fbpx

John Malkovich: „Nie muszę niczego udowadniać”

John Malkovich: "Nie muszę niczego udowadniać"
John Malkovich (Fot. BEW PHOTO)

John Malkovich najbardziej znany jest z ról seryjnych morderców i innych wykolejeńców życiowych, tymczasem – jak sam mówi – prywatnie jest do bólu normalny. Po zejściu z planu wraca do domu, gotuje, kosi trawę i piecze pyszne ciasto marchewkowe. Role nie robią na nim żadnego wrażenia, nawet jeśli gra, jak ostatnio, samego papieża.

Zawsze chciałam o to zapytać: jak to jest być jak John Malkovich?
Nieźle… Całkiem nieźle! Chociaż ten facet, trochę zblazowany i niespecjalnie błyskotliwy, którego zagrałem w filmie Spike’a Jonze’a „Być jak John Malkovich”, poza nazwiskiem, profesją i moimi prywatnymi ubraniami nie ma ze mną nic wspólnego.

Jaki więc pan jest naprawdę?
Wbrew temu, jak jestem postrzegany przez media, które przykleiły mi etykietkę etatowego złoczyńcy, psychopaty albo seryjnego mordercy, jestem najzwyklejszym pod słońcem facetem. Prostolinijnym, uczciwym, ale też nietraktującym siebie zbyt serio. Gdyby było inaczej, pewnie nigdy nie zgodziłbym się zagrać w filmie o sobie samym. To był rodzaj żartu i autoironii. Zarówno ta postać, jak i inne to jedynie kreacje. Dla mnie ważniejsze jest pytanie, czy potrafię odnaleźć w sobie świat wewnętrzny moich bohaterów. Jeśli już rozmawiamy o roli, która najlepiej oddawała moją wrażliwość, to był to Alan Conway z filmu „Być jak Stanley Kubrick”. To autentyczna postać, która uwielbiała podszywać się pod innych. Trochę taki mitoman, który istniał naprawdę dopiero wtedy, gdy stawał się kimś innym.

A fajnie jest być papieżem? Pytam, bo właśnie zagrał pan Jana Pawła III w „Nowym papieżu”, kontynuacji serialu HBO „Młody papież”.
O to trzeba by zapytać prawdziwego papieża. Osobiście nie jestem miłośnikiem tych wszystkich rytuałów kościelnych, co nie znaczy, że nie cenię prób zbliżania się do tajemnicy, poszukiwań absolutu czy jakkolwiek by to nazwać. Sekretem jest dla mnie natura. Wiara także, choć nie jest mi dana. Szanuję ludzi, którzy szukają i potrzebują w swoim życiu duchowości. Mój bohater przechodzi cały proces rekrutacji na papieża. Podlega ocenom, presjom, są próby wywierania na niego nacisku – i musi się w tym wszystkim odnaleźć. W realnym życiu papież Franciszek wydaje mi się człowiekiem, który najlepiej wypełnia swoją misję, przyciąga charyzmą i jest dla wielu moralnym autorytetem.

Jude Law o wierze i swojej roli w "Młodym Papieżu"
Jude Law i John Malkovich w serialu „Nowy papież” Paola Sorrentina. (Fot. materiały prasowe HBO)

Jest pan ateistą? Tak mam to rozumieć?
Tak, jestem ateistą, ale nie mam nic przeciwko wierzeniom religijnym, przeciw chodzeniu do kościoła, meczetu, zboru czy synagogi. Po prostu odrzucam wszelką ideologię. Już jako małe dziecko poczułem się zmęczony religią. Wierzę w ludzkość i wierzę w ludzi, ale nie wierzę w coś, czego istnienie przez tysiąclecia nie zostało potwierdzone absolutnie żadnym dowodem.

To dlaczego zgodził się pan zagrać w „Nowym
papieżu”?
Widziałem wcześniejsze filmy Paola Sorrentino, takie jak „Wielkie piękno” czy „Młodość”, no i oczywiście „Młodego papieża”, i uważam, że to jest niezwykły reżyser i świetny scenarzysta. Byłem więc zaciekawiony, co mi zaproponuje. Stałem się nowym papieżem, który miał zastąpić niezdolnego do pełnienia swojej misji poprzednika. Początkowo miałem być niemieckim księdzem, który spędził wiele lat życia w Anglii, ale potem Paolo zdecydował, że jednak będę duchownym angielskim Johnem Brannoxem, pochodzącym z arystokratycznej rodziny. Dla mnie, Amerykanina, było to ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza że Anglik Jude Law zagrał amerykańskiego papieża Lenny’ego Belarda, który przybrał imię Piusa XIII. Spodobał mi się scenariusz, choć nie miałem pojęcia, kim tak naprawdę ma być mój bohater. Czułem jednak, że to bardzo skomplikowana i niejednoznaczna postać. A w związku z tym, że Lenny powraca do życia, czyli wybudza się ze śpiączki – mojego bohatera czekają niespodziewane zwroty akcji.

