Nasze mózgi to maszyny do przewidywania przyszłości. Siedzą sobie za oczami i po cichu pracują bez wytchnienia, zbierając informacje z otoczenia oraz zgadując, co może się wydarzyć. I bardzo dobrze: dzięki temu możemy szybciej podejmować decyzje i przystosowywać się do zmieniającego się otoczenia. Pamiętacie film Cast Away – poza światem z Tomem Hanksem? Na początku Hanks nie może złowić dzidą ani jednej ryby, ale z czasem odnosi sukces. Bohater obserwuje rybę z góry dopóty, dopóki jego mózg nie nauczy się jej wzorców reakcji, co pozwala lepiej przewidzieć jej kolejny ruch i ostatecznie sprawia, że rozbitek może przeszyć ją dzidą. Taki sam proces zachodzi we wszystkich obszarach życia: nasz mózg stale dostosowuje się do świata wokół nas i aktualizuje system przewidywania, dzięki czemu rzadziej się myli.
Normalnie ułatwia nam to życie. Ale co się dzieje z naszymi przewidywaniami w świecie, gdzie kontakty społeczne są coraz rzadsze? Ludzkość, chcąc nie chcąc, zdaje się pogrążać coraz bardziej w izolacji. Częściej skrolujemy media społecznościowe, niż bierzemy telefon, żeby zadzwonić do przyjaciół i znajomych. Zamiast pogadać ze sprzedawcą w spożywczaku pod domem, robimy zakupy przez aplikację. Zamawiamy jedzenie na wynos w internecie, chociaż moglibyśmy usiąść przy stoliku i zapytać kelnera o danie dnia. Nawet typową pracę na etacie można teraz wykonywać z domu, leżąc w łóżku przy komputerze bez żadnego kontaktu z drugim człowiekiem. Te zmiany zachodziły powoli, krok po kroku, niemal niepostrzeżenie całymi latami.
Sądzę, że na skutek tego nasze mózgi stopniowo obniżyły oczekiwania względem kontaktów społecznych. Nie wiem, jak wy, ale mnie już nie szokuje, kiedy gdzieś dzwonię i odbiera automat. Szczerze mówiąc, bardziej mnie dziwi, gdy słyszę głos prawdziwego człowieka. Mój mózg przystosował się do zmian na świecie i odpowiednio zaktualizował system przewidywania – teraz spodziewa się rozmowy z maszyną, a nie z żywym pracownikiem. Ten przykład jak w soczewce pokazuje to, co dzieje się w całym społeczeństwie. Niepostrzeżenie nasze mózgi adaptują się do świata, w którym mamy mniej kontaktów międzyludzkich.
Sytuację pogorszył dramatycznie rok 2020, kiedy to nasze życie towarzyskie skurczyło się i zasuszyło jak stare jabłko. Pandemia COVID-19 była jednym z tych wydarzeń w historii ludzkości, które w bodaj największym stopniu odgrodziły nas od siebie. Z dnia na dzień miliardy ludzi zostały zepchnięte w mroczne odmęty izolacji. Kiedy siedzieliśmy zamknięci w pułapce czterech ścian, napłynęły skłębione obłoki osamotnienia, które rzuciły cień na nasze samopoczucie i spowiły nieodpartym poczuciem przygnębienia. Łatwo było nabrać przekonania, że od tego przygnębienia nie ma już ucieczki. Stopniowo zaczęliśmy wracać do naszego ukochanego świata, który – jak się okazało – drastycznie się zmienił. Kontaktom społecznym towarzyszyło poczucie lęku i niepewności, jako że spotykając się z inną osobą, mogliśmy wystawiać się na ryzyko zetknięcia z dziwną nową chorobą. Samo przebywanie w miejscach publicznych zaczęło wiązać się z zupełnie nowym rodzajem lęku. Odeszła nam ochota na pogawędki ze sprzedawcą w lokalnym sklepie mięsnym – i może lepiej, żeby w ogóle nie dotykał naszego jedzenia. Przystosowaliśmy się do pracowania, ćwiczenia, a nawet robienia zakupów z domu. W konsekwencji nasze mózgi zaadaptowały się do rzadszego widoku kolegów z pracy czy siłowni. Dla gatunku, który dysponuje uspołecznionym mózgiem, taki stan rzeczy jest zły – bardzo zły.
