1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Marta Niedźwiecka: „Jeżeli nie czujesz się dobrze ze sobą, to możesz mieć ciało Naomi Campbell, a i tak będziesz siebie nie znosić”

Marta Niedźwiecka: „Jeżeli nie czujesz się dobrze ze sobą, to możesz mieć ciało Naomi Campbell, a i tak będziesz siebie nie znosić”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Olekszyk - Marta Niedźwiecka: „Jeżeli nie czujesz się dobrze ze sobą, to możesz mieć ciało Naomi Campbell, a i tak będziesz siebie nie znosić”

00:00 23:39
15s
0,5 x
15s
Z jednej strony mamy silną tendencję do dyscyplinowania siebie, by wyglądać idealnie, z drugiej – skłonność do dyscyplinowania innych, że starają się za bardzo – mówi psycholożka Marta Niedźwiecka, trafnie ujmując jeden z dzisiejszych absurdów. Jak z niego wybrnąć? I co najważniejsze – jak rozmawiać o medycynie estetycznej, nie dając się nastawiać przeciwko innym kobietom?

Spis treści:

  1. Operacje plastyczne a samoocena. Dlaczego kobiety decydują się na poprawianie urody?
  2. Kanony piękna i filtry na Instagramie. Jak media społecznościowe wpływają na wygląd kobiet?
  3. Presja piękna. Dlaczego kobiety wciąż czują, że muszą poprawiać swój wygląd?
  4. Czy operacje plastyczne poprawiają samoocenę? Marta Niedźwiecka o pułapce idealnego ciała
  5. Lęk przed starzeniem się i botoks prewencyjny. Dlaczego boimy się pierwszych zmarszczek?

  • Z jednej strony kobiety słyszą, że powinny dążyć do idealnego wyglądu. Z drugiej – są krytykowane, gdy widać, że za bardzo się starają. Marta Niedźwiecka zwraca uwagę na ten paradoks.
  • Operacje plastyczne i zabiegi medycyny estetycznej stały się bardziej dostępne, ale czy rzeczywiście pomagają poczuć się lepiej ze sobą? Psycholożka przestrzega przed oczekiwaniem, że zmiana wyglądu odmieni całe życie.
  • „Bycie sobą wymaga jednak sporo odwagi” – mówi Marta Niedźwiecka. I wyjaśnia, dlaczego tak trudno nam zaakceptować własną odmienność, zwłaszcza gdy nie mieści się ona w obowiązujących kanonach piękna.
  • Dlaczego kobiety tak surowo oceniają wygląd innych kobiet? I jak przestać traktować własne ciało jak projekt, który nieustannie trzeba poprawiać? O tym również mówi ekspertka.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 09/2026.

Operacje plastyczne a samoocena. Dlaczego kobiety decydują się na poprawianie urody?

Joanna Olekszyk: Nie sądzisz, że operacje plastyczne stały się kolejnym punktem zapalnym w odwiecznej rywalizacji między kobietami, której wszystkie jesteśmy uczone od dziecka? Jaki jest twój stosunek do poprawiania urody?

Marta Niedźwiecka: Najkrócej: jest on złożony. Z bardzo wielu powodów. Jako psychoterapeutka jestem zmuszona patrzeć na modyfikacje ciała z pewną ostrożnością, nawet jeżeli nie z założeniem, że jest to coś złego, to przynajmniej z ciekawością, czym to jest dla tej konkretnej osoby. Co jej to robi, skąd ma taką potrzebę.

Gdybym miała więc w swoim gabinecie pacjentkę, która ponawia operacje plastyczne albo chce o tym porozmawiać, to pewnie spytałabym o jej stosunek do własnego ciała, o samoocenę, ale też o jej relacje z potencjalnymi partnerami czy partnerkami, o jej doświadczenia zawstydzania i dyskryminacji.

