Kogo obchodzi bycie sexi?

Mówisz o sobie: piosenkarka, kompozytorka, rysowniczka, aktorka i … gaduła. Czy dlatego nazwałaś swoją nową płytę „Soliloquy”, czyli monolog?

(śmiech) Na to złożyło się wiele rzeczy. Pisanie, komponowanie, wszystko to, co określa się mianem sztuki, to bardzo dziwna praca. Polega na narcystycznym koncentrowaniu się na sobie i na swoich emocjach. Równocześnie sztuka to dawanie, czyli wielka hojność, oczywiście jeśli nie piszesz do szuflady. Występowanie na scenie to dzielenie się z innymi tym, co najważniejsze, najbardziej wartościowe w nas samych. A wszystko co możemy dać, to tylko piosenka – mieszanina wibracji głosu, dźwięków instrumentów i słów. Z jednej strony znaczące tak mało i tak wiele równocześnie. Ale dla artysty jego sztuka to nieustanne dowodzenie sobie o swoim istnieniu. Śpiewanie to dla mnie bycie częścią tego, co mnie otacza. Proces tworzenia wiąże się z wielką samotnością. Jesteś tylko ty, ktoś kto zna ciebie najlepiej na świecie i twój głos.

Czy nie odnosisz takiego wrażenia, że w dzisiejszym świecie, w którym życie toczy się na social mediach, samotność staje się epidemią – ludzie przestają ze sobą rozmawiać, słuchać siebie nawzajem, a nawet słuchać samych siebie.

Rodzimy się samotni i umieramy samotnie – jesteśmy skazani na samotność dlatego ciągle powtarzam: „bądź dla siebie najlepszym przyjacielem”. Jeśli nie słyszysz własnego głosu, to twoje życie przecieknie ci między palcami. Jeśli uciekasz od niego, stajesz się łatwym kąskiem manipulacji ludzi, którzy wmówią ci czegoś powinieneś pragnąć, co posiadać, oglądać, słuchać. Dzisiejszy świat rozkazuje nam: „biegnij, biegnij i nie zatrzymuj się, tylko nie zapomnij zrobić zdjęcia swojego śniadania w modnej knajpie”. To szaleństwo! Ciągle gdzieś biegniemy, jesteśmy nieustannie zmęczeni. Nasi dziadkowie, rodzice nie mieli pralek, zmywarek, o wiele więcej pracy, ale to nam wiecznie brakuje czasu. Nie potrafimy się na niczym skoncentrować i umyka nam to, co w życiu naprawdę ważne.

Chociaż w sieci odnaleźć można też wiele inspiracji. To podobno właśnie dzięki Instagramowi doszło do Twojej współpracy na nowym krążku m.in. z Cat Power. To prawda?

Tak, nie ukrywam, że bardzo lubię Instagram prowadzony na własnych warunkach. Dzięki niemu mogę się dzielić z innymi tym, co kocham, co mnie ostatnio zaskoczyło, swoimi słabościami, porannym selfie z trasy, na którym wyglądam kiepsko.(śmiech)

Nie znam wielu osób, które wrzucają takie selfie!(śmiech) Wystudiowane pozy, idealny make-up – żadnych słabości.

A czym tak naprawdę jest selfie? To wołanie o miłość i uwagę: „Proszę pokochaj mnie! Tak bardzo brakuje mi miłości”. To cichy płacz. Dla mnie zdjęcia na moim Instagramie są jak wiadomości w butelce. To listy o mnie, o tym co kocham, jak żyję, które wysyłam w świat. To jestem cała ja – szczera i prawdziwa. Inna niż ta, którą znasz z okładek magazynów. Nie rozumiem jak można mieć ludzi od prowadzenia własnego profilu, to jak mieć pośredników w twojej wizji świata. Ja najbardziej lubię siebie naturalną i na Instagramie mogę to pokazać – tak wyglądam przy porannej kawie, tak lubię układać włosy, tego słucham, to czytam. Bardzo podoba mi się Instagram Cat Power – to mieszanka jej refleksji na temat świata – taka sama jest w realu.

Z Cat Power łaczy Cię wielka wrażliwość. Aż dziwne, że dopiero teraz nagrałyście wspólny utwór.