Te wszystkie przemiany społeczne skłoniły nasze mózgi do wygenerowania nowych przewidywań i sprawiły, że zaczęliśmy spodziewać się coraz rzadszych kontaktów z innymi ludźmi. W porządku. Ale samo to, że mózg obniżył oczekiwania, nie znaczy wcale, że jego potrzeby również się zmniejszyły. Dla porównania wyobraźmy sobie, co by było, gdyby podobne zmiany wpłynęły na nasze zwyczaje dotyczące nocnego wypoczynku i zaczęlibyśmy spać tylko od trzech do czterech godzin. Co działoby się dalej? Oczywiście dostosowalibyśmy się po prostu do tych nowych norm, zmienilibyśmy styl życia i pewnie pilibyśmy znacznie więcej kawy. Przywyklibyśmy do tego, że jesteśmy bardziej zmęczeni. Jednak psychologiczne przystosowanie do deprywacji snu nie znaczy, że nasz mózg nie potrzebowałby już pełnego ośmiogodzinnego wypoczynku do optymalnego działania. Czulibyśmy się bardziej nieszczęśliwi i groziłoby nam większe ryzyko różnych chorób (np. Alzheimera), ponieważ nie zaspokajalibyśmy podstawowych potrzeb naszego mózgu. Sądzę, że coś podobnego dzieje się teraz w sferze naszego życia społecznego. Podzielony świat skłania nas, żebyśmy zamykali się w sobie i oddalali od innych, przez co jesteśmy okradani ze społecznej stymulacji, która leży u podstaw naszego jestestwa. Ludzki mózg ma głęboką pierwotną potrzebę bycia z innymi, a w świecie posttowarzyskim jego prastare układy odpowiadające za życie społeczne pogrążają się w chaosie.
Przepaści między nami naprawdę się poszerzają – nie jest to tylko wrażenie. Szacuje się, że w 2021 roku Amerykanie spędzali z przyjaciółmi i znajomymi miesięcznie średnio o około 15 godzin mniej w porównaniu z rokiem 2013. Jednocześnie w tym samym okresie czas spędzony w pojedynkę wydłużył się o ponad 36 godzin. Według badania sondażowego z 2022 roku 58 procent dorosłych mieszkańców Stanów Zjednoczonych odczuwa samotność. W 1990 roku tylko 27 procent Amerykanów podawało, że ma trzech lub mniej bliskich przyjaciół. Do 2021 roku ten odsetek skoczył do 49 procent. Nie mówiąc już o tym, że naczelny lekarz Stanów Zjednoczonych ogłosił, że panuje epidemia samotności i izolacji. Tak. Naprawdę jest aż tak źle.
Ale powiedzmy sobie szczerze – czy to faktycznie ma znaczenie? Czy do szczęścia i zdrowia rzeczywiście potrzebujemy kontaktów z innymi? Jak bardzo interakcje towarzyskie wpływają na nasze samopoczucie?
Odpowiedzi na te pytania brzmią: „tak”, „tak” i „bardzo”. Dysponujemy licznymi wynikami badań, które wskazują, że interakcje mają ogromny wpływ na nasze mózgi. Żeby to dobrze wyjaśnić, zanim przejdziemy do fundamentów neurologicznych, musimy, o dziwo, najpierw zacząć od psychologii kontaktów towarzyskich. Pójdziemy tą samą ścieżką, jaka poprowadziła mnie w karierze akademickiej od psychologii do neuronauki, ponieważ okazuje się, że taka perspektywa pozwala najszybciej zbudować pełny obraz sytuacji. Zrozumienie psychologii w pierwszej kolejności daje podstawy, które później można uzupełnić (i wyjaśnić) za pomocą neuronauki. Dzięki temu zaczniecie pojmować swoje wzorce myślowe oraz skłonności nie tylko z punktu widzenia behawioralnego, ale również z perspektywy wnętrza mózgu na poziomie komórkowym. Prawdziwa magia dzieje się w interakcjach na styku psychologii i neuronauki. Gdy jesteśmy w stanie powiązać ludzkie działania z molekułami, nasza wiedza wykracza poza to, co na powierzchni, i sięga głęboko w nieznane światy neuronów, niedostrzegalne gołym okiem.
Odkąd my, ludzie, jesteśmy na świecie, poszukujemy odpowiedzi na pytanie: Co nas uszczęśliwia? Pieniądze? Sława? Szybki samochód? Wielkie mięśnie? Słoneczny dzień i zupa na wywarze z homara z warzywami duszonymi w brandy? A może coś tak prostego jak… relacje z innymi?
Dobrze, po tym wstępie nie będzie chyba niespodzianką, gdy za chwilę powiem wam, że interakcje towarzyskie są dla nas dobre. Ale to, jak silne jest ich działanie, jeśli chodzi o poprawę nastroju i samopoczucia, może was zaskoczyć. Najnowsze badania wskazują, że towarzyskość oraz wyrażanie wdzięczności to najbardziej skuteczne metody podnoszenia poczucia szczęścia. Biją na głowę nawet ćwiczenia fizyczne, medytację oraz spędzanie czasu na łonie natury. Ale jak to naprawdę wygląda w praktyce? Czy rzeczywiście czujemy się lepiej od razu po spotkaniu z drugą osobą?
Taki właśnie wniosek wyłania się z badań przeprowadzonych na Washington University w St. Louis. W ramach eksperymentu poproszono 250 studentów, by przez tydzień chodzili z założonym podsłuchem. Oczywiście nie chodziło o taki podsłuch jak z filmów policyjnych. Było to urządzenie nagrywające dźwięki, któremu badacze nadali sprytną nazwę Elektronicznie Aktywowany Rekorder – w skrócie E.A.R., czyli po angielsku „ucho”. Użyli go do nagrywania rozmów studentów oraz zbierania informacji na temat ich interakcji. No dobra – przyznaję – to był w zasadzie podsłuch.
Przez cały tydzień studenci cztery razy dziennie odnotowywali też poziom swojego poczucia szczęścia. Chodziło o to, by sprawdzić, w jaki sposób interakcje społeczne wpływają na ich nastrój. W sumie zebrano ponad 150 tysięcy 30-sekundowych nagrań dźwiękowych, które później najwięksi *szczęściarze* wśród asystentów naukowych musieli przesłuchać i ocenić. Pomyślmy o nich ciepło: to było w sumie prawie 53 pełnych dni materiału audio. I co takiego udało się ustalić?
Okazało się, że wszyscy studenci odczuwali poprawę nastroju w ciągu godziny od pogawędki z drugą osobą, a czuli się tym lepiej, im dłużej rozmawiali! Najwięcej szczęścia dawały interakcje z osobami, które znali i lubili – tu nie ma niespodzianki. Jednak najbardziej zaskakujące wnioski wyłoniły się z analizy treści nagrań (chwała Bogu, że odsłuchanie tych 53 dni nie poszło na marne). Największa poprawa nastroju u studentów związana była z tymi rozmowami, w których ujawnili więcej na swój temat. Moim zdaniem to chyba całkiem niezła zachęta, by otwierać się na innych i wykazywać mniejszą skrytość w interakcjach społecznych.
Wydaje się jasne, że ludzie czują się szczęśliwsi pod wpływem interakcji naturalnych, czyli takich, które są wynikiem naszego świadomego wyboru. A co z interakcjami, które nie mają charakteru naturalnych? Co, jeśli studenci byliby zmuszeni do spotkania z przypadkową osobą? Czy czerpaliby z tego równą przyjemność? To ważne pytanie, bo jeśli chcemy rozwiązać nasze problemy dotyczące kontaktów społecznych, być może trzeba będzie je jakoś zaaranżować. Czy takie nieorganiczne rozmowy też poprawiają nam nastrój? A może szkoda zachodu?