Tylko zaznaczam, że to jest tryb gabinetowy. Nie zaczepiłabym innej kobiety – znajomej czy nie – i nie zaczęła kwestionować wyglądu jej ciała ani w internecie, ani na żywo, bo uważam, że nikt nie dał mi takiego prawa.

Masz rację, to temat, którym kultura niezwykle dyscyplinuje kobiety. Z zewnątrz, ale i od wewnątrz, bo kobiety dyscyplinują nim też same siebie. I to idzie w dwóch kierunkach. Jest w nas zarówno tendencja do tego, by dyscyplinować siebie do idealnego wyglądu, jak i skłonność do dyscyplinowania innych, że starają się za bardzo. Obydwie nie wróżą nic dobrego.

A jeśli pytasz konkretnie o mnie, to na razie nie zrobiłam sobie żadnej operacji plastycznej, ale nie chcę się tego wypierać jak żaba błota, bo nie wiem, jak się zachowam, kiedy zacznę się wyraźnie starzeć.

Jaki będę miała wtedy do tego stosunek. Natomiast zdecydowanie boję się takich rzeczy jak ból, jak niekorzystny efekt, jak komplikacje zdrowotne. To mnie wstrzymuje w fantazjach o wiecznej młodości. Nie mówiąc już o tym, że jest to procedura wymagająca bardzo dużych zasobów finansowych i ludzkich, co czyni ją bardzo aspiracyjną. Pierre Bourdieu, słynny francuski filozof, socjolog i antropolog, mówił, że kategorie estetyczne to są takie kategorie, którymi dokonuje się hierarchizowanie społeczeństwa. Nic z tego, w co wierzymy, że jest piękne, nie jest naturalne ani oczywiste.

Masz na myśli to, że piękno jest tylko dla elit?

Kategoria wyglądu – niezależnie od tego, co w niej widzimy, grubość czy chudość, wysokie czoło czy duże usta – jest elementem budowania narracji o tym, kto stoi wyżej, kto jest bardziej pożądany; nadawania pewnych kodów, którymi pokazujemy swoje miejsce w świecie. Na przykład powiększanie piersi jeszcze pod koniec lat 80. było dostępne – ze względu na cenę i stopień skomplikowania operacji – tylko dla bardzo zamożnych Amerykanek z wyższych klas, aktorek czy piosenkarek, a przez to stanowiło symbol statusu materialnego i społecznego kobiety, która chce i może w ten sposób poprawiać swoje ciało. Przez to, że takie biusty były marzeniem wielu, stały się elementem aspiracji dla tych o niższym statusie społecznym. Dziś to marzenie zostało zakomodowane przez szersze grupy społeczne i teraz nawet stereotypową studentkę stać (choćby na kredyt) na to, by wstawić sobie implanty, bo nie trzeba być do tego gwiazdą filmową.

Tylko że decyzja o powiększeniu piersi – tak samo jak o noszeniu hybrydowych paznokci, depilowaniu się laserowo czy zmianie kształtu warg sromowych – nie jest niezależną decyzją kobiety. Ponieważ ma na nią ogromny wpływ świat, który mówi, że określone atrybuty nadają nie tylko prestiż, ale też gwarantują awans społeczny.

Te narracje będą tym mocniej się trzymały, im bardziej kobiety nie będą widziały dla siebie alternatyw. Tam, gdzie mają możliwość awansu społecznego, zarabiania pieniędzy, osiągnięcia niezależności innymi metodami niż przez wygląd, ciśnienie na operacje plastyczne będzie mniejsze. Pamiętasz naszą rozmowę o pracy na OnlyFans – jeśli dysponujesz innymi walutami społecznymi, które możesz wprowadzić do obiegu, dyplomem wyższej uczelni, wysokim stanowiskiem, pochodzeniem rodzinnym, to inaczej będziesz podchodzić do swojego wyglądu. Także jeśli będziesz mieć władzę.

