fbpx

Marek Lechki – Odwaga i refleksyjność

Marek Lechki - Odwaga i refleksyjność
Bestfilm/HARMONY FILM PRODUCTION/ Materiały Prasowe

Od piątku w kinach można oglądać „Erratum” z Tomaszem Kotem w roli głównej. Film ten, będący historią człowieka, który staje przed szansą naprawy błędów z przeszłości, zbiera pozytywne recenzje i liczne nagrody na festiwalach. Reżyser obrazu – Marek Lechki, opowiada nam o pracy przy filmie, swoich inspiracjach oraz kondycji polskiego kina.
– Piotr Czerkawski: Przyznam, że moje ulubione polskie filmy z ostatnich lat, takie jak „Wojna polsko-ruska” Żuławskiego czy „Jestem twój” Grzegorzka, są agresywne, ekspresyjne, utrzymane na granicy szarży. Tymczasem ty w „Erratum” przypominasz, że można odnieść sukces także, gdy uprawia się zupełnie inny rodzaj kina.

– Marek Lechki: Istotnie, choć mam poczucie, że „Erratum” jest filmem równie odważnym. Mam tu na myśli głównie kreacyjny charakter wielu elementów języka filmowego – mówiąc najogólniej formę. Mam poczucie, że ta forma jest bardzo śmiała i bardzo współczesna. Pasuje do dynamiki samej historii, w której raz mamy spokój i kontemplację, a za chwilę eksplozję emocji. Wraz z operatorem – Przemkiem Kamińskim, zdecydowaliśmy się na język filmu, który okaże się bardzo emocjonalny, „podążający” za bohaterem i podkreślający jego stany emocjonalne. Przy tym wszystkim dbaliśmy, aby forma nie zdominowała treści. Stworzyliśmy po prostu porządnie zrobiony, ciekawie opowiedziany film. Absolutnie zrozumiały i klarowny, ale jednocześnie niebanalny. Mam nadzieję, że w ten sposób dajemy widzowi szansę na odrobinę refleksji.

– Skąd u ciebie tak wielkie przywiązanie akurat do problematyki filmowej formy?

– Myślę, że w wielu filmach mamy do czynienia z nudną rejestracją rzeczywistości. Niewielu jest reżyserów, którzy przyglądają się językowi kina i jego możliwościom. Jeszcze w trakcie studiów zaczęła mijać mi fascynacja twórczością Kusturicy. Zacząłem interesować się kinem mniej oczywistym, podejmującym bardziej skomplikowaną problematykę. Odkryłem dla siebie twórczość Grzegorza Królikiewicza, wczesne filmy Jerzego Skolimowskiego czy Andrzeja Żuławskiego. Wszystkich tych reżyserów łączy polemiczny stosunek do formy filmowej. U niektórych kreacja nie kończy się na sposobie filmowania, ale też na kreacyjnym podejściu do scenografii, do dźwięku czy gry aktorskiej…

Ciekawym zjawiskiem jest to, że świeżość formy bardzo szybko przemija. Jeszcze do niedawna paradokumentalny sposób filmowania zaproponowany przez Dogmę uważany był za odkrywczy, innowacyjny. Dzisiaj odchodzi się od tego na rzecz zdjęć bardziej kreacyjnych, wyrafinowanych. To pokazuje, że świeżości wciąż trzeba szukać. Dekonstruować swoje przyzwyczajenia, burzyć je i szukać na nowo. Właśnie to mnie fascynuje.

– Od wielu lat mówi się, że polskie kino potrzebuje odnowienia swojej formuły. Twój filmowy debiut – „Moje miasto” powstał w ramach projektu „Pokolenie 2000”, który miał na celu umożliwić start kilkunastu młodym reżyserom i wnieść do polskiego kina powiew świeżości. Czy myślisz, że udało się spełnić pokładane w was wtedy nadzieje?

– Na pewno był to dla polskiego kina pierwszy od lat powiew świeżości. W środowisku w tamtym okresie coraz częściej mówiło się, że potrzebna jest podobna inicjatywa. Nagle rozeszła się fama, że Telewizja Polska szuka tekstów na sześćdziesięciominutowe filmy. Pośród pomysłodawców tego „Pokolenia 2000” był m.in. Filip Bajon – mój profesor w Katowickiej Szkole filmowej, od którego dowiedziałem się o tym projekcie. Ciekawostką było to, że nie mieliśmy żadnego wspólnego programu, nie czuliśmy się zintegrowaną zbiorowością. Po prostu zgrupowaliśmy w ramach jednej inicjatywy kilka ciekawych autorskich projektów. Wydaje mi się, że właśnie od „Pokolenia 2000” rozpoczęła się prawdziwa polemika na temat kondycji polskiego kina. Zobaczono, że filmy młodych są ciekawe, że ich świeże spojrzenie może okazać się wartościowe. W tym sensie te nadzieje zostały spełnione. Szkoda, że nie każdemu potem udało się zrobić następny filmy. Myślę, że zabrakło nam trochę świadomości jak twarda i bezwzględna potrafi być branża filmowa. Kto umiał zawalczyć o swoje ten kontynuował karierę, ale ten kto nie potrafił lub nie chciał się przepychać, miał już gorzej.

