jako faworyt tegorocznych Oscarów dramat „Nomadland” powstał tak naprawdę dzięki Frances McDormand. Aktorka nie tylko zagrała w nim główną rolę, ale również dołożyła swoją cegiełkę jako współproducentka. A wszystko zaczęło się od głośnego reportażu literackiego Jessiki Bruder. Autorka spisała w nim historie ludzi, którzy określają się mianem „bezmiejscowych”. W wyniku ekonomicznej zapaści większość z nich straciło cały dorobek życia i zamieszkało w kamperach, które odtąd stały się ich nowym domem. – Zakochałam się w tej książce, a ponieważ od dawna przygotowywałam się do myśli, że chcę również produkować filmy, ruszyłam do boju – wyznaje aktorka. Pierwszym krokiem było znalezienie reżysera, a w zasadzie reżyserki (Frances bardzo zależało na tym, aby była to kobieta). Wybór padł na pochodzącą z Chin Chloé Zhao, która nie tylko podjęła się wyreżyserowania filmu, ale przygotowała też scenariusz, a nawet zaangażowała się w produkcję i montaż.

Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu 'Nomadland'. (Fot. BEW Photo) Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu \"Nomadland\". (Fot. BEW Photo)

McDormand zagrała w nim 60-letnią Fern, która zmuszona jest opuścić rodzinną Nevadę, gdy zamknięta zostaje fabryka płyt gipsowych, jedyna szansa na pracę dla ludzi w jej wieku. Bohaterka nie zastanawiając się długo, pakuje cały dobytek do starego vana, i rusza w trasę w poszukiwaniu sezonowych prac. Na szlaku poznaje ludzi takich jak ona - współczesnych nomadów, którzy uczą Fern jak żyć w pozbawionej najprostszych wygód rzeczywistości. Co ważne, w ich rolę wcielili się autentyczni bohaterowie książki Bruder.

Film okazał się strzałem w dziesiątkę. Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności w Toronto, później kolejne wyróżnienia, nominacje i nagrody. Na brawa zasługują oczywiście doskonały scenariusz i znakomita reżyseria, jednak najbardziej zachwyca tu Frances McDormand, przed którą kolejna szansa na Oscara. Jeśli go zdobędzie, co według krytyków jest w zasadzie pewne, będzie to trzecia statuetka Akademii Filmowej w jej karierze, a sama aktorka wyrówna wynik Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Daniela Day-Lewisa, Ingrid Bergman i Waltera Brennana. To chyba najlepiej świadczy o tym, że 63-letnia Fran jest wciąż na fali.

  1. Kultura

Nowa platforma VOD z klasyką kina - kuratorem Tomasz Raczek

W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela
W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia" z Catherine Deneuve w roli głównej. (Fot. Paris Film/Entertainment Pictures/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kinomaniacy czekali na taki serwis od dawna. W ubiegłym tygodniu ruszyła nowa platforma VOD Entclick, na której obejrzymy zrekonstruowane cyfrowo klasyki kina z lat 70., 80, i 90. O selekcję kultowych tytułów zadba kurator serwisu Tomasz Raczek.

Kultowe filmy, legendarni twórcy, wielcy aktorzy i autentyczne emocje. Nowy serwis VOD Entclick to wyspa prawdziwej filmowej rozrywki - znajdziemy tam całą masę klasycznych tytułów z lat 70., 80. i 90. Świeżo uruchomiona platforma zachwyca jednak nie tylko wyszukanym repertuarem, ale również jakością udostępnianych filmów (każdy z nich obejrzeć można w technologii HD i 4K). Na premierową ofertę serwisu składa się aż 50 kultowych pozycji, jednak z każdym tygodniem będzie ona uaktualniana o pięć nowych tytułów - część z nich będzie dostępna jedynie w Entclick.

Kuratorem serwisu został Tomasz Raczek. "Jako kurator Entclicka będę uważnie dobierał kolejne licencje. Nasza oferta skierowana jest do osób z wyrobionym gustem filmowym. To miejsce, które szanuje czas i nie zmusza do scrollowania w nadziei na znalezienie czegoś wartościowego. Czuję, że "Perły z lamusa" wracają! Wiem, co powiedziałby teraz Zygmunt Kałużyński: Szkoda, że tego nie dożyłem!" – mówi Tomasz Raczek.

"Entclick.com jest miejscem dla miłośników rasowego kina arthousowego, szukających nowych doznań artystycznych. Miejscem dla fanów klasycznych obrazów w doskonałej jakości, szukających treści do tej pory trudno dostępnych. Serwis jest odpowiedzią na poszukiwania czegoś więcej niż tylko filmu jako "zapełniacza" wieczoru" – dodaje właściciel serwisu Jacek Bednarz.

https://www.youtube.com/watch?v=OYB02rqWSSY

Oferta platformy podzielona została na pięć kategorii. "Alfabet zbrodni" to zbiór filmów o detektywach, bandytach i seryjnych mordercach. "Mistrzowie kampu" z kolei gromadzą produkcje tak złe, że aż dobre. Kategoria "W szponach zła" zaprasza na spotkanie z kinem grozy, natomiast "Ludzkie historie" przedstawią emocjonujące tytuły, które poruszą nawet najtwardszych widzów. Znalazło się miejsce również na autorską kategorię Tomasza Raczka, "Tomasz Raczek poleca". Na dobry początek kurator serwisu wybrał kultowy debiut braci Coen - "Śmiertelnie proste" oraz legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia".

Wśród 50 pozycji dostępnych na platformie znajdziemy również takie tytuły jak: "Pogarda" Jeana-Luca Godarda, "Czerwony smok" Michaela Manna, "Mgła" Johna Carpentera, "Harry Angel" Alana Parkera, "Producenci" Mela Brooksa, "Widmo wolności" Luisa Bunuela oraz "Ran" Akiry Kurosawy. W ofercie nie brakuje też produkcji z udziałem największych gwiazd ekranu: Sylvestra Stallone ("Osadzony"), Ala Pacino ("Serpico"), Arnolda Schwarzeneggera ("Czerwona gorączka"), Louisa de Funesa ("Wielkie wakacje"), Christophera Lamberta ("Nieśmiertelny"), Mickey'a Rourke ("Przystojniak"), Alaina Delona ("Glina"). Każdy tytuł dostępny jest z polskojęzycznymi napisami. Cena wypożyczenia filmu na 3 dni wynosi 10 zł.

  1. Kultura

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie
Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie "Faworyta". (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo… Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej. [śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini… Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu \"The Crown\". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie. Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji? Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?! To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”… Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu? Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą. Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem. Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią. Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas. Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie. Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała? Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką? Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze? Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio? Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia? Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie \"Ojciec\" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację? Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca? Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie \"Ojciec\" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać? Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie. No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje? I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć? Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana? Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala? Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach? Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne? Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda? Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości. Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) \"Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia\" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga? Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym? Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.