Kino sportowe od lat przypomina nam, że najważniejsze walki rzadko rozgrywają się na oczach wiwatujących tłumów – na ringu czy boisku. Najbardziej bolesne rundy toczymy w ciszy – z własnym lękiem, traumą i demonami przeszłości. „Christy”, oparty na prawdziwej historii wstrząsający dramat bokserski z Sydney Sweeney w roli głównej, wpisuje się w tę tradycję z siłą nokautującego ciosu.
Kobietom w sportach walki nigdy nie było łatwo. Nie powstrzymało to jednak Christy Martin, aby zrewolucjonizować kobiecy boks w latach 90., a następnie zostać najbardziej znaną i utytułowaną zawodniczką w USA. Na ringu była jak dynamit – to trzeba przyznać. Jej życie było jednak pełne druzgocących ciosów od losu. Największe starcia, jakie toczyła, nie rozgrywały się więc na ringu, lecz poza nim. Grooming, zawłaszczenie życia, relacja z toksyczną matką, seksizm w środowisku bokserskim, homofobia otoczenia i w końcu przemoc domowa, jakiej doświadczyła ze strony swojego trenera i męża – z tym zmagała się przez wiele lat swojej kariery. Dla tych, którzy nie znają jej prawdziwej historii, najnowszy film Davida Michôda („Król”) o prywatnych zmaganiach Martin, może wydawać się przeciętną fikcją. To wszystko wydarzyło się jednak naprawdę...
„Christy” (Fot. materiały prasowe)
Christy to urodzona zawodniczka, dla której boks stanowi ucieczkę przed problemami. Gdy nawiązuje współpracę ze starszym o 25 lat trenerem Jimem Martinem, despotycznym i protekcjonalnym tyranem (i wkrótce wychodzi za niego za mąż), jej kariera zaczyna chylić się ku upadkowi. Pod jego wpływem uzdolniona bokserka zmienia image na stereotypowo kobiecy i wyrzeka się swojej prawdziwej tożsamości seksualnej, aby stać się bardziej „akceptowalną” dla opinii publicznej, uniknąć skandalu oraz plotek o tym, że woli kobiety. Gdy mężczyzna zaczyna znęcać się nad nią fizycznie, pozbawiając ją jakiejkolwiek sprawczości czy możliwości radości z owoców swojej pracy, Christy, pozbawiona wsparcia bliskich, zostaje zmuszona do uległości.
Czytaj także: „Dom dobry”, czyli Wojciech Smarzowski po raz kolejny pokazuje prawdę, którą wolimy ignorować [Recenzja]
„Christy” to nie do końca biopic o utalentowanej bokserce, lecz wstrząsający obraz przemocy domowej i tego, jak daleko może się ona posunąć, a także pokaz charakteru, odwagi i wytrwałości głównej bohaterki. Reżyser maluje też wyrazisty portret kobiety uwięzionej w toksycznej relacji i zmagającej się z wewnętrznym cierpieniem. Przedstawia jej drogę na szczyt, wzloty oraz, jak w przypadku wielu sportowców, nieuchronny upadek. Sceny bokserskie są świetne, ale są one jedynie tłem. Prawdziwa siła filmu tkwi bowiem w dramacie rodzinnym: historii tragicznego związku Martin z jej mężem.
I chociaż jego apodyktyczne zachowanie od początku wywołuje alarm, Christy zdaje się go nie słyszeć. Jim stopniowo zmienia się jednak z subtelnie kontrolującego w sadystycznie agresywnego, a typowa opowieść sportowa – w historię o życiu w ciągłym strachu o swoje życie. Gdy w końcu dochodzi do wybuchu przemocy, nie jesteśmy zaskoczeni, ale nic nie jest w stanie nas przygotować na jego brutalność. Wtedy staje się też jasne, dlaczego Michôd zdecydował się przybliżyć historię Christy światu.
Czytaj także: 10 motywujących cytatów sportowców i sportowczyń. Gdy tylko zaczniesz wątpić w siebie, przypomnij sobie ich słowa
Scenariusz filmu opiera się co prawda na klasycznej strukturze, jednak wyróżnia się na wielowarstwowym skupieniem na centralnym temacie: patriarchacie. Fundamentem filmu jest jednak nie sama relacja Christy z Jimem, a to, co stanowi podstawę nadużyć, jakich doświadcza. Wpływ homofobicznego otoczenia sprawia, że zdolna bokserka już na samym starcie swojej drogi wyrzeka się siebie, co czyni ją idealną kandydatką na żonę dla starszego, manipulującego nią mężczyzny. Zdesperowana Christy zgadza się na ten układ, a jej zinternalizowana mizoginia sprawia, że całą swoją agresję i frustracje przenosi na inne kobiety, a także izoluje się od tych, które mogłyby jej pomóc.
