fbpx

Alice Walker: Castro, feminizm i kwiatki

Jestem pogańską buddystką wychowywaną na chrześcijankę – mówi o sobie Alice Walker, aktywistka i pisarka, pierwsza Afro-amerykanka z Nagrodą Pulitzera.
W swoim domu w Berkeley (Kalifornia) Walker zaprojektowała specjalny pokój medytacyjny. Obok posągu Pięknego Buddy i portretu Billie Holiday ustawiła w nim też zdjęcie Fidela Castro z jedną z jej książek w ręce. Fidel Castro, to mój przyjaciel. To przyjaciel wszystkich biednych i chcących zmienić sytuację, w której bogaci posiadają tak wiele, a reszta tak mało mówi pisarka o przywódcy, z którym spotkała się dwukrotnie. To dopiero początek jej niepopularnych poglądów.

Ani dziecka więcej

Jest jeszcze bardziej bezkompromisowa niż Arundhati Roy. Swój ostatni zbiór esejów Walker musiała w związku z tym wydać w publikującym non-profit wydawnictwie New Press. W swoich tekstach twierdzi m.in., że na świat nie powinno przyjść już ani jedno dziecko więcej dopóki pewne warunki nie zostaną spełnione, przede wszystkim aż „kilka zaginionych kilogramów plutonu nie zostanie odnalezionych”.

W przeddzień rozpoczęcia amerykańskich działań wojennych w Iraku, Walker i 20 innych kobiet zostało aresztowanych po przekroczeniu policyjnej linii przed Białym Domem. Byłam tam z osobami, które wierzyły, że kobiety i dzieci Iraku są nam tak samo drogie jak nasze własne rodziny. Bombardowanie ich byłoby więc bombardowaniem nas samych tłumaczyła później. W innym wywiadzie nazwała USA i Izrael organizacjami terrorystycznymi, bo sprawiają, że strach przed nimi czyni ludzi okaleczonymi psychicznie na całe życia”.

Czekając na KKK

Sprzeciw Walker miała w genach. Jej ojciec był prawdopodobnie pierwszym czarnym mężczyzną, który skorzystał z prawa wyborczego w swoim okręgu. W szczególnie rasistowskiej Georgii był to wyczyn podwójny. Młoda Alice wychowywała się w trudnych warunkach, ale edukacja – w którą tak wierzyli jej rodzice – pozwoliła jej się wybić. Na studiach poznała m.in. Martina Luthera Kinga i zainspirowana wróciła na Południe.

Przed powrotem, zdążyła jednak jeszcze złamać społeczne tabu: pobrać się z białym żydowskim prawnikiem. Małżeństwa między przedstawicielami różnych ras nie były wtedy zalegalizowane (sic!) w Missisipi, gdzie Walker i jej mąż przenieśli się niedługo później z Nowego Jorku. Jako „pierwsza taka legalnie zaślubiona” para w tym stanie musieli znosić ciągłe groźby ze strony Ku Klux Klanu. Tatuś siadał czasami na ganku ze swoją strzelbą i psem, czekając na Klan wspominała po latach ich córka, Rebecca.

Kolor sławy

Te i inne doświadczenia stoją oczywiście u podstaw dorobku literackiego Alice Walker. Na czele wysuwa się zdecydowanie jedna książka, sprzedana w ponad 5 milionach kopii, przetłumaczona na 25 języków, zamieniona w film przez Stevena Spielberga (zysk 100 milionów dolarów) i musical, który wyprodukować postanowiła Oprah Winfrey. Książka, która dała Walker Nagrodę Pulitzera i pozwala jej – mimo słabszych ostatnich czasów – pozostać ważną postacią w literackim świecie całe 30 lat po jej publikacji.

Mowa oczywiście o „Kolorze Purpury”, którego pierwsza strona szokowała dawniej tak bardzo, że wielu (włącznie z matką pisarki) nie było w stanie czytać dalej. W liście do Boga, nie potrafiąca jeszcze poprawnie pisać czarna dziewczynka opowiada tam o tym, jak gwałcił ją jej ojczym i o dwóch ciążach, w które zaszła. Walker opisuje rzeczywistość z perspektywy osoby zupełnie pasywnej, nie chcącej podejmować walki z pełnym okrucieństwa światem zdominowanym przez mężczyzn. „Moja siostra walczyła, uciekła i co jej z tego przyszło? Jest martwa” – mówi Celia, narratorka powieści.

Najczęstszy zarzut pod adresem autorki „Koloru…”, to jej rzekoma nienawiść do czarnych mężczyzn, czemu Walker zawsze zaprzecza. Jej zdaniem, to tak naprawdę powieść o poszukiwaniu radości i miłości. A także o pokoleniowych konsekwencjach niewolnictwa. Ludzie zachowują się jakby 400 lat dominacji i zniewolenia ze strony białych mężczyzn nie pozostawiło śladu na ich ofiarach. Jakby całe to złe zachowanie pojawiło się znikąd w czarnych mężczyznach. To niedorzeczne zdaje się popierać też tę tezę autorka.

Jedność z naturą

W Polsce cierpimy niestety na niedobór tłumaczeń innych jej dzieł. Tracimy przez to tomiki poezji i eseje Walker, a także świetną, zabawniej napisaną (ale traktującą o poważnych problemach) powieść „Meridian” o perypetiach młodej idealistki walczącej o zniesienie segregacji rasowej. Łakomym kąskiem dla polskich wydawców mogą okazać się dopiero wspomnienia pisarki (gdzie ma opisać m.in. swój romans z 20 lat młodszą od siebie piosenkarką Tracy Chapman), które ta planuje pewnego dnia wydać.

W ostatniej dekadzie Walker zamiast pisania stawiała raczej na czas dla siebie. Ma już blisko 70 lat, ale w niedawnym wywiadzie dziennikarka opisała ją jako „mieszankę naturalnej władzy, ciepła i inteligencji – szokująco seksowną i wyglądającą na 35 lat”. Uwielbia spędzać czas w swoim ogrodzie i na łonie natury – jej afirmacja urosła dla niej do rangi jedynej słusznej religii. Czerpię inspirację z natury, z istnienia; uważam, że żyjemy w absolutnie fascynującym, niekończącym się cudzie, wystarczy przyjrzeć się drzewom, kwiatom, wszystkiemu co dzieje się dookoła – mówi Walker.

To ten cud zastąpił dla niej chodzenie do kościoła. – Natura była o wiele bardziej atrakcyjna, otwarta i tajemnicza. Od 12 roku życia, gdy moi rodzice wychodzili na mszę, ja zaczynałam swoją niedzielę, siedząc na drzewie, patrząc w chmury… próbując zrozumieć naszą jedność z tym wszystkim – dodaje.