Angela Merkel nie poddała się operacji plastycznej. Hillary Clinton – nie wiem, chyba też nie albo zrobiła to dyskretnie. Na przykład koronowane głowy rzadko z tej opcji korzystają, raczej się konserwują w specyficzny, bardzo dyskretny sposób. Bo taki jest komunikat z ich sfery – nie możesz przesadzić, bo zaczniesz wyglądać jak wyszydzana „żona miliardera”, a wtedy wypadniesz ze swojej uprzywilejowanej grupy.

Kanony piękna i filtry na Instagramie. Jak media społecznościowe wpływają na wygląd kobiet?

Dziś możemy mówić o dwóch powodach korzystania z osiągnięć medycyny estetycznej. Pierwszy to chęć dostosowania się do standardów piękna, które ustanawia nie tylko male gaze, czyli męskie spojrzenie, ale też – jak zauważa autorka „Pixel Flesh” Ellen Atlanta – digital gaze, czyli filtry instagramowe. Atlanta przytacza słowa pewnej nastolatki, której marzeniem jest, by mieć taki filtr codziennie na twarzy.

No bo wtedy jesteś bezpieczna – nikt cię nie wyśmieje, nikt cię nie upokorzy, twoje cechy indywidualne zleją się z tym bardzo radykalnym kanonem piękna, więc będziesz nie tylko akceptowana, ale wręcz unikniesz przemocy.

Drugim powodem jest pogoń za młodością, czyli usuwanie oznak starzenia się.

Tak, on jest dość uniwersalny, choć, jak powiedziałyśmy, różne klasy społeczne bardzo różnie go realizują. Ja dodałabym jeszcze trzeci powód, czyli usuwanie takich cech wyglądu, które realnie utrudniają codzienne funkcjonowanie.

Pamiętajmy, że chirurgia plastyczna powstała na zgliszczach Europy po pierwszej wojnie światowej po to, by pomagać straszliwie oszpeconym żołnierzom, którzy po atakach bronią chemiczną stracili na przykład pół twarzy.

Wtedy właśnie chirurdzy zaczęli reperować ludziom uszkodzone ciała. Celowość tego na początku była czysto rekonstrukcyjna. Teraz też się zdarza, że ludzie rodzą się z bardzo odstającymi uszami czy rozszczepieniem wargi albo ulegają wypadkom czy różnym chorobom. Ale procent takich pacjentów jest rzeczywiście znikomy. Obecnie jest to mniej medycyna, a bardziej przynoszący ogromne zyski biznes.

Powrót do naturalnego, własnego wyglądu przestał być najważniejszym celem, przebiła go chęć wyglądania jak ktoś inny.

Podążamy za kanonem, który jest kompletnie nierealistyczny. Nie tylko dlatego, że się starzejemy, ale też dlatego, że bardzo mało osób tak z natury wygląda. To ten zestaw proporcji: duży biust, krągłe biodra, spora pupa plus wąska talia i bardzo szczupła sylwetka, do tego bardzo określone rysy twarzy, które zawdzięczamy filtrom z social mediów. W tym znaczeniu mamy do czynienia z pogonią, która, owszem, zawsze była nam narzucana – miałyśmy być atrakcyjne dla męskiego oka – ale teraz wzmocnił to efekt skali, ciśnienie jest znacznie większe, a do tego liczba osób, które cię oceniają, bardzo się zwiększyła.

Ale też, jak mówisz, piękno zawsze było nieosiągalne – przez to, że należało wyłącznie do klasy próżniaczej.

I też od zawsze było – zwłaszcza dla kobiet – związane z cierpieniem. Królowa Elżbieta I całe życie smarowała twarz białym klajstrem z dużą ilością ołowiu i rtęci, które stopniowo zatruwały jej organizm, aż prawdopodobnie doprowadziły do śmierci. Blada skóra była wtedy szczytem wyobrażeń o kobiecym pięknie, poza tym Elżbieta ukrywała w ten sposób bardzo widoczne ślady po ospie. Czyli nawet jeśli byłaś królową, nie mogłaś uniknąć obowiązku wyglądania w jakiś sposób. On był nałożony na wszystkie kobiety pochodzące z wyższych klas. A potem też na mieszczki. Natomiast skala, jaką to przyjęło, siła tego przymusu, który zawdzięczamy kulturze kolorowych magazynów, potem telewizji i programom typu reality show, a teraz też internetowi – jest nieporównywalna z czymkolwiek wcześniej.

