Kryzys najczęściej pojawia się wtedy, kiedy coś w naszym życiu zmienia się i przestaje działać: relacja, sposób radzenia sobie z emocjami, wyobrażony obraz siebie. Czasem dopiero wtedy widać wyraźnie to, co przez lata było ukryte – zmęczenie, samotność, nierozpoznaną traumę, lęk, brak sensu i celu w życiu. Paradoks polega na tym, że to właśnie moment pęknięcia może stać się początkiem zmiany. Jednak wyjście na prostą nie polega bynajmniej na szybkim „naprawieniu” problemu. Często oznacza to coś znacznie trudniejszego: zatrzymanie się, przyjrzenie temu, co naprawdę kryje się pod spodem – emocjom, relacjom, schematom, które przestały wystarczać.
Ewa: Kiedy w relacji pojawia się kryzys, nagle odkrywamy, że bliskości, intymności czy namiętności tak naprawdę nie ma w naszym związku już od dawna. Została codzienność – żmudna, poszatkowana obowiązkami. Dlaczego tak często dopiero nadejście kryzysu uświadamia nam, że relacja jest pusta i rządzi w niej właściwie już tylko rutyna?
Katarzyna: Ponieważ gdy jesteśmy przeciążeni pracą i obowiązkami, mniej skupiamy się na naszych potrzebach. Koncentrujemy się na tym, by utrzymać rutynę. Bagatelizujemy niewygodne fakty lub umniejszamy problemy, aby utrzymać poczucie bezpieczeństwa… aż pojawia się tąpnięcie.
Robert: Kryzys bardzo często obnaża to, co od dawna było ukryte. Czasami wywołuje go niespodziewane wydarzenie, najczęściej jednak jest eskalacją tego, co w relacji już wcześniej nie działało. Wiele związków trwa dzięki pewnej strukturze, właśnie tej codzienności, obowiązkom, dzieciom, kredytom. Nie dzięki więzi. Dopiero kryzys tę prawdę odsłania.
Katarzyna: Podam przykład pewnej pary. Mężczyzna zainwestował wszystkie oszczędności bez wiedzy żony, ale transakcja okazała się nieudana. Gdy prawda wyszła na jaw, ich relacja znalazła się na krawędzi.
Ewa: Czyli ją oszukał…
Katarzyna: Tak, co pokazuje, że gdyby ze sobą rozmawiali, nie doszłoby do tego. Oddalanie się od siebie jest procesem. Partnerzy przestają mówić o swoim żalu, frustracji, zmęczeniu, potrzebach, ale też pomysłach, marzeniach, nie dzielą się swoimi troskami ani zachwytami. Zbierają to wszystko w sobie, tak jak zbiera się znaczki – jeden, drugi, dziesiąty, aż „kolekcja” w pewnym momencie zaczyna pękać.
Robert: Przypomina mi się film Turysta Rubena Östlunda. Szwedzka rodzina jedzie na narty, wszystko wygląda idealnie. Nagle schodzi lawina. Główny bohater, zamiast zostać przy żonie i dzieciach, ucieka. Ten moment burzy całą iluzję rodzinnej idylli i prowadzi do głębokiego załamania relacji. Czasem po-jedyncze zdarzenie odsłania prawdę o nas i o partnerze. Prawdę, której wolelibyśmy nie znać.
Katarzyna: Zderzenie naszego wyobrażenia o partnerze z rzeczywistością bywa bardzo bolesne.
Robert: I może stać się początkiem głębokiego kryzysu.
Katarzyna: Bardzo lubię zdanie: „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”. Często pracujemy z osobami, które również siebie zobaczyły w nowej, zaskakującej roli. Ktoś mówi: „Nie spodziewałem/am się po sobie, że w sytuacji zagrożenia ucieknę”. Podobnie bywa przy zdradach, gdy ktoś mówi: „Nigdy bym nie pomyślał/a, że coś takiego zrobię”. Jest to czasem trudne do udźwignięcia. Wiele osób przychodzi do gabinetu, żeby ten nowy obraz siebie omówić i zrozumieć.
Ewa: Są też tacy, którzy nie odchodzą, bo boją się rozstania.
Robert: Nawet nie samego rozstania, tylko tego, co będzie potem, czyli samotności, pustki, dezorganizacji życia, chaosu, konieczności budowania wszystkiego od początku i zdefiniowania siebie na nowo. Rodzi to wszystko bardzo ważne pytanie: ile w naszym związku jest obsługi rzeczywistości oraz lęku, a ile prawdziwej emocjonalnej więzi. W moim gabinecie właśnie ten problem powraca najczęściej. Ludzie funkcjonują obok siebie, świetnie organizując wspólne życie, ale emocjonalnie są od siebie bardzo daleko.
Katarzyna: Według trójczynnikowej koncepcji miłości Sternberga związek opiera się na trzech filarach. Pierwszy to zaangażowanie, wspólna praca, logistyka dnia codziennego, wychowywanie dzieci, plany na przyszłość. Innymi słowy – współdziałanie. Drugi filar to intymność, czyli bliskość emocjonalna, a więc umiejętność dzielenia się trudnymi przeżyciami, potrzebami, tzw. miękkimi brzuszkami, które odsłaniamy tylko przed kimś bliskim. Natomiast trzeci filar to namiętność, czyli obszar erotyki, pożądania i energii seksualnej.
Ludzie wchodzą w relacje z różnym zapotrzebowaniem na każdy z tych elementów. Jeśli ich oczekiwania są do siebie dopasowane i wzajemnie się uzupełniają, związek zwykle funkcjonuje bez większych zgrzytów. Problemy pojawiają się wówczas, gdy któryś z filarów jest niezaspokojony – po jednej lub po obu stronach.
(fot. Weronika Kosińska)
Ewa: Potrafię sobie wyobrazić, że wizja samotności po wielu wspólnie spędzonych latach może być paraliżująca. Czy to rzeczywiście główna motywacja waszych pacjentów, aby za wszelką cenę utrzymać niesatysfakcjonujący, pogrążony w kryzysie związek?
Robert: Samotność bywa wygodnym skrótem myślowym, ale rzadko jest jedynym powodem pozostawania w relacji, która nie daje satysfakcji. Częściej działa lęk przed zmianą i utratą znanej struktury życia. Ludzie przyzwyczajają się do rytmu, ról i porządku, które przez lata traktowali jako fundament swoje-go świata. Podtrzymują więc zewnętrzną stabilność, bo daje im przewidywalność, poczucie ciągłości, a czasem także społeczne uznanie i praktyczne korzyści. A ponieważ wejście w nieznane bywa psychicznie i logistycznie bardzo obciążające, osoby, które myślą o odejściu, często budują scenariusz zabezpie-czający. Odkładają pieniądze, szukają mieszkania, porządkują sprawy formalne. Odchodzą dopiero wtedy, gdy mają poczucie, że zmiana nie oznacza upadku całego życia, tylko przejście do etapu, w którym da się funkcjonować bez lęku o podstawowe bezpieczeństwo.
Katarzyna: Czasami tym, co powstrzymuje przed odejściem, bywa obawa przed wzięciem odpowiedzialności za tę decyzję. Trwanie w niesatysfakcjonującej relacji oraz poczucie, że nie jest się w stanie tego zmienić, jest wyczerpujące.
Ewa: Nad czym się wtedy pracuje w terapii par?
Katarzyna: Nad tym, aby nauczyć się swoje potrzeby uświadamiać, wyrażać jasno i bezpośrednio, zamiast oczekiwać, że druga strona je odgadnie. Nikt nie siedzi w naszej głowie. Przy czym dobrze pamiętać, że partner może je spełnić, ale też może odmówić.
Ewa: To dlaczego nabieramy wody w usta?
Robert: To zależy od fazy związku, ale też odwagi.
Katarzyna: Czasem strategia uniknięcia konfliktu jest zrozumiała i może nawet okazać się przydatna. Dobrze jednak odróżnić strategię od stylu – strategia oznacza tu i teraz, podczas gdy styl to stały sposób postępowania.
Robert: Nabieranie wody w usta ma też wymiar socjalizacyjny zwłaszcza w stosunku do kobiet, które od dziecka słyszą komunikaty w stylu: „Nie bądź małostkowa”, „Nie czepiaj się”, „Nie rób problemu”. Wpędza je to w poczucie winy, że jeśli zbyt często zadają pytania i podnoszą temat trudnych emocji, to znaczy, że są przesadnie wrażliwe lub niedostosowane. To bardzo mocno wpływa na sposób, w jaki potem funkcjonują w relacjach.
Katarzyna: Socjalizacja i jej wpływ na nasze późniejsze relacje to temat rzeka. Dziewczynki rzeczywiście są uczone dbania o atmosferę. Mają być miłe i uśmiechnięte. Poza tym „złość piękności szkodzi”, więc często ją hamują i zamieniają na smutek. Gdy czują złość, płaczą.
Robert: Są to tzw. wolty emocjonalne, czyli zmiany w zachowaniach, które ujawnią się po dniach, tygodniach, miesiącach czy wręcz latach. To, jak długo tłumimy w sobie emocje, zależy od naszych zasobów: na ile potrafimy je kumulować, wypierać lub deprecjonować. W pewnym momencie jednak ludzie mówią: „Przelało się”, „To było już dla mnie za dużo”, „Ulało mi się”. Wracamy do kwestii współodpowiedzialności za to, co dzieje się w relacji. Bo świadome przyjrzenie się temu, jak długo i dlaczego tłumiliśmy emocje, jest kluczowe, żeby taka sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości.
Katarzyna: Dotyczy to również mężczyzn, którzy często zamieniają strach i smutek na złość. W wychowaniu chłopców pojawia się przekaz: „Prawdziwy mężczyzna się nie boi”, „Chłopaki nie płaczą”.
Gdy taki dorosły mężczyzna zaczyna odczuwać strach lub smutek, istnieje ryzyko, że zareaguje irytacją i złością.
Socjalizacja dotyczy ponadto pełnionych ról. Do związku wchodzimy z przekonaniami wyniesionymi z domu rodzinnego, a także płynącymi z przekazów społecznych, stereotypów (np. mężczyzna powinien zawsze płacić na randce, utrzymywać rodzinę, natomiast kobieta ma zajmować się określonymi zadania-mi, np. gotowaniem, sprzątaniem). W takich kwestiach jak podział finansów czy obowiązków często pojawiają się konflikty, bo partnerzy tego nie omawiają, tylko trzymają się własnych przekonań (czasem wyniesionych z domu), oczekując, że druga osoba będzie je podzielać.
- Poradzenie sobie z kryzysem tworzy silny fundament dla relacji.
- Mówisz, ale czy słuchasz? W terapii par często pracuje się nad aktywnym słuchaniem – terapeuta prosi, żeby partnerzy parafrazowali to, co usłyszeli i sprawdzili, czy dobrze się rozumieją.
- Miłość, która nie pozwala oddychać, przestaje być więzią – staje się więzieniem.
- Brak rozmowy o wartościach i priorytetach może być predyktorem rozpadu relacji.
- Kryzys często obnaża nie tylko kondycję relacji, ale też nasze funkcjonowanie i nasz sposób myślenia.
- Decyzję o rozstaniu rzadko obie osoby podejmują równocześnie – to jeden z powodów, dla których jest to tak bolesne.