1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Musze się wyspać

Musze się wyspać

Kto mógłby zagrać Żelazną Damę? Oczywiście żelazna aktorska gwiazda kilku dekad. To Meryl Streep wciela się w rolę byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Klasa godna klasy, umysł – umysłu, a dorobek – dorobku.

Pamięta pani moment, gdy Margaret Thatcher została wybrana na premiera w 1979 roku?

Pamiętam doskonale. Natychmiast pomyślałam: „To wspaniałe, że gdzieś na świecie kobieta stanęła na czele rządu złożonego z samych mężczyzn”. Wiedziałam, że to ważny moment w historii. Dyskutowaliśmy z moimi przyjaciółmi, jak to możliwe, że ta skostniała i przestarzała, podzielona na klasy, wywyższająca mężczyzn na każdym kroku, homofobiczna, o dominujących antysemickich poglądach Anglia nagle pozwoliła, żeby coś takiego się stało? Żeby kobieta została premierem? I to było naprawdę wspaniałe wydarzenie. Myśleliśmy sobie po cichu, że pewnie jest tylko kwestią czasu, gdy coś się stanie w Ameryce.

30 lat później przyszła nasza kolej na zmiany. Nie śledziłam później kariery Margaret Thatcher dokładnie. Gdy została premierem, ja właśnie urodziłam moje pierwsze dziecko i byłam zaabsorbowana rodziną. Obserwowałam angielską premier trochę z daleka. Pamiętam: ta natapirowana fryzura, akcent, ton głosu, ubrania, perły – nic ze sobą nie pasowało. Amerykańska prasa nie zostawiała na niej suchej nitki, ponieważ wydawała się osobą z innej planety.

Kobiety aspirujące do ważnych ról w polityce mogą się od niej dużo nauczyć?

Powinny pobierać prywatne lekcje! Bo w porównaniu z nią takie osoby, jak Sarah Palin i Michele Bachmann, są kompletnie nieprzygotowane i niekompetentne. To porównanie aż szokuje. Margaret wiele lat konsekwentnej, ciężkiej pracy zajęło dotarcie do pozycji, jaką w końcu osiągnęła. Nie miało to nic wspólnego z tak powszechną w Ameryce arogancką dumą, która pozwalałaby jej myśleć, że tak po prostu będzie mogła zostać premierem.

Jaki był najtrudniejszy etap przygotowań do roli Margaret Thatcher w filmie „Żelazna Dama”?

Miałam poczucie ogromnej odpowiedzialności i zobowiązania, żeby poznać dokładnie wydarzenia z jej życia, zrozumieć je i nie pomylić. Musiałam całkowicie zanurzyć się w jej osobę i niemalże przyjąć jej sposób myślenia. Najtrudniejszym elementem całej układanki było wyobrażenie sobie jej w wieku 86 lat. Ona obecnie nie jest fotografowana, nie udziela wywiadów, przestała być osobą publiczną i praktycznie nic nie wiadomo na jej temat. Gdy dostałam rolę, wiedziałam, że przygotowanie do niej będzie kolejnym wyzwaniem. Niesamowicie było uczyć się krok po kroku tej osoby, dowiadywać się kolejnych rzeczy na jej temat, o których wcześniej nie miałam nawet pojęcia.

Co było największym zaskoczeniem?

Na przykład to, że gdy była premier mieszkała na 10. Downing Street, nigdy nie miała kucharza. Nie wiem, jak by to było, gdybym ja była premierem Anglii i nie miała kucharza. Ona lubiła gotować i w jakiś niezwykły sposób znajdowała na to czas. Miała niesamowitą wytrzymałość i kondycję. Sypiała cztery, pięć godzin na dobę, nie potrzebowała dłużej. Jej współpracownicy oczywiście potrzebowali, ale ona nie mogła tego zrozumieć. Apartamenty, które zajmowała jako premier Anglii, były naprawdę małe w porównaniu z amerykańskimi standardami. Nadzwyczajne, jak starała się wszystkiego osobiście dopilnować pomimo tak wielu zajęć i obowiązków. Wydawałoby się, że nigdy nie była chora, nigdy nie brała urlopu, nie miała też za bardzo tolerancji w stosunku do ludzi, którzy chorowali. Ona nigdy nie pokazywała po sobie, że coś złego się działo, nigdy nie przyznała się do swojej słabości czy niedyspozycji. Podczas przygotowania do roli rozmawiałam z jedną z pierwszych kobiet wybranych na parlamentarzystkę jeszcze przed Margaret Thatcher. Powiedziała mi, że gdy przeciskała się w tłumie mężczyzn do wąskiego wejścia do sali obrad, nie było dnia, żeby ktoś nie złapał jej za pupę. Domyślam się, że na początku swojej politycznej kariery Margaret też miała takie doświadczenia, ale nigdy o tym nie mówiła.

