Kiedy kobieta kocha kobietę – rozmowa z reżyserką filmu „Portret kobiety w ogniu”

(Fot. kadr z filmu "Portret kobiety w ogniu", Gutek Film)

Minimalistka. Feministka. Lesbijka. Nie boi się mocnych haseł, bo „czasami jedno słowo wystarcza za miliony słów”. Tak jak jeden kadr w filmie potrafi sportretować całe życie. Reżyserka Céline Sciamma z okazji polskiej premiery jej nagrodzonego w Cannes filmu „Portret kobiety w ogniu” opowiada nam o kinie i różnych odsłonach kobiecości na ekranie.

Tytuł pani najnowszego filmu można czytać i interpretować dosłownie. Można go również zmetaforyzować, przypisać do symbolicznej gry słów. Ten tytuł – według mnie – jest niczym portal.
Cieszą mnie te słowa. Osadziłam akcję w 1760 roku, ale to absolutnie współczesna historia. I rzeczywiście jest tak, jak pani mówi: w pewnym momencie malowany przez Marianne obraz [w tej roli Noémie Merlant – przyp. red.] zajmują płomienie. Zresztą nie tylko obraz zajmuje się ogniem, płonie też jego bohaterka.

I to dosłownie.
Ma pani, oczywiście, rację, to również – a może przede wszystkim – film o kobiecie w opresji.

I o budowaniu nowych definicji kobiecości?
Nowych-starych. Być może musiałam cofnąć się w czasie, by zreinterpretować obiegowe hasła: cofnąć się, tym samym coś zburzyć, zdekonstruować, zniszczyć. Spalić. I na zgliszczach zbudować coś nowego. W każdym niemal filmie afirmuję kobiecość, ale jest we mnie zgoda na wątpliwości. Szukam różnych jej wariantów.

Często opowiada pani o nastolatkach u progu dorosłości.
Mówię o czymś, co znam, a co w pewnym sensie pozostało dla mnie znakiem zapytania. Kobiecość to na pewno siła. Tajemnica. Walka. Niewiadoma. I ciągłość. Ale dziś nie powiedziałabym, że kobiety są kruche. Nie widzę takich, nie spotykam ich.

A jakie stają na pani drodze?
Współczesna kobieta ma spore szanse być sobą. To bardzo dużo. Pani użyła słowa „portal” – dla mnie kobiety zawsze były takimi portalami. Są niczym wrota. To dzięki nam przychodzą na świat nowe pokolenia. Ale nie tylko w takim dosłownym sensie, bo nie redukowałabym kobiet do ich biologicznych predyspozycji. A z kolei tych predyspozycji nie przycinałabym jedynie do biologicznych uwarunkowań.

W pani filmie bogata hrabina wynajmuje wyemancypowaną malarkę Marianne, by ta namalowała portret jej młodszej córki Héloïse. To obraz dla bogatego kawalera z Mediolanu, którego dziewczyna ma poślubić. Artystka pracuje w sekrecie.
Héloïse nie może wiedzieć o obrazie, inaczej się spłoszy, zniechęci, może nawet targnie na życie. Na tak radykalny krok zdecydowała się jej starsza siostra – nie chciała zostać wydana wbrew swojej woli za kogoś, kogo nie zna i nie kocha, choć to pozostawiam w sferze domysłów. Pewne dla mnie było co innego: samobójstwo nie było tu aktem desperacji, ale manifestacją wolności. I tak Héloïse przypadł w udziale los zmarłej siostry, czyli zamążpójście.

Wcześniej dziewczyna przebywała w klasztorze.
I została stamtąd zabrana siłą. Héloïse była pogodzona z tak zaprogramowaną dla niej przyszłością, zresztą nie uważała klasztornego życia za coś złego czy nudnego. To była kontemplacyjna egzystencja.

Fakt, w filmie poznajemy świetnie wykształconą dziewczynę – oczytaną, obytą z malarstwem, filozofią, prądami politycznymi. To młoda kobieta w trakcie emancypacji.
Nie tylko erotycznej, także światopoglądowej. A XVIII-wieczne klasztory, przede wszystkim te żeńskie, były niemal jak uniwersytety.

Takie wyższe szkoły życia?
Nie docenia pani tych placówek, jak większość z nas. Nie uczono tam gotowania, szydełkowania, gry na szpinecie i pielęgnacji włosów – a przynajmniej nie tylko. Czytano, dyskutowano, analizowano dzieła myślicieli, pisarzy, etyków i filozofów. Biblioteki zawierały zwykle potężne zbiory literackie, bo nie kontrolowano ich i nie przywiązywano do tego wagi. Wstęp do żeńskich francuskich klasztorów był zwykle utrudniony dla mężczyzn, co za tym idzie – nie przypuszczano, że kobiety zakonne mogą chcieć się kształcić, więc nie reglamentowano im dostępu do wiedzy. Młode panny mogły czytać do woli, według upodobań.

