Pamiętacie, jakie reakcje wywołały pierwsze doniesienia o tym, że powstają jednocześnie dwie ekranizacje powieści Prusa? Kinowa wersja miała być tą „grzeczniejszą”. Czas powiedzieć: sprawdzam!
Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
„Dwie to przesada” czy nawet „to o dwie za dużo” – od takich komentarzy zaczęła się publiczna dyskusja wokół obu produkcji. Co z tego, że chodzi o jedną z najpopularniejszych XIX-wiecznych powieści w tym kraju – nie brakowało osób, które argumentowały, że przecież Polska to nie Hollywood, jeśli powstaną aż dwie wersje, kto to będzie oglądał?
Dosłownie chwilę później, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze zdjęcia z planów, można było odnieść wrażenie, że oto nagle rozpoczął się wyścig. Dorociński czy Schuchardt – który Wokulski lepszy? A Łęcka? A Rzecki? Premiery i filmu (od 30 września w kinach), i serialu (od 16 września na platformie Netflix) zbliżają się wielkimi krokami. Nadchodzi chwila prawdy.
Czy zatem wersja kinowa zrealizowana została faktycznie, jak spekulowano, „po bożemu”? I tak, i nie, bo choć to zdecydowanie wierniejsza z dwóch najnowszych ekranizacji, jej twórcom – z reżyserem Maciejem Kawalskim („Niebezpieczni dżentelmeni”) na czele – udała się rzecz arcytrudna. Jak nakręcić film łączący różne pokolenia i różne oczekiwania?
Po pierwsze zaprosić do obsady osoby, za którymi wielu z nas mocno się stęskniło, na przykład Marka Kondrata (Rzecki), choć nie tylko jego. Po drugie, rozbudować wątek swatki, pani Meliton i obsadzić genialną w tej roli Agatę Kuleszę. Po trzecie, zderzyć ze sobą skrajnie różne aktorskie temperamenty Kamili Urzędowskiej (Izabela Łęcka) i Marii Dębskiej (Kazimiera Wąsowska). Po czwarte, pewnie nigdy nie zapomnicie spojrzenia zakochanego po uszy Wokulskiego, czyli Marcina Dorocińskiego. A po piąte… Więcej nie ma co zdradzać, jedno jest pewne: ten film to w żadnym razie poczciwa ramotka, ale brawurowo zrealizowane mainstreamowe – w najlepszym tego słowa znaczeniu – kino.
Sześcioodcinkowa „Lalka” w reżyserii Pawła Maślony („Kos”, „Atak paniki”) już przed premierą dorobiła się opinii ekranizacji mocno odbiegającej od oryginału. I rzeczywiście, jeśli jakiś uczeń wpadnie na pomysł, żeby streścić lekturę szkolną na podstawie fabuły tego serialu, jedynkę ma jak w banku.
Już pierwszy odcinek może wprawić w osłupienie, potem robi się jeszcze ciekawiej. Zdecydowanie mniej tu romantyzmu, a więcej pragmatyzmu. A gdyby tak na kupca galanteryjnego Stanisława Wokulskiego i na brylującą na salonach Izabelę Łęcką popatrzeć oczami służącej? Albo gdyby sama panna Izabela – co prawda uprzywilejowana, ale przecież kobieta, mająca u schyłku XIX wieku ograniczone możliwości sterowania własnym losem – stała się pełnoprawną bohaterką opowieści, tak jak Wokulski?
Dodajcie do tego odważne i naprawdę udane wybory obsadowe. A także nieoczekiwane zwroty akcji, czarny humor i motywy zaczerpnięte z kina gatunkowego. Ile zatem jest „Lalki” w nowej serialowej „Lalce”? Wystarczy pomyśleć o Bolesławie Prusie, o tym, po co pisał tę powieść, a okaże się, że całkiem sporo. Mówimy w końcu o postępowym autorze, który postanowił naszkicować nie dla wszystkich wygodny obraz Warszawy i jej mieszkańców, wskazać palcem nierówności i niesprawiedliwości, a jednocześnie dodać całej historii posmaku sensacji i przygody.
Jeśli tylko Prus jakimś cudem dożyłby naszych czasów, gdyby był świadkiem zmian obyczajowych, jakie zaszły po drodze, pewnie przyklasnąłby pomysłom scenarzystów, a nie je potępił. No i nie zapominajmy, że „Lalka” od samego początku była serialem. Drukowanym w odcinkach od 1887 roku w porannym dodatku do „Kurjera Codziennego”.