Miała pani momenty w swojej karierze, gdy czuła się dyskryminowana jako kobieta?

Nie, nigdy nie odczułam tego bezpośrednio. Oczywiście, zawsze i wszędzie są ludzie, którzy się ode mnie odsuwali i szeptali po kątach: „ona jest nie do zniesienia”. Jeżeli ktoś tego nie dostrzega, to musi być ślepy, głuchy i głupi.

Jak wyglądała pani transformacja w postać Margaret Thatcher?

W naszym filmie pokazujemy pięć dekad z jej życia. Nie kręciliśmy chronologicznie, więc i ja przeskakiwałam pomiędzy poszczególnymi fragmentami jej życia i zmieniałam swój wiek. Starałam się kontrolować, w którym momencie jej życia jesteśmy, i podążać za historią, jaką chciałyśmy opowiedzieć. Każdego dnia zajmowałyśmy się jakimś kryzysem: albo wojną o Falklandy, strajkami, albo traumą starszej pani po śmierci ukochanego męża. Była jedna, najważniejsza rzecz, jakiej musiałam się nauczyć. Margaret miała umiejętność długiego mówienia na jednym oddechu. Pamiętam, że już w szkole aktorskiej próbowałam się zmierzyć ze sztukami Christophera Marlowe’a, i wtedy zrozumiałam, że najlepszym sposobem na bezbłędne przeczytanie na głos jest: zacząć od początku i nie robić przerwy na oddech aż do samego końca. Co jest niezmiernie trudne! Oglądając stare wywiady i przemówienia Margaret, widziałam, że na jednym oddechu potrafiła zbudować całą wypowiedź i dotrzeć do sedna. Nie wiem, kto ją tego nauczył, ale dzięki tej umiejętności mogła dominować w rozmowach i przekonywać o swoich ideach w taki sposób, że ludzie nawet nie zdawali sobie sprawy, że dominowała. To było niesamowite.

A transformacja fizyczna?

Cały czas nosiłam sztuczne zęby, a gdy grałam już panią Thatcher na późniejszych etapach jej życia, nosiłam specjalną maskę, na której nasz charakteryzator Mark Coulier malował każdego dnia siatkę zmarszczek i żyłek. On stworzył coś absolutnie niesamowitego, co ruszało się razem z moją twarzą, a jednocześnie było lekkie. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie korzystaliśmy z żadnych efektów specjalnych, jeśli chodzi o charakteryzację. Pozbywanie się makijażu zajmowało ponad godzinę, ale nic nie było dla mnie trudniejsze od trwania w przykurczonej i przygarbionej postawie przez osiem godzin, dzień w dzień, przez trzy miesiące. Marzyłam, żeby wyprostować kręgosłup.

Czy pamięta pani jeszcze coś z nauki języka polskiego z czasów przygotowań do roli w filmie „Wybór Zofii”?

(Z nienagannym polskim akcentem) Nie rozumiem nic.

„Żelazna Dama” jest filmem o przemijaniu, próbie pogodzenia się z pewnymi rzeczami pod koniec życia, o demencji, która dotyka także osoby publiczne.

