Joaquin Phoenix – raz groźny, innym razem odważny

Joaquin Phoenix, kadr z filmu "Nieracjonalny mężczyzna" (reż. Woody Allen, 2015), fot. BEW PHOTO

Choć Joaquin Phoenix zgadza się na wywiad, co rusz powtarza, że to, co mówi, jest głupie, i że powinien się już zamknąć. Cały on. Już wkrótce będziemy mogli podziwiać go w najnowszym filmie o jednym z najgorszych przestępców uniwersum DC. „Joker” wchodzi do polskich kin 4 października, a my przypominamy rozmowę z aktorem, która ukazała się na łamach miesięcznika „Zwierciadło” w kwietniu 2018 roku.

Twardy z ciebie zawodnik. Większość dziennikarzy, którzy proszą cię o rozmowę, odchodzi z kwitkiem.
Wiesz, ile czasu zajmuje mi zastanawianie się, co mam powiedzieć? Jak się nie wydurnić? Nie znam odpowiedzi na pytania, dlaczego zagrałem tak, a nie inaczej, jak to sobie wymyśliłem i po co. To się po prostu dzieje, proces wchodzenia w rolę przebiega samoistnie. Podziwiam moich kolegów i koleżanki, którzy potrafią, ot tak, usiąść naprzeciwko dziennikarza i mówić o swoim bohaterze i sposobie grania. Ja naprawdę jestem tylko marionetką w rękach reżysera.

Czyli w tym przypadku w rękach Lynne Ramsay, która przed laty zasłynęła wbijającym w fotel filmem „Musimy porozmawiać o Kevinie”, a teraz zrealizowała nie mniej przejmujący obraz „Nigdy cię tu nie było”. Krążą słuchy, że Lynne na planie bywa nieprzewidywalna.
Przekonałem się o tym już pierwszego dnia zdjęć, kiedy kręciliśmy scenę, podczas której mój bohater stoi w basenie. Lynne bezceremonialnie weszła do mnie do wody wytłumaczyć mi swoją koncepcję. Tak jak stała, w ciuchach, po prostu podeszła i zaczęła mówić, jakby nie było nic dziwnego w tym, że brodzi w basenie. W tamtym momencie rzeczywistość wokół się dla niej nie liczyła, Lynne chciała się ze mną porozumieć, i tyle. A kiedy skończyliśmy kręcić, jak gdyby nigdy nic wsiadła do samochodu. Z uśmiechem na ustach rzuciła tylko w moją stronę: „Widzimy się jutro!”, i odjechała, choć skapywała z niej woda. Tym samym upewniłem się, że dokonałem dobrego wyboru, decydując się na tę pracę. Wiem, że Lynne widziała we mnie Joego, bohatera swojego filmu, od dawna. Tym mnie kupiła. Nigdy nie zgodziłbym się na udział w tym filmie, gdybym miał chociaż cień podejrzenia, że reżyser potrzebuje mojego nazwiska na plakacie.

Dobrana z was para. Ty także słyniesz z maksymalnego zaangażowania w pracę. Głęboko wchodzisz w role.
Przy Ramsay trudno jest wejść w rolę i w niej trwać. Ona ma w sobie szkocką krew, jest krewka, emocjonalna. Kiedy rozmawiamy o postaci na planie, wtedy jest bardzo zaangażowana, dopowiada, co mój bohater czuje, widać, że wie bardzo dużo o ludziach, których portretuje. Ale kiedy zbliża się lunch, wszystko bierze w łeb. Lynne włącza muzykę, tańczy i śpiewa piosenki między jednym gryzem kanapki a drugim. W tych warunkach nie da się pozostać w postaci. Trzeba z niej więc wychodzić, a potem wrócić. I tak w kółko.

Ta metoda okazała się chyba skuteczna? Dostałeś nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu w Cannes.
Takie nagrody aktorzy powinni dzielić z reżyserami. Tylko dobrze poprowadzeni potrafimy dać godny uwagi występ. Chociaż w przypadku Lynne może faktycznie zasłużyłem na nagrodę, bo przez jej akcent nie rozumiałem, co mówi. Dzięki temu pozyskała mnie do filmu – kiedy zadzwoniła, nie zrozumiałem, że proponuje mi rolę, więc się zgodziłem [śmiech].

Z tego, co wiem, prawda jest nieco inna.
No dobrze. Kiedy dostałem tę propozycję, miałem wypełniony grafik. Ale po drodze jeden z moich projektów wypadł, więc zadzwoniłem do Lynne i powiedziałem, że jeśli chce, żebym zagrał, musi mocno przyspieszyć zdjęcia. I ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała, że tak właśnie zrobi. Nie wiem, jak jej się to udało, ale przyspieszyła proces produkcji o kilka miesięcy. Bardzo mi tym zaimponowała. Uwielbiam ludzi, dla których kino to coś więcej niż praca.