Kiedy tak rozmawiamy, emanuje od pana wielki spokój. Podobno w młodości był pan cholerykiem.
I to okropnym.

Co się stało, że tak się pan zmienił?
Moja praca często wymaga dawkowania pokładów gniewu. Kiedy masz pozwolenie na jego ujście, i to nie tylko nie jest piętnowane, ale wręcz wymagane, a nawet nagradzane – możesz wyrażać go bezpiecznie i problem przestaje istnieć. To prezent, okazja, błogosławieństwo wręcz. Większość ludzi jest tego luksusu pozbawiona, a już na pewno nikt nie jest za to wynagradzany. No, może jedynie na terapii są to zachowania oczekiwane. Dziś sprawiam wrażenie flegmatyka. Bawi mnie za to obserwowanie ludzi, którzy są wściekli. Nie wiedzą nawet, jak śmieszni są w swoich reakcjach i zachowaniu. Dlatego świetnie się ubawiłem na planie filmu „Tajne przez poufne” braci Cohenów, wcielając się w cierpiącego na chorobę alkoholową, manię wielkości i wściekłego na cały świat agenta CIA Osborne’a Coxa.

Które filmy uważa pan za kamienie milowe swojej kariery?
Dziennikarze często mnie o to pytają, a ja mam wtedy kłopot z odpowiedzią. Takie postawienie sprawy zakłada jakąś rywalizację. Tymczasem ja się nie ścigam z innymi aktorami. Jeżeli już muszę konkurować, to jedynie sam ze sobą, z moimi słabościami. Nie muszę nikomu niczego udowadniać, a to, co ludzie o mnie sądzą, jak mnie widzą, nie ma większego znaczenia. Zresztą i tak nie mam na to żadnego wpływu. Nic na przykład nie poradzę na to, że kiedy zagrałem Valmonta w „Niebezpiecznych związkach”, który bez skrupułów uwodzi i porzuca kobiety, przylgnęła do mnie łatka uwodziciela. No i oczywiście etykietka łajdaka. Tymczasem zawsze staram się dostrzegać całą złożoność postaci. Valmont faktycznie bawi się kosztem swoich ofiar i jest emocjonalnie wypalony, ale przecież ten upudrowany i znudzony cynik, libertyn i ateista głęboko w środku skrywa rozpacz i przerażenie pustką własnego życia. Ważny był dla mnie nie tyle film, co eksperymentalny spektakl operowy „The Infernal Comedy”, gdzie zgrałem Jacka Unterwegera, austriackiego kryminalistę, mordercę 12 prostytutek i samobójcę.

Ciekawi mnie, jak pan odreagowuje takie role. Czy po zagraniu seryjnego mordercy albo innego wykolejeńca można po prostu przyjechać do domu i zabrać się do robienia kolacji albo odkurzania?
Tak, można. Dla mnie aktorstwo to praca, zadanie do wykonania. Wiem, kiedy trzeba skończyć, wyłączyć się, wrócić do rzeczywistości. Nie mam z tym problemów. Może to wynika z faktu, że w filmie zadebiutowałem późno, bo w 30. roku życia. Tak więc kiedy zyskałem popularność, byłem już człowiekiem w miarę dojrzałym, ukształtowanym. Wiedziałem, jak zdystansować się do sławy. To bardzo pomaga. Człowiek nie ulega wtedy iluzji, że oto ma misję do spełnienia i takie tam… Albo że jest kimś nadzwyczajnym.

Myślę, że ten dystans to wynik tego, że jest pan aktywny także w innych dziedzinach, o których mniej wiemy.
Tak, to prawda. Jednak w przeciwieństwie do większości ludzi, którzy traktują pracę jako nieprzyjemny obowiązek i stres – mam to szczęście, że naprawdę kocham to, co robię przed kamerą czy na scenie. Nie wiem, może nie powinienem używać terminu „praca”?
Wracając do pani pytania, oprócz aktorstwa reżyseruję w teatrze, produkuję filmy i dużo czytam: Faulknera, Kafkę, Dostojewskiego, biografie oraz książki historyczne. A poza tym mam rodzinę: żonę i dwoje dzieci. Czas spędzany z nimi jest dla mnie coraz ważniejszy. Nie nudzę się w domu. Lubię pracować w ogrodzie. Koszę trawę, podlewam krzewy, pielęgnuję drzewka. No i bardzo relaksuję się w kuchni. Moją specjalnością są ciasta marchewkowe i wszelkiego rodzaju wypieki. Poza tym w wolnych chwilach projektuję męskie ubrania. Mam własną kolekcję. To są rzeczy bardzo praktyczne, takie, które sam noszę, a więc dobrze skrojone garnitury z porządnych, niegniotących się materiałów, bawełniane koszule, kamizelki, płaszcze. Nie przepadam za modą w rodzaju czapeczka baseballowa, adidasy i dres. Wielu aktorów uważa, że poza planem czy uroczystą premierą to najwygodniejszy strój. Tak dają się potem fotografować paparazzim na ulicy czy na zakupach. A to moim zdaniem błąd. Aktor jest osobą publiczną i zawsze powinien dobrze wyglądać.