Ten film opowiada o trzech dniach w życiu starszej kobiety, która próbuje zamknąć pewien rozdział w swoim życiu. Gdy jej się to udaje, być może w tym momencie po raz pierwszy może zacząć żyć z dnia na dzień, nie w przeszłości i nie według kalendarza wypełnionego przyszłymi zajęciami. Stojąc w danym momencie w swoim życiu w kuchni, słysząc ptaki, dzieci w parku, Margaret jest tam, gdzie powinna być. Pod tym względem powiedziałabym, że to film egzystencjalny. Wielu aktorów, a przynajmniej ja, aspiruje do grania ról na miarę swojego wieku i doświadczeń życiowych. A w starości najbardziej ciekawi mnie, w jaki sposób człowiek nagle jest w stanie odpuścić? I myślę o mojej mamie, która odbierała telefon z wiadomością, że któryś z jej znajomych odszedł. Zawsze mówiła: „Oni wszyscy przechodzą teraz na drugą stronę”. Fascynował mnie jej spokój ducha w tym momencie. Wcielając się w postać 86-letniej kobiety, można bardzo łatwo ulec efektowi przerysowania pewnych spraw. Ja czułam wyjątkową odpowiedzialność, żeby być tak dokładną, jak tylko to możliwe w oparciu o moje własne doświadczenia i obserwacje mojego ojca, który cierpiał na demencję starczą. Nie uważam, żeby ta choroba była przekleństwem. To przypadłość, która pojawia się wraz z wiekiem, i większość z nas to kiedyś spotka.

Przeżyła pani szok, widząc siebie jako osobę o 20 lat starszą?

(Śmiejąc się w głos) Codziennie widzę siebie starą w lustrze. Nie był to dla mnie szok, raczej podziwiałam pracę charakteryzatora. Najdziwniejszą rzeczą dla aktora, a przynajmniej dla mnie, jest to, że dzięki filmom można w nieskończoność wracać do czasów, kiedy było się młodym. To tak jakbym była wiecznie młoda, zatrzymana w danym okresie życia. A dzisiaj mam trzy córki i w nich cały czas widzę młodość moją i mojego męża.

Zdziwiło panią, jak Margaret Thatcher jest wciąż znienawidzoną postacią?

Nadal pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci politycznych. Szczególnie w Wielkiej Brytanii wywołuje wciąż skrajne emocje – znienawidzona za polityczne decyzje, jednocześnie niemalże czczona jest za to, jakie wartości i przekonania reprezentowała, i za konsekwencję w swoich wyborach i decyzjach. Więc ten rozdźwięk bardzo mnie zainteresował: kim jest ta osoba, która była gotowa i potrafiła znieść tyle jadu płynącego od innych ludzi? Kto byłby w stanie znieść lata, a nawet dekady krytyki i nienawiści, i nadal być wierny swoim przekonaniom? Wydało mi się to fascynujące, ponieważ ludzi można czasem łatwo złamać jednym złym słowem. Teraz Margaret jest starszą panią skazaną na opiekę innych. Wydaje mi się interesujące spróbować zajrzeć w życie takiej osoby, dotrzeć do jej duszy, odnaleźć, gdzie skupione jest jej człowieczeństwo i spokój.

Czy w pewien sposób chciała pani obronić Margaret Thatcher?

Nie myślałam o tym, że powinnam stawać w jej obronie. Nie sądzę, żeby ona tego potrzebowała. Przecież ma już swoje miejsce w historii wyryte w granicie. Wydawało mi się, że ludzi może ciekawić, jakie faktycznie koszty ponosi kobieta o takiej pozycji, i co to oznacza dla jej psychiki. Czy kiedykolwiek pozwoliła sobie na refleksję i żal? Czy nadal odczuwa przyjemność ze wspomnień o momentach z czasów bycia premierem? Jak to jest stracić możliwość koncentracji i skupienia, gdy było się osobą, która pamiętała absolutnie wszystko? Czy możemy nagle sobie zrobić wolne od życia, które przeżywało się tak intensywnie, i czy można się pogodzić z nieuchronną prostotą pod jego koniec? To najbardziej interesowało mnie w tej historii.

Margaret mówi w filmie: „Kiedyś ważne było próbowanie dokonania czegoś, a teraz jest ważne bycie kimś”. Jakie ma pani zdanie na ten temat?

Gdy ona to mówiła, miała oczywiście na myśli zupełnie inną epokę niż ta, w której żyjemy obecnie. Jednak samo stwierdzenie jest nadal aktualne. Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na nieautentyczność całodobowych telewizyjnych kanałów informacyjnych i Internetu. Dzisiaj cały czas wiemy, co dzieje się z osobami publicznymi. W ten sposób osoby te są ciągle zestawiane z własnym wizerunkiem, jakby nosiły przed sobą lustro. Dlatego dbają bardziej o to, jak wyglądają w pewnych sytuacjach, niż o to, co sobą faktycznie reprezentują. Wszystko jest wykalkulowane, zaplanowane. Liderzy polityczni korzystają ze specjalnych grup fokusowych, sprawdzając reakcje społeczeństwa na ich decyzje i reformy. Z drugiej strony – doceniamy polityków, którzy bronią swoich przekonań, nie siedzą bezczynnie i nie zastanawiają się, jak będą wyglądali podczas dyskusji na ważny temat, ale jaki będzie jej wynik. Tak samo zresztą robi się dzisiaj filmy. Brak jest spontaniczności i autentyczności, wszystko wykalkulowane. Bardzo ciężko dziś reżyserowi trzymać się swojej oryginalnej wizji. Studia filmowe mówią na przykład: „Testowaliśmy ten film na widzach w Los Angeles i oni nie rozumieli, co działo się na początku filmu, nie podobała im się główna postać i aktorzy. Stwierdzili, że powinno być więcej akcji. Musicie to zmienić”. Każdy dzisiaj chce bronić swojego zdania, nawet twój największy wróg chce przekazać swoje zdanie na dany temat. Inaczej nigdy nie byłoby dyskusji.

Czy pani jest w stanie skupić się na samej pracy zamiast na byciu kimś?

Ciekawe pytanie. Przyznam, że nigdy nie myślałam na ten temat. Wydaje mi się, że w naszym biznesie młodsze aktorki czują się zobowiązane, żeby być częścią tej wielkiej machiny promocyjnej. Na porządku dziennym jest sprzedawanie czegoś, co nie do końca jest zgodne z ich przekonaniami albo nie ma nic wspólnego z postacią, którą grają w filmie. Ja się zawsze zastanawiam, jak można nie uczestniczyć w tym cyrku, ale nadal mieć pracę, bo to dla aktora jest najważniejsze. Niestety, film przestał pokazywać tylko jakąś historię, ale służy także do sprzedawania pewnych rzeczy. Obsadzenie głównych ról jest równie ważne jak dobór konkretnych marek produktów, które się w nim pojawią. To jest bardzo dziwna zależność, przez którą nie ma pieniędzy na poważne filmy, które nic nie sprzedają.

Czyta pani jeszcze publikacje prasowe na swój temat?

Na początku mojej kariery to robiłam, ale przestałam. To łatwo rani uczucia i potrafi zniechęcić do dalszej pracy, więc zdecydowałam, że nie ma sensu tego czytać. Człowiek rozmyśla o tych publikacjach miesiącami, latami, więc dlaczego mam się torturować, gdy w prosty sposób mogę tego po prostu uniknąć.

Może się wydawać, że Margaret Thatcher musiała zrezygnować z wielu rzeczy w swoim życiu dla kariery politycznej. Czy pani praca też wymaga dużo poświęceń?

Każdy z nas idzie w swoim życiu na wiele kompromisów. Wszystko opiera się na naszych decyzjach i wyborach. Później nasze wspomnienia działają tak jak film oglądany na DVD – możemy przewinąć, przypomnieć sobie, ale, niestety, nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło. Nigdy nie wiemy i nie dowiemy się, czy wybory, których dokonaliśmy w życiu, były dobre czy złe. Ja mam szczęście, ponieważ zawsze udawało mi się godzić życie rodzinne z moją pracą aktorską. Każdy film to przynajmniej cztery miesiące wyjęte z życia osobistego, ale potem przez kolejne cztery miesiące mogę się skupić na rodzinie. Wydaje mi się, że przemysł filmowy jest dość łagodny w tym temacie, ponieważ pracujemy zrywami. Jeżeli ktoś ma małe dziecko, zawsze może je wziąć ze sobą na plan filmowy i opiekować się nim w przerwach pomiędzy ujęciami. Nie mamy takich sztywnych godzin pracy jak prawnicy czy architekci, którzy pracują niemalże nieprzerwanie.

„Nie chcę umrzeć, myjąc filiżankę od herbaty” – mówi w jednej ze scen Margaret Thatcher. Czy to jej własne stwierdzenie?

