„Nie do obrony” – nowa książka Anny Matusiak, Jacka Dubois i Igora Tuleyi. Książka, której konstrukcja jest przewrotna: fikcyjna scenarzystka Ewa chce napisać rasowy film prawniczy. Szuka konsultantów i trafia na Jacka Dubois i Igora Tuleyę. Zadaje im pytania potrzebne do scenariusza, oni odpowiadają już z prawdziwego świata prawa, a jej filmowa, czarno-biała wizja zaczyna się rozpadać. Z czasem sama dochodzi do miejsca, w którym kolejne odpowiedzi nie porządkują jej świata, tylko jeszcze bardziej go komplikują.
Przez ponad dwadzieścia pięć lat pracy dziennikarskiej zadałam tysiące pytań. Napisałam kilkanaście książek. Przyzwyczaiłam się więc do myśli, że pytania służą do tego, żeby dostać odpowiedzi. A odpowiedzi – żeby wiedzieć więcej.
Przy książce Nie do obrony wydarzyło się coś ciekawszego.
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad książką z mecenasem Jackiem Dubois i sędzią Igorem Tuleyą, wydawało mi się, że mniej więcej wiem, czym jest sprawiedliwość. Jest wina albo niewinność. Jest prawda albo kłamstwo. Jest człowiek, który zrobił coś potwornego, i człowiek, który powinien ponieść za to karę. Oczywiście wiedziałam, że świat jest bardziej skomplikowany. Tylko – jak się okazało – nie miałam pojęcia, że aż tak bardzo. A może właśnie z drugiej strony prawne reguły bardzo go porządkują i ułatwiają.
Wymyśliliśmy nietypową konstrukcję – swego rodzaju eksperyment literacki. Bohaterką książki została scenarzystka przygotowująca film prawniczy. Chce stworzyć ekranowego adwokata z krwi i kości, więc prosi o pomoc dwóch konsultantów: adwokata Jacka Dubois i sędziego Igora Tuleyę. Ona jest fikcyjna. Oni są prawdziwi. Jej pytania wynikają z powstającego scenariusza filmowego. Ich odpowiedzi – z dziesiątek lat spędzonych na prawdziwych salach sądowych.
I wtedy zaczęła się jazda.
Bo co zrobić, kiedy adwokat wie, że jego klient jest winny? Dlaczego ma go bronić? Czy sędzia może być przekonany, że oskarżony popełnił przestępstwo, a mimo to go uniewinnić? Czy prawda i prawda procesowa zawsze są tym samym? Czy można zrobić wszystko zgodnie z prawem i mieć poczucie, że sprawiedliwości nie stało się zadość?
Łapałam się na tym, że – jako scenarzystka Ewa – zadając Jackowi i Igorowi kolejne pytania, w duchu czekałam na odpowiedź, która przywróci mi porządek. Tymczasem oni ten porządek konsekwentnie burzyli.
I chyba właśnie za to jestem im najbardziej wdzięczna.
Bo zaczęłam rozumieć coś, co wykracza daleko poza salę sądową. Jak bardzo lubimy prosty świat. Winny - niewinny. Dobry - zły. Ofiara - sprawca. Bohater - łajdak. Wydajemy wyroki przy porannej kawie, po przeczytaniu nagłówka, obejrzeniu trzydziestosekundowego filmu albo wysłuchaniu jednej strony konfliktu. Potrzebujemy pewności, ponieważ niepewność jest niewygodna.
Nauczyłam się podczas pracy nad tą książką czegoś przeciwnego: czasem trzeba wytrzymać bez odpowiedzi. Pisząc łapałam się na tym, że stałam się Ewą. Ewa przestała być fikcyjną postacią, a korespondencja Ewy z realnymi prawnikami stała się de facto moją osobistą korespondencją z mecenasem i sędzią.
Totalna literacka schizofrenia!
Pod koniec Nie do obrony Ewa przyznaje, że im więcej się dowiaduje, tym mniej wie. Każda kolejna odpowiedź zamiast upraszczać, komplikuje obraz.
Rozumiem ją doskonale. Ja też zaczynałam tę książkę, chcąc dowiedzieć się, jak działa wymiar sprawiedliwości. Skończyłam z czymś znacznie cenniejszym. Z większą ostrożnością w osądzaniu ludzi.
I być może właśnie tego najbardziej dziś potrzebujemy.
Anna Matusiak