Zbrodniarz, Karin Slaughter – wywiad z autorką

Karin_Slaughter
fot. Piotr Herzog dla empik

Karin Slaughter jest autorką kilkunastu bestsellerowych powieści kryminalnych o amerykańskim Południu. W związku z promocją książki „Zbrodniarz”, która właśnie ukazała się nakładem Fabryki sensacji, autorka przyjechała do Polski. O społecznych wątkach w swoich powieściach, przywiązaniu do Atlanty i planach literackich mówiła w wywiadzie dla Zwierciadlo.pl.


karin-slaughter-zbrodniarz-criminal-cover-okladka
Grupa Wydawnicza Foksal

Akcja „Zbrodniarza” częściowo rozgrywa się w latach 70. Obraz policji, który się z niej wyłania (zwłaszcza policjantek), jest zupełnie inny niż to, co znamy z dzisiejszych filmów o superagentach i superagentkach.

Dzięki Bogu (śmiech). W trakcie przygotowywania tej powieści rozmawiałam z policjantkami, które wtedy zaczynały karierę, i wiele historii, które od nich usłyszałam, znalazło się w książce. Przygotowanie do napisania książki było wielkim wyzwaniem i bardzo interesującym etapem pracy. Usłyszałam mnóstwo niezwykłych opowieści. Niektóre z nich były na tyle drastyczne i szokujące, że nie umieściłam ich w książce, na przykład historia policjantki, która została prawie zgwałcona przez swojego przełożonego.

40 lat to zarazem blisko i daleko. Wiele osób dobrze pamięta tamte czasy. Czy zdarzyło się pani słyszeć krytykę od tych, którzy inaczej zapamiętali rzeczywistość sprzed lat?

O, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie krytykował (śmiech). Natomiast wiele kobiet powiedziało mi, że już zdążyły zapomnieć, jak strasznie było w latach 60. i 70., jak źle kobiety były traktowane i jak nikt nie chciał ich słuchać. Dobrze pokazane jest to w filmie „Serpico”. (USA, 1973, reż. Sidney Lumeta; Al Pacino gra nowojorskiego policjanta Franka Serpico, który jako pierwszy w historii przeciwstawia się korupcji we własnym środowisku – red). W ciągu 40 lat dużo się zmieniło, ale wiele rzeczy jest nadal aktualnych. W moich rozmowach z policjantkami pojawiał się cały czas wątek seksizmu. Wciąż wielu mężczyzn w tym zmaskulinizowanym środowisku oczekuje, że ich koleżanki będą parzyć kawę albo zajmować się papierkową robotą. Oczywiście jest lepiej, ale pewne postawy, deprecjonowanie kobiet, są nadal widoczne. W wydziałach zabójstw albo na stanowiskach kierowniczych dominują mężczyźni. W Atlancie, co prawda, kobieta była już szefową policji, ale na przykład w Nowym Jorku jeszcze nigdy się to nie zdarzyło.

Podobnie jest w polityce. Gdybym pisała o aktualnej sytuacji w tak ostry sposób, prawdopodobnie spotkałabym się z dużą krytyką. Umieściłam akcję w latach 70., więc uchodzi mi to na sucho.

W powieści jest scena, w której dwie policjantki chcą zobaczyć ciało, ponieważ podejrzewają, że to dziewczyna, z którą się wcześniej spotkały. Detektywi z wydziału nie chcą na to pozwolić i jeden z nich wkłada koleżance latarkę pod spódnicę i mówi: „jeśli nie chcesz, żebym to naprawdę zrobił, idźcie stąd”. Taki atak agresji właśnie ze strony kolegów bardzo mnie poruszył.

Chciałam, żeby ten obraz był bardzo dobitny. Dlatego też bohaterką sceny jest Evelyn, słabsza z policjantek. Agresywny kolega redukuje ją do tego, co kobieta ma między nogami. To spory problem w środowisku mundurowym do dziś. Podobna sytuacja panuje w wojsku. Niedawno był dosyć głośny skandal związany z molestowaniem. Z tego, co wiem, tylko w zeszłym roku zdarzyło się około 26 tysięcy przypadków, z czego do sądu trafiło jedynie około 500. Znamienna jest reakcja opinii publicznej. Pojawiają się głosy, że „przecież te panie chyba wiedziały, na co się piszą, armia nie jest dobrym miejscem dla kobiet. Jeśli chciały spokoju, to mogły zostać w domu i piec ciasteczka”.

Pani książki są bardzo społeczne. Czy jako pisarka czuje się pani zobowiązana, żeby angażować się w różne sprawy publiczne?

Zdecydowanie tak! Powieść kryminalna ma zresztą długą historię, jeśli chodzi o poruszanie kwestii społecznych. Głównie przez pryzmat przemocy. Dla mnie osobiście to złożony problem. Nurtuje mnie pytanie, co takiego przemoc robi z ludźmi, a zwłaszcza co robi z policjantami. To, w jaki sposób mój bohater, Will Trent, określa sam siebie jako mężczyznę, i jak buduje relacje z innymi ludźmi, jest naznaczone przemocą, z którą spotyka się na co dzień w pracy. Właśnie docieranie do treści, dzięki którym można analizować kondycję ludzką, jest dla mnie treścią pisania.

Will Trent pojawia się w kilku powieściach. W jego przypadku zachowania agresywne mogą się wydawać bardziej uzasadnione, ponieważ był w domu dziecka i sam wielokrotnie padł ofiarą przemocy. Po co była pani potrzebna postać, która jest niejako skazana na bycie gwałtownym?
Will Trent wydaje się być takim klasycznym przykładem ofiary ze względu na swoją osobistą historię. Ale jego bliski kontakt z przemocą pozwala mu też lepiej rozumieć naturę zbrodni. W USA ok. 65-70 procent osieroconych dzieci, które przechodzą przez system opieki społecznej, ma kłopoty z prawem. Will także miał takie problemy, ale na szczęście ktoś mu pomógł, a i on sam miał silną wolę, więc udało mu się wyjść na prostą. Ostatecznie jest dobrą postacią. W swoich książkach pokazuję wielu zbrodniarzy i negatywnych bohaterów męskich, a w ten sposób chciałam pokazać pozytywną, wrażliwą postać. Will jest przeciwwagą dla tych wszystkich okropieństw, które pojawiają się obok. Nie chciałam, żeby z moich książek wyłaniał się obraz mężczyzn jako potworów, ponieważ niektórzy są fantastyczni. Taką postacią jest Will Trent i mam nadzieję, że widać to też w jego relacji z Sarą.

Czy ma pani pomysł na jego przyszłość, czy on się po prostu pojawia?

Zdecydowanie tak! Zawsze myślę o następnych 3-4 powieściach i mam dużo pomysłów na dalsze losy Willa Trenta. Pojawi się w kolejnej (po „Unseen”, której premiera w USA już w czerwcu – red.) książce, której akcja także będzie się rozgrywać w latach 70. w Atlancie, ale już z udziałem innych bohaterów.

„The Washington Post” nazywa panią jedną z najlepszych autorek kryminałów w Stanach Zjednoczonych. Jak się pani z tym czuje?

Jestem tym nieco zdziwiona. Samo pisanie jest dla mnie na tyle prywatną czynnością, że nie myślę o recenzjach ani o przyszłym odbiorze książek. Ale oczywiście jestem bardzo wdzięczna czytelnikom za uwagę i za pochwały! Takie uwagi bardzo mi schlebiają, ale budzą też pewną nerwowość we mnie: zaczynam rozmyślać nad tym, czy następna książka będzie równie dobra.

Jest pani bardzo popularna także poza USA. Na ile dziwi panią sukces sprzedaży w takich miejscach, jak Holandia, Polska czy Wielka Brytania?

Faktycznie jest to zaskakujące. Amerykanie wydają się być z natury wyspiarzami, trochę się izolują, niewiele myślą o innych krajach. Byłam więc zdziwiona zainteresowaniem wydaniami za granicą. Moja twórczość została już przełożona na ponad 30 języków. To jest niesamowite! Plusem jest to, że mogę dużo podróżować i poznawać ludzi, których inaczej bym nie spotkała nawet przez milion lat. Przeciętny Amerykanin nie myśli o podróży do Polski, wybrałby raczej Karaiby albo Wielką Brytanię, i jeździ ciągle w to samo miejsce. Przyjazd do Polski jest więc dla mnie darem. Poza tym, podróżując przy okazji promocji książek, mogę też obserwować, jak działają rynki wydawnicze. Wydawanie książek sprowadza się do podobnych rzeczy, ale jednak w każdym kraju wygląda to odrobinę inaczej.

Mówi pani o możliwości podróżowania jako o darze. Zwracam na to uwagę, ponieważ w powieści pojawia się „apostoł”, który chciałby w chory, co prawda, sposób pomóc dziewczynom. Czy jest to jakiś religijny kontekst?