Jest pan także producentem win.
Och tak! W 2008 roku założyliśmy z żoną winnicę na mojej farmie w Vaucluse w Prowansji. Pierwszy rocznik naszego wina wyprodukowaliśmy w 2011 roku. Na czterech hektarach hodujemy szczepy Pinot Noir i Cabernet Sauvignon. Produkujemy łącznie pięć win pod marką Les Quelles de la Coste – w skrócie LQLC, w tym Cabernet Rosé i Pinot Noir. Rocznik, z którego jestem szczególnie dumny, to 2017 Les 14 Quelles. To mieszanka 60 proc. Cabernet i 40 proc Pinot, która leżakuje przez dziewięć miesięcy w skrzyniach dębowych. Nasz pierwszy winiarz uznał pomysł połączenia Cabernet i Pinot Noir za wyjątkowy walor sprzedażowy i zasugerował, abyśmy nazywali wino „Niebezpieczne związki”. I tak zrobiliśmy.

Mówi pan, że dom jest miejscem, w którym ładuje pan akumulatory. Tymczasem nie zawsze tak było.
Trochę czasu zabrało mi uświadomienie sobie, że rodzina daje prawdziwe wsparcie i życiowy napęd. Nicolettę poznałem na planie filmu Bertolucciego „Pod osłoną nieba”, jesteśmy razem już od 20 lat i jak do tej pory udaje nam się tworzyć szczęśliwy związek. Kiedy urodziły się nasze dzieci, najpierw córka Amandine, a dwa lata później, syn Lowry, zrozumiałem, jak trudno jest pogodzić pracę z byciem z rodziną. Dlatego kiedy dzieci były malutkie, przystopowałem trochę zawodowo. Zdałem sobie sprawę, że teatr i film mogą poczekać, a moje dzieci nie. To właśnie wtedy opanowałem sztukę wypiekania ciasteczek i ciasta marchewkowego.

Grywa pan dużo u europejskich reżyserów. Przez kilkanaście lat mieszkał pan we Francji. Jaki jest pana stosunek do Europy?
To, że zawsze ciągnęło mnie tutaj, wiąże się po części z faktem, że z Chorwacji, a konkretnie z Zagrzebia, pochodzą moi pradziadkowie. Ja urodziłem się w Stanach, ale chorwackie nazwisko pozostało. W Europie mam wielu przyjaciół, lubię tutejszy styl życia. Jakiś czas temu zakochałem się w Portugalii. W Lizbonie otworzyłem nawet restaurację i nocny klub. No i w Europie spotkałem fantastycznych reżyserów, u których zagrałem: Manoela de Oliveirę, Raula Ruiza, Bernarda Bertolucciego, Lilianę Cavani, Volkera Schlöndorffa. Z drugiej strony nie podoba mi się pogarda, jaką wielu Europejczyków żywi wobec kultury amerykańskiej. Uważają ją za coś gorszego. A przecież w Ameryce w związku z masowymi emigracjami z Europy w XIX i na początku XX wieku urodziło się mnóstwo znakomitych malarzy, muzyków, aktorów, poetów, filmowców i scenarzystów. To oni albo ich potomkowie w ogromnej części tworzą współczesną amerykańską kulturę. Nie rozumiem także tego filmowego podziału na artystyczną Europę i komercyjną Amerykę. Myślę, że jeśli dziś ktoś trzyma się takich stereotypów, to znaczy, że nie wie, co naprawdę dzieje się w kinie niezależnym po drugiej stronie oceanu, i nie jest na bieżąco z europejskimi koprodukcjami, które coraz bardziej przypominają hollywoodzkie.

Nachodzi pana czasem myśl, żeby rzucić aktorstwo? Marlon Brando i Anthony Hopkins wielokrotnie mówili, że to „robota dla głupiego”.
Jasne, ale Marlon pracował do śmierci, a Tony nadal gra. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Nie ma innego zawodu, w którym można tyle podróżować i spotkać tylu utalentowanych ludzi. Chyba właśnie ludzi brakowałoby mi najbardziej, gdybym miał przejść na emeryturę.

 

John Malkovich przyszedł na świat w 1953 roku w miejscowości Christopher w Illinois w Stanach Zjednoczonych. Ma na swoim koncie wiele znakomitych ról, m.in. w takich filmach, jak „Niebezpieczne związki”, „Myszy i ludzie”, „Na linii ognia”, „Jądro ciemności”, „Pod osłoną nieba” oraz „Być jak John Malkovich”.