1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Rosną szanse na Oscara filmu „W ciemności”

Rosną szanse na Oscara filmu „W ciemności”

Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej ogłosiła wczoraj listę filmów, które mają szansę na nominację do Oscara w kategorii film obcojęzyczny. Wśród 9 obrazów, które wciąż liczą się w walce o statuetkę, znalazł się film Agnieszki Holland "W ciemności".

To wielkie wyróżnienie dla polskiej produkcji, która, by dołączyć do grona elitarnej dziewiątki, musiała pokonać aż 62 oficjalnych kandydatów z całego świata.

To kolejny światowy sukces polskiego kandydata do Oscara zanotowany na przestrzeni ostatnich kilku dni. 17 stycznia, na dobę przed ogłoszeniem listy Akademii – „W ciemności” zdobył aż 3 nominacje do prestiżowych Nagród Filmowych Genie przyznawanych przez Kanadyjską Akademię Filmową i Telewizyjną (w tym za najlepszy montaż, scenariusz adaptowany i najlepszy montaż dźwięku).

Równocześnie, film Holland szturmem zdobywa USA. Jego pierwszy nowojorski pokaz przyciągnął tak wielkie tłumy, że audytorium Museum of the Moving Image nie mogło w poniedziałek pomieścić wszystkich chętnych!

„W ciemności” został doskonale przyjęty przez krajową widownię. Od dnia premiery – 5 stycznia – obejrzało go już blisko 400 000 widzów. To lepszy wynik, niż w adekwatnym okresie wyświetlania osiągnął "Pianista" Romana Polańskiego. Warto dodać, że po rekordowym otwarciu w polskich kinach film Holland zanotował równie udany 2. weekend. W przeliczeniu widzów na kopię, polski kandydat do Oscara, zajął 2. miejsce w box office (z wynikiem 870 widzów na kopię), nie tylko deklasując wynik otwarcia nowego filmu Stevena Spielberga „Czas wojny” (171 widzów na kopię), ale z łatwością pokonując światowe blockbustery – „Kota w Butach” (675 w/k) i 2. część przygód „Sherlocka Holmesa” (518 w/k).

O tym, czy film Holland otrzyma nominację do Oscara przekonamy się już za tydzień, 24 stycznia. A miesiąc później odbędzie się ceremonia wręczenia tych najważniejszych filmowych nagród świata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland?
Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino?
Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu?
Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu.
Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy?
Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie?
Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą?
Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach?
Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem?
Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał?
Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem?
Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać?
Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty.
Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ?
Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła?
Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton:
urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

  1. Zwierciadło poleca

Agnieszka Holland i Kasia Adamik – blisko, ale oddzielnie

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Nie byłam matką o wielkiej cierpliwości, która poświęca dziecku dużo uwagi. Raz, że byłam zapracowana, a dwa, że nie mam temperamentu opiekuńczo-macierzyńskiego. Wiedziałam jednak, że dziecko ma różne okresy rozwojowe, że manifestuje swoją tożsamość i niezależność, co może być irytujące i męczące, ale trzeba to przeczekać. Naczytałam się Korczaka, więc ideologicznie miałam opracowane, że dziecko jest człowiekiem, podmiotem. Ale kiedy Kasia miała około trzech lat, zrobiłam coś, czego się wstydzę do dziś. Nie mogła chodzić do żłobka, bo miała powiększoną grasicę i jak tylko poszła, natychmiast chorowała, więc odwoziłam ją do opiekunki. Miała wtedy okres nieznośnych zachowań – na przykład jak szłam w prawo, to ona w lewo. Musiałam przyjmować strategię, że jak chciałam iść w prawo, to szłam w lewo. Któregoś dnia Kasia tak się zaparła pośrodku placu Konstytucji, że nie mogłam jej podnieść, więc dałam jej po łapach. Podniosła główkę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jakim prawem mnie bijesz?”. To zdanie było dla mnie szokujące. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam coś okropnego i że nigdy już jej nie uderzę.

Kobieta samotna?

Do dziewiątego roku życia wychowywaliśmy Kasię z Laco [Adamikiem, reżyserem, z pochodzenia Słowakiem – przyp. red.]. Kasia może zawsze liczyć na ojca, mówię to gwoli sprawiedliwości, bo to nie jest tak, że zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dopóki byliśmy w Polsce, pomagała mi także rodzina, przede wszystkim mama.

