Jesienią szczególnie lubię wracać do książek, w których tajemnice i niedopowiedzenia budują atmosferę równie skutecznie jak obecność duchów. Te trzy klasyki mają w sobie mrok, któremu trudno się oprzeć. Jeśli szukasz lektury na długi, deszczowy wieczór, warto dać im się wciągnąć – nawet jeśli już dobrze znasz te historie.
Są takie książki, do których chłód i deszcz za oknem pasują wyjątkowo dobrze. Dla mnie jedną z nich są właśnie „Dziwne losy Jane Eyre” – powieść, przy której można przepaść na długie godziny. Jest tu miłość, jest tajemnica, jest ponury dwór, którego korytarzy po zmroku raczej nie chciałabym przemierzać samotnie… Ale przede wszystkim jest Jane – bohaterka, z którą trudno nie sympatyzować.
Poznajemy ją jako osieroconą dziewczynkę, dorastającą w domu nieprzychylnej jej ciotki. Później trafia do szkoły z internatem, gdzie zamiast upragnionego ciepła czekają ją kolejne trudne doświadczenia. Mimo to zdobywa wykształcenie i z czasem postanawia poszukać dla siebie miejsca poza szkolnymi murami. Tak zostaje guwernantką w Thornfield Hall, posiadłości Edwarda Rochestera. Nowa praca daje jej nadzieję na spokojniejsze życie, a znajomość z zagadkowym gospodarzem szybko staje się czymś więcej. Tyle że dziwne odgłosy i niepokojące zdarzenia każą podejrzewać, że posiadłość skrywa mroczną tajemnicę.
Charlotte Brontë umiejętnie podsyca ciekawość, ale nie sprowadza swojej bohaterki do roli dziewczyny biernie czekającej na szczęśliwą miłość. Jane marzy o bliskości, jednak równie mocno pragnie szacunku i prawa do decydowania o sobie. Nie chce, by ktokolwiek traktował ją jak osobę gorszą czy mniej ważną tylko dlatego, że nie ma majątku ani wpływowej rodziny. I właśnie to połączenie gotyckiego niepokoju z historią kobiety, która nie zamierza rezygnować z siebie, czyni tę powieść niezapomnianą. Warto wrócić – nawet jeśli dobrze pamiętasz, co kryje się w Thornfield.
(Fot. materiały prasowe)
Od zawsze fascynowały mnie ludowe wierzenia, dawne obrzędy i wyobrażenia o tym, co czeka nas po śmierci. Może właśnie dlatego mam taką słabość do drugiej części „Dziadów”. Jeszcze jako nastolatka lubiłam wracać do niej na przełomie października i listopada, kiedy wieczory stawały się coraz dłuższe, a granica między światem żywych i umarłych wydawała się odrobinę mniej wyraźna. Dziś od szkolnych lat sporo już minęło, ale ten niezwykły, mroczny klimat wciąż robi na mnie wrażenie.
Nocą w cmentarnej kaplicy zbierają się mieszkańcy wsi, by pod przewodnictwem Guślarza przywołać dusze zmarłych. Każde kolejne spotkanie odsłania ludowe mądrości o życiu, winie i cierpieniu. Pojawiają się tu duchy dzieci, okrutnego pana i młodej pasterki Zosi, a wraz z nimi pytania o to, co właściwie znaczy być człowiekiem. „Bo kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże” – ta przestroga nie traci mocy nawet po latach. Na końcu zjawia się jeszcze milczące Widmo, przywodzące na myśl bohatera „Upiora” Mickiewicza. Wraz z nim do kaplicy wkracza historia miłosna – pełna niedopowiedzeń i może właśnie dlatego tak przejmująca.
Jeśli więc na samą myśl o „Dziadach” przypominają ci się głównie sprawdziany i omówienia lektury, proponuję na chwilę o tym zapomnieć. Bez szkolnego obowiązku łatwiej dostrzec, jak nastrojowy jest to utwór. Pełen mroku i niezwykłości, ale też bardzo ludzkich pytań.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Klasyka literatury, do której warto wrócić jesienią. 5 książek idealnych na listopad
O „Rebece” już nieraz wspominałam na łamach Zwierciadła, ale skoro piszę o klasykach, do których lubię wracać jesienią, po prostu nie mogę jej pominąć. Zwłaszcza że można w niej odnaleźć echa powieści Charlotte Brontë. To jedna z tych książek, które robią wrażenie nie tylko samą historią, lecz przede wszystkim atmosferą. Duszną, pełną napięcia i podsuwającą myśl, że za pozornym spokojem kryje się coś, o czym nikt nie chce mówić.
Młoda, niepewna siebie bohaterka podczas pobytu na południu Francji poznaje zamożnego wdowca Maxima de Wintera. Szybki ślub wydaje się początkiem życia, o jakim wcześniej nawet nie śmiała marzyć. Kiedy jednak przyjeżdża z mężem do jego rodzinnej posiadłości Manderley, zamiast poczuć się u siebie, coraz bardziej odczuwa własną obcość. Wszystko zdaje się przypominać o pierwszej żonie Maxima. To ona była tu wcześniej panią domu, to ją podziwiano i to z nią nowa pani de Winter nieustannie porównuje samą siebie. Dotkliwie świadoma własnych niedoskonałości i przekonana, że wciąż pozostaje w cieniu Rebeki, postanawia odkryć, kim naprawdę była jej poprzedniczka. Z czasem jednak fascynacja ustępuje miejsca obsesji, a poszukiwanie prawdy o małżeństwie i tajemniczej śmierci kobiety odsłania sekrety, które na zawsze odmienią życie bohaterów.
Du Maurier znakomicie pokazuje, jak z niepewności rodzą się podejrzenia, a z domysłów – przekonania, które coraz trudniej podważyć. A z każdą odpowiedzią ta historia staje się mniej oczywista, niż początkowo mogłoby się wydawać. Jest tu coś z romansu, kryminału i thrillera psychologicznego, ale wszystko spaja gotycka atmosfera, której trudno się oprzeć. Sama pierwszy raz czytałam tę powieść jesienią i do dziś właśnie z tą porą roku kojarzy mi się najmocniej. Jeśli szukasz książki na długi wieczór, Manderley będzie dobrym adresem. Choć o spokojnym pobycie raczej nie ma mowy…
(Fot. materiały prasowe)