1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Skubas - uwierz w "Ducha"

Skubas - uwierz w "Ducha"

Skubas:Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni.
Skubas:Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni." (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)
„Nie mam dla ciebie miłości” nucili prawie wszyscy. Ale Skubas, zamiast odcinać kupony od sukcesu, zniknął. Teraz, po sześciu latach, wraca z nową płytą i żeby po raz pierwszy opowiedzieć o walce z uzależnieniem i swoich duchowych poszukiwaniach.

Rudy psiak trzyma się blisko Skubasa i bardzo rozpacza, kiedy ten wychodzi na chwilę umyć ręce, nie pomaga nawet drapanie go za uchem.

Czy to jest pies z twojej piosenki „Papierowe uszy”?
Tak, to jest Bajka. Logistyka mojego życia powoduje, że zabieram ją ze sobą prawie wszędzie.

Znalazłeś ją tak jak w piosence: w zimowy dzień, wysiadając z samochodu?
Na stacji benzynowej, ktoś ją tam zostawił albo się zerwała. My jechaliśmy na koncert, to było w 2012 roku. Szybka decyzja. Takie decyzje są czasem najlepsze, nie ma tego całego rozważania.

Twoje pierwsze dwie płyty powstawały na zakładkę. Jak nagrywałeś „Wilczełyko”, miałeś już pomysły na „Brzask”. A teraz minęło sześć lat i dopiero pojawiasz się z „Duchem”. Gdzie byłeś, jak cię nie było?
„Czemu nie występowałeś w zawodach?”. Powiedzmy, że miałem kontuzję.

To znaczy?
Nie jest prawdą, że przez ten czas nie tworzyłem, bo najstarszy z kawałków, wspomniane „Papierowe uszy”, skomponowałem już w grudniu 2015 roku. Do dziś gromadzę pomysły muzyczne na swoim dysku, to się nigdy nie skończyło. Podstawowym problemem jest u mnie bariera odpowiedzialności za skończenie utworu. Jeśli chodzi o muzykę, idzie dość gładko, natomiast pisanie tekstów to co innego. W tej kwestii uwidacznia się mój perfekcjonizm.

Perfekcjonizm czy brak wiary w siebie na tym polu?
Wszystko razem. Współpracowałem dość długo z Basią Adamczyk, autorką mojego największego przeboju „Nie mam dla ciebie miłości”, ale ta współpraca, muszę z przykrością wyznać, skończyła się na dobre.

Na tej płycie są jeszcze teksty jej autorstwa?
„Azja” w całości oraz częściowo „Ojciec i syn”.

„Ojciec i syn”? Byłem absolutnie pewny, że napisałeś ten tekst sam, jest bardzo intymny.
To był prezent na piąte urodziny dla mojego syna Borysa. Miałem refren, frazy, ogólny zarys tej piosenki, a Basia zrobiła z tego majstersztyk. Ważne, żeby sobie zdać sprawę z tego, jakie się ma talenty. Ja potrafię wziąć gitarę i z łatwością ułożyć ładną melodię, która mnie wzrusza. Mam głos i pasję do muzyki. Natomiast są ludzie, którzy mają talent do przekładania na słowa myśli i prawdy, nawet jeśli chodzi o prawdę drugiej osoby. Taki talent ma właśnie Basia, choć i ja zrobiłem tu jakiś progres. Na tej płycie udało mi się uzyskać coś, z czego jestem zadowolony. Kiedy stało się jasne, że współpraca z Basią nie może trwać dłużej – być może to sprawka naszych ścierających się ze sobą ego – szukałem innego tekściarza. Kogoś takiego, kto byłby dla mnie jak Bernie Taupin dla Eltona Johna [stworzył mu teksty do ponad 30 albumów – przyp. aut.]. Próbowałem pracować z bardzo dobrymi autorami. Nie udało się. Mój kolega śmieje się, że mógłbym nagrać album „Piosenki z odrzuconymi tekstami”. Może to jest perfekcjonizm, może nie, ale na pewno nie chcę śpiewać czegoś, co nie jest prawdą albo jest półprawdą, jakimś moim przebraniem.

Prawdziwy tekst musi być o tobie?
Niektórzy wychodzą z założenia, że piosenka musi być uniwersalna, ale ja muszę mieć w wersach swoje życie. To była prawdopodobnie przyczyna niewydawania płyty przez sześć lat. Jest też inny powód – duża zmiana w moim życiu, wycofanie się z używek. Jeśli przez 20 lat tworzy się pod wpływem, to wycofanie tych substancji z organizmu nie powoduje, że człowiek czuje się superartystą, zmienia to całkowicie jego wewnętrzną strukturę, sposób myślenia, podejmowania decyzji. Używki determinują nie tylko życie twórcze, ale większość wyborów, relacji, emocji, mają wpływ na całe twoje życie wewnętrzne. Ale fakt, że skończyłem z nałogiem, nie wyczerpuje tematu sześcioletniej przerwy. Nałożyły się tu także inne wątki.

Dwie pierwsze płyty nagrywałeś głównie w domu, częściowo pracowałeś też tak przy „Duchu”. Chodzi o to, że w domu możesz wszystko w pełni kontrolować?
Na tej płycie jest akurat sporo kompromisów. Były utwory nagrane przeze mnie w stu procentach w domu. I później Tomek „Harry” Waldowski [multiinstrumentalista i producent – przyp. aut.] namówił mnie, żeby nagrać to jeszcze raz na lepszych mikrofonach. Na początku to był dla mnie dramat. Bałem się, że będziemy robić w studiu reprodukcję emocji, które odczuwałem na przykład w 2015 roku, i że to nie wyjdzie. A ja akurat rozpoznaję emocjonalne podróbki, ale zgodziłem się mimo ryzyka. Nagraliśmy raz jeszcze na lepszych mikrofonach i jest. Czasami ten kompromis boli, bo pewna niedoskonałość, chropowatość, która towarzyszy płycie „Brzask”, tu się nie znalazła, choć z drugiej strony nowa płyta brzmi lepiej.

O twojej muzyce mówi się, że to muzyka grunge z elementami folku. Nie chciałbyś tego swojego stylu trochę przewietrzyć, wpuścić tam więcej nowego?
W maju tego roku, po zamknięciu płyty „Duch”, bardzo się wkręciłem w elektroniczne brzmienia, zacząłem bawić się samplerami, syntezatorami. Kto wie, może powstanie poboczny projekt? Nie wszyscy wiedzą, że nie tylko współpracowałem z Noviką czy Smolikiem, ale dosyć długo siedziałem w muzyce drum and bass, bardziej bezkompromisowej, podziemnej. Jeździłem po klubach, tak zarabiałem swoje pierwsze pieniądze.

Co takiego się zdarzyło, że zdecydowałeś się na trzeźwość? Czy miało to coś wspólnego z pojawieniem się na świecie twojego syna Borysa?
Taka decyzja bardzo rzadko jest oparta na pozytywnej motywacji. To nie jest tak, że facet jest alkoholikiem i żona mu mówi: „Słuchaj, Stasiu, jakbyś przestał pić, to będziemy mieli pieniądze na wakacje, będziesz się lepiej wysypiał i nie będzie cię głowa boleć”, a Stasiu mówi na to: „Wiesz co, Halinka, masz rację, jutro idę na odwyk”. Najczęściej coś musi nieźle w twoim życiu pierdyknąć, żeby popchnąć cię do porzucenia nałogu. Moim najciekawszym odkryciem było to, że uzależnienie zaczyna się, kiedy właśnie odstawiasz alkohol czy inne używki. Odwrotnie, niż myślą ludzie. Mówi się: „Związek się rozpadł przez alkohol”, a ja wiem, że związek nie rozpada się przez alkohol, tylko przez alkoholizm – chorobę uzależnienia, bo tu chodzi o pewną podatność, nie o samą substancję. Substancja sama w sobie jest neutralna – podstawową kwestią jest to, co i na ile wypełnia ona w człowieku. Uważam przewrotnie, że alkohol nie jest problemem, tylko lekarstwem na alkoholizm.

Uzależnienie to choroba emocji. Nie chcesz czuć wstydu, strachu, lęku i używki sprawiają, że tego nie czujesz, że jesteś na przykład odważny.
Wszyscy ludzie, którzy zażywają, robią coś kompulsywnego, cierpią. Czasem nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale wystarczy, że im to zabierzesz. Abstrahując od tego, że nałóg dostarcza po jakimś czasie cierpienia fizycznego i psychicznego, a także dotyka bliskich – same używki w założeniu są sposobem, żeby pozbyć się tego cierpienia, samotności, nudy czy też nadmiernej „nerwowości”. A kiedy powstaje to błędne koło, potrafi się tak toczyć przez wiele, wiele lat, zanim problem zaczyna naprawdę doskwierać i rujnować życie.

Mówi się, że uzależnienie bierze się z traumy dziecięcej albo jest odtwarzaniem wyuczonego wzoru. Ty jesteś chłopcem z dobrej rodziny, mama psycholożka, tata lekarz. Ale śmierć rodzica to ogromna trauma. Była w twojej głowie taka myśl, że ty chcesz być dla Borysa, bo sam nie miałeś ojca?
Miałem ojca przez 15 lat, choć ze względu na jego zawód często nieobecnego.

Wciąż byłeś nastolatkiem, kiedy go straciłeś...
Tak, i to w najgorszym, najtrudniejszym okresie. Ojciec zmarł w momencie, kiedy był potrzebny mi najbardziej. Kto wie, być może gdyby żył, relacja z nim mogłaby mnie „ocalić”. Bo był dla mnie kotwicą, aczkolwiek już później chyba nie był w stanie dźwigać moich problemów na swoich barkach, być może miał za dużo swoich. Bardzo za nim tęsknię, był dla mnie ważną osobą.

Skubas: 'Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej'. (Fot. Marta Kacprzak/Kayax) Skubas: "Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej". (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)

Piciu alkoholu często towarzyszy współuzależnienie od miękkich narkotyków.
Od miękkich, twardych, ale też wszystkich innych uciech szatańskiego świata [śmiech]. Gandzia była moją pierwszą i największą miłością. Paliłem ją z 20 lat longiem od 15. roku życia z krótkimi okresami tak zwanych detoksów, które robiłem, żeby trochę odpocząć. Stała się moim panaceum na niedopasowanie do świata, czarne myśli, niskie poczucie wartości, niechęć do samego siebie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek przestanę palić. Śmiałem się kiedyś z haseł typu „Zażywasz, przegrywasz”, teraz patrzę na to nieco inaczej. Z perspektywy osoby, która wie, co się z nią dzieje, kiedy kończy się towar… Stąd też wers: „byłaś mi myślą przewodnią wśród chwil, co zlewały się w szklane miesiące”. Wielu ludzi mówi o wolności, wyzwoleniu, chce walczyć o wolność dla innych, a najczęściej sami są totalnie uzależnieni od substancji, ludzi, przedmiotów, władzy, seksu i prestiżu, aprobaty w mediach społecznościowych.

Zacytowałeś piosenkę „Szklane miesiące” z nowej płyty. Jej teledysk narzuca trochę inną interpretację. Można pomyśleć, że chodzi o relację matki i dziecka.
Podmiot liryczny zwraca się tu do marychy: „byłaś mi matką sposobów na złe dni”. To przenośnia. Lubię taką niejednoznaczność, otwarcie na różne interpretacje.

Teraz czujesz się wolny?
Dużo bardziej niż kiedyś, ale cały czas obserwuję swój umysł i jego obsesje. Czy przypadkiem nie wymyśla czegoś, co tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Może to być też lęk o stan konta, może być to obawa przed oceną mojej osoby albo iluzje czy kurczowe trzymanie się planów. Czuję się wolny, kiedy odpuszczam chęć posiadania racji, kiedy godzę się, że coś idzie zupełnie innym torem, niż miało iść. To nazywam wolnością. Trudno mi sobie wyobrazić, że można się uzależnić od chodzenia po lesie albo od zachodów słońca. Że można się uzależnić od zdrowej miłości, zdrowej relacji. Najlepsze chwile w moim życiu to te, gdy beztrosko bawię się z synkiem. Nie można się od takich dobrych, boskich rzeczy uzależnić.

Piosenka „Doskonały przegrany” jest modlitwą. Przeszedłeś nawrócenie?
Jeśli nawróceniem nazwiemy zmianę myślenia, eliminowanie destrukcyjnych zachowań, a także uczenie się miłości i szacunku do siebie i bliźnich, nawet tych, z którymi mi nie po drodze, to można powiedzieć, że tak. Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej. Pojmuję je w trochę innym kontekście niż stricte religijne, choć nie ukrywam, że czerpię sporo od takich ludzi jak ojciec Adam Szustak czy ojciec Mieczysław Łusiak. W wielu kwestiach są dla mnie autorytetami. I mam gdzieś kondycję instytucji Kościoła, afery i otoczkę, na którą często naprawdę żal patrzeć. Dla mnie liczy się jedynie koncentracja na Źródle.

Patrzę na tamte dwadzieścia parę lat swojego życia spędzone w dużym konflikcie, w czynnym nałogu, w skłóceniu ze światem. To, co się zadziało od tych pięciu, sześciu lat, to jest jakiś cud, na który pozwoliłem. To jest coś, co się stało poza mną, przyszło do mnie, nie jest wynikiem kalkulacji. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że to oznacza także koniec inspiracji do pisania wciąż popularnych, rozdzierających i pełnych goryczy pieśni o toksycznej miłości [śmiech].

Droga ku trzeźwieniu to samotna walka?
Samotniczy jest raczej nałóg. Jeśli chcesz z nim skończyć, konieczne jest wyjście do ludzi, najlepiej tych trzeźwiejących. Właśnie dlatego tak skuteczne są terapie grupowe, dlatego zaleca się mityngi w ramach wspólnot.

Jesteś w tym procesie czy zakończyłeś leczenie?
Na początku swojej drogi uczestniczyłem w terapii. Terapia ma jednak ten minus, że się kończy, a całą sztuką jest odnalezienie się w codziennych, często niekomfortowych emocjonalnie sytuacjach. Siłę i nadzieję dają inni uzależnieni. Ci, którzy nie dość, że zaprzestali picia i zażywania, to jeszcze są względnie szczęśliwymi i dobrze radzącymi sobie ze sobą i światem ludźmi.

W piosence „A jeśli” śpiewasz o akceptacji życia niezgodnego z oczekiwaniami. Nie jesteś już malkontentem, którego nic nie zadowala? Usłyszałem kiedyś, że „przeciwieństwem szczęścia nie jest brak szczęścia, tylko brak wdzięczności”. Staram się tego trzymać, szczególnie kiedy wkrada się we mnie chochlik narzekacz. Nigdy nie pomyślałem, że moje życie będzie tak dobre jak teraz. Mam zdrowego, wspaniałego syna, z którym staram się utrzymywać jak najbliższy kontakt. Jestem w związku z najukochańszą na świecie kobietą, która mnie wspiera i rozumie. Budzę się od lat bez kaca, zjazdów, nie cierpię na bezsenność. Rzuciłem mięso, papierosy, regularnie medytuję, uprawiam sport, czytam książki. Odzyskałem przyjemność z tworzenia na trzeźwo, staram się ciągle rozwijać. Same wspaniałości. Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni.

Skubas
(właśc. Radosław Skubaja) rocznik 1981. Kompozytor, wokalista, muzyk. Zaczynał na scenie klubowej. W 2012 roku debiutował świetnie przyjętą płytą „Wilczełyko”. Dwa lata później wyszedł „Brzask” z przebojem „Nie mam dla ciebie miłości”. Pod koniec października miał premierę jego najnowszy album „Duch”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hey wraca na scenę po dłuższej przerwie

Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Dobra wiadomość dla fanów Katarzyny Nosowskiej i grupy Hey. Po 3,5-letniej przerwie zespół zagra jedyny w tym roku koncert w ramach tegorocznej edycji Festiwalu Jarocin.

Jarocin Festiwal 2021 zamyka line-up. Poznaliśmy już wszystkich wykonawców, którzy pojawią się na tegorocznej imprezie. Wśród nich niespodziewanie pojawiła się grupa Hey, która w 2017 roku ogłosiła koniec działalności i pożegnała się z fanami trasą koncertową Fayrant Tour. Zespół wystąpi na festiwalowej scenie już 17 lipca i będzie to jedyny występ zespołu w tym roku.

My tu gadu, gadu, a Hey zagra po 3,5 rocznej drzemce, jedyny w tym roku koncert. Zapraszamy Was z całego serca do Jarocina! Spotkajmy się! Hey nie wie, co się działo na świecie przez ten czas – nie mówcie nam o tym, nie jesteśmy ciekawi… Chcemy, żeby przez kilkadziesiąt minut było jak dawniej – razem! - poinformował zespół w mediach społecznościowych.

Festiwal Jarocin odbędzie się w dniach 16-18 lipca 2021 roku. Oprócz zespołu Hey, na scenie pojawią się również m.in. Strachy na Lachy, Muchy, Luxtorpeda, Edyta Bartosiewicz, Sorry Boys, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow i Kwiat Jabłoni. W programie zaplanowano również wyjątkowe jubileusze, w tym 40-lecie zespołu Dezerter, 20-lecie grupy Happysad, 40-lecie debiutu na Jarocin Festiwal formacji TSA oraz 30-lecie wydania albumu „Legenda” zespołu Armia.

  1. Kultura

Rock'n'roll nigdy nie umiera – włoski zespół Måneskin zwycięzcą Eurowizji 2021

Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zaczynali grając na ulicy. Potem zajęli drugie miejsce we włoskiej edycji programu X Factor, wygrali festiwal w San Remo, a w ubiegłą sobotę również tegoroczną Eurowizję. Swoim energetycznym występem nie tylko zdobyli miano najlepszego zespołu całego konkursu, ale udowodnili też, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. Nazywają się Måneskin – zapamiętajcie, bo będzie o nich głośno.

Są młodzi, piękni i diabelsko zdolni. Ich wyrazisty wizerunek nie pozostawia nikogo obojętnym, a elektryzująca muzyka przyprawia o ciarki na plecach. Włoski zespół Måneskin to idealny przykład tego, jak talentem i charyzmą można podbić świat. Ich brzmienie jest świeże, pełne pasji i wolności, jednak ciężko ich zaszufladkować, przypisać do konkretnego gatunku. Grają alternatywnego rocka z domieszką popu i funku, ale w ich utworach można usłyszeć też elementy punku i rapu. Nie ukrywają, że największą inspiracją są dla nich Arctic Monkeys i Harry Styles. W ubiegłą sobotę utworem „Zitti E Buoni” nie tylko zwyciężyli 65. Konkurs Piosenki Eurowizji, ale też pozdrowili środkowym palcem wszystkich hejterów.

Fot. materiały prasowe Sony MusicFot. materiały prasowe Sony Music

Måneskin w języku duńskim oznacza „światło księżyca”. Zespół powstał w 2016 roku, a jego członkowie znają się jeszcze z czasów szkolnych. Charyzmatyczny wokalista Damiano David, basistka Victoria De Angelis, gitarzysta Thomas Raggi i perkusista Ethan Torchio zaczynali od grania na ulicach w Rzymie, najczęściej na Via del Corso, zbierając pieniądze do futerału gitary. Szybko zostali jednak docenieni przez widownię i jurorów włoskiej edycji programu X Factor, w którym zajęli drugie miejsce. Na kolejny sukces nie musieli długo czekać. Zwycięstwo na kultowym festiwalu w San Remo zapewniło im udział w tegorocznym Konkursie Piosenki Eurowizji. Swój kraj reprezentowali dynamicznym utworem „Zitti E Buoni”, który opowiada o odkupieniu i chęci odwrócenia losów świata przez muzykę. Jego surowość doskonale pasuje do muzycznej filozofii Måneskin. – To rockowa piosenka o mocno gitarowym brzmieniu. Całość jest bardzo energetyczna. Tekst ma takie przesłanie: mówimy "zamknij się" do otaczających nas hejterów i robimy swoje – wyjaśnia wokalista zespołu.

Faworytami byli praktycznie od początku. W notowaniach bukmacherów ich utwór od marca utrzymywał się w pierwszej piątce, a w ostatnich dniach powędrował nawet na miejsce pierwsze. Na duże prawdopodobieństwo sukcesu piosenki wskazywał także Artur Orzech, wieloletni komentator konkursu. Popularność numeru potwierdzają również dane Spotify za okres od marca do maja bieżącego roku. Wykazały one bowiem, że „Zitti E Buoni” było najczęściej odtwarzanym eurowizyjnym utworem w serwisie. I to nie tylko we Włoszech, ale też w innych europejskich krajach. Finalnie Måneskin zwyciężył w sobotnim finale zdobywając łącznie 524 punkty w głosowaniu jurorów i telewidzów, a widowisko, które zaprezentowali porwało widzów nietuzinkową energią. W ten sposób grupa zapewniła swojemu krajowi trzecie w historii zwycięstwo (wcześniej Włosi triumfowali na Eurowizji w 1964 i 1990 roku, natomiast w poprzedniej edycji zajęli wysokie drugie miejsce miejsce).

- Rock’n’roll nigdy nie umiera – wykrzyczał ze sceny wokalista odbierając statuetkę dla zwycięzcy. Trzeba przyznać, że nieposkromieni Włosi rozpoczęli swoją karierę z przytupem. Jak podkreśla dziennik „La Repubblica”, dzięki wygranej na Eurowizji Måneskin stoi teraz „na dachu Europy”. Jednak mimo międzynarodowego rozgłosu, jaki już zdobyli, nie zamierzają spoczywać na laurach. Ich drugi studyjny krążek zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" w sieci przesłuchano już ponad 100 milionów razy. W wersji fizycznej ukaże się on w najbliższy piątek, czyli 28 maja. Utrzymany w retro klimacie lat 70. album będzie pierwszą częścią większego projektu szykowanego przez grupę. Zespół ma na koncie również EP-kę „Chosen” i album „Il ballo della vita”, który osiągnął status trzykrotnej platynowej płyty. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość muzyki, to jesteśmy zdecydowanie na „tak”.

Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany 'Teatro d’ira – Vol. I' trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)
  1. Kultura

„Uważam się za poetę, dopiero potem za muzyka”. Bob Dylan kończy 80 lat

Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
W 1978 roku powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Obchodzący dziś 80. urodziny Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, ale przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 11/2016).

Kiedy Jean Paule Sartre odmówił odebrania literackiej nagrody Nobla w 1964 roku, był to manifest „artystycznej niezależności”. W roku 2016, Bob Dylan, ignorując przez dwa tygodnie sam fakt otrzymania Nobla, osiągnął więcej – sprawił, że cały świat mówił o nagrodzie i kwestionował jej znaczenie.

W 1978 roku Robert Zimmerman (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Dylana) powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Kiedy ten 80-letni artysta odejdzie ze świata, za którym zresztą nie przepada, dołączy do szacownego grona poetów z nagrodą Nobla, takich jak Yeats, Eliot czy Miłosz. Mimo to Nobel dla Dylana to nie tylko nagroda dla współczesnego literackiego geniusza, lecz również dla uprawianej przez niego formy. Piosenka czy pieśń zajęła należne jej miejsce w panteonie obok wiersza, dramatu i powieści.

A właśnie: piosenka czy pieśń? W języku angielskim nie ma tego rozróżnienia. Jest „song” i tyle – przy ognisku i w filharmonii. W tym drugim wypadku anglojęzyczni melomani używają czasem niemieckiego słowa lied/lieder, chociaż to jawny snobizm. Najważniejsze jednak, że określenie „song” nie jest w żadnym wypadku wartościujące. Pieśń Schuberta nie jest lepsza od piosenki Dylana – określamy wyłączne formę, nie przynależność. Polski język prowokuje do lekceważenia piosenki, co smuci, zważywszy na wspaniałą tradycję tego gatunku w naszym języku: Osiecka, Przybora, Kofta. Skamandryci. I cała polska tradycja „śpiewania poezji” – Demarczyk, Grechuta, Turnau.

Ciągła zmiana twarzy

Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, jest przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki. W historii sztuki pojawiają się artyści, którzy sprawiają, że nic nie będzie takie, jak wcześniej. Takimi artystami byli Picasso czy Miles. Dylan też jest takim artystą. Mówiło się, że Elvis dał muzyce ciało, Beatlesi serce, a Dylan mózg. To tylko zgrabne uproszczenie. Dylan sprawił, że piosenka popularna nagle mogła być o wszystkim. I każdy, kto przyszedł po nim, zastawał otwarte drzwi. Co więcej, Dylan sprawił, że język piosenki odrzucił wszelkie granice – słownictwo i wizja stały się nieograniczone, surrealistyczne, nowe.

Jeden z dziennikarzy radiowej Trójki powiedział na antenie, że to jest nagroda dla całego rock’n’rolla. Nie zgadzam się z tym. Nie ma bardziej samotnej działalności, niż praca literata. A przecież ten Nobel jest za słowa – nie za głos i nie za gitarę. I jeszcze jedno: Dylan nikogo nie reprezentuje. Rzecz jasna poza samym sobą, a często wbrew samemu sobie. Kiedy tylko zaliczano go do jakiegoś ruchu, od razu się oddalał. Tak było z pieśniami protestu, kiedy okrzyczano go „prorokiem” protest-songu. Tak było z całą muzyką akustyczną, od której zaczynał – zaczynał bowiem od wspaniałej amerykańskiej tradycji pieśni ludowej. Bez początku i bez końca. Pieśni starej jak świat i wreszcie „nobilitowanej Noblem”.

Dylan jeszcze wiele razy uciekał, właściwie do tej pory nie przestał tego robić. Z gitary akustycznej przesiadł się na elektryczną, czemu towarzyszyło niesłabnące wycie zawiedzionej publiczności. Z życia gwiazdy rock’n’rolla uciekł do wiejskiej sielanki Woodstock. Później z rocka uciekł do country. Nikt nie nadążał za jego nieustającymi zmianami. Gdy wydał album zatytułowany „Autoportret” (1970), krytyk magazynu Rolling Stone napisał: Co to za gówno? Gdy przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo było jeszcze gorzej – odwróciło się od niego wielu fanów. Zawsze wolny od poddawania się wpływom czy ocenom, kontynuował swą misję i „nauczał” ze sceny, opowiadając o zbawieniu niczym nawiedzony kaznodzieja. Nagrywał płyty o Jezusie, chociaż nikt nie chciał ich kupować. Gdy wrócił do judaizmu, związał się z radykalną sektą chasydzką… Zawsze pod prąd, zawsze zamknięty, nieosiągalny, bez kontaktu z otaczającym światem. Nie spotyka się ze słuchaczami, nie podpisuje płyt. Najnowsza ucieczka Dylana to piosenki z Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Największy autor piosenek wykonuje utwory z repertuaru Franka Sinatry, chociaż nikt nie brzmiał w nich gorzej od niego. Wielokrotnie mówiło się, że „Dylan zmienia maski”. A może on po prostu zmienia twarze?

Co z tym Noblem

Ten Nobel zaskoczył cały świat. A przede wszystkim literaturoznawców, ponieważ po raz pierwszy przyznano nagrodę twórcy, którego dzieł nie znają. Podobnie jest zresztą ze światem muzyki. Byłoby naiwnością mniemać, że słuchacze Dylana czytają Adonisa. Ale Murakamiego już tak. A przynajmniej Philipa Rotha. To jest nagroda za tradycję homerycką, ponieważ pieśń pojawiła się przed wierszem i przed dramatem. Była pierwszą formą przekazu. Ewoluowała z mowy, potem wzbogaciła ją muzyka. Komitet Noblowski przyznał nagrodę literacką za „tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni". Tradycji – dodajmy – starej jak sam człowiek.

Niejasne było zachowanie Dylana po ogłoszeniu decyzji Komitetu. Jest nieprzewidywalny, to prawda, ale do tej pory odbierał grzecznie wszystkie zaszczyty. A warto pamiętać, że ma na koncie najwyższe trofea, jakie może zdobyć współczesny artysta. Ma je wszystkie. Jest wśród nich Oscar – za piosenkę „Things Have Changed”, najbardziej pesymistyczny utwór uhonorowany nagrodą Akademii (film „Wonder Boys”, 2000). Jest Złoty Glob – za tę samą piosenkę. Ma Dylan w dorobku aż trzynaście nagród Grammy, ma także dwa doktoraty honoris causa za muzykę (w tym Uniwersytetu Princeton). Jest laureatem Polar Music Prize (2000), nazywanej czasem „muzycznym Noblem”. Ma też Pulitzera – za „głęboki wpływ na muzykę popularną i amerykańską kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji o wyjątkowej sile poetyckiej”. Otrzymał prestiżową hiszpańską Nagrodę Księcia Asturii (2007), oraz dwa najwyższe odznaczenia francuskie: Ordre des Arts et des Lettres (Order Sztuki i Literatury, 1990) i Legię Honorową (2013). Prezydent Barack Obama odznaczył Boba Dylana najwyższym odznaczeniem cywilnym w Stanach Zjednoczonych, Medalem Wolności (2012).

Jest w amerykańskim show-businessie elitarny klub, określany skrótem EGOT. Liczy tylko kilkunastu członków, a są to laureaci nagrody Emmy, Grammy, Oscara i Tony (nagroda teatralna). Znajdziemy wśród nich takich artystów, jak Audrey Hepburn, Richard Rodgers i Mel Brooks. Dylan – jak zwykle – nie przystaje. Nie ma szans na Tony’ego, jego twórczość omijała Broadway (nie licząc nieudanego epizodu z musicalem „The Times They Are a-Changin’”, z którym on sam nie miał nic wspólnego).

Jest jeszcze ciekawostka, przeoczona przez komentatorów. Bob Dylan to drugi autor w historii, który otrzymał zarówno literackiego Nobla, jak i Oscara. Pierwszym był… George Bernard Shaw. Wybitny dramaturg i prozaik irlandzki został laureatem literackiego Nobla już w 1925 roku, natomiast w roku 1938 zdobył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany ekranizacji swojego dramatu „Pigmalion” (i powiedział, że Nagroda Akademii to obelga, bo w Hollywood najpewniej nikt o nim nie słyszał). To zupełnie nowy „klub”, ciekawe, kto zostanie jego trzecim członkiem. I kiedy, bo raczej nieprędko.

Jego Bobość

Bob Dylan nie ma życiorysu. Nuda. Przynajmniej na tle innych gwiazd jego pokolenia. Pił? Pił. Bił? Bił. Ale co to jest jeden brzydki rozwód dla gwiazdy rocka? Co to znaczy „nieślubne dzieci”, skoro nikt nie wie dokładnie, ile ich jest. Ich matki to bezimienne Afroamerykanki, podobno artysta płaci alimenty i kupuje w ten sposób ich dyskrecję. Zważywszy na skalę jego talentu światu nie grozi raczej wysyp „młodych Dylanów”. Syn artysty, Jacob, ma własną karierę muzyczną. Podobnie jak syn Leonarda Cohena, Adam. John Lennon też miał muzykalnych synów. To przekleństwo być synem giganta.

Robert Zimmerman z Minnesoty pojawił się znikąd i przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w klubach Greenwich Village, potem na scenach całego świata. Wystąpił nawet przed polskim papieżem, zaśpiewał m.in. „Blowin’ in the Wind” (Bolonia, 1997). Papież podchwycił słowa ballady. Dawno temu śpiewała ją Maryla Rodowicz: „Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Smutne, że nasza percepcja Dylana zaczęła się pół wieku temu przy ognisku i razem z nim wygasła.

Polscy literaturoznawcy okazali bezradni. Większość z nich skorzystała z przywileju nie opowiadania głupstw. Bo co właściwie mieli powiedzieć o utworach nieznanego i w zasadzie nietłumaczonego na polski autora, którego poetycka wyobraźnia karmi się – tworzoną od nowa – mitologią delty Missisipi, w której ożywają nie duchy dawnych bluesmanów nawet, ale cienie ich duchów, echa ich słów. Słów, które Dylan nieustannie przywołuje. Cytuje i przetwarza. Słów, które stały się tematem nieznanego w kulturze popularnej wysypu uczonych analiz. Liczba prac poświęconych twórczości Boba Dylana nie ma równych. Piszą o nim profesorowie z Cambridge, piszą fanatycy. Jeden z krytyków nazwał go „Joycem rocka”, inny „Picassem piosenki”. Wielbiciele mówią o nim z czułością „Jego Bobość” (His Bobness).

Jest Bob Dylan człowiekiem wielu talentów. Jego autobiografia „Kroniki cz. 1” (2004) to świetna proza, autor operuje dynamiczną narracją, wciąga czytelnika w świat obrazów i dźwięków, łamie chronologię, zaprasza ciekawych do swojego życia, by po chwili zgubić ich w labiryncie wspomnień, by obudzili się w zupełnie innym miejscu, jak w krainie czarów. Dylan to chaos. Powiedział kiedyś: „Akceptuję chaos, ciekawe czy chaos akceptuje mnie”. Ale jego życie to nie tylko nieustanna zmienność i nowe maski, są w nim także elementy stałe, ale stałe niepokojąco, niezmienne depresyjnie. Od kiedy ruszył na trasę koncertową pod koniec lat 80. praktycznie nie zrobił przerwy do dziś. To tournée doczekało się miana „Never Ending Tour”, być może jeszcze w tym roku przypadnie trzytysięczny koncert. Bob Dylan jest bogaty, jego majątek ocenia się na 200 milionów dolarów, ale nie potrafi inaczej żyć. Nie potrafi nie występować, zostać na dłużej w domu. A skoro nie gra żeby żyć, może po prostu żyje, żeby grać?

Człowiek wielu talentów, od wczesnych lat artysta ilustrował swoje książki. Zaczynało się niewinnie, chociaż już pierwsze wydania jego tekstów zawierały rysunki świadczące o talencie i oryginalności. Nic jednak nie wskazywało na eksplozję talentu, jaka nastąpiła w późniejszych latach. Bob Dylan jest dziś uznanym artystą malarzem, a jego prace – głównie w technice akrylu na płótnie – osiągają bajońskie ceny. Gdzieś pomiędzy Matissem a Chagallem jest Dylan kolorystą, ekspresjonistą i… „rewizjonistą” (jedna z ostatnich wystaw artysty nosi nazwę „Revisionist Art”). Bardziej jednak od techniki porusza tematyka jego prac. Obrazy Dylana to studium samotności. Świat oglądany przez okna autobusów i moteli. Wydrążeni ludzie. Bardzo martwa natura. I nagie Murzynki – najczęściej od tyłu i najczęściej bez głowy, która nie mieści się w ramach obrazu. Brązowe pupy. Obsesja mężczyzny, który pisał o miłości. I chyba doszedł do wniosku, że za bardzo się odsłonił. Jego najnowsze prace to rzeźby w metalu, furtki i drzwiczki, które artysta samodzielnie spawa z łańcuchów i części samochodowych.

Ale przecież nie za to ten Nobel. Najmniej wątpliwości co do zasadności nagrody mieli konkurenci, koledzy i akolici. Inni śpiewający autorzy. W opublikowanej na tydzień przed przyznaniem nagrody autobiografii „Born to Run” Bruce Springsteen przywołuje rozmowę z Bobem Dylanem, dla którego śpiewał podczas honorowej gali w Centrum Kennedy’ego. Kiedy artyści spotkali się przypadkowo na schodach Dylan podziękował Springsteenowi za udział i dodał: „Gdybym mógł coś dla ciebie zrobić…” Springsteen pomyślał: Żartujesz? I powiedział: „Wszystko już zrobiłeś”. Ale artysta zwany „Szefem” nie jest w Polsce autorytetem. Podobnie jak Dylan bardzo amerykański i szerzej nieznany, pozostaje poza zasięgiem naszych zainteresowań literaturą współczesną. Już prędzej Tom Waits – tłumaczony, rozpoznawany i szanowany. Tom powiedział: „Nie ma ważniejszego głosu”. Natomiast ulubiony bard Polaków, drugi w kolejce do Nobla (teraz już bez szans) Leonard Cohen, pokusił się o następującą metaforę: „Przyznane literackiej nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, jest jak udekorowanie Mount Everest medalem za to, że jest najwyższą górą”. Innymi słowy zaszczyt dla medalu.

Bob Dylan, pieśniarz (słowa, muzyka, wykonanie). Urodzony w 1941 roku w Minenesocie jako Robert Zimmerman. Na początku lat 60. zrewolucjonizował nowojorską scenę folkową jako czołowy autor i wykonawca protest songów, sięgnął po rock and roll i spopularyzował folk-rock. Czerpał z bluesa. Wydał ponad 40 płyt, od lat udostępnia także serię archiwaliów. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Pat Garrett & Billy the Kid”. Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku.

  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.