Dziękuję, to wielki komplement. Zawsze podziwiałam Cat. Wszystko zaczęło się od dość zabawnej historii. Gdy po raz pierwszy spytałam ją czy zechciałaby nagrać ze mną jeden kawałek – odmówiła. Była akurat w trasie koncertowej. Sama wiem jak jest to męczące. Poza tym jest matką – co też świetnie rozumiem. Gdy pożaliłam się swojemu chłopakowi, powiedział: „ A wysłałaś jej tę piosenkę? Pozwól, by muzyka mówiła sama za siebie”. Wysłałam jeszcze raz mówiąc, że nie chcę się narzucać, ale może wysłuchasz?” Dostałam odpowiedź: „Zupełnie nie mam czasu, nie mam pojęcia jak to zrobię… ale musimy to zrobić. Już uwielbiam tę piosenkę!”. Na szczęście, bo nie miałam żadnego planu B. (śmiech)

Ludzie, miejsca, czas – wszystko wywiera na nas jakiś wpływ. Czy jest jakieś zdarzenie, koncert, spotkanie, które zmieniło coś w Twoim życiu?

Oczywiście, choć największy wpływ mają na mnie ludzie, których od długiego czasu nie ma już wśród żywych – to autorzy moich ukochanych książek. Moja biblioteczka jest pełna przyjaciół. Mam ich całą konstelację – Dorothy Parker, Joan Didion, Patti Smith. Eh, gdybym mogła się urodzić jeszcze raz, chciałabym być Nickiem Cavem albo Jimmym Pagem. To oni zmienili moje życie. (śmiech)

Widzę, że twoją inspiracją są w większości mężczyźni. Masz jakieś kobiece ikony?

Zachowuję balans. W Dzień Kobiet przypomniałam swoje ikony: Joan Didion, Sylvię Plath, Carson McCullers, Flannery O’Connor, Françoise Sagan, Maye Angelou, Maggie Nelson, Dorothy Parker, Mary Shelley and Agathe Christie. Wytworzyła się fajna dyskusja, każdy dodawał w komentarzu swoją ulubioną pisarkę. Kiki Smith, Louise Bourgeois – to dwie moje największe ikony, które nieustannie mnie ciekawią i ekscytują.

To same rewolucjonistki – charyzmatyczne, mądre i dojrzałe, ale z rockandrollową duszą.

Jestem przerażona kultem młodości. Gdy popatrzysz na Louise, której 90-letnia skóra przypomina bardziej pergamin, widzisz, te wszystkie doświadczenia, które ma za sobą i wiesz, że jej życie to musiała być naprawdę świetna zabawa.(śmiech) Kogo obchodzi bycie sexi, gdy można być kimś takim jak Louise? Nie chcę, żeby moje życie kręciło się tylko wokół tego, czy faceci, obrócą się za mną na ulicy.

Dzięki Bogu, że to mówisz!

Przysięgłam sobie, że nawet, gdy odejdzie moja młodość i uroda, chcę mieć coś tak trwałego i ważnego. Wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie brakuje nam takich wzorów. Aktorstwo, modeling kreuje bardzo trudny świat dla kobiet. Ludzie otwierają magazyny, chodzą do kina, żeby móc marzyć. Ja wolę pielęgnować umysł i swoje serce. Nie wybrałam swoich genów, ale robię tatuaże, układam włosy w ulubiony sposób, książki jakie czytam, to już mój wybór. Chcę przeżyć życie tak, żeby móc powiedzieć sobie, że naprawdę świetnie się w nim bawiłam.(śmiech)

To już drugi raz, gdy podbijasz moje serce tym, co mówisz o kobietach i dla kobiet. Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy powiedziałaś, że kochasz niezdary, nieudaczników, a jedyne czego nienawidzisz to perfekcja.

Tak! Ale co zabawne, to to, że w tym, co robię jestem perfekcjonistką. Jednocześnie wyznaję japońską sztukę życia – pozwalam rzeczom się po prostu dziać, taki kontrolowany brak kontroli. Robię, co mogę. Staram się dać jak najwięcej z siebie. I to zawsze będę ja – nie maszyna, nie napompowany produkt, i na pewno nigdy perfekcyjna. Jeśli coś jest pewne, przewidywalne, wtórne i bezpieczne, to to mnie nie interesuje. Interesujące jest tylko to, co ryzykowne.

W singlu „Burn” promującym nowy album śpiewasz, że pociąga Cię ogień. Nie boisz się sparzyć?

Boję się wielu rzeczy, ale lubię pokonywać lęk. Ludzie nieustraszeni, nie muszą próbować, bo wiedzą, że dadzą sobie radę. Tacy jak ja muszą się ciągle próbować, mierzyć ze swoim strachem. I to jest niezwykle ekscytujące. Przed każdym wyjściem na scenę myślę: „po co ja to robię?”. Drżę ze strachu, moje ciało wariuje ze stresu, ale to jak z dziećmi, które boją się psów, a jednak ciągle na nie zerkają i podchodzą bliżej i bliżej.(śmiech) Ja widzę płomień, boję się oparzyć, a jednak podchodzę coraz bliżej.

To niesamowite, że nadal odczuwasz tremę, przed wejściem na scenę. A gdzie, kiedy czujesz się naprawdę dobrze?

O to samo niedawno zapytał mnie mój chłopak. Ja naprawdę zupełnie nie przejmuję się tym, co myślą o mnie inni. Za to potwornie przejmuję się tym, co myślę sama o sobie. Dlatego codziennie nad sobą pracuję, codziennie czytam. Nie lubię dróg na skróty. O wiele łatwiej byłoby przesiedzieć kilka godzin przed TV albo pójść do kina na X-Men 3 zamiast obejrzeć film Tarkowskiego. Wiadomo, jesteśmy przemęczeni, nie zawsze przychodzi to z łatwością, ale trzeba się zmusić do intelektualnego wysiłku. Wzięcie gitary do ręki, to nie tylko przyjemność, to też praca, nauka. Wszystko co robię, chcę robić jak najlepiej – dla siebie. Nie umiałabym podać swoim gościom dania, w które nie wsadziłam całego serca – prędzej bym umarła. Tak samo mam, gdy widzę wieloletnich palaczy, którzy byle jak zwijają swoje papierosy. To mnie zawsze zastanawia dlaczego ludzie nie marzą, nie wymyślają siebie. Jako dziecko obiecałam sobie zostać intelektualistką, ubierałam się jak ulubieni poeci, zawsze z książką pod ręką. Wszystko zaczyna się od tego, że chcesz być cool, ale od Ciebie zależy co dalej z tym zrobisz. Obserwuję ludzi, którzy tracą kontrolę nad swoim życiem. Nikt nie przykleił nas do kanapy, by przez 12 godzin oglądać telewizję. Trzeba ciągle poddawać siebie próbom, wyzwaniom. Wtedy gdziekolwiek się nie wybierzesz, będziesz czuła się jak u siebie, bo to będzie twój wybór. Obserwuję swoich znajomych, którzy mówią mi, że są nieustannie wykończeni. Jak mogą nie być jeśli atakuje ich milion bodźców – alerty na Facebooku, głupie filmiki na YouTubie, scrollowane pieski na Instagramie – stajemy się emocjonalnie wydrążeni. Często zakładam słuchawki i słucham ciszy – to ona pozwala mi zachować czysty umysł. Gdy znajomi piszą mi, że spóźnią się 10 min cieszę się, że dostaje czas na pisanie lub na książkę. Nigdy nie staniesz się ofiarą, jeśli taką drogę sobie wybierzesz.

Ostatnie pytanie będzie najbardziej cliché – pewnie nie raz byłaś pytana o to jak wyglądało Twoje dorastanie w tak znanej, artystycznej rodzinie, bycie dzieckiem ikony lat 60. Jane Birkin?

Było rzeczywiście wyjątkowe. Lata 80. to była szalona epoka, choć niekoniecznie dla dziecka. To, co wtedy się działo byłoby dziś zupełnie niedopuszczalne. Zdarzało się, że byłam przenoszona w bagażu, zapominana w klubie, przekazywana pod opiekę taksówkarzy – dziś myślę: „Wow! Jak to możliwe, że przetrwałam” (śmiech). To było szaleństwo, ale z drugiej strony, to było niesamowite, że mogłam być blisko tak wielkich ludzi jak np. Nathalie Sarraute, Michel Piccoli, którzy bywali w naszym domu – nie celebryci, ale prawdziwi artyści. To nie był świat dla dziecka, szybko musiałam dorosnąć. Każdy artysta jest egoistyczny, a ja potrafiłam chodzić krok w krok za kimś, kto nawet nie pomyślał, żeby odwrócić się i sprawdzić czy ciągle tam jestem. (śmiech) Trzeba było się pilnować, żeby nie być gdzieś zapomnianą, pozostawioną w pokoju hotelowym. Szybko uświadomiłam sobie, że ci wszyscy dorośli wokół mnie są bardziej dziećmi niż ja. Miałam może 5-6 lat, gdy bardzo chciałam porozmawiać z Dirkiem Bogardem. Szybko mnie spławił czymś w stylu: „ Dziecko, idź się pobawić gdzie indziej”, myślałam, że umrę ze wstydu i złości. Poskarżyłam się mamie, na co ona usprawiedliwiła go, że to dlatego, że nienawidzi dzieci. I wiesz co wtedy zrobiłam? Od tego czasu chodziłam za nim krok w krok, wszędzie tam gdzie on. Byliśmy chyba dość zabawnym duetem. On – nienawidzący dzieci i ja – zadziorny dzieciak. Mogłabym chyba nawet zaryzykować stwierdzeniem, że się polubiliśmy. (śmiech)

Lou Doillon wystąpi 19.05 w Krakowie w Klubie Studio i 20.05 w Warszawie w Proximie.