W 1981 roku musiałam się rozstać z Kasią na dziewięć miesięcy. Gdy wprowadzono stan wojenny, byłam w Szwecji z promocją mojego filmu „Kobieta samotna”. Wiedziałam, że jak wrócę, to mnie internują. Pojechałam do Paryża. To był trudny psychicznie okres dla nas wszystkich. Kiedy zorientowaliśmy się, że to potrwa dłużej, zaczęły się starania, żeby Kasia z Laco mogli do mnie przyjechać. Bardzo pomógł nam Krzysiek Kieślowski. W rezultacie przyjechali do Paryża w sierpniu ’82 roku.

Dla Kasi rozstanie ze mną było traumatyczne. Telefony odcięte, brak kontaktu – myślała, że umarłam i że ją okłamują. Początki w Paryżu też były dla niej trudne. Laco po miesiącu zdecydował się wracać do Polski, nie czuł się na siłach na kolejną emigrację, i Kasia znów przeżywała rozstanie, tym razem z tatą. Zostałyśmy same. Na dokładkę nie znałam francuskiego, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Całe szczęście, że przyjechali Wajdowie, bo Andrzej szykował „Dantona”, i bardzo mi pomogli.

Szkoły francuskie okazały się dobre, radziły sobie nawet z dziećmi imigrantów nieznających języka. Pojechaliśmy pierwszego dnia z Laco po Kasię do szkoły, czekamy w niepokoju, czy cokolwiek zrozumiała z tego, co się tam działo. A ona wychodzi i mówi nam, co trzeba przynieść następnego dnia.

W ciągu dwóch pierwszych tygodni Kasia wykazywała wielką nerwowość przed każdym pójściem do szkoły, a właściwie do szkolnej toalety. Dopiero po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, o co chodzi. Wyglądała jak chłopczyca: krótko obcięta, sportowe ubranie, więc dzieci brały ją za chłopca, w związku z czym dziewczynki nie wpuszczały jej do toalety, a ona nie była w stanie wytłumaczyć im w ich języku, że nie jest chłopcem. Po dwóch tygodniach na matematyce przerabiano zbiory i nauczyciel podzielił klasę na zbiór chłopców i dziewczynek. Kasia poszła do dziewczynek, ale one zaczęły ją wypychać. Wtedy zareagował nauczyciel i tak zyskała status dziewczynki.

Długo miała autystyczne symptomy – z jednej strony niechęć do komunikacji, zamknięcie, a z drugiej – agresję nakierowaną bardziej do wewnątrz. Czułam, że jest jej źle, że jest trochę taką tykającą bombą.

To było spowodowane, oczywiście, emigracją i związaną z tym doświadczeniem traumą. Nagle straciła wszystkich bliskich, świat ograniczył się do mnie. A ja byłam napięta, bo nie wiedziałam, co z nami będzie, czy zarobię na życie, czy będę mogła kręcić filmy.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zapisać ją na dżudo. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Wykazała ogromny talent, ale też wyładowała emocje. Została mistrzynią grupy, a potem w swojej kategorii zdobyła ogólnoparyskie medale. Pewnego dnia przyszła do ich grupy mistrzyni Francji w dżudo. Trener wyciągnął Kasię i powiedział: „To jest przyszła mistrzyni Francji”. Walczyła tak zacięcie, że rzucała po macie dwa razy większych chłopców. Miała aparat ortodontyczny na zębach, który w czasie walki przecinał jej dziąsła i czasem dosłownie broczyła krwią. Myślę, że wypluła z siebie całą złość i poczucie obcości. Dżudo okazało się dla niej zbawienne, a kiedy w końcu zaczęła mówić po francusku, wreszcie poczuła się dobrze. Oczywiście, to był długi proces. Dużo czasu spędzała sama, bo w Paryżu dzieci po szkole nie chodziły bawić się na podwórko jak w Polsce. Rysowała albo oglądała filmy, na szczęście nie było gier komputerowych.

