Długo i skutecznie byłyśmy karmione przekonaniem, że piękno ma być czymś fundamentalnym, uniwersalnym dla każdego człowieka na Ziemi. Jeśli coś jest piękne, każdy ma to dostrzegać, niezależnie od płci, miejsca zamieszkania, klasy społecznej. Dziś już wiemy, że piękno jest relatywne – pisze historyczka sztuki Sonia Kisza.
Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.
Myśl utożsamiająca piękno z matematycznym, wyliczonym wzorem ściśle związana jest z myślą starożytną, zaadaptowaną potem przez renesans. Idea ta wsiąkła głęboko w nasz europejski umysł do tego stopnia, że uważamy ją za niezbywalną. Owszem, podobają nam się proporcjonalne twarze, lubimy harmonię, ale w dużo większym stopniu po prostu lubimy to, co mamy najbardziej opatrzone. Piękno i jego definicja są kulturowe, co najpełniej wyraża się w kanonie urody kobiecego ciała.
Rzekome zamiłowanie do harmonii nie tłumaczy naszej fascynacji dziwnością i zaburzeniami proporcji. Tę tendencję obserwujemy od co najmniej kilku tysięcy lat, z różnym natężeniem, w różnych miejscach. Dziś widzimy ją w modzie na ingerencje plastyczne. Wszelkiego rodzaju deformacje, tatuaże, piercing czy skaryfikacje bywały inicjacją, łączyć je można z wewnętrzną ciągotą człowieka do sztuki, zamiłowaniem do ozdabiania.
Jednak wiele tych najbardziej drastycznych i wielowiekowych zwyczajów – od obecnej w X wieku chińskiej tradycji krępowania dziewczęcych stóp po wydłużanie czaszek u Majów czy szyi u kobiet Kayan – było związanych z podkreślaniem statusu społecznego. Miały być jasnym sygnałem, że ta osoba NIE MOŻE PRACOWAĆ.
Ofiarami tych zabiegów były i są dziś głównie kobiety, co pozwala nam łączyć je z patriarchalnym podejściem do kobiecego ciała jako towaru mającego zyskiwać wartość lub podkreślać wartość posiadającego je mężczyzny. Weźmy leblouh – praktykę przymusowego przekarmiania dziewczynek, nadal obecną na przykład w Mauretanii. Otyłość łączy się tam z obfitością i bogactwem. Im grubsza dziewczynka, tym lepiej można ją wydać za mąż.
Większość wymienionych przed chwilą praktyk upiększania to przemoc wobec kobiet. I bez trudu potrafimy tak te działania odczytać, zwłaszcza jeśli nie są związane z naszą kulturą. A jak będzie odczytywana w przyszłości nasza obsesja piękna? Kolczyki u niemowląt płci żeńskiej? Zastrzyki z toksyny botulinowej, wypełniacze, niebezpieczne operacje powiększania pośladków czy piersi, pomniejszanie warg sromowych? Czy to naprawdę naturalna skłonność do piękna napędza nasze działania?
Dzięki sztuce mamy wręcz dokumentalny zapis zachodniej fascynacji i fetyszyzacji kobiecego ciała. Obrazowało ono wszelkie trendy, ideologie, kryzysy i tendencje. Kanon urody pozwala prześledzić lęki i potrzeby społeczne. To nigdy nie było o samych kobietach. Europejskie starożytne cywilizacje Morza Śródziemnego (na przykład Grecy) stawiały porządek ponad wszystkim. Utrzymanie terytoriów wymagało wojskowej dyscypliny. Z podobną traktowano ciała.
Ciała realnych kobiet były zasłaniane, chowane przed widokiem publicznym, a ciała bogiń i bogów – wystawiane na piedestały. Skrupulatnie wyliczane i wykreślane.
Choć dziś możemy postrzegać starożytne posągi jako posiadaczy „normalnych” figur (boginie mają na przykład fałdki na brzuchu), to warto jednak pamiętać, że ciała kobiet w sztuce, szczególnie tej okresu klasycznego, są do przesady idealizowane. To tylko dla nas, opatrzonych z top modelkami, Afrodyta jawi się wręcz jako dziewczyna przy kości!
W średniowieczu najważniejszy był transcendent, liczył się Bóg. Piękno stanowiło odbicie świata boskiego i niebiańskiej Jerozolimy. Uroda ciała nie była jednak najważniejszym motywem, a już na pewno nie ciała kobiety, które zgodnie z tradycją grecką i judaistyczną było wrotami piekła. Kobieta, jako córka Ewy, była istotą, która sprowadziła na ludzkość śmierć. Winiono nie tylko jej niedoskonały umysł, ale też zbytnią zmysłowość. Wąż miał skusić właśnie Ewę, bo „ciągnął swój do swego”.
W czasie rozwoju kultury dworskiej wykreował się bardzo określony kanon kobiecego piękna. Patrząc na słynny „Portret małżonków Arnolfinich”, wiele z nas myśli, że młoda małżonka ma ciążowy brzuszek – ale to nieprawda! Takie brzuszki po prostu były od XIV wieku utożsamiane z ideałem!
W dobie głodów, wojen, niepewności, w klasowym społeczeństwie z rosnącą obsesją na temat dziedziczenia – ciąża była stanem absolutnie pożądanym. Lubiono kobiety o chudych nogach, wąskiej talii, dużym ciążowym brzuszku i małych, jędrnych piersiach. Taka figura powtarza się na setkach, jeśli nie tysiącach dzieł sztuki. Tak wygląda na przykład Galