Agnieszka Radomska - Uśmiechasz się szczerze, czy tylko ci się wydaje? Prawdziwe szczęście bardzo trudno udawać ‒ to sekret uśmiechu Duchenneʼa
00:00
14:01
Byłoby skrajnym truizmem stwierdzić, że uśmiech zbliża nas do innych. Dużo ciekawsze jest to, że nie każdy uśmiech działa tak samo. Jest jeden charakterystyczny typ, który bardzo trudno sztucznie wywołać na zawołanie. A właśnie on nie tylko jest autentyczny, ale działa jak relacyjne spoiwo
Zadowolenie, życzliwość, otwartość ‒ gdyby ktoś zapytał cię, po co w ogóle się uśmiechasz, pewnie właśnie takie skojarzenia przyszłyby ci do głowy. Tak naprawdę jednak przyjmowanie tego charakterystycznego wyrazu twarzy, nad którym dziś niespecjalnie się zastanawiamy, naszym przodkom służyło do zupełnie innych celów. Uśmiech, jaki znamy, wcale nie zrodził się jako symbol radości. Unoszenie warg i pokazywanie zębów służyło naczelnym przede wszystkim do łagodzenia społecznych napięć. W sytuacjach hierarchiczych albo w obliczu zagrożenia konfliktem obnażenie zębów wcale nie manifestowało zadowolenia, a uległość. Odciągnięcie warg w nieagresywny sposób sygnalizowało, że nadawca tego gestu nie stanowi zagrożenia. Był to w pewnym sensie gest „dmuchania na zimne”, służący zapobieganiu aktom agresji ze strony osobników o wyższym statusie w hierarchii, ale także ułatwiający interakcje w grupie.
Stąd już niedaleko do teorii mimiki obronnej, zgodnie z którą niektóre uśmiechy nie są wyrazem tzw. pozytywnych emocji, lecz sposobem radzenia sobie z napięciem i społecznym zagrożeniem. Uśmiech może pojawić się w chwili zakłopotania, niepewności, a nawet strachu ‒ nie po to, by wyrazić radość, ale by złagodzić sytuację, zasygnalizować pokojowe zamiary i zmniejszyć ryzyko konfliktu. Być może dlatego uśmiechamy się czasem w momentach, w których ostatnią rzeczą, jaką czujemy, jest szczęście... Spośród 19 różnych rodzajów uśmiechu, do jakich jesteśmy zdolni, tylko sześć pojawia się, gdy towarzyszą nam przyjemne emocje. Pozostałych używamy, by wyrazić ból, zażenowanie, dyskomfort, przerażenie, a nawet poczucie nieszczęścia. Uśmiech może też oznaczać pogardę, gniew lub niedowierzanie. Bywa reakcją na sytuację, w której ktoś przyłapał nas na kłamstwie, ale także mimiczną odpowiedzią na własną porażkę. Unosimy kąciki ust, gdy czujemy się niezręcznie, jesteśmy zaniepokojeni, zawstydzeni, brak nam pewności siebie. W takich momentach uśmiech funkcjonuje mniej jako oznaka osobistego szczęścia, a bardziej jako sposób regulacji otoczenia społecznego. Sygnalizuje współpracę, uspokojenie lub chęć rozładowania napięcia, podobnie jak u naszych przodków. Uśmiechamy się bardziej „na zewnątrz” niż „od wewnątrz”. Próbujemy w ten sposób wpływać na delikatną dynamikę życia w grupie. Pytanie brzmi, czy to widać na twarzy?
Czytaj także: „Subtitle face” ‒ gdy twoja twarz wyraża więcej, niż byś chciała
Często nawet nie rejestrujemy tego, że się uśmiechamy. Choć uśmiech wydaje się jednym z najbardziej naturalnych i prostych ludzkich gestów, w rzeczywistości jest efektem skoordynowanej pracy mięśni twarzy, kontrolowanych przez układ nerwowy. Wystarczy niewielka zmiana ich aktywności, by zmienił się nie tylko kształt ust, lecz także wygląd policzków, oczu i całej twarzy. By opisywać te ruchy w sposób możliwie obiektywny, naukowcy posługują się między innymi Systemem Kodowania Ruchów Mimicznych Twarzy, znanym jako FACS. Opracowany przez psychologów Paula Ekmana i Wallace’a Friesena system pozwala rozłożyć mimikę na mniejsze, obserwowalne elementy, czyli tzw. „jednostki akcji”. Zamiast stwierdzać, że ktoś wygląda na szczęśliwego, badacz może w ten sposób opisać konkretny ruch: uniesienie kącików ust, podniesienie policzków czy zwężenie szpary powiekowej. FACS pozwala precyzyjnie opisać, co konkretnie wydarza się na twarzy, ale sam w sobie nie rozstrzyga, jakie emocje odczuwa dana osoba i właściwie po co uruchamia te, a nie inne mięśnie.