Presja piękna. Dlaczego kobiety wciąż czują, że muszą poprawiać swój wygląd?

Ja obwiniam o to programy typu makeover, w których bohaterki przechodziły przemianę z brzydkiego kaczątka w łabędzia. Pamiętam na przykład program „The Swan”, w którym bohaterki były poddawane wielu bolesnym operacjom.

Zobacz – to, co było fragmentem protestanckiej, amerykańskiej opowieści o tym, że możesz wziąć życie w swoje ręce i pokonać drogę od pucybuta do milionera dzięki swojej ciężkiej pracy – zostało przeszczepione do obszaru beauty. Kobietom od pewnego momentu zaczęto mówić, że jeśli nie wyglądają w jakiś sposób, to znaczy, że po prostu przestały się starać.

Kiedy Andie MacDowell po raz pierwszy pokazała się z siwymi włosami, to tabloidy krzyczały nagłówkami She gave up on herself, poddała się.

Prywatyzacja odpowiedzialności za to, jak wyglądamy, jest absurdalna, bo możemy o siebie dbać, ale to, jakie będziemy mieć z wiekiem nosy, łydki czy piersi, należy już do naszego genetycznego wyposażenia.

I jest efektem doświadczeń życiowych. Jeśli urodziłaś dzieci, będziesz miała inne piersi niż kobieta, która nigdy nie karmiła.

Ależ oczywiście. Większość z tych rzeczy jest od nas zupełnie niezależna, a jest wkładana w nasze ręce jako kolejny projekt do zajmowania się, w dodatku projekt, który bardziej niż inne udowadnia, czy jesteśmy wartościowe i godne zainteresowania. Ale też czy nie spotka nas jakaś forma ostracyzmu ze strony innych kobiet.

Kobiety zawsze oceniały kobiety – nie mam co do tego żadnych złudzeń, ale skala tego, czego możesz doświadczyć w internecie, jeśli wyglądasz niezgodnie z kanonem lub jesteś znaną osobą, która z jakiegoś powodu podejmie nietypowy wybór, jak na przykład Julia Roberts, która przyszła kiedyś na premierę z nieogolonymi pachami – jest niewyobrażalna.

Bo chłopców wychowuje się tak, by byli niesforni i wymagający dyscypliny, a dziewczynki tak, by same się dyscyplinowały albo by dyscyplinowały się nawzajem.

I już są spacyfikowane. A w dodatku mają zajęcie: cały czas zajmować się wyglądem własnym i innych kobiet. Betty Friedan w „Mistyce kobiecości” pisała, że to jest jak osobny etat. Powstała z tego oddzielna aktywność życiowa, polegająca na tych wszystkich rytuałach piękna, które mają nadać treść twojemu życiu, a które są kompletnie puste i bezsensowne. Bo jaka głębia, jakie sacrum jest w nakładaniu kremu? Można to lubić, ale próżno tam szukać transcendencji.

Jak to próżno? Chodzi przecież o boskie ciało.

No ale umówmy się, to jest jednak zaklinanie rzeczywistości. Oraz sytuacja, w której poświęcamy dużo czasu na coś, co jest nazywane bardzo szumnym określeniem, a co nie zawiera żadnej unikalnej treści. W ten sposób jest nam wpychane bardzo dużo produktów, które musimy kupować, czy zabiegów, jakim musimy się poddawać. My na to nie tylko wydajemy ciężko zarobione pieniądze, ale poświęcamy też ogrom czasu.

Zamiast zdobywać nową wiedzę czy nowe kwalifikacje, ale też po prostu cieszyć się życiem. Mogłabyś spędzać beztrosko czas na plaży, a myślisz o tym, jak wyglądasz w kostiumie.

Jesteśmy non stop zaprzątnięte nieznośnym i absolutnie jałowym działaniem, jakim jest walka z naszą biologią, upływającym czasem czy genami. Jedne z nas narzekają, że mają za dużo włosów, inne, że za mało, w jednych miejscach na ciele tłuszcz nas cieszy, w innych oburza.

Jesteśmy krytyczne wobec siebie samych, ale wzrasta też nasza ocenność wobec innych kobiet. Skoro wiemy, ile nas to kosztuje, jak to jest dla nas drenujące i nadmiernie ważne, to jak ktoś się z tego wyłamuje, potrafimy być wobec takiej osoby bardzo okrutne: „Wracaj do szeregu. Dlaczego ciebie ma to nie dotyczyć?”.

Czy operacje plastyczne poprawiają samoocenę? Marta Niedźwiecka o pułapce idealnego ciała

Ale czy w związku z tym można powiedzieć, że jeśli decydujemy się na upiększającą, inwazyjną operację, na przykład przeszczepienie tłuszczu do pośladków, to znaczy, że poddajemy się tej opresji, dyktatowi nieosiągalnych standardów?

Nie chciałabym tak myśleć, bo wtedy będę piętnować kobiety, które to robią, a to nigdy nie jest i nie będzie moją intencją. My wszystkie jesteśmy ofiarami tej opresji, tylko różnie na nią odpowiadamy. Ale chciałabym zwrócić uwagę na coś pozornie oczywistego.

Czytałam wiele badań, z których jasno wynikało, że większość kobiet robi sobie operację powiększenia piersi w nadziei, że przywróci im to poczucie atrakcyjności i podniesie samoocenę. Realny wskaźnik samooceny po zabiegu implantacji piersi najpierw bardzo spada – bo są pooperacyjny ból i rehabilitacja – potem rośnie do jakichś 30 procent więcej, niż wynosił, a następnie utrzymuje się na takim samym poziomie, na jakim był przed operacją, a czasami na dużo niższym.

U tych kobiet, u których poczucie atrakcyjności spada, okazuje się, że te piersi były zmitologizowane, miały dać tyle szczęścia, satysfakcji, seksapilu i powodzenia u mężczyzn, a nie dały nic. Według mojej wiedzy nikt, jak na razie, nie wykazał, że powiększenie piersi realnie zmienia życie kobiet na lepsze.

Jak powiedziałam, nie chcę nikogo dyscyplinować, tylko powiedzieć: chcesz zrobić sobie operację, proszę bardzo, ale nie oczekuj, że po niej odmieni się twoje życie. Jeżeli nie czujesz się dobrze ze sobą, to możesz mieć ciało Naomi Campbell, a i tak będziesz siebie nie znosić.

Raz jeszcze powołam się na książkę „Pixel Flesh”, bo zwraca uwagę na kolejny absurd związany z poprawianiem urody. Mówi się nam, że piękno to najwyższa wartość, że dziś jest dostępne dla wszystkich – można je po prostu kupić, ale jednocześnie słyszymy, że to piękno nie może wyglądać jak kupione.

Bo inaczej drwią z ciebie jak z Lauren Sánchez, żony Jeffa Bezosa, jednego z najbogatszych ludzi na świecie. To jest dokładnie to, co mówiłam o kodach określonych klas. Ponieważ dostępność różnych rzeczy związanych z pięknem, statusem i prestiżem bardzo się przez ostatnie lata zmodyfikowała, pojawiła się kolejna kategoria, która zawojowała internet, a mianowicie old money. Oddziela ona tych, którzy mają coś z urodzenia, od tych, którzy muszą na to zapracować lub zasłużyć. Dlatego jeżeli uda ci się zrobić te wszystkie operacje tak, żeby nie było widać, że miałaś je robione – wygrałaś życie, bo wchodzisz do panteonu bogów, którzy wyglądają jak osoby dobrze urodzone. Natomiast jeśli ci się nie uda i coś wygląda u ciebie na zbyt naciągnięte, zbyt duże czy zbyt wąskie albo po prostu nie trafiłaś we właśnie dominujący trend – natychmiast zostajesz zdyskwalifikowana jako ta, która stara się nadmiernie.