Na ringu udaje więc bestię i daje wycisk przeciwniczkom. Na konferencjach prasowych rzuca pod ich adresem lesbijskie epitety, a w wywiadach poprawia reporterów, którzy zakładają, że sukcesy bokserskie czynią ją pionierką feministek. Prywatnie gra natomiast rolę szczęśliwej żony i schludnej gospodyni domowej, co czyni ją podatną na wpływy i przemoc ze strony męża. Gdy w końcu wyznaje matce, że boi się Jima, kobieta gani ją i rzuca ze współczuciem w głosie: „Brzmisz jak wariatka”. Sytuacja wydaje się bez wyjścia, ale w końcu Christy zbiera się na odwagę i oznajmia mężowi, że odchodzi. Ten reaguje jednak gwałtownym wybuchem: „Jeśli mnie zostawisz, zabiję cię”.
„Christy” (Fot. materiały prasowe)
Główny antagonista jest nie tylko źródłem wszystkich nieszczęść, które spotykają Christy, ale też ucieleśnieniem wszelkich nadużyć, jakich dopuszcza się patriarchat. To postać absolutnie godna pożałowania – nie posiadająca żadnych umiejętności, ale rekompensująca sobie to, sprawując władzę nad żoną, jej karierą i poczuciem wartości. Dlaczego Christy powierzyła mu swoją przyszłość? To chyba najciekawszy dylemat filmu.
Michôd ukazuje jednak historię Christy z ogromną siłą. Duża w tym zasługa fizycznie odmienionej Sydney Sweeney („Euforia”, „Reality”, „Tylko nie ty”, „Pomoc domowa”), która brawurowo wciela się w Martin – porywczą bokserkę ukrywającą swoją wrażliwość, a jednocześnie podatną na przemoc kruchą kobietę. Tym samym gwiazda mocno odchodzi od wizerunku seksbomby, podobnie jak Margot Robbie w „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” czy Charlize Theron w „Monster”, udowadniając, że aktorsko stać ją na więcej niż moglibyśmy przypuszczać. Najmocniejsze kreacje tworzą tu jednak Ben Foster, który świetnie oddaje okrucieństwo swojej postaci (gdyby konkurencja w tym roku nie była tak zacięta, mógłby zgarnąć Oscara) oraz Merritt Wever jako zła matka i bez wątpienia tajna broń filmu.
Czytaj także: Seks, używki i przeklęta dorosłość. Już jest zwiastun 3. sezonu serialu „Euforia”
Główne zarzuty? „Christy” to momentami dość sztampowa, żeby nie powiedzieć generyczna biografia (równie dobrze mogłaby powstać z użyciem Chata GPT) – skromne początki, niezadowoleni rodzice, ciężkie czasy oraz „żyli długo i szczęśliwie” na długo przed napisami końcowymi, co przynosi opłakane dla głównej bohaterki skutki. Prawdziwie wciągającą narrację – skupioną wokół związku Christy z mężem – otrzymujemy natomiast dopiero w drugiej połowie filmu. Przedstawiona w filmie historia, chociaż opowiedziana klasycznie i nierówno, jest jednak niesamowicie mocna, a sam film wyróżnia się na tle innych biografii skoncentrowaną narracją, tematem oraz finałem, który dosłownie ściska za gardło.
„Christy” (Fot. materiały prasowe)
I choć film ma drobne problem z tempem, warto go zobaczyć choćby dla Sweeney, która pokazuje, że oprócz bycia symbolem seksu, ma też solidny warsztat aktorski i potrafi zachwycić bez epatowania nagością. Innymi słowy: „Christy” to film o niebywałej mocy, która nie opuszcza widza jeszcze długo po seansie. Potężne uderzenie, które emocjonalnie rozkłada na łopatki, a także budujące, jeśli spojrzymy na osiągnięcia Martin w boksie, złożone w odniesieniu do jej traumatycznej drogi oraz celebrujące odwagę, która pozwala wstać nawet po najdotkliwszym upadku kino.
„Christy” obejrzeć można na platformach Prime Video, TVP VOD, Nowe Horyzonty VOD, Player, Canal+ VOD, TV Smart, Megogo, Rakuten TV, WP Pilot oraz Moje eKino.