Na nasze szczęście dr Nicholas Epley z University of Chicago już dawno zainteresował się tym tematem. Zespół pod jego kierownictwem zajął się badaniami tego, co się dzieje, gdy jesteśmy zmuszeni do rozmowy z osobą nieznajomą. Muszę powiedzieć, że jestem wielkim fanem ich pracy, ponieważ ekipa dr. Epleya prowadzi eksperymenty w prawdziwym życiu. Dla przykładu, naukowcy poprosili Londyńczyków dojeżdżających do pracy pociągiem, żeby podczas podróży pogawędzili z przypadkowo spotkanym innym pasażerem lub pasażerką, by sprawdzić, jak taka rozmowa wpłynie na ich nastrój. Na koniec okazało się, że uczestnicy badania, którzy nawiązali kontakt z obcą osobą, ocenili swoją drogę do pracy ponad dwa razy lepiej niż osoby z grupy kontrolnej (+), które siedziały w milczeniu. Odnotowano taką samą prawidłowość jak w przypadku eksperymentu z udziałem studentów. Im dłużej trwały rozmowy, tym przyjemniej się jechało. Wiek, płeć lub kolor skóry osoby nieznajomej, z którą nawiązywano pogawędkę, nie miały znaczenia. Grupa badawcza wchodząca w interakcje społeczne za każdym razem była bardziej zadowolona z podróży.
Wygląda na to, że nawet interakcje, do których jesteśmy zmuszeni, mogą korzystnie wpłynąć na nasz nastrój. Dr Epley wykazał, że tak właśnie dzieje się w autobusach, taksówkach i poczekalniach. Miejsce jest tu nieistotne – ludzie najwyraźniej mają lepsze doświadczenia, kiedy rozmawiają z otaczającymi ich nieznajomymi.
Z badania z dziedziny psychologii wyłania się jeden wniosek: kontakty towarzyskie wprawiają ludzi w dobry humor. Nieważne, czy interakcje mają charakter organiczny (kiedy np. przypadkowo wpadamy na zakupach na znajomego) albo bardziej wymuszony (np. nawiązanie pogawędki z nieznajomym współpasażerem w pociągu lub autobusie). Wygląda na to, że kontakty z innymi zawsze poprawiają nam samopoczucie. Rzecz jasna, każde spotkanie może mieć inną wartość psychologiczną w zależności od jakości interakcji oraz osoby, z którą się widzimy (bo np. rozmowa z przyjaciółmi poprawia nastrój najbardziej). Jednakże badania dowodzą, że nawet przelotne interakcje, takie jak podziękowanie kierowcy autobusu, z którego wysiadamy, sprawiają, że czujemy się lepiej. Niekiedy nawet kilka słów wymamrotanych w przelocie potrafi podnieść nas na duchu.
Z czasem stawianie takich nawyków społecznych na pierwszym miejscu może przynieść wielkie korzyści. Badania dowodzą, że osoby prowadzące bardziej towarzyski styl życia są szczęśliwsze. Nawet udawanie kogoś bardziej ekstrawertycznego może poprawiać samopoczucie. U studentów, których poproszono, by przez tydzień zachowywali się bardziej ekstrawertycznie (czyli mieli być bardziej „rozmowni, asertywni i spontaniczni”), a przez drugi – bardziej introwertycznie („rozważni, milczący i zachowujący rezerwę”), zaobserwowano w pierwszym okresie dużą poprawę, a w drugim mocne pogorszenie nastroju.
Mając w pamięci wnioski z takich eksperymentów, zachęcam was wszystkich do tego, żebyście poszukali w swoim życiu jakichś obszarów, gdzie możecie się bardziej rozwinąć towarzysko. Ponieważ, jak głosi gorzka prawda numer jeden, żyjemy w świecie podziałów, każdego tygodnia przechodzi nam koło nosa może nawet kilkanaście okazji do tego, by poszukać z kimś kontaktu. Zamiast czekać, aż ktoś z waszej rodziny nagra się wam na skrzynkę głosową, odbierzcie telefon. Kiedy przychodzi wam ochota, żeby wykręcić się z kolacji albo wyjścia na drinka z przyjaciółmi, zastanówcie się, jak taka decyzja wpłynie na wasze samopoczucie. Ten, kto chce żyć możliwie najbardziej zdrowo, musi się nauczyć traktować kontakty społeczne jako priorytet, tak jak robimy postanowienia, że będziemy się lepiej odżywiać, uprawiać więcej sportu i dobrze się wysypiać. A teraz na serio – ja tu w ogóle nie żartuję – spróbujcie pogadać z jakąś nieznajomą osobą i przekonajcie się, jakie to uczucie. Założę się, że się zdziwicie.
Raz po raz dostajemy okazję, by skosztować przepysznego owocu kontaktów towarzyskich, który wręcz domaga się zjedzenia. Owoc ten posiada wyjątkowo rzadko spotykane, cenne właściwości: potrafi uzdrawiać mózg i poprawiać nastrój. Tak więc zachęcam was do tego, żebyście zastanowili się nad własnym życiem, odpowiadając na poniższe pytania:
- Jak często widujecie znajomych i rodzinę? Jak to było w minionych latach?
- Czy podejmujecie decyzje, które izolują was od innych – na przykład ignorujecie telefony, zamawiacie zakupy przez internet albo wykręcacie się od spotkań, na które zapraszają was znajomi i zostajecie w domu?
- Czy potrafilibyście bez problemu zagadać do zupełnie obcego człowieka?
- Jakie decyzje możecie podjąć, żeby rozwinąć swoje życie towarzyskie i spędzać więcej czasu na kontaktach z innymi ludźmi?
Zanim pójdziemy dalej, czas dodać parę ważnych słów na temat neuronauki, żeby cała sprawa stała się dla nas bardziej zrozumiała na głębszym poziomie. Co sprawia, że kontakty społeczne powodują dobre samopoczucie?
Po pierwsze musimy przywołać pewną podstawową zasadę: Każdemu doświadczeniu psychologicznemu odpowiada jakieś zdarzenie wewnątrz mózgu, które jest jego motorem. Właśnie w tym wyraża się ta magiczna interakcja między psychologią i neuronauką, o której wspominałem nieco wcześniej. Kiedy na przykład głaszczemy psa i doświadczamy radości, określone obszary mózgu pobudzają się, wywołując w nas to odczucie (być może są to obszary odpowiedzialne za przetwarzanie nagrody). Jeśli jednak za chwilę pies się odwróci i głośno pierdnie nam w nos, te same obszary nagrody mogą zmniejszyć aktywność, powodując lekkie zmniejszenie radości. Jednocześnie mogą rozbudzić się inne regiony – na przykład te związane z obrzydzeniem. Warto spróbować zrozumieć, jak działają te nasze wewnętrzne przekładnie, bo może dzięki temu będziemy potrafili lepiej docenić odczucia, jakich doświadczamy. Gdyby wyobrazić sobie ludzki organizm jako samochód, to mózg byłby silnikiem, który nas napędza. No to zajrzyjmy pod maskę i zobaczmy, co się tam dzieje.
Zastosujmy wspomnianą w poprzednim akapicie zasadę do kontaktów międzyludzkich. W pierwszej części tego rozdziału stwierdziliśmy, że u ludzi występuje następujące zjawisko psychologiczne: interakcje społeczne wprawiają w dobry humor. Teraz więc musimy zapytać: Co się wtedy dzieje w mózgu? Odpowiedź kryje się w badaniach neuronaukowych na temat nagrody społecznej – czyli pojęcia, które jest bardzo głęboko zakorzenione w starożytnej historii ludzkości…
Lata studiów naukowych nauczyły mnie, że prawie każdy element naszego ciała ma jakieś dobre korzenie ewolucyjne. Na przykład, czy to nie zastanawiające, że mamy nosy? Wiem, to pytanie samo w sobie jest dziwaczne, ale serio – czy taki organ jest nam niezbędny? Trudno powiedzieć, żeby nos był najbardziej atrakcyjnym elementem twarzy. Oczywiście nozdrza są potrzebne do oddychania, kiedy usta są zajęte (np. jedzeniem), ale po co nam cały nos? Nie wystarczyłyby dwie dziurki na środku twarzy à la Lord Voldemort? Okazuje się, że nos pełni liczne funkcje. Na przykład włoski i śluz, które znajdują się wewnątrz tego organu, działają jak filtr wychwytujący różne rzeczy, które nie powinny trafić do dróg oddechowych. Ponadto dzięki temu, że mamy coś takiego na twarzy, nasze nozdrza są skierowane do dołu, przez co nie wpływa do nich ciągle woda i nie wpada kurz. Nosy są może trochę kulfoniaste, ale posiadamy je, bo pomagają nam przetrwać. A taki Lord Voldemort musi mieć naprawdę silny system immunologiczny, żeby poradzić sobie z tym całym cholerstwem, które pewnie non stop ląduje mu na twarzy.
To samo dotyczy wewnętrznych obszarów roboczych mózgu. One też wykształciły się w trakcie ewolucji do jakiegoś celu. Tak jak można podać dobre wytłumaczenie dla posiadania nosa, tak można też wyjaśnić, dlaczego interakcje społeczne sprawiają, że mózg jest zadowolony. Wszystko sprowadza się do prostego faktu: w pradawnych czasach w grupie łatwiej było przetrwać. Życie w samotności tysiące wieków temu? Dramat. Spróbujcie sobie wyobrazić, że macie walczyć jeden na jeden z tygrysem szablozębnym: śmierć na miejscu (i to raczej mało przyjemna). Ale z 15 lub 20 towarzyszami u boku pewnie mielibyście już większe szanse. Jeśli rzecz sprowadza się do „przetrwania osobników najlepiej przystosowanych”, to w przypadku naszego gatunku najlepiej przystosowani byli często ci najbardziej uspołecznieni. Może nie jesteśmy najsilniejsi lub najbardziej zajadli ze wszystkich ziemskich stworzeń, ale mamy spryt i niesamowicie dobrą umiejętność komunikacji. To sprawia, że kiedy działamy zespołowo, jesteśmy niebezpiecznie skuteczni. I dlatego, żeby przetrwać, musieliśmy zostać zaprogramowani do życia społecznego.
Co to tak naprawdę znaczy: „zaprogramowani do życia społecznego”? Pomoże wam małe ćwiczenie. Wyobraźcie sobie, że urodziliście się z majestatycznym przeznaczeniem: macie pracować na rzecz Ziemi i służyć rozmaitym zamieszkującym ją gatunkom. Musicie zadbać o przeżycie wszystkich zwierząt, wybierając takie metody adaptacji, które im w tym najlepiej pomogą. Teraz wasz szef, Matka Ziemia, daje wam nowych podopiecznych: rodzaj ludzki. Musicie utrzymać ten gatunek przy życiu, kształtując ludzi tak, jak jest to konieczne. Przyglądacie się waszym podopiecznym i zauważacie, że doskonale polują i się bronią, kiedy działają w grupie. Tak więc by zapewnić im przetrwanie, postanawiacie wyposażyć ich w nową cechę, która spowoduje, że będą pragnęli żyć w grupach. Możecie do woli grzebać w ich mózgach i ciałach. Jaką cechę byście wybrali?
Istnieje jedna poprawna odpowiedź na to pytanie, a przynajmniej można wskazać pewną konkretną ewolucyjną adaptację, która faktycznie dokonała się w historycznym procesie naszej ewolucji (i nie chodzi o nasz niezbyt urodziwy nos). Było to proste, lecz genialne rozwiązanie – mianowicie nagroda społeczna. W naszym mózgu wykształciły się systemy chemiczne, które sprawiają, że interakcje z innymi dają nam satysfakcję; są przyjemne. Dzięki nagrodzie społecznej ludzie zaczęli przejawiać naturalną skłonność do trzymania się razem. Choć ta adaptacja prawdopodobnie dokonała się przed tysiącami lat, układy nagrody społecznej pozostają w naszych mózgach do dziś i wciąż odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu współczesnych społeczeństw.
Zastanówcie się nad tym. W jaki sposób ludzie teraz zwykle spędzają weekendy? Oprócz tego, że nadrabiamy zaległe obowiązki domowe albo zalegamy na kanapie, często staramy się jak najwięcej cennego wolnego czasu spędzić z innymi. Odwiedzamy rodzinę albo znajomych, zbieramy się w miejscach publicznych. W te wartościowe piątkowe i sobotnie wieczory tłoczymy się w ciasnych pomieszczeniach i pijemy alkohol, żeby ułatwić sobie interakcje. Moglibyśmy robić z tymi cennymi godzinami wszystko, co chcemy, ale wolimy akurat gotować się w tej dziwnej społecznej zupie. Ciekawe, prawda? Dla mnie to jasny, piękny wyraz naszej wewnętrznej motywacji do bycia razem, która stanowi produkt uboczny ewolucyjnej potrzeby trzymania się w grupie w celu przetrwania.
W dzisiejszym świecie możemy jednak otrzymać społeczną nagrodę w inny sposób. Przybiera ona wiele nowych postaci, które wchodzą w konflikt z naszą wewnętrzną motywacją do bycia razem, a to potrafi stanowić problem dla naszych instynktów społecznych. W dowolnej chwili można na przykład zamieścić w mediach społecznościowych jakieś zdjęcie i od razu zacząć zbierać lajki od innych użytkowników. Ewidentnie mamy tu do czynienia z gamifikacją nagrody społecznej – próbujemy wykorzystać naturalne pragnienie mózgu, by zdobywać aprobatę swojej grupy społecznej. Wystarczy wcisnąć jeden przycisk, żeby otrzymać falę pozytywnej uwagi od innych, co pobudza układy związane z kontaktami społecznymi w mózgu i sprawia, że trudno jest nam zamknąć aplikację. Włączamy telewizor i oglądamy seriale czy filmy, których bohaterowie zakochują się w sobie, zdobywają wysoki status społeczny albo pokonują wspólnego wroga. Wszystkie takie historie angażują układy w mózgu odpowiadające za nagrodę społeczną. Być może rezygnujemy z wyjścia z przyjaciółmi na miasto na rzecz oglądania telewizji albo skrolowania mediów społecznościowych z taką łatwością, ponieważ ekrany i tak dostarczają nam odrobinę tej upragnionej nagrody społecznej. Może zadowalamy się syntetyczną nagrodą, która jest substytutem prawdziwego kontaktu i dlatego spotkania twarzą w twarz nie są dla nas tak pociągające.
Nie bierzmy za pewnik naszej społecznej natury. W końcu nie wszystkie zwierzęta są z natury istotami tak społecznymi jak my. Na przykład tygrysy, które należą do gatunków samotniczych, wolą prowadzić życie w pojedynkę. Dlaczego? Bo same świetnie potrafią schwytać ofiarę, a współpraca z innym osobnikiem nie dałaby im nic oprócz drugiej paszczy do wykarmienia. Nie występuje u nich presja ewolucyjna, by łączyć się w grupy, i z tego powodu ich mózgi nie otrzymują nagrody za bycie razem. Z drugiej strony istnieje też masa gatunków, które – tak jak my – przejawiają pęd społeczny, bo w grupie przeżycie jest dla nich najłatwiejsze. Małpy przemieszczają się razem, ryby tworzą ławice, psy polują w sforze, nawet myszy tworzą kolonie. Mózg tych ostatnich jest podobny do ludzkiego i dlatego stanowi przedmiot zainteresowania wielu neuronaukowców zajmujących się tematem zachowań społecznych. Jeden z przekonujących dowodów występowania nagrody społecznej u myszy pochodzi z moich własnych badań.
Fragment pochodzi z książki „Dlaczego mózg potrzebuje przyjaciół. Jak dzięki dobrym relacjom żyć dłużej, zdrowiej i szczęśliwiej.” Ben Rein, wydawnictwo Wielka Litera, 2026