Ewa Klepacka-Gryz - „Nie jesteśmy odpowiedzialni za emocje nawet najbliższych nam osób”. 3 historie dorosłych córek, którym trudno było zacząć żyć po swojemu
00:00
14:39
Rodzinna lojalność jest jak niewidzialna pępowina, która na zawsze łączy cię z rodziną pochodzenia. Jeśli się w nią zaplączesz, nie pozwala odejść „na swoje” i stawia przed wykluczającym wyborem: „albo my, albo twój nowy świat”. A jednak – przekonuje psycholożka rodzina to system na tyle elastyczny, że jest w stanie przystosować się do tego, jak zmieniają się jej członkowie.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Sens” 06/2026.
Niewidzialna nić lojalności nie jest jedynie metaforą, to realny system powiązań psychicznych, somatycznych, często też materialnych, pomiędzy członkami rodziny. Najsilniej łączy bliskich tej samej płci: matkę i córkę, ojca i syna. Narzędziem manipulacji są tu zwykle podwójne komunikaty. Matka deklaruje: „Córeczko, miej bardziej szczęśliwe życie niż moje”, ale z drugiej strony – w zawoalowany sposób – nie akceptuje wyborów córki: jej partnera, pracy czy stylu życia. Na świadomym poziomie matka być może pragnie dla córki lepszego życia, ale w nieświadomości o swoje upominają się: lojalność rodowa, pokoleniowe straty, niespełnione oczekiwania i ambicje, a czasami też lęk przed utratą więzi. To ostatnie dotyczy szczególnie rodzin lękowych, w których z pokolenia na pokolenie powielany jest skrypt: „Świat jest zagrażający, bezpiecznie jest jedynie w gronie rodziny”.
Podwójne komunikaty uderzają w organizm: córka, która zaczyna realizować swoją potrzebę niezależności, nagle odczuwa napięcie w ciele, poczucie winy, ma trudności w podejmowaniu decyzji, a czasami przestaje radzić sobie z wewnętrznym konfliktem pomiędzy: „chcę żyć po swojemu” a „nie mogę zranić, zawieść mamy”.
Najtrudniej, kiedy jej potrzebę separacji i autonomii blokują nie jawne zakazy, ale subtelne sygnały: dezaprobata, milczenie, brak uznania, dewaluacja czy ironiczna krytyka.
Terapia z pacjentami, którzy utknęli w tym procesie, nie jest łatwa. Oddzielenie od rodziny pochodzenia uruchamia potężny lęk egzystencjalny: kim bez nich będę?
Aneta pojawiła się w moim gabinecie z powodu synka, który ma podejrzenie AuDHD (podwójna diagnoza ADHD i spektrum autyzmu). Kiedy pytam, kto postawił takie rozpoznanie, kobieta sprawia wrażenie przestraszonej. – A może mama ma rację, że Maks jest po prostu rozpuszczony, a nie… – zaczyna. – A nie jaki?
Aneta milczy, więc pytam inaczej: Jaki jest twój synek? – Ostatnio mama w ogóle nie chce się nim zajmować, ciągle mi przypomina, że moje siostry potrafiły wychować swoje córki, tylko mnie się nie udało.
Podaję Anecie kartkę i proszę, żeby narysowała swoją rodzinę. W centrum rysunku widnieje największa postać – to matka. Po prawej są siostra i jej dwie córki, po lewej druga siostra z córkami. Siebie Aneta rysuje na samym dole kartki, jest najmniejsza. Obok niej widnieje Maks – jego postać wielkością jest porównywalna z postacią matki Anety.