Być brzydką to grzech, ale jeszcze większy – swoją brzydotę nieudolnie przykrywać. Nigdy w tę grę nie wygramy… Tym bardziej że gramy właściwie przeciwko sobie. Jedne z nas godzą się na to, że aby być pożądaną, chcianą i zauważaną, trzeba siebie i sobie coś ciągle poprawiać, inne się przeciwko temu buntują, ale zarówno pierwsze na drugie, jak i drugie na pierwsze patrzą z wyższością lub politowaniem. Boli mnie, że poprzez to tworzą się dwa zwalczające się nawzajem obozy.

Cóż, na tym polega stara jak świat metoda „dziel i rządź”. Łatwiej nami zarządzać, jak jesteśmy skonfliktowane. Po co są te upokarzające komentarze dotyczące innych kobiet? By zawalczyć o jakąś wyższość. „Ja tego nie robię, w związku z tym daję sobie prawo do oceniania innych i umniejszania ich. Nazywania ich glonojadami czy pustymi lalkami”. Niestety, ten kawałek bardzo słabo poddaje się korekcie.

Zobacz, w kilku naszych ostatnich rozmowach, za każdym razem łapiemy takie miejsca, w których kobiety dla innych kobiet są najsurowszymi sędziami, a czasem jeszcze egzekutorkami.

Można powiedzieć, że patriarchat odpowiada za nakręcanie tej dużej, systemowej opresji wobec kobiet, natomiast kobiety na służbie patriarchatu układają tę codzienną przemoc.

Czy jesteś dobrą matką i czy na pewno sprawdzasz się w tej roli? Czy jesteś wystarczająco zadbana? Czy nie ubierasz się zbyt wyzywająco? Czy upiekłaś ciasta na święta i umyłaś okna? Kiedy widzę w internecie, jak daleko potrafią zabrnąć różne dyskusje, w których kobietom wytyka się ich niewystarczającość – macierzyńską, wyglądową, karierową, jakąkolwiek – to sobie myślę, że ciągle jesteśmy w tym samym miejscu mimo kolejnych fal feminizmu.

Mój stosunek do operacji plastycznych jest mieszany, z jednej strony rozumiem, że można mieć taką potrzebę, z drugiej – boję się bólu, ale też unifikacji. Widzę i słyszę te obawy, że wszystkie stajemy się klonami samych siebie. Może to wyśmiewanie czy umniejszanie ma na celu powstrzymanie przed tym kolejnych kobiet? Choć wiem: to krzywy cel, bo jednak krzywdzi.

Ten cel jest krzywy też dlatego, że kobiety robiące sobie operacje chcą wyglądać jak ktoś inny. Potrzeba dostosowania i niewystawania jest silniejsza niż potrzeba indywidualizacji. Zwłaszcza jeśli doświadczyło się zawstydzania, wyszydzania czy innych form dyskryminacji. Bycie sobą wymaga jednak sporo odwagi. Dopiero kiedy przekroczy się pewien próg, kiedy zrozumie się, że człowiek potrzebuje wyglądać jak on, można porozmawiać o tym, że dostosowywanie się jest jednak bardziej szkodliwe niż pomocne.

Lęk przed starzeniem się i botoks prewencyjny. Dlaczego boimy się pierwszych zmarszczek?