I wyciągać wnioski.
W dalszym ciągu tak jest. Emancypacja i feminizacja różnych środowisk, nie tylko żeńskich, wynika często z ignorancji i abnegacji mężczyzn. A wtedy powierzchowne myślenie było takie: co też mogły w tych swoich zbiorach trzymać siostry zakonne? Encykliki o hafcie richelieu?

Habit dawał wolność?
Dokładnie! Od męskich spojrzeń, męskiego uprzedmiotowienia. I od odgórnie narzuconego małżeństwa. Héloïse nauczyła się czerpać korzyści z tego, że wysłano ją do zakonu. W głębi duszy uważała los siostry za gorszy. Nie podejrzewała, że przyjdzie jej go współdzielić. Jednak gdy siostra popełnia samobójstwo, musi ją zastąpić w powinnościach. Decydowanie o przyszłości dzieci było normą.

Bo posiadanie dzieci było swego rodzaju inwestycją?
Tak. Dobrze było jedno z dzieci „oddać Bogu na służbę”, inne – najczęściej córkę – właściwie wydać za mąż. Na studia szedł syn, jeden z synów dziedziców zazwyczaj przejmował też majątek po rodzicach: ziemie i podległe mu gospodarstwa. Dzisiaj dzieje się to na mniejszą skalę, przejmujemy po rodzicach co najwyżej choroby genetyczne [śmiech]. No, ale pech chciał, że nasza filmowa hrabina ma same córki. Mówi pani: „Bogata hrabina…”. Nie tak bogata, bo jednak aranżacja małżeństwa bierze się z potrzeby zysku. Zresztą chciwość nie ma terminu przydatności, towarzyszy ludziom od zarania dziejów. A to, co Héloïse początkowo bierze za zainteresowanie Marianne, może nawet od razu za afekt, to po prostu zawodowa ciekawość malarki. Portrecistka zostaje wynajęta pod pretekstem dotrzymania towarzystwa dziewczynie, która wychodzi z odizolowanego od ludzi świata i musi się zmierzyć z rzeczywistością – wszystko jest dla niej nowe, niepewne, nieznane.

Czytam Héloïse inaczej, najzwyczajniej jest wolna od uprzedzeń i uproszczeń.
Bo wyrosła w oderwaniu od ludzi i ich zachowań. A jej portret powstaje w sekrecie, tak jak w sekrecie rodzi się uczucie pomiędzy bohaterkami. Wbrew jednej i drugiej, ku zaskoczeniu obu.

No właśnie, jak się ma to uczucie do tytułowego ognia?
Symbolizuje on na pewno ideały, które mamy, gdy jesteśmy młodzi. Teoretyzujemy na temat życia, nic o nim nie wiedząc. A potem wszystko trawi ogień często nienawistnych ludzkich ocen i bzdurnych oczekiwań. Spalamy się w tym ogniu jak ćmy nocą przy żarówce. I dobrze. Powinno boleć. To znak, że wciąż czujemy. Ale ogień symbolizuje też emancypację młodej kobiety. Jej portret zajmuje się ogniem, a ona sama w tym czasie oddaje się namiętności fizycznej i emocjonalnej. Porywa ją, jak się okazuje, odwzajemnione uczucie do innej kobiety. Płoną obie. I choć każda reprezentuje inny żar uczuć, to jednak siła ich emocji jest przejmująca i prawdziwa. Boleśnie prawdziwa, bo umiejętność czy wręcz doświadczanie tej miłości to także budowanie w sobie zgody na niespełnienie.

Na kres uczucia?
Nie na jego kres, bo uczucie przetrwa i dokładnie tak budowałam tę relację w filmie – by widz, tak jak te kobiety, miał świadomość, że chodzi o uczucie na całe życie. Tyle tylko że bohaterki będą musiały spędzić je oddzielnie. Choć do końca pozostaną sobie bliskie, nigdy nie przestaną o sobie myśleć, budując życiorysy w oderwaniu od tego, co je łączyło. A może właśnie podwaliną dla tego wszystkiego, co ma je potem spotkać, jest łącząca kobiety przez moment namiętność? Bardzo możliwe, że tylko dzięki temu, iż mogły przeżyć coś prawdziwego, czystego i pięknego, zdołały potem unieść brzemię odgórnie narzuconych reguł. Chciałabym umieć wypracować w sobie gotowość do przeżywania danej chwili w takiej pełni i zgodzie na jej nietrwałość. Rzeczywiście pod tym względem jestem nie tylko filmową minimalistką: ideałem jest żyć tym, co tu i teraz, bez zamartwiania się, co będzie potem.

Choć Marianne i Héloïse, bohaterki pani filmu, żyją w XVIII-wiecznej Bretanii, mają identyczne do naszych bolączki, refleksje, wątpliwości…
Nie chciałam tworzyć filmu o eterycznych, pozbawionych woli, tęsknot i ambicji kobietach. Z jakiej racji?! Jestem już, prawdę mówiąc, zmęczona narracją – zarówno w literaturze, jak i w filmie – ukazującą jeden profil kobiecości, kształtujący się czy ewoluujący na przestrzeni wieków. A co jeśli my źle interpretujemy zachowania kobiet? To, co bierzemy za uległość, jest tak naprawdę aktem odwagi? Siłą? Co więcej, uważam, że matka Héloïse wie, że wyrządza krzywdę córkom. Ale tak ma być. Taki jest cykl. Wiele zła nie działoby się na świecie, gdyby ludzie przestali poddawać się pewnym odwiecznie narzucanym obrządkom. Ale to wymaga sprzeciwu i świadomości. Słowem, zakłada pewien wysiłek. A my dążymy do wygody.

Jest taka piękna scena, w której matka przywołuje sposób komunikacji z malutką Héloïse, ich sekretny język, sensualny kod pełen ukrytych znaczeń. I to gdzieś przepadło z czasem.
Bo w ogóle zanika umiejętność komunikowania się. Ludzie tracą siebie z oczu. I nie jest to przypisane do małżeństw czy par, ale w ogóle do każdej zbiorowości – to nie wymysł czy przypadłość współczesności, ale coś, co trawi człowieka od lat. Jednak zginiemy nie dlatego, że nie potrafimy się ze sobą porozumieć, ale dlatego, że nam się nie chce. Nie interesujemy się drugim człowiekiem. Nie zależy nam na tym.

W tym sensie dla mnie „Portret kobiety w ogniu” to film o kobiecej solidarności.
Potrzebujemy – szczególnie dziś – tego rodzaju świadectw. Jestem przekonana, że kobiety są – chcą i potrafią być – względem siebie solidarne i lojalne. Wyrosłam w środowisku, w którym kobiety wiodły prym: intelektualny, obywatelski. Były wolnymi od uprzedzeń i schematów myślicielkami. Ale dla mnie „Portret kobiety w ogniu” to obraz, który przede wszystkim portretuje rodzące się uczucie między dwiema kobietami. Płeć nie ma tutaj znaczenia, a z drugiej strony – ma ogromne. To opowieść, która sankcjonuje moje przekonania: orientacji seksualnej nie można sobie narzucić. Nie można jej wybrać. Jestem feministką i aktywistką. I nie obawiam się głosić swoich poglądów także w sztuce. To przejęłam od kobiet, nie od mężczyzn.

Pani film okrzyknięto lesbijskim thrillerem kostiumowym. Tak miało być?
Niczego nie zakładałam. A miłość zawsze jest pełną ryzyka podróżą. Może mieć w sobie coś z thrillera, pewnie. Rzeczywiście, u mnie kobieta kocha kobietę. Ale czy to jakaś nowość? Ewenement? Odległa fantazja? To ma być współczesne tabu? Z jakiego powodu miałoby to być dziś brzemię? Prawdę mówiąc, bardziej interesują mnie dywagacje, czy jest coś takiego jak „kobieca sztuka”? Czy to określenie spychające twórczość do getta? A może my, kobiety, powinnyśmy używać go z dumą? Co by było, gdyby faceci zazdrościli nam tego kręgu i dostępu do niego? I czy gdyby portret Héloïse malował mężczyzna, byłby on inny, bo zostałby wykonany rękoma mężczyzny, czy raczej dlatego, że tworzyłby go ktoś, kto nie kocha uwiecznianej na płótnie bohaterki?

Fot. Cecile Sciamma, BE&W)

Céline Sciamma, ur. w 1978 roku w Val-d’Oise we Francji reżyserka, scenarzystka i producentka. Kończyła słynną szkołę La Fémis w Paryżu. Od początku uznawana
za jedną z najzdolniejszych studentek, terminowała na planach u cenionych profesorów. Autorka takich filmów, jak „Chłopczyca” [nagroda Jury Teddy na Berlinale w 2011 roku]
czy „Dziewczyny z bandy” [„Girlhood”; nominacje do czterech Cezarów w 2015 roku]. Za ostatni film „Portret kobiety w ogniu” uhonorowana nagrodą za najlepszy scenariusz na MFF w Cannes w tym roku. Od 2013 roku żyje w związku z aktorką Adèle Haenel.