– Twój synek jest tak samo duży/ważny jak twoja mama. – No właśnie, na tym polega problem, że muszę wybrać jedno z nich. Gdyby Maks był dziewczynką, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej – dodaje, a ja rozważam w głowie, czy to może być symboliczna przyczyna podwójnej diagnozy chłopca... Kiedy Aneta była w ciąży, jej matka „modliła się” o kolejną dziewczynkę w rodzinie. Sama miała córki, podobnie jak jej matka i starsze siostry. Wszystkie żyły według podobnego schematu: wychodziły za mąż, rodziły dzieci, a potem rozwodziły się. „Każdy facet prędzej czy później okazuje się łajdakiem” – tak brzmiał rodzinny przekaz. Ojciec Anety odchodził i wracał, i w końcu po jej narodzinach odszedł na dobre. – Matka od zawsze powtarzała, że trzecie dziecko kompletnie nie było jej potrzebne. No i że jestem zupełnie inna niż one.
Aneta miała cudownego partnera. Nie mieli ślubu, więc w oczach rodziny Maciek nie był on nikim ważnym, zwłaszcza że nie zabierała go na rodzinne imprezy. Matka często powtarzała: „Żebyś chociaż przed menopauzą zdążyła urodzić córkę. Ale na razie to nie masz z kim”. Obydwoje z partnerem nie spieszyli się z posiadaniem dziecka. – Może podświadomie bałam się, że z dzieckiem będzie coś nie tak, a poza tym w rodzinie Maćka rodzili się sami synowie. Wiedziałam, że moja rodzina zaakceptuje jedynie dziewczynkę – wyznaje Aneta.
Jednak pięć lat temu zaszła w ciążę i urodził się Maks. Matka i siostry od początku uważały, że chłopiec jest inny, przy każdej okazji powtarzały, że to jakieś „dziwadło”. Kiedy wychowawczyni z przedszkola zasugerowała zrobienie diagnozy i na wstępnej rozmowie u psychiatry padło podejrzenie AuDHD, Aneta pobiegła do matki.
– Łudziłam się, że kiedy dowie się, że mój synek jest chory, pokocha go. Przecież to jej wnuk, jedyny chłopiec w rodzinie. – Zdajesz sobie sprawę, że nie chodzi tu o Maksa, tylko o ten rodzinny przekaz, że wszyscy mężczyźni to łajdacy? – powiedziałam jej.
„Nie możesz żyć inaczej niż my” – to tabu rodzinnej lojalności naruszyła, i to podwójnie: raz, że była w udanym związku, po raz drugi, kiedy urodziła syna, na dodatek z nieprawego łoża. Zupełnie nieświadomie nie podzieliła losu kobiet z rodziny – miała obok siebie ukochanego mężczyznę, który nie był łajdakiem, żyła po swojemu. Jednak nie starczyło jej odwagi, by pokazać swoje szczęście na forum rodziny; z milczeniem znosiła fakt, że dla matki i sióstr była singielką.
Gdy proszę Anetę, by powiedziała, dlaczego tak naprawdę poszła do matki, kiedy padło podejrzenie AuDHD, nie potrafi albo nie chce odpowiedzieć. Kiedy pytam: „Liczyłaś, że skoro matka nie potrafi wesprzeć cię w twoim szczęściu, to może dostaniesz od niej cokolwiek w obliczu nieszczęścia?” – po jej minie widzę, że trafiłam.
Walka z lojalnością systemową (w przypadku tej pacjentki: matka plus siostry) w obronie autonomii pojedynczej osoby to długotrwały proces. Często bardzo bolesny. Zdarza się, że pacjent rezygnuje, kiedy kładę przed nim rysunek dwóch okręgów, z których w jednym jest napisane „ty”, a w drugim „rodzina pochodzenia”, i proszę: „Wybierz jeden z nich, teraz”.
Kinga była tuż po studiach, zaczęła pierwszą pracę i miała nieregularne i bolesne miesiączki. Na sesję przyjechała z mamą, która czekała w samochodzie. Kiedy zaproponowałam, żebyśmy zaprosiły ją do gabinetu, Kinga stwierdziła: „Mama zawsze jeździ ze mną do lekarza. Ma herbatę w termosie, kanapki, książkę do czytania. Na pewno nie będzie chciała wejść”. Kinga była późnym dzieckiem, jedynaczką. Przez całą podstawówkę matka siedziała w szkolnej szatni, żeby być do dyspozycji córki, gdyby coś się działo. – Co mogłoby się wydarzyć w moim gabinecie? – pytam, ale nie dostaję odpowiedzi.
Pod koniec terapii Kinga uświadomiła sobie, że matka nieświadomie nie pozwala jej dorosnąć, co było jedną z przyczyn kłopotów menstruacyjnych. Córka, traktowana jak mała dziewczynka, mniej zagrażała jej kobiecości. Niedawno, po kilku latach od zakończenia terapii, Kinga poprosiła o sesję online. Mieszkała za granicą, miała chłopaka, ciekawą pracę. Do Polski przyjeżdżała rzadko.
– Wiesz, dopiero mieszkając daleko od domu, zdałam sobie sprawę, że gdybym została z rodzicami, nigdy nie ułożyłabym sobie życia – zaczęła naszą pierwszą po przerwie rozmowę.
Nigdy nie przedstawiła rodzicom żadnego swojego partnera. – Nigdy nie pytali mnie, czy z kimś się spotykam. Matka nie rozmawiała ze mną o pierwszej miesiączce, miłości, seksie. Najlepszą mamą, najbardziej troskliwą i opiekuńczą, była, kiedy chorowałam albo zwierzałam jej się ze swoich lęków. A kiedy robiłam coś „nie po jej myśli”, smuciła się, czasami płakała. – Co było „nie po jej myśli”? – Chyba to, kiedy zachowywałam się jak dorosła osoba.
– A teraz, kiedy mieszkasz w Grecji? – Najpierw pojechałam do koleżanki, która kupiła dom na wyspie. Matka dzwoniła do mnie codziennie i mówiła, że tęskni, że jej smutno. Po przyjeździe opowiedziałam jej o Markusie, którego poznałam, i o tym, że chcę wyjechać na dłużej. – Jak zareagowała? – Milczała, a kiedy wyjeżdżałam, płakała. – A kiedy dowiedziała się, że zostaniesz tam dłużej, że mieszkasz razem z Markusem? – Przestała do mnie dzwonić, a kiedy ja dzwonię, słyszę smutek w jej głosie; albo wprost mówi, że ojciec chyba już długo nie pożyje. Czasami mam ochotę wsiąść w pierwszy samolot i wrócić, ale wiem, że jeśli to zrobię, znienawidzę ją.
Matka udaje, że dorosłego życia Kingi po prostu nie ma. Nigdy nie zapytała o jej chłopaka, a kiedy córka powiedziała, że obydwoje wpadną na święta, matka nie odezwała się słowem. Później napisała SMS: „Tata źle się czuje, a wiesz, że on nie lubi obcych”.
– Kocham Grecję, kocham Markusa, ale czuję się winna – mówi Kinga. – Z jakiego powodu? – Że matka jest smutna. – To nie twoja wina. Nie jesteśmy odpowiedzialni za emocje nawet najbliższych nam ludzi. – Boję się, że ją stracę.
W procesie separacji od rodziny pochodzenia ważne jest, by uświadomić sobie, że odejście do swojego dorosłego życia nie jest równoznaczne z zerwaniem więzi z bliskimi. Poczucie winy zwykle domaga się kary, dlatego córki matek, które na separację dziecka reagują milczeniem, smutkiem zamiast wyrzutami czy groźbami, częściej czują się winne.
Zaproponowałam Kindze udział w scence, w której ja grałam ją, a ona – swoją matkę. Powiedziałam, że bardzo ją kocham, że zawsze będzie dla mnie najważniejszą kobietą, ale jestem dorosła i mam swoje życie. Przykro mi, że mieszkamy tak daleko od siebie, ale to nie naruszy naszej więzi. Kinga odgrywająca swoją matkę powiedziała: „Nie martw się, że czasami mi smutno, nie czuj się winna’’, a po chwili dodała: „Masz moje błogosławieństwo; żyj swoim życiem i bądź szczęśliwa”.
Poradziłam, by, gdy poczuje się gotowa, wysłała te słowa swojej mamie i powiedziała, że bardzo chciałaby je od niej usłyszeć. Odejście córki z domu rodzinnego jest długim procesem psychicznym po obydwu stronach, który kończy się, kiedy niewidzialna nić lojalności przestaje być pętem i zaczyna być świadomą więzią uznającą niezależność obydwu stron.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci historia Kasi i jej mamy, które zgłosiły się do mnie, zgodnie twierdząc, że są ze sobą zbyt silnie związane. – To nienormalne, że nie możemy żyć jedna bez drugiej – tłumaczyła matka. – Przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką i zawsze tak było. Nikt mi tak dobrze we wszystkim nie doradzi jak ty – przekonywała córka.
– Przeze mnie nie masz przyjaciółek ani chłopaka. – To dlaczego ty po odejściu ojca z nikim się nie związałaś? – To była moja świadoma decyzja. – A ja myślę, że to dlatego, że jako dziecko ciągle chorowałam, a ty musiałaś się mną zajmować. – Będziesz miała swoje dzieci, to zrozumiesz, że taka jest rola matki. – Nie chcę mieć żadnych dzieci – zaprzeczyła stanowczo Kasia.
Miałam wrażenie, że są fizycznie przywiązane jedna do drugiej i tylko nie wiadomo, „kto im to zrobił”. Jednak nie chciałam pytać o ich historię, więc tylko poprosiłam, by stanęły naprzeciwko siebie, a potem obwiązałam je paskiem. Zapytałam, w jakiej chcą być odległości od siebie. Okazało się, że najbardziej pasuje im, kiedy są niemal ze sobą zrośnięte. – Jesteście jak siostry syjamskie. Czy jest wam wygodnie?
Żadna z nich się nie odezwała. Kiedy każdej wręczyłam po parze nożyczek i poprosiłam, żeby przecięły sznurek, żadna nie drgnęła. – Ja za was tego nie zrobię – powiedziałam.
Nierozdzielona tożsamość jako forma rodzinnej lojalności to stan, w którym granice psychiczne pomiędzy matką i córką praktycznie nie istnieją. I nie chodzi o bliskość, ale bardziej o brak odrębności.
Codzienny kontakt, potrzeba omawiania każdej decyzji, pytania w głowie: „co mama/córka sobie pomyśli, co mama/córka zrobiłaby na moim miejscu”, są jak kompulsywny przymus. Rzadko taki stan występuje jednocześnie po obydwu stronach, tak jak u moich pacjentek. Choć Kasia już od dawna mieszkała w innym mieście, jej emocjonalna separacja od matki zatrzymała się.
Tłumaczyłam obydwu, że separacja należy do córki, rolą matki jest jedynie przyzwolenie na ten proces. – Kiedy ona wyjechała do tej Warszawy, cieszyłam się, że rozmawiamy codziennie, chciałam dodać jej otuchy – tłumaczyła mama Kasi, ale ta zaoponowała: – Tak tylko mówisz, jak ja pierwsza nie zadzwonię, sama się do mnie odzywasz. Wystarczy, że zniknę ci z lokalizacji w telefonie. – Wiem, że bardzo byście chciały, żebym to ja powiedziała, która z was jest bardziej winna, a na koniec przecięła sznurek, ale to wy musicie podjąć decyzję, gdy będziecie na to gotowe – postawiłam kropkę nad i.
Zaproponowałam, żeby na początek wyłączyły lokalizację w telefonach i dzwoniły do siebie tylko dwa razy w tygodniu. Na kolejną wizytę miały przyjść za miesiąc. Nie przyszły. Czasami bywa i tak, ale warto pamiętać, że rodzina to system niezwykle elastyczny, zgodnie z prawem homeostazy – kiedy jeden z członków się zmienia, cała rodzina dostosowuje się do zmiany. I co najważniejsze – rodzinna lojalność zostaje przy tym nienaruszona.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka książek psychologicznych, z których ostatnia nosi tytuł „Gdy emocje ranią ciało. O psychosomatycznych źródłach chorób”