Straszy się nas nie tylko brzydotą. Także starzeniem. Nawet młodych ludzi. Dziś nie mają szansy zobaczyć swoich pierwszych zmarszczek i uznać, co o nich sądzą i czy w ogóle chcą je likwidować. Słyszałaś pewnie o botoksie prewencyjnym.

Moja droga, w życiu kobiety starość równa się brzydota. Bycie starą oznacza bycie nieatrakcyjną, dla niektórych wręcz odpychającą. Wiele młodych kobiet wierzy, że botoksując twarz, unikną zmarszczek na zawsze. Nie chcą czekać, aż one się pojawią, bo wtedy już będzie za późno. I mogą sobie na to pozwolić, niezależnie od konsekwencji zdrowotnych, których nie znamy, bo za krótko sobie wstrzykujemy botulinę. Wciąż wierzymy w to, że na starzeniu się tracimy tak dużo, że nie można sobie na nie pozwolić.

Nie no, coś się jednak zmienia. Aż tak źle nie jest.

Owszem, jest pewna reprezentacja wśród znanych osób, a to Pamela Anderson chodzi bez makijażu na wielkie wyjścia, a to Sarah Jessica Parker w odpowiedzi na bardzo agresywne komentarze na temat jej wyglądu mówi: „Wiem, jak wyglądam. Po prostu się starzeję. Co mam zrobić? Przestać się starzeć?”, a to wspomniana Andie MacDowell nosi z dumą siwiejące loki.

Zdolność starzenia się to w jakimś sensie umiejętność wzięcia odpowiedzialności za własne życie – za to, co się robiło, jak się żyło i jakich wyborów się dokonywało.

W dzisiejszej kulturze, która jest kulturą Piotrusiów Panów i Wiecznych Królewien, czyli ludzi, którzy mają 40 lub 60 lat, a zachowują się, jakby mieli 16 – wpuszczenie do dyskursu starości jest jak wpuszczenie trędowatego do pałacu.

W takim razie wpuścimy go za miesiąc w osobnej rozmowie. Tę chciałam zakończyć pytaniem: czy to nie jest przejaw szaleństwa, że dziś chcemy żyć jak najdłużej, ale jednocześnie nie starzeć się i nie tracić urody?

A najlepiej jeszcze w ogóle nie zmieniać się w tym procesie. Nie dojrzewać, nie wzrastać. Tak, brzmi to jak opowieść z jakiegoś kiepskiego horroru s.f. Ostatnio znalazłam wspaniały cytat z Simone Weil, którą w ogóle bardzo cenię: „W każdej niemal dziedzinie zgubiliśmy pojęcia świadczące o inteligencji: pojęcie granicy, miary, stopnia, proporcji, zależności, stosunku, związku koniecznego, powiązań między sposobem działania a rezultatem”. Ona tego nie powiedziała niedawno, tylko tuż po drugiej wojnie światowej. A jak bardzo jest aktualne! Podejmujemy różne wyizolowane działania, jak daleko idące modyfikacje ciała, mając nadzieję, że one radykalnie odmienią nasz los na lepsze, nie wpisując tego ani w większy plan naszego życia, ani nie rozumiejąc dokładnie, czym to jest.

Do jakiej refleksji chciałabyś nas więc zachęcić?

Chyba najbardziej do tego, by pytać siebie samą, po co i dlaczego to robię. Bo jeśli robię to po to, by ktoś mnie kochał, to nie osiągnę tego celu. Jeśli robię to po to, bym mogła siebie reszcie pokochać, też się to w ten sposób nie uda. A może są inne metody, tańsze, mniej inwazyjne? Nie chodzi o to, by teraz na siebie krzyczeć, tylko zobaczyć, że to może być uwikłanie, z którego wydostanie się dopiero paradoksalnie da nam to, do czego dążymy.

Marta Niedźwiecka, certyfikowana sex coach i psycholożka. Autorka podcastów i książek „O zmierzchu” (do tej pory ukazały się trzy tomy). „Niezbędnika nowoczesnej dziewczyny” można też słuchać jako podcastu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE