1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ewa Kasprzyk - gotowa do skoku

Ewa Kasprzyk - gotowa do skoku

Ewa Kasprzyk:
Ewa Kasprzyk: "Swój smutek zachowuję dla siebie, a czasami odważam się go pokazać na scenie". (Fot. Marlena Bielińska/ Move Pictures)
Zawsze w najlepszym momencie swojego życia. Niezależna, odważna, poszukująca. A że czasem nie pasuje do świata? To raczej świat nie zawsze pasuje do Ewy Kasprzyk. Więc daje mu energię, entuzjazm, kolory.

Tęsknisz za takimi rolami, jak ta, którą zagrałaś w „Bellissimie” Artura Urbańskiego?
Minęło 20 lat od tego filmu. Mam wrażenie, że dzisiaj kino szuka zwyczajności. A mnie jest trudno zagrać kobietę zwyczajną. Nie pasuję do takiego wyobrażenia. Ale czy Rita Hayworth albo Marilyn Monroe miałyby dzisiaj co grać? Jestem wyrazista i reżyserom pewnie najłatwiej jest ubrać mnie w diamenty, no i jest jakby luksusowo. Poza tym aktorka jest w Polsce eksploatowana tak do trzydziestki, bo ciągle jeszcze może rozdawać karty – grać żony, kochanki. Ale dość szybko zaczyna prowadzić dialogi z wnukami: „Nie mów do mnie babciu, mów po imieniu!”. Reżyserów mało ciekawią problemy dojrzałych kobiet. Zagrałabym chętnie studium takiej kobiety.

A taką nauczycielkę jak Olive Kitteridge, z nagrodzonej Puli­tzerem powieści Elizabeth Strout i serialu HBO, zagrałabyś?
Uwielbiam niejednoznaczne role. Postaci na pozór surowe i niesympatyczne, a okazuje się – kruche w środku. Kiedyś dostałam rolę matki w serialu, fajnie się zapowiadała, ale spostrzegłam, że ja tam stale odkurzam. „Ten dywan jest już czysty” – powiedziałam, rezygnując. Wprawiłam producentów w konsternację.

Ewa Kasprzyk: 'Jestem teraz bardzo szczęśliwa i to daje mi ochronę przed światem'. (Fot. Marlena Bielińska/Move Pictures) Ewa Kasprzyk: "Jestem teraz bardzo szczęśliwa i to daje mi ochronę przed światem". (Fot. Marlena Bielińska/Move Pictures)

Kiedy za „Bellissimę” dostałaś nagrody w Gdyni i Wenecji, pomyślałaś: „Teraz to ja dopiero pokażę”?
Poprzeczka została zawieszona wysoko, jako aktorka czułam się rozgrzana, gotowa mierzyć z coraz większymi wyzwaniami. Kiedy tak się nie stało, sama zaczęłam szukać takich „pełnych” ról. W „Bellissimie” zagrałam matkę, postać dość przerysowaną, zapatrzoną w Violettę Villas. Znalazłam „Patty Diphusę”, zbiór felietonów Pedra Almodóvara o życiu gwiazdy porno, z których napisałeś scenariusz. Wyreżyserowała Marta Ogrodzińska jako swój dyplom na reżyserii. Chodziłam od jednego teatru do drugiego i nikt tego nie chciał. Maciek Nowak doradził, abym poszła do Krystiana Legierskiego, i nagle słyszę: „Almodóvar! O, matko! Zapraszam”. Zagrałam „Patty...” w klubie Le Madame, właściwie w pełnym podziemiu. Był rok 2004. Le Madame nie ogłaszało nawet swojego numeru telefonu. Widzowie dzwonili do znajomych gejów z pytaniem, jak można tam wejść. Sama sprzedawałam bilety. Nastąpiła zmiana frontu. Bo kiedy już zrobiliśmy premierę, każdy chciał ten spektakl. Zagrałam go nawet w słynnym klubie Utopia. Grzegorz Jarzyna zaproponował przeniesienie do TR Warszawa, dużo jeździłam po Polsce. Widzowie pytali szatniarki: „Czy pani Patty już przyjechała?”.

Dawałaś tej gwieździe porno marzenia, czułość, zbudowałaś ją na czymś kruchym, co wzruszało ludzi.
Do dzisiaj słyszę, że to był kultowy spektakl i „dlaczego już pani nie gra Patty?”. Myślę, że widzowie mogli się w niej przejrzeć. Wszyscy jesteśmy tacy silni, opancerzeni, ale w końcu coś pęka i tak jak Patty zdejmuje swoją wysoką malinową perukę, tak i my wszyscy zdejmujemy kostium. Bez niego jesteśmy delikatni, może słabi.

Po „Patty...” przyszłaś do mnie z propozycją zaadaptowania niemieckiej powieści „Marilyn i papież”, napisanej przez żonę pastora. Znów reżyserowała Marta Ogrodzińska. Marzyłaś o zagraniu Marilyn Monroe, a tak nie lubiłaś jej grać. Dlaczego?
Nie umiem tego nazwać. Miałam poczucie, że się z nią mijam, gdzieś kłamię. Męczyłam się w tym spektaklu. Błagałam Krystynę Jandę, bo ona go wyprodukowała, żeby go zdjęła z afisza. „Jak mam to grać, to dwa dni wcześniej jestem chora, wszystko mnie boli, na niczym nie mogę się skupić. W zamian dam ci petardę”. Odpowiedziała: „Ja cię rozumiem. Są spektakle, w których też nie lubiłam grać”. No i cudem wydostałam „Patty Diphusę” z TR i przeniosłam do teatru Polonia, żeby to Krystynie zrekompensować.

To co było tak naprawdę z twoją Marilyn?
Widzę, że cię to męczy po latach. Chyba nie umiałam grać na takiej cienkiej strunie. Była różnica między wizerunkiem Marilyn a tym, jaka była naprawdę. Czegoś takiego chyba brakowało mi w tekście. Stał się dla mnie zbyt ekshibicjonistyczny, stałam na scenie w bieli, taka wyświetlona... Do tego jeszcze mówiłam monologi do papieża Jana XXIII. Nie wiedziałam, gdzie on jest. Nie mogłam mówić do widzów, bo jakby oni byli papieżami. To wymyślałam sobie, że on jest na tym słupie albo na tamtym. Miałam problem z przełożeniem relacji Marilyn i papieża na widza. Poległam. Koniec tematu.

Lubisz mierzyć się z ikonami? Grałaś na scenie również Violettę Villas, Dalidę…
Lubię. Ale od razu muszę wyznać, że Patty przykrywa wszystkie role – w niej jest i miłość, i szczerość, i ocieranie się o wulgarność… Jest śmiech i są łzy. No, jak u Almodóvara. Ciągle szukam takiej bohaterki. Kiedy patrzę na te wszystkie ikony, które grałam, to widzę, jakie one były nieszczęśliwe.

Co miały z ciebie?
Trudno mi to przechodzi przez gardło, ale myślę, że smutek. On we mnie jest. I kiedy mam chwilę dla siebie, to on mnie wtedy dopada, a ja daję sobie odrobinę luksusu, żeby się w nim pogrążyć… Nie obnoszę się z nim, nie pokazuję światu. Trudno jest być ciągle energetyczną, optymistyczną, hej, do przodu. Taką, której ludzie zazdroszczą. Ludzie prawdziwie smutni zachowują to dla siebie. I ja swój smutek zachowuję dla siebie, a czasami odważam się go pokazać na scenie.

Te kobiety dają ci do tego odwagę?
Raczej stempel takiej od odważnych zadań. Takiej, która otwarcie mówi o seksie, stoi po stronie LGBT+, przekracza granice. Dały mi wiedzę o tym, jakie może być życie, jeśli stracisz nad nim kontrolę przez alkohol, narkotyki czy toksyczne związki. Ale chociaż jestem artystką, to twardo stąpam po ziemi, zachowując rozsądek. Myślę, że grając je, na chwilę je ratuję. Widzę, jakie to zagubione, a przy tym ufające kobiety. Pracując nad rolą Dalidy, czasami się bałam. Bo co jeśli tak się wczuję, że mi się coś takiego przytrafi? Że spotkam mężczyznę, który mnie sprowadzi na manowce, i będę musiała sięgnąć po tabletki? Zaraz pomyślałam: „Skąd, jestem zodiakalną kozicą, jednak nie, umiem się przyczepić do skały”.

Bałaś się, że możesz się tak zakochać?
Przecież nie mówię, że nie byłam tak zakochana… Umiałam się opamiętać. One troszkę wchodzą w moją skórę, kiedy je gram. Mierząc się z Villas, też chciałam być takim kolorowym ptakiem. A, nie pójdę gdzieś, bo kot mi przebiegł drogę, albo się spóźnię 40 minut, bo mogę być ekstrawagancka. Ale nawet kiedy w moim odczuciu spóźniłam się na zdjęcia, okazało się, że i tak jestem za wcześnie. Mam piękny zawód, nie muszę się truć naprawdę. Mogę się otruć na scenie. To lepsze. Zawsze coś pięknego może się w życiu wydarzyć. Zawsze można znaleźć powód, który nada sens kolejnemu dniowi.

Miałaś przypięte włosy Villas i jechałaś do mamy, do szpitala.
Tak było, musiałam zderzyć się z rzeczywistością. I grałam postać, która też za chwilę umierała.

Jesteś ikoną dla innych?
Oczywiście! Ludzie mówią: „Przecież pani jest ikoną”. Odpowiadam: „Halo, halo, stop! Jeszcze żyję”. To mówią: „Ale pani jest legendą”. A skoro tak, to nie musiałabym już nic robić, po co się męczyć. Osiadłabym na greckiej wyspie. Miałabym wszystko w nosie. Ale pewnie za długo bym nie wytrzymała. Kiedy teraz, po miesiącach pandemicznej przerwy, wyszłam przed publiczność, jakbym dostała tlen. Aktor jest przyzwyczajony do rutyny. O szóstej siada w garderobie, wyrzuca z siebie kłopoty, wymienia anegdotami, przygotowuje. O siódmej kurtyna idzie w górę, a ja na scenę. W tej rutynie wykrzesuje się energia. Kiedy nie wychodzę na scenę, ta energia usycha. To była wielka przyjemność zagrać pierwszy raz po przerwie „Kto się boi Virginii Woolf?” w teatrze Polonia. Widownia była w maskach, a mimo to czuliśmy, że reaguje.

Pisano o twojej Marcie, że jest „pewną siebie, drapieżną i epatującą swoją seksualnością kobietą”. Myślę, że po latach w komediowym teatrze Kwadrat znów wychodzisz na scenę z podobnym uczuciem, co w teatrze Wybrzeże, to tam przez 16 lat miałaś rollercoaster ról dramatycznych.
To była dobra szkoła, grałam rolę za rolą. Kiedy teraz spotykam w serialach młode aktorki i widzę, jakie mają o sobie mniemanie, myślę: „Dziewczyno, w twoim wieku to ja już cięłam takie rólska… Grałam Różewicza, Dostojewskiego, Szekspira, Czechowa”.

Słusznie pamiętam, że w Wybrzeżu konkurowałyście z Dorotą Kolak, obie absolwentki krakowskiej szkoły?
Kiedy zaczęłam pracę, Dorota była tam gwiazdą. Grała wszystko, o czym może marzyć aktorka, ale trudno, żeby nie grała, będąc synową dyrektora. Uważam Dorotę za wybitną aktorkę i dobrze, że grała te role. A jednak czasami bolało. W „Trzech siostrach” zagrała rozkapryszoną Maszę, a ja Olgę, poukładaną nauczycielkę. Uważałam, że Masza jest dla mnie. Pewnie każda z nas miała poczucie konkurencji. Dość szybko zaczęłam grać w filmach. Dorota mówiła: „No, wiesz, wszystko mogę ci wybaczyć, ale tych filmów nie”. A potem dostała główną rolę w serialu „Radio Romans”, z czasem role się odwróciły, bo dostaje dużo ciekawych propozycji filmowych.

Znakomite role w filmie i teatrze stworzyłaś u reżyserki Barbary Sass. Dobrze się dogadywałyście?
Przychodziliśmy z Mirkiem Baką rano na próby „Tutama” Schaeffera, a Basia mówiła: „Błagam, tylko nie grajcie”. Bo aktor lubi pokazać z rana, jaki jest zwarty, gotowy i wszystko potrafi. Była blisko aktora. Na próbach zawsze obok, na scenie. Bywało, że miałam do niej żal, bo obsadzała inne aktorki, jakby nie wierzyła, że mogę zagrać te role. Po „Bellissimie” powiedziała: „Zawsze uważałam, że powinnaś być taka charakterystyczna”. „To co? Mam sobie żyletkami twarz pociąć? Bo jestem za gładka?”. Ona też chyba była zazdrosna, że gram u innych reżyserów. Ale przyjaźniłyśmy się. Miałam z nią kontakt, kiedy zachorowała. Myślałyśmy obie, że niejedno jeszcze razem zrobimy. Pamiętam casting do naszego pierwszego filmu, do „Dziewcząt z Nowolipek”. Obsadziła cztery młode aktorki, debiutantki. Byłyśmy napalone na granie i przerażone zarazem. Z tej czwórki chyba tylko ja się tak w kółko „wajcham”, raz w tę raz w tamtą. Wraca wrażenie, że jeszcze nie uruchomiłam w sobie tego czegoś, co by mnie pokazało z innej strony.

W twojej rodzinie były silne kobiety?
Silne i prawdziwie dobre. Moja babcia, moja mama, moja siostra – wszystkie o dobrych sercach. Gosia, moja córka, też taka jest. Nauczono nas samodzielności, co nie zawsze jest dobre. Sama bywam speszona, bo zapominam o swojej kobiecości i raptem ktoś mnie przepuszcza w drzwiach albo chce mi pomóc. Jak to? Ja sama, sama… A przecież lubię etykietę, dobre maniery.

Kiedy spotykałyście się z mamą, siostrą, iskrzyło?
Słuchaj, któraś w końcu musiała odpuścić. Ale siła nie polega na uporze. Siła to prawość – nie oszukujesz, nie kłamiesz, nie przekręcasz. Siła to morale. To sprawiedliwość.

Kiedy zrozumiałaś, że jesteś sprawiedliwa?
O, bardzo wcześnie. Potrafiłam w szkole podstawowej bronić koleżanki, która odpowiedziała dobrze, a dostała słabszy stopień. Kiedyś zakradłam się do dziennika i poprawiłam koleżance stopień na lepszy. Potem ojciec wezwał mnie na dywanik, bo był dyrektorem tej szkoły… Tłumaczyłam mu, że to nauczycielka się uwzięła. Czyjaś krzywda zawsze najbardziej mnie boli. W moim zawodzie trzeba mieć i odporność, i siłę. Ale nie myśl, że tak łatwo mnie przeanalizowałeś.

Przyjaźnicie się z Gosią, twoją córką. Razem jeździcie na wakacje.
Przeszłyśmy różne etapy. Ostatecznie jestem od bycia złą i dobrą matką. Przestałam się obwiniać. Ciągle miałam poczucie, że za mało czasu jej poświęciłam, bo grałam, jeździłam w trasy. Moja mama też nie dawała mi tyle czasu, ile chciałam. Rodzice pracowali. Tak naprawdę wychowywała mnie babcia. Kiedy Gosia przeszła bunt, co normalne u nastolatków, pomyślałam, że teraz jest dobry czas dla nas, dorosłych i dojrzałych kobiet. Zaczęło się od wyjazdu do Tajlandii, od boksu. Ta pierwsza podróż nie była łatwa. Razem na ringu. Wszyscy Małgosię pytali: „Co ty, matkę bijesz?”. Boks podziałał na nas terapeutycznie. Jeździmy tam od kilku lat, wchodzimy na ring, sparingujemy. Dzisiaj wiem, że w relacjach trzeba najprościej – mówiąc: „kocham cię”. Choć czasem tak trudno się przełamać. Zwłaszcza jeśli są zaszłości. W końcu zrozumiałam, że moje dziecko jest osobnym bytem. Nie mogę jej dyktować, co ma robić, kim być i ona też nie może tego dyktować mnie.

Jest artystką, a ma tak wyrazistą i zauważalną mamę artystkę. Przekleństwo?
Niektórzy myślą, że dzięki mnie będzie miała łatwiej. Przeciwnie. Cały czas jest postrzegana przez pryzmat matki. Kiedy zapraszała mnie na swoje koncerty, siadałam gdzieś z tyłu, żeby nie odbierać uwagi, nie przytłaczać. Małgosia była w Meksyku, ćwiczyła jogę, szukała swojego miejsca w świecie. Teraz pracuje z Grzechem Piotrowskim, robią zachwycające projekty, pracują nad płytą.

Korzystasz z jej rad?
Jest bardzo dobrym pierwszym widzem. Przychodzi na próby generalne. Mówi wprost: „Źle grasz”. Pamiętam, że w „Berku” Marcina Szczygielskiego myślałam, że jak zmienię kostium na elegancki, to raptem powinnam stać się taka elegancka. „Nie musisz taka być, ten elegancki kostium powinien uwierać” – powiedziała i miała rację. Lubię grać Lewandowską z „Berka”. To duży fragment mojego życia w Kwadracie. Jan Kobuszewski powiedział, że nietrudno wywołać u widza płacz, trudno spowodować śmiech, to on jest natychmiastowym potwierdzeniem, że robisz to dobrze. Jeśli nie masz reakcji, grając w komedii, źle grasz.

W jakim momencie życia teraz jesteś?
Za każdym razem, kiedy udzielam takiego wywiadu, myślę, że w najlepszym. Na pewno wiek zaczyna stawiać jakieś ograniczenia, ale nie zauważam ich. Mam otwartą głowę. Miałam takie przyjaciółki jak Zosia Czerwińska, które były ponad wiekiem. Rozmawiając z Zosią, nigdy nie czułam przepaści pokoleniowej. Ale może z tą młodością w sercu, inteligencją trzeba się urodzić? Jestem teraz bardzo szczęśliwa i to daje mi ochronę przed światem.

O czym myślałaś, skacząc ze spadochronem?
Że będę innym człowiekiem.

Po wylądowaniu?
Tak. Miałam taką adrenalinę, że przez dwa dni po skoku unosiłam się nad ziemią. Jakbym wszystko mogła.

Nie bałaś się?
Kiedy byłam w górze, dostałam histerii. Cały czas kompulsywnie myślałam o tym, jak będę wyglądała w powietrzu. Miałam przypięte lusterko i ciągle nerwowo zerkałam, jak wyglądam.

Jak wyglądasz w czasie lotu?
No tak, bo mnie filmowali. Wiem, że to śmieszne. Ale to było po to, żeby odwrócić uwagę od strachu. Byłam zajęta badaniem fryzury, tym, jak będą wyglądały moje policzki… Kiedy później gdzieś leciałam, myślałam sobie: „O, stąd bym skoczyła, bo już z tej wysokości skakałam”. Teraz, będąc w Grecji, uznałam, że jestem ryzykantką. Pływałam w miejscach, które w ogóle nie są strzeżone. Rzucałam się do wody i płynęłam w skały. Na szczęście miałam okulary, a przecież obok przepływały meduzy o głowach jak dynie i mogły mnie poparzyć. Ciągle bronię w sobie tej dziewczynki ryzykantki, która urywała się matce i skakała ze słupa, zdzierając kolana. I ta dziewczynka znowu idzie, gdzie chce. Moja decyzja, aby odejść z teatru Kwadrat, była słuszna. Nie pogłębiam już ról kobiet, które odchodzą w nicość.

Twoje kobiety nigdy nie odchodzą w nicość.
Zastanawiałam się, czy to powiedzieć. Ale powiem – na tych wakacjach w Grecji się zaręczyłam. To się stało w Atenach, pod Akropolem. Znowu jestem gotowa do skoku, z asekuracją! 

Ewa Kasprzyk, aktorka, reżyserka. Była związana z teatrami Wybrzeże i Kwadrat. Działa na scenie niezależnej. Laureatka nagród na festiwalach w Gdyni i w Wenecji za rolę w filmie „Bellissima”, na United Solo Theatre Festivalu w Nowym Jorku za spektakl „Patty Diphusa”, a także Hiacynta za swoją działalność na rzecz tolerancji.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.