Ta scena w filmie została akurat wymyślona przez autorkę scenariusza Abi Morgan. Wydaje mi się, że odnosi się ona do stwierdzenia: „Ja nigdy nie będę jak moja matka!”, tak nadużywanego przez młode dziewczyny. Potem w pewnym wieku okazuje się, że jednak bezwiednie upodabniają się do swoich mam. One po prostu nie chcą się zestarzeć, odrzucają tę myśl całkowicie. Ale my wszyscy się starzejemy, jeśli mamy takie szczęście.

Próbowała się pani spotkać ze swoją bohaterką. Gdyby takie spotkanie doszło do skutku, o co by ją pani zapytała?

Trudno mi w tym momencie powiedzieć, ponieważ nawet nie wiem, w jakim stanie jest jej umysł. Teraz jej życie i jej myśli są kompletną tajemnicą. Nikt poza najbliższymi nie ma do niej dostępu. Nigdy wcześniej nie miałam okazji z nią rozmawiać, ale widziałam ją, jak przemawiała. W 2002 r. przyjechała na spotkanie ze studentami w Northwestern College w Chicago, na które zabrałam moją córkę. Przez 45 minut opowiadała o zakończeniu zimnej wojny, o latach bycia premierem Anglii, a później programowo miała odpowiadać przez pół godziny na pytania studentów. Oczywiście, ustawiła się długa kolejka, znacznie przedłużająca czas przeznaczony na odpowiedzi. Margaret Thatcher odpowiedziała na każde zadane jej pytanie z szacunkiem, w sposób przemyślany, pełnymi akapitami. Byłam pod wrażeniem. Z pół godziny zrobiło się półtorej i ona pewnie odpowiedziałaby jeszcze na wiele więcej pytań, ponieważ wcale nie wyglądała na zmęczoną, ale organizatorzy musieli przerwać tę sesję. My z córką siedziałyśmy daleko na balkonie i nie zdążyłyśmy się ustawić w kolejce.

Bukmacherzy już przyjmują zakłady, czy otrzyma pani kolejną nominację do Oscara za rolę w „Żelaznej Damie”...

Tylko nominację? Ja jestem chciwa i chcę Oscara! Lubię nagrody, ale nie przepadam za całą kampanią, która im towarzyszy wcześniej. Czuję się wtedy tak, jakbyśmy skupiali się tylko na jednym szczególe filmu. To jakbyśmy patrząc na czyjąś twarz, skupiali się tylko na jednym oku, a powinniśmy patrzeć na całość. Każda z osób pracujących przy tym filmie miała swój wkład. Czuję się dumna, mogąc być częścią tego projektu.

Czy zalicza pani Oscara z 1980 r. za rolę w „Wyborze Zofii” do jednego z najważniejszych momentów w swoim życiu?

Oczywiście, ale teraz najważniejszy jest dla mnie sen. On jest lekiem na wszystko. Nie mogłam zrozumieć, jak Margaret Thatcher była w stanie funkcjonować przez ponad dekadę jako premier ogromnego kraju, śpiąc tak mało w ciągu doby. Nie wiem, jak mogła podejmować tak ważne i krytyczne decyzje, jak potrafiła utrzymywać swój umysł w tak dobrym i wciąż gotowym do działania stanie. Ja potrzebuję się wyspać, zanim podejmę ważne decyzje. Zwykle słucham wtedy przyjemnej muzyki, czytam trochę poezji, potrzebuję pobyć trochę sama, we własnym towarzystwie, i wówczas od razu czuję się znacznie lepiej. Poza tym, oczywiście, rodzina i przyjaciele są też bardzo ważni i ja mam to szczęście, że akurat na brak miłości nie mogę narzekać.

Meryl Streep jedna z najbardziej utalentowanych i szanowanych aktorek naszych czasów. Urodzona w 1949 roku. Sukces odniosła dzięki rolom w filmach „Łowca jeleni” (1978) i „Sprawa Kramerów” (1979); ten drugi przyniósł jej pierwszego Oscara. Drugiego otrzymała za tytułową rolę w filmie „Wybór Zofii” (1982). 16 razy nominowana do Oscara, 25 – do Złotych Globów, zdobywając siedem. Żaden aktor nie otrzymał więcej. Poza wspomnianymi kreacjami pamiętamy ją m.in. z: „Pożegnania z Afryką”, „Co się stało w Madison County”, „Godzin”, „Mamma Mia” i „Diabeł ubiera się u Prady”.
Przeczytaj recenzję "Żelaznej Damy".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)