W obronie indywidualności

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne, o czym Kasia zresztą chętnie opowiada. W pewnym momencie zorientowałam się, że wpada w pułapkę imigranckiego konformizmu. Jak wiadomo, dzieci chcą się upodobnić do grupy, a dzieci imigrantów mają dodatkowo ten problem, że ich rodzice są inni, nie tacy jak rodzice koleżanek. Postanowiłam jeszcze mocniej zaakcentować naszą inność. I na przykład w metrze w godzinach szczytu brałam Kasię mocno za rękę i bardzo głośno piałam. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. Rzeczywiście było to ryzykowne, bo mogłam ją dodatkowo straumatyzować. Ale chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się inności, żeby była z nią solidarna. Bałam się, że zbytni konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, jest niebezpieczny, szczególnie dla ludzi twórczych.

Bardzo długo nie wyrażała chęci, żeby zająć się reżyserią. Jej pasją było rysowanie komiksów, miała osiem lat, kiedy powiedziała, że to będzie jej zawód. Kiedy robiłam „Tajemniczy ogród”, a ona studiowała na pierwszym roku studiów plastycznych w Brukseli, zaproponowałam jej, że jeżeli nauczy się dobrze angielskiego, to może być moją asystentką biurową. Poszła na kurs, nauczyła się języka, zaczęła pracę. Miałam na planie bardzo dobrego storyboardzistę. Kasię wciągnęło to, co robił, sama narysowała kilka pięknych rysunków. I tak połknęła haczyk. Po studiach zorientowała się, że trudno będzie wyżyć z komiksów, szczególnie że jej prace były inne niż te modne wtedy w Belgii czy we Francji. No i ze swoją przyjaciółką Elisabeth z liceum plastycznego, zdolną dziewczyną z Martyniki, przyjechały do Los Angeles i postanowiły, że będą robiły storyboardy. Pracowały częściowo u mnie: na planie „Całkowitego zaćmienia”, „Placu Waszyngtona”, „Trzeciego cudu”, a potem u innych reżyserów. Wymyślanie wizualnych scen filmowych to jest coś, w czym była mocna. Jako storyboardzistka zrobiła w Stanach karierę. Ale często jej świetne pomysły były psute przez średnich reżyserów, więc narastała w niej frustracja. Kiedy producent zaproponował jej wyreżyserowanie niezależnego filmu, to przyjęła propozycję i zrobiła bardzo dobry film „Szczek” [„Bark!”].

Bunty? Owszem, były, rozciągnięte na lata. Za każdym razem, gdy była w niezgodzie ze sobą albo coś jej się nie udawało, to cierpiały nasze stosunki, co, oczywiście, jest naturalne. Kasia musiała sobie wywojować swoją przestrzeń, bo ja jestem dość ekspansywna. Często pracowałyśmy razem, a w pracy nasze relacje były harmonijne i partnerskie. I właśnie dlatego, że zgodnie pracowałyśmy, to dla Kasi było bardzo ważne, żeby prywatnie postawić mi granice. Bo czasem za bardzo chciałam jej pomóc, za bardzo być obecną w jej życiu. I wtedy dostawałam sygnał, żeby się wycofać.

Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas. W Los Angeles mieszkałyśmy w jednym domu podzielonym przez kuchnię, ona ze swoją dziewczyną i ja żyłyśmy trochę w komunie. Choć uważałam, żeby nie wchodzić w jej przestrzeń, pojawiały się pewne napięcia. Od tej pory nie mieszkamy już razem, choć na przykład w Bretanii oddziela nas tylko droga. Myślę, że blisko, ale oddzielnie to jest dobre rozwiązanie, ułatwia technikę życia, szczególnie że mamy tych domów kilka i rzadko jesteśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie, więc świadczymy sobie pewne usługi [śmiech].

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)

Akceptacja i wymagania

Spodziewałam się coming outu Kasi. Od dziecka była inna – nie nosiła sukienek, lubiła chłopięce zabawy. Powiedziała mi, że chyba jest homoseksualna, kiedy studiowała w Brukseli. A już zdecydowanie się tak określiła, kiedy miała pierwszy poważniejszy związek z Amerykanką Sue. Dla mnie to nie był żaden problem. To znaczy – dla matki zawsze jest problem, czy dziecko będzie szczęśliwe, akceptowane, spełnione. Na szczęście mieszkałyśmy wtedy nie Polsce, tylko w Stanach, gdzie następowały duże zmiany, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób homoseksualnych. Ale nie było jeszcze takiej otwartości jak teraz.

Co jej wtedy powiedziałam? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno nie to, że jest super, że się cieszę. Raczej że to między nami niczego nie zmienia i że zawsze będę ją kochać i wspierać. Oczywiście, potem pojawiają się problemy takie jak w każdej rodzinie, kiedy rodzice widzą, że dziecko wchodzi w związek, który nie wydaje im się najlepszy. Starałam się uważać, żeby nie dać jej do zrozumienia, że mam obawy, bo wiedziałam, że potrzebuje przede wszystkim mojej akceptacji.

Uważam, że jeśli partner dziecka nam się nie podoba albo inaczej go sobie wyobrażaliśmy, to – o ile nie mamy do czynienia z jakąś psychopatią, przemocą – powinniśmy ugryźć się w język. Bo to życie dziecka, nie nasze. Próbując narzucić mu swoje widzenie, możemy zepsuć stosunki nawet na zawsze.

Kasia nie planowała publicznego coming outu, stało się to przy jakiejś okazji. Przyjechała do Polski pracować przy moim serialu „Ekipa” i poznała Olgę (Chajdas, reżyserkę, jesienią wszedł do kin jej debiut reżyserski „Nina”). Ich związek trwa szczęśliwie do dziś. To, że Kasia wtedy go nie ukrywała, było czymś naturalnym. Według mnie jest coś głęboko toksycznego w podwójnym życiu, szczególnie jeśli nie mamy się czego wstydzić, bo przecież nie można wstydzić się miłości. Oczywiście, ujawnienie się wymaga pewnej odwagi, ale to o wiele łatwiejsze, gdy funkcjonuje się w środowisku, w rodzinie, w których inność jest akceptowana. Kasia miała pełną akceptację nie tylko z mojej strony, lecz także ze strony całej rodziny.

Kiedy mówię o akceptacji dziecka, to myślę o czymś istotniejszym, czyli o tożsamości, natomiast codzienne zachowania czy obowiązki egzekwowałam w miarę możliwości od najmłodszych lat. Moja najbliższa przyjaciółka uważa, że nie ma prawa niczego wymagać od dzieci. Ja uważałam, i to dość wcześnie – może dlatego, że było mi ciężko, również finansowo – że mam prawo wymagać od Kasi, na przykład sprzątania. Wyrażałam też poglądy na temat jej zachowań, jeżeli uważałam, że są niewłaściwe. Ale też zostawiałam jej, częściowo z konieczności, częściowo, bo tak uważam, dużą sferę wolności i samodzielności.

Co mi się udało?

To, że się przyjaźnimy, że ze sobą twórczo współpracujemy we wzajemnym poszanowaniu inności i czerpiąc wzajemnie ze swoich mocnych stron. Dużo nas łączy, ale w wielu sprawach Kasia ma inne gusta albo umie co innego niż ja.

Wzajemnie się uzupełniamy. Także w życiu. Kasia ma w sobie odwagę cywilną i jasność oglądu tego, co dobre, a co złe. A jednocześnie nie ma temperamentu politycznego takiego jak ja. Bardziej obchodzą ją podwórko i dzielnica, w której mieszka, co jest typowe dla młodszych pokoleń. Ma zdecydowanie bardziej eskapistyczne podejście do polityki niż ja, bo ja staram się czytać i słuchać racji różnych stron, a ona tego unika. Chyba jest bardziej wrażliwa niż ja i boi się, żeby to jej to nie zniszczyło. Moja odwaga polityczna bywa trochę tania. Jeżeli nie mogę kręcić filmów po polsku – co uwielbiam – to kręcę za granicą. Za moje zaangażowanie płacą Kasia czy moja siostra Magda.

Na pewno popełniałam błędy wychowawcze. Trzeba by spytać Kasię, jaką cenę zapłaciła za to, że nie poświęciłam moich zawodowych spraw dla bycia z nią albo dla jej poczucia bezpieczeństwa. Wydaje mi się jednak, że niespełniona i sfrustrowana matka nie może być dobrą matką. No, ale być może mogłam poświęcać jakieś swoje sprawy dla niej. Trudno to wyważyć. Wspierałam ją we wszystkim, co ją pasjonowało, nie pchałam jej w żadną stronę, także w życiu prywatnym. Kocham ją taką, jaka jest, i chcę, żeby czuła się spełniona.

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.