Jedną cechę ty i twój bohater Joe na pewno macie wspólną: nie za bardzo lubicie mówić.
Tych wspólnych cech znalazłoby się znacznie więcej.

Jakie na przykład?
I mnie, i Joemu dorobiono etykietkę „prawdziwy mężczyzna”. Cokolwiek to głupie określenie znaczy. Od małego odróżniałem się od moich braci, którzy byli jankeskimi blondasami, sympatycznymi chłopakami z boiska. Ja jako brunet z bruzdami na twarzy byłem zawsze postrzegany jako ten „męski”. Co raz znaczyło groźny, kiedy indziej odważny, a innym razem silny. Mój bohater Joe też jest tak postrzegany, choć prawda o nim jest bardziej skomplikowana. Podobnie ze mną. Bardzo podobało mi się to, że Lynne podważyła reguły gatunku i w filmie sensacyjnym pokazała weterana wojennego [który rusza na misję odbicia dziewczynki z rąk porywaczy – przyp. red.], skutecznie unikając klisz i stereotypowych wyobrażeń.

O jakich kliszach mówisz?
W klasycznym filmie tego typu Joe szedłby pewnie przed siebie, strzelał do przeciwników i uratowałby porwaną dziewczynę. U nas nie ma okazji, żeby wykazać się męstwem. Przeciwnie, po drodze ujawnia wiele swoich słabości i zdradza się z tym, że żaden z niego bohater. Pod tym względem też wiele nas łączy. Źle się czuję, kiedy słyszę, jak początkujący aktorzy mówią, że jestem dla nich wzorem. Bo co to za wzór? Facet, który musiał pójść na odwyk, żeby dalej móc grać.

Joaquin Phoenix na premierze filmu „Don’t Worry, He Won’t Get Far on Foot” podczas 68. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie (fot. BEW PHOTO)

Wydaje mi się, że jesteś dobrym materiałem na idola. Podjąłeś walkę z uzależnieniem, jesteś też społecznikiem. Współpraca z organizacją PETA, Czerwonym Krzyżem, Amnesty International – lista akcji, w których bierzesz udział, jest imponująca.
Co nowego mogę w tym temacie powiedzieć? Nie znoszę czytać tych wszystkich wywiadów, w których rozmówcy roztkliwiają się nad sobą, opowiadając, jak to zmieniają świat. Na dodatek w tych rozmowach woda zamienia się w wino: z dwóch czeków robi się sześć, a z trójki odwiedzonych w szpitalu dzieci – dwunastka. Nie rozumiem, dlaczego ludzie chcą to czytać. Wolimy się dowiadywać, jacy to inni są szczodrzy i wspaniałomyślni. Nikt nie zrobi roboty za nas. Powtarzam to, ale dziennikarze i tak piszą swoje.

Ostatnio media doniosły, że znów się stoczyłeś, bo paparazzi zrobili ci zdjęcia w łachmanach. „Zapomniano” dodać, że to foty z planu.
Media chętnie podłapują podobne historie, zupełnie ich nie weryfikując. Mógłbym powiedzieć, że od dziś nie gram, a prasa puściłaby to na pierwszej stronie i nikt nawet nie pokusiłby się o telefon do wytwórni, żeby sprawdzić, czy nie mam przypadkiem zakontraktowanych filmów na kolejne osiem lat. Z tekstami pisanymi przez krytyków nie jest lepiej. To z recenzji dowiaduję się o tym, że mam metodę aktorską.

A nie masz?
Nic mi o niej nie wiadomo. Nie znam też metody, która pomogłaby mi radzić sobie z emocjami, kiedy wchodzę w rolę. Bywa, że na planie nie mam śmiałości spojrzeć w oczy ludziom, z którymi pracuję. Miotam się, unikam rozmów, bo nie potrafię znaleźć nic, czym chciałbym się podzielić. Innym razem mam zupełnie inną energię, wchodzę na plan jak taran, gotowy odsunąć każdego, kto stanie na mojej drodze, bo znalazłem to coś – iskrę, która rozpali historię, jaką mam odegrać. Nie mam pojęcia, od czego to zależy, choć na pewno ogromna w tym zasługa reżysera, z którym pracuję. Tylko błagam cię, napisz „reżysera”, nie „artysty”, bo nienawidzę tego słowa. Uczulam na to wszystkich dziennikarzy.

Czego jeszcze nienawidzisz?
Wywiadów. Dlatego bardzo chciałbym już skończyć tę rozmowę.