Osobiście nie jestem religijna, ale w Stanach Zjednoczonych religia ma duże znaczenie, zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzie scala społeczność. Sama pochodzę z takiej mieściny i dlatego bardzo dobrze rozumiem ten język, i jestem go głęboko świadoma. Ameryka była przyzwyczajona do bycia monolitem religijnym. Dziś jest inaczej, ale mimo wszystko religia wydaje mi się językiem uniwersalnym. Oczywiście religią można usprawiedliwiać i rzeczy dobre, i bardzo złe, jak na przykład terroryzm, który posługuje się retoryką religijną. W jednej ze swoich książek o Hrabstwie Grant umieściłam postać bardzo religijną, która stara się przełożyć swój światopogląd na czynienie dobra i pomaganie ludziom. W ten sposób chcę zrównoważyć obraz religijności wyzyskiwanej w zbrodniczy sposób.

Jest pani promotorką inicjatywy „Save the libraries” (ocalić biblioteki). W Polsce mamy wiele akcji wspierających czytelnictwo. Czy pani projekt także na tym polega, czy chodzi o biblioteki jako o miejsce o większym znaczeniu społecznym?

Obie te kwestie się łączą. Dla mnie jednak to przede wszystkim kwestia bezpieczeństwa narodowego. Obniżenie poziomu czytelnictwa to duże zagrożenia dla państwa. Wystarczy przypomnieć, że wszyscy dyktatorzy, tacy jaki Stalin, Hitler, ograniczali dostęp do książek i do wymiany myśli. A według mnie właśnie literatura i wymiana myśli definiuje dane państwo. Poza tym, jeśli ktoś czyta, jest bardziej wykształcony. Badania pokazują, że dzieci, które dużo czytają, mają bardziej sprawny umysł, co wykazuje nawet odpowiednia aparatura. Naukowcy zauważają, że bez czytania pewne części umysłu jakby więdną. Ale aspekt społeczności także jest ważny – biblioteka to takie miejsce, do którego można iść niezależnie od statusu społecznego, wypożyczyć książkę, po prostu czuć się częścią lokalności.

Czy dla pani książka to tylko forma papierowa, czy też e-book?

Z punktu widzenia finansowego, dla mnie jako autorki, nie ma znaczenia, czy tytuł pojawia się w wydaniu papierowym czy cyfrowym. Jako czytelniczka wolę tradycyjną książkę, ale w podróży doceniam wersję elektroniczną. E-booki postrzegam jako kolejny sposób na dostęp do książki, nową platformę. Nie możemy zatrzymać rozwoju technologii. Gdyby ludzie przestali czytać, to byłby problem. Ale jeśli ludzie czytają więcej, to świetnie!

Cały czas mieszka pani w Atlancie. Czy zastanawiała się pani kiedyś nad przeprowadzką?

Nie! Nie wyobrażam sobie wyjazdu. Kocham Atlantę, kocham Południe, tam mieszka moja rodzina. To ważna część mojej tożsamości i nie mogłabym pisać o tym świecie, żyjąc gdzie indziej.

Jakie miała pani wyobrażenie o Polsce przed przyjazdem?

Kojarzyłam Polskę z czołgami i budynkami fabrycznymi, a Warszawa jest bardzo ładnym miastem, ciekawą mieszanką architektoniczną. Moja wizja Polski jest ukształtowana przez powieści o II wojnie światowej. I tak jak Polak mógłby się czuć rozczarowany, że w Atlancie nie spotka Scarlett O’Hary, tak ja mogę być zawiedziona, że ani nikt nie będzie chciał mnie ukłuć zatrutym szpikulcem od parasola, ani nie będę przekazywać zaszyfrowanych wiadomości.

I na zakończenie: czy lubi pani pisać? Czy wyobraża pani sobie robienie czegoś innego?

Jestem bardzo oddana pisarstwu. Oczywiście mogłabym robić inne rzeczy, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym przestać pisać. Wydaje mi się, że jest trochę tak, że to pisanie wybiera nas, a nie na odwrót. Ja więc czuję się poniekąd wybrana przez pisanie i muszę to robić. Viktor Frankl, który w czasie II wojny światowej przebywał w obozie koncentracyjnym, obserwował swoich współwięźniów i zauważył bardzo ciekawą rzecz – przeżyli ci, którzy potrafili wykrzesać trochę znaczenia, którzy potrafili mówić „kiedy to się wszystko skończy, napiszę o tym książkę, opowiem jak było”, „kiedy to się wszystko skończy, narysuję, pokażę, jak to wyglądało”. Pielęgnowali pomysł na to, co dalej, jak już się przeżyło. Poniekąd podobnie postrzegam siebie – pisanie nadaje sens mojemu życiu i bez niego bym chyba ten sens utraciła.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze