W podróży, Sandor Márai – Melancholia doskonała

 

Niewiele rzeczy warto robić zamiast czytania Sandora Maraiego. Zatem cokolwiek robisz, przerwij. (Nie dotyczy wiadomo czego). Do księgarni trafiła książka Máraiego, której lekturę musisz wpisać na listę priorytetów.
Pisząc, że lektura jest konieczna, uprzedzę jednocześnie, że „W podróży“ to rzecz kompletnie nieprzydatna w zasadzie do niczego poza czerpaniem przyjemności. W latach 20. i 30. Sandor Márai objechał spory kawałek Europy, spisując wrażenia z drogi. W tomie wydawca zebrał kilkadziesiąt tekstów. Niektóre mają ledwie pół stroniczki. Bywają zabawne, celne, poetyckie, melancholijne. Nie bywają natomiast reporterskie. Nie jest to literatura podróżnicza. Nie ma już świata opisanego przez Máraiego, nie ma tych ludzi i w zasadzie nie ma tych miast. Do tego Márai opisuje zdarzenia i ludzi przypadkowych, a nie ważnych. Nie dowiesz się niczego o historii odwiedzanych miejsc. Daleko tej książce do tradycyjnych opowieści podróżników, wywołujących wrażenie, że dzięki nim lepiej rozumiemy świat i ludzi. Zaryzykowałbym twierdzenie, że choć to książka o podróży, nikt nie dowie się z niej niczego o świecie. Poza światem w głowie Sandora Máraiego, rzecz jasna. Jedyna wartość „W podróży“ siedzi zatem w tym, co w nas wzbudzi lektura. We mnie wywołała wrażenie, że wszystko co robię muszę skończyć jak najszybciej, żeby móc do niej wrócić.

Márai jest mistrzem słowa i gigantem obserwacji takiego kalibru, że rewelacyjne pasaże sprawiają wrażenie tworzonych bez wysiłku. (Przypomina się Gombrowicz, który stwierdził, że najtrudniejsza do osiągnięcia jest łatwość). Miewa akapity, które życzyłbym sobie czytać regularnie do końca życia. Od tygodni nie czytałem nic porównywalnego do wyjaśnienia, dlaczego Paryżanie nie zwracają uwagi na celebrytów, czy do pozornie prostego opisu śmierci staruszka grającego z kolegą w szachy (oba w tekście „List z Paryża“). To są teksty, które w dwóch-trzech zdaniach walą w głowę z siłą rażenia czystego spirytusu.

Skąd ta siła? To jasne, że Márai pisze pięknie (do tego tłumaczenie Teresy Worowskiej to absolutne mistrzostwo świata – walę czołem o ziemię z impetem). Ale jest w tej książce coś między wierszami. Márai zawsze wywołuje wrażenie człowieka gotowego na koniec cywilizacji, ze zrozumieniem kiwającego głową w obliczu oczywistej katastrofy. Życie zresztą nie próbowało go przekonać, że może być inaczej: druga wojna, prześladowanie przez władzę, wreszcie przymusowa emigracja do końca życia, przerwanego po hemingwayowsku w 1989 roku.

Tutaj wrażenie schyłku jest jeszcze mocniejsze, co jest oczywiste, skoro teksty pochodzą głównie z dwudziestolecia międzywojennego. Ale nie chodzi tylko o schyłek. U Máraiego jest coś jeszcze: wrażenie, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej. „W podróży“ jest jak zapis obserwacji człowieka wysuszonego. Márai nie popada w desperację ani w depresję. Nie rozpacza. Bliżej mu do spokojnej akceptacji, do jakiejś idealnej melancholii. Pogodził się z tym, że inni żyją pełniej. Zresztą wystarczy spojrzeć na kapitalne zdjęcie na wewnętrznej okładce książki. W jednym wyrazie twarzy ujmuje wszystko, o czym próbuję tu napisać.

No właśnie, „próbuję napisać“ to adekwatne określenie. Nie ma sensu opisywać wrażeń z lektury Máraiego, bo to zabiera czas, który można by przeznaczyć na lekturę samego Máraiego. A skoro niewiele rzeczy warto robić zamiast czytania go, to po prostu wracam do książki.