W przypadku uśmiechu kluczową rolę odgrywa mięsień jarzmowy większy. Łączy on okolicę kości jarzmowej z kącikiem ust, a kiedy się kurczy, pociąga kąciki ku górze i na zewnątrz. To właśnie ten ruch stanowi podstawę większości uśmiechów ‒ zarówno tych spontanicznych, pojawiających się w reakcji na coś zabawnego, jak i tych, którymi witamy znajomych, okazujemy uprzejmość czy łagodzimy niezręczną sytuację. Samo uniesienie ust nie mówi jednak wszystkiego o tym, co dzieje się na twarzy. Do obrazu uśmiechu może dołączyć bowiem kolejny mięsień: okrężny oka, a dokładniej jego część oczodołowa. Jej skurcz unosi policzki, zwęża szparę powiekową i może uwydatniać drobne zmarszczki w zewnętrznych kącikach oczu. Kiedy występuje jednocześnie z uniesieniem kącików ust, powstaje charakterystyczna konfiguracja, którą kojarzymy z szerokim, promiennym uśmiechem ‒ takim, przy którym „śmieją się” nie tylko usta, ale i oczy. Właśnie taki uśmiech ‒ angażujący okolice oczu ‒ często uznawano za bardziej spontaniczny i związany z odczuwaną radością, podczas gdy ruch ograniczony głównie do ust kojarzono z uprzejmością lub świadomą kontrolą ekspresji.
Co w takim razie ze szczerością? Kiedy uśmiechamy się tak naprawdę, od środka, by wyrazić siebie, a kiedy raczej po to, by wpłynąć na otoczenie? Choć uśmiech bywa skutecznym sposobem manipulowania innymi lub odwracania uwagi od naszych prawdziwych uczuć, badania nad mimiką i emocjami pokazują, że uśmiechy, które nie wyrażają prawdziwej radości, a służą raczej celom społecznym, w mniejszym stopniu odzwierciedlają nasze wewnętrzne uczucia, a bardziej to, co chcemy zasygnalizować innym. Jest tu spore pole do popisu dla naszych zdolności aktorskich ‒ możemy to po prostu sprawnie odegrać i istnieje prawdopodobieństwo, że osiągniemy swój cel. Gdybyśmy jednak w ten sam sposób chcieli udać, że rozpiera nas wewnętrzna radość, raczej poniesiemy porażkę. Szczery, nieudawany, autentyczny uśmiech jest bardzo trudny do podrobienia. I właśnie ten charakterystyczny typ wyrazu twarzy już w XIX wieku opisał w swoich pracach francuski lekarz, Guillaume Duchenne de Boulogne, dla którego ludzka twarz była jedną wielką anatomiczną zagadką.
Czytaj także: „Oceniająca, nieprzystępna, wywyższa się”. Syndrom „bitch face” istnieje i potrafi być udręką
Guillaume Duchenne de Boulogne (1806–1875) był francuskim lekarzem i jednym z pionierów neurologii, który postanowił zbadać coś, co dziś wydaje się oczywiste, ale w XIX wieku wciąż stanowiło zagadkę: jak właściwie powstają ludzkie emocje widoczne na twarzy? Zamiast ograniczać się do obserwowania pacjentów, Duchenne sięgnął po... prąd elektryczny. Za jego pomocą pobudzał wybrane mięśnie, sprawdzając, jak ich skurcze zmieniają wyraz twarzy. Chciał ustalić, czy określonym emocjom odpowiadają konkretne układy mięśni i czy można je odtworzyć w sposób powtarzalny. W 1862 roku opublikował „Mécanisme de la physionomie humaine” ‒ dzieło, w którym fizjologia spotkała się z fotografią, a ludzkie twarze stały się czymś w rodzaju żywego atlasu emocji. Efekty tych eksperymentów potrafią dziś przyprawić o dreszcze. Przypominają obrazy rodem z najkoszmarniejszych snów. Na fotografiach widać mężczyznę, którego twarz wykrzywia się w upiornych grymasach przypominających strach, smutek, płacz czy nieco głupkowatą radość. Nie były to jednak zawsze spontaniczne reakcje emocjonalne: wiele z nich Duchenne wywoływał sztucznie, drażniąc mięśnie elektrodami. Jego głównym modelem był starszy paryski szewc, u którego występowało znaczne osłabienie czucia w obrębie twarzy. Właśnie ten szczegół miał dla badacza ogromne znaczenie ‒ stymulacja elektryczna twarzy mogła powodować nieprzyjemne odczucia, a nawet ból, które wywoływały dodatkowe, mimowolne ruchy. Duchenne chciał ograniczyć ten problem, wybierając osobę, u której reakcje bólowe były znacznie słabsze. W ten sposób próbował oddzielić ruch mięśnia wywołany prądem od reakcji organizmu na sam eksperyment. W jego metodzie krył się jeszcze jeden interesujący paradoks. Duchenne wykorzystywał fotografię jako dowód naukowy, ale zdjęcie mogło utrwalić tylko pojedynczą chwilę ‒ grymas zamieniony w nieruchomy obraz. Żeby uchwycić odpowiednią ekspresję, trzeba było wywołać skurcz i utrzymać go wystarczająco długo, by dało się wykonać fotografię. W rezultacie powstawały obrazy, które wyglądały jak zapis prawdziwych emocji, choć często przedstawiały mimikę wywołaną eksperymentalnie.
