Współcześni Leśmianowi nie dostrzegali nowatorstwa i oryginalności jego twórczości. On zaś wcale się tym nie zrażał i po prostu uciekał w świat poezji, dokonując rzeczy, które na polskim gruncie były absolutnie wyjątkowe. Dziś Bolesław Leśmian uważany jest za jednego z najwybitniejszych polskich poetów dwudziestowiecznych. Jakie wiersze po sobie zostawił? Oto 10 z nich.
Miał około 155 cm wzrostu i – według źródeł – wypalał 75 papierosów dziennie. Miał też romans z Dorą Lebenthal, z którą związał się mimo trwającego małżeństwa. To właśnie dla niej napisał swój słynny cykl erotyków „W malinowym chruśniaku”. Przede wszystkim był jednak czołowym przedstawicielem literatury dwudziestolecia międzywojennego.
Mowa oczywiście o Bolesławie Leśmianie, wybitnym poecie, prozaiku i krytyku literackim. Urodzony (prawdopodobnie) 22 stycznia 1877 roku w Warszawie młodość spędził w Kijowie, gdzie za namową ojca ukończył prawo na Uniwersytecie Świętego Włodzimierza. Następnie wyruszył w podróż po Europie Zachodniej. Przebywał m.in. w Bretanii, Monachium i Paryżu, gdzie poznał, a następnie poślubił malarkę Zofię Chylińską, z którą miał dwie córki: Wandę i Marię Ludwikę.
Za sprawą znajomego Zenona Przesmyckiego rozpoczął współpracę z pismem „Chimera”, ale pisanie nie było jego jedynym zajęciem. Poeta był współzałożycielem Teatru Artystycznego w Warszawie, w którym również reżyserował. W Hrubieszowie, gdzie przeniósł się po I wojnie światowej, pracował jako rejent, a później otworzył własną kancelarię notarialną w Zamościu. Na skutek zdefraudowania dużej sumy pieniędzy przez swojego pracownika popadł w tarapaty finansowe, z którymi borykał się już do śmierci.
Chorował na serce. Zmarł 5 listopada 1937 roku w swoim mieszkaniu w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 17 w Warszawie. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim.
Czytaj także: Pochwała życia według Leopolda Staffa. 10 wierszy, które przypominają, by cieszyć się chwilą
Jako poeta Bolesław Leśmian zadebiutował w warszawskim „Wędrowcu” w 1895 roku. W tym czasie pisał sporo wierszy (również w języku rosyjskim), a także tekstów krytyczno-literackich.
W 1901 roku podjął współpracę z pismem „Chimera”, która trwała do 1907 roku. Pierwszy tom wierszy – prawie zupełnie zignorowany przez czytelników i krytykę – wydał w 1912 roku. Był to „Sad rozstajny”. Rok później ukazały się dwa tomy baśni: „Klechdy sezamowe” i „Przygody Sindbada Żeglarza”. W 1920 roku opublikował kolejny tom wierszy – „Łąkę”. Po nim były jeszcze: „Napój cienisty” (1936) oraz wydana pośmiertnie „Dziejba leśna” (1938). Leśmian jest także autorem m.in. zbioru baśni „Klechdy polskie” oraz dramatów mimicznych: „Pierrot i Kolombina” i „Skrzypek opętany”, a także esejów i szkiców literackich.
Twórczość Bolesława Leśmiana trudno zamknąć w ramach jednej epoki, bo choć pisał głównie w dwudziestoleciu międzywojennym, bardziej niż historia i codzienność interesowały go natura, metafizyka oraz tajemnice istnienia. Czerpiąc z symbolizmu, romantyzmu i ludowości, stworzył język całkowicie własny – niezwykle muzyczny, plastyczny i soczysty: jego wiersze pulsują rytmem, uwodzą melodyjnością frazy i tworzą obrazy tak zmysłowe, jakby były niemal dotykalne, a nie tylko zapisane w słowach. Poeta kształtował ten niepowtarzalny styl dzięki neologizmom, wyrazistej obrazowości, drobiazgowości szczegółu i sensualności, przez co jego poezja nie tyle przedstawia świat, ile na nowo go stwarza. To właśnie w tym świecie, zawieszonym między naturą, snem, baśnią i metafizyką, Leśmian przygląda się ludzkiej kruchości, niepełności i losowi człowieka rozdartego między tym, co pierwotne, a tym, co kulturowe.
Najlepiej zaś zobaczyć to na przykładach – oto 10 wybranych wierszy Bolesława Leśmiana.
„W malinowym chruśniaku” (fragmenty)
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.
Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.
[…]
I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.
I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.
„Dwoje ludzieńków” (fragmenty)
Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.
Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.
[…]
I pomarli oboje, bez pieszczoty, bez grzechu,
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.
Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
Ale miłość umarła, już miłości nie było.
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata
By powrócić na ziemię — lecz nie było już świata.
„Dziewczyna” (fragmenty)
Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…
Mówili o niej: „Łka, więc jest!” — I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat — i świat zadumał się w tej chwili…
Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” —
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
[…]
Lecz cienie zmarłych — Boże mój! — nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas — i tylko młot inaczej dzwoni…
I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” —
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
[…]
Lecz dzielne młoty — Boże mój — mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” —
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem — nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
[…]
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?
„Zmory wiosenne” (fragmenty)
Biegnie dziewczyna lasem. Zieleni się jej czas…
Oto jej włos rozwiany, a oto — szum i las!
Od mrowisk słońce dymi we złotych kurzach — mgłach.
A piersi jej rozpiera majowy, cudny strach!
Śnił się jej dzisiaj w nocy wilkołak w głębi kniej,
I dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej !
Śnił się jej śpiew i pląsy i wszelki ptak i zwierz!
I miecz i krew i ogień! Sen zbiegła wzdłuż i wszerz!…
A teraz biegnie w jawę, przez las na lasu skraj —
A za nią — Maj drapieżny! Spójrz tylko — tygrys-maj !…
[…]
Dziewczyno, hej, dziewczyno! Zieleni się nam czas!…
Kochałem nieraz — ongi — i dzisiaj jeszcze raz…
[…]
Sen zbiegłem, goniąc ciebie, twój wierny tygrys-maj!…
Ja jestem las ten cały — las cały aż po skraj !
„Nigdyś mój dom ochoczy”
Niegdyś dom mój ochoczy i świat za dąbrową
Porzuciłem, by dachu nie mieć ponad głową,
I siebie porzuciłem gdzieś na skraju lasu
Bez pomocy, bez żalu, bez śpiewu, bez czasu
I biegiem tam, gdzie burza, mrok i zawierucha,
By serce niepokoić i narazić ducha —
Tak się chciałem utrudzić i krwią własną zbroczyć,
Żeby istnieć wbrew sobie i ból swój przekroczyć.
I minęło lat wiele — i po latach wielu —
Marnotrawiąc dróg tysiąc — dotarłem do celu
I pieśniami nade mną rozbrzmiały niebiosy,
Powiększyły się kwiaty, zolbrzymiały rosy —
I zgaduję, że z płaczem, po własnym pogrzebie,
W opuszczoną bezdomność powracam do siebie.
„Z lat dziecięcych” (fragmenty)
Przypominam — wszystkiego przypomnieć nie zdołam:
Trawa… Za trawą — wszechświat… A ja — kogoś wołam.
Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka — i słońce śpi — w sianie.
[…]
Kroki moje już dudnią po grobli — nad rzeką.
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A teraz — bieg z powrotem do domu — przez trawę –
I po schodach, co lubią biegnących stóp wrzawę…
I pokój, przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem –
Dotyk szyby — ustami… Podróż — w nic, w oszklenie –
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił — istnienie!
„Samotność”
Wiatr wie jak trzeba nacichać…
Za oknem — mrok się kołysze.
Nie widać świata, nie słychać,
Lecz ja coś widzę i słyszę…
Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu
Bezradną wyciąga rękę!
Nie znam obcego mi głosu,
Ale znam dobrze tę mękę!
Zaklina, błaga i woła,
Więc w mrok wybiegam na drogę
I nic nie widząc dokoła,
Zrozumieć siebie nie mogę!
W brzozie mgła sępi się wiotka.
Sen pusty!… Wracam do domu…
Nie! Nikt się z nikim nie spotka!
Nikt nie pomoże nikomu!
„Kochankowie”
Ledwo dziewczyna przyszła z daleka —
Dreszcz go obleciał skrzydlaty.
Zatrzepotała martwa powieka —
I zgrobu wyjrzał na światy.
„Dobrze, żeś przyszła! Gniję daremnie,
Własnego niepewny cienia!
Gdziem jest, że oto — nie ma mnie we mnie?
Sa tylko moje cierpienia.
Powiedz — schylona ponad mogiłą —
Śpiącemu w mogił obłędzie —
Gdzie się podziewa to, co mną było,
A nigdy mną już nie będzie?” —
Nic nie odrzekła w trwodze dziecięcej,
Lecz martwa padła na wrzosy.
Pewno kochała o wiele więcej,
Niż myślał — krusząc niebiosy.
Padła w ustroniu ojesieniałem,
Gdzie kwiatom — straszno różowieć —
By kochankowi całym swym ciałem
Dać tę jedyną odpowiedź!
„Trzy róże” (fragmenty)
W sąsiedniej studni rdzawi się szczęk wiadra.
W ogrodzie cisza. Na kwiatach śpią skwary,
Spoza zieleni szarzeje płot stary.
Skrzy się ku słońcu sęk w płocie i zadra,
O wodę z pluskiem uderzył spód wiadra.
[…]
Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne,
I dwa te ciała, ukryte w zieleni,
I ten ład słońca wśród bezładu cieni,
I najście ciszy nagłe, niespokojne,
Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne.
A jeśli jeszcze, prócz duszy i ciała,
Jest w tym ogrodzie jakaś róża trzecia,
Której purpura przetrwa snów stulecia,
To wszakże ona też nam w piersi pała —
Ta róża trzecia, prócz duszy i ciała!
„Las”
Pomyśl: gdy będziesz konał czym się w tej godzinie
Twoja pamięć obarczy, nim szczeźnie a minie,
Wszystką ziemię ostatnim całująca tchem?
Czy wspomnisz dzień młodości najdalszy od ciebie
Za tę jego najdalszość, za odlot w podniebie,
Za to, że w noc konania nie przestał być dniem?
Czy wspomnisz czyjeś twarze, co wspomniane zbledną ?
Czyli, śmiercią znaglony, zaledwo z nich jedną
Zdążysz oczom przywołać niespokojny widz ?
Czy w popłochu tajemnych ze zgonem zapasów
Zmącisz pamięć i zawrzesz na sto rdzawych zasuw,
I w tym skąpstwie przedśmiertnym nie przypomnisz nic?
Lub ci może zielonym narzuci się złotem
Las, widziany przygodnie niegdyś mimolotem,
Co go wywiał z pamięci nieprzytomny czas?…
I ócz zezem niecałe rojąc nieboskłony,
Łzami druha powitasz i umrzesz, wpatrzony
W las nagły, niespodziany, zapomniany las!…