– „Erratum” wyróżnia się na tle polskiego kina ze względu na rolę jaką odgrywa w tym filmie muzyka. Nie przez przypadek to właśnie ona stanowi porzuconą pasję twojego bohatera – Michała. Ty również zajmowałeś się kiedyś tą dziedziną sztuki.

– Mój bohater był muzykiem, ja raczej tylko muzykantem (śmiech). Ale rzeczywiście, w tej części „Erratum” odnaleźć można elementy autobiograficzne. W trakcie początkowych prac nad scenariuszem zrodziła się we mnie myśl, że – trywializując – „kiedyś było fajnie”. Potem zainteresowało mnie to, dlaczego tak często człowiek niegdyś pełen ideałów, bezkompromisowy, ale i wrażliwy, uzbrojony w „poetycki” ogląd świata często niemal niezauważalnie z niego rezygnuje. Mimochodem uznaje, że prawdziwe życie zaczyna się wtedy, gdy ma własne mieszkanie, dostęp do internetu i pełny portfel. Przedstawiam propozycję konfrontacji mojego bohatera – Michała z jego wizerunkiem sprzed lat. Refleksja ta prowadzi do konkluzji, że bohater wcale nie jest szczęśliwy, uświadamia sobie kryzys w którym tkwi.

Rzeczywiście, te wszystkie odczucia zostają w „Erratum” wzmocnione przez muzykę. Podobnie jak w przypadku pracy kamery, jej rola polega na oddaniu pewnych emocji bohatera i budowaniu nastroju opowieści. Nastrój jest w tym filmie bardzo ważny, wydaje mi się wręcz jego osobnym bohaterem. Oczywiście nie chciałem popadać tu w ckliwość czy sentymentalizm. Zależało mi po prostu na uchwyceniu odczuć jakie towarzyszą nam w związku z przeżywaniem pewnych rzeczy.

– Choć twój film zbiera świetne recenzje, a na festiwalu w Gdyni otrzymał Nagrodę Dziennikarzy, od czasu do czasu wzbudza także kontrowersje. Zarzucano ci na przykład, że nie przywiązujesz wagi do ekranowej przestrzeni, bo sceny dziejące się w Szczecinie zdecydowałeś się nakręcić we Wrocławiu.

– Powiem krótko: to absolutnie nie jest film o mieście. Skupiam się na ludziach. To że w „Erratum” padają konkretne nazwy miast wiąże się z tym że zależało mi na podkreśleniu dużej odległości między ojcem a synem. Lubię filmy o miastach jak np: „Lisbon story” Wendersa. Tyle, że ja chciałem nakręcić coś zupełnie innego. „Erratum” to opowieść o człowieku.

– Żadnych wątpliwości nie wzbudza za to dobra ocena twojej współpracy z Tomaszem Kotem. Jak duży był jego wkład w stworzenie postaci Michała?

– Próbowaliśmy zastanowić się wraz z Tomkiem przede wszystkim nad tym w jaki sposób manifestuje się przemiana głównego bohatera. Obaj rozumieliśmy zresztą tę postać bardzo podobnie. Tomek nie miał problemów z akceptacją moich uwag i sugestii. Dzięki temu rodziło się między nami wzajemne zaufanie, bo i ja byłem otwarty na jego propozycje. Obaj polubiliśmy Michała i mam nadzieję, że widać to na ekranie. Nic tak nie przeszkadza mi w dzisiejszym kinie jak niemożność utożsamienia się z bohaterem. Wierzę, że w „Erratum” nie ma takiego problemu.

– Długo zastanawiałem się nad znaczeniem wybranego przez ciebie tytułu filmu. Na czym właściwie ma polegać poprawka, „errata” dokonywana przez Michała?

– Główny bohater zyskuje perspektywę, z której może inaczej spojrzeć na swoje życie. Jak w erracie na końcu książki, dostrzega wszystkie popełnione błędy. Musi dokonać rozrachunku z własnym życiem. Nie chciałem jednak pokazywać go w sposób ostentacyjny i dydaktyczny, spod znaku: „Powróć do rodzinnego domu, pojednaj się z ojcem, a wszystko jakoś się ułoży”. Podobał mi się pomysł, że Michał nie chce tej przemiany. Zaczyna działać niejako wbrew sobie. W ten sposób zyskuje pewną szansę.

– Wierzysz, że ją wykorzysta?

– Nie wiem. Intuicyjnie czuję jednak, że w takim powrocie w rodzinne strony tkwi potencjał ku temu żeby przypomnieć sobie kim byliśmy kiedyś. Dostrzec jak żywy i piękny potrafi być świat.