Podczas badań Duchenne zwrócił uwagę na jeden szczególny rodzaj uśmiechu. Samo uniesienie kącików ust nie wystarczało, by odtworzyć to, co uważał za naturalny, radosny śmiech. Istotną rolę odgrywały również mięśnie wokół oczu, które unoszą policzki, zwężają szparę powiekową i uwydatniają drobne zmarszczki w zewnętrznych kącikach oczu. Duchenne rozróżniał więc uśmiech ograniczony głównie do ust od uśmiechu, w którym uczestniczyła także okolica oczu. W jego interpretacji właśnie ta druga konfiguracja wiązała się z przyjemnymi, autentycznie odczuwanymi emocjami. Dziś tę specjalną konfigurację opisaną przez francuskiego lekarza znamy pod nazwą „uśmiechu Duchenne’a”. Jest długi i intensywny, choć wymaga skurczu zaledwie dwóch mięśni, a dodatkowo ‒ bardzo trudno go wymusić i udać.
W 2017 roku Yevgen Bogodistov i Florian Dost opublikowali w czasopiśmie Frontiers in Psychology badanie o wymownym tytule „Bliskość zaczyna się od uśmiechu, ale od którego?”. Wykorzystując testy skojarzeń, sprawdzali, jak ludzie nieświadomie łączą różne rodzaje uśmiechu z poczuciem bliskości i dystansu. Okazało się, że uśmiech Duchenne’a silniej kojarzył się z bliskością, podczas gdy uśmiech bez wyraźnego zaangażowania okolic oczu wiązał się z większym dystansem. Ten konkretny rodzaj uśmiechu może więc sprawiać, że druga osoba wydaje nam się bliższa, zanim jeszcze zdążymy ją dobrze poznać. Przekłada się to również na zaufanie i współpracę. W serii trzech eksperymentów opublikowanych w 2009 roku badacze sprawdzali, czy zwracamy uwagę na to, jak ktoś się uśmiecha, i czy wpływa to na nasze zachowanie. Okazało się, że rozróżnienie między uśmiechem związanym z radością, a więc duchennowskim, a uśmiechem, który jej nie wyraża, nabierało szczególnego znaczenia wtedy, gdy sytuacja wymagała oceny zaufania lub gotowości do współpracy. Rodzaj uśmiechu wpływał zarówno na ocenę drugiej osoby, jak i na skłonność do współdziałania z nią.
Nie oznacza to oczywiście, że wystarczy uruchomić odpowiednie mięśnie, by błyskawicznie skrócić dystans i zdobyć czyjeś zaufanie. Gdyby tak było, wszyscy chodzilibyśmy pewnie po ulicach, szczerząc się jak postaci z kreskówki. Uśmiech jest tylko jednym z wielu sygnałów, które bierzemy pod uwagę. Co więcej, charakterystyczne zmarszczki wokół oczu nie są niezawodnym wykrywaczem szczerości ‒ taki uśmiech w pewnym stopniu można świadomie odegrać. Jego znaczenie polega raczej na tym, że często odbieramy go jako bardziej autentyczny i pozytywny.
Czytaj także: Wierzymy tym, którzy są do nas podobni? Nie tylko. Zanim komuś zaufamy, bierzemy pod uwagę zaskakującą cechę
Więc nawet jeśli uśmiech Duchenne’a nie jest w stu procentach niepodrabialnym dowodem szczęścia, ma ogromne znaczenie dla naszych relacji. Jest sygnałem, który inni często interpretują jako oznakę ciepła, bliskości i życzliwości. Nie tylko pokazuje coś, co jest w nas, ale także zmienia sposób, w jaki widzą nas inni.
Wykorzystane źródła: https://psycnet.apa.org/doiLanding?doi=10.1037%2F0022-3514.58.2.342; https://www.bbc.com/future/article/20170407-why-all-smiles-are-not-the-same; https://www.all-about-psychology.com/psychology-of-smiling-explained.html; https://www.frontiersin.org/journals/psychology/articles/10.3389/fpsyg.2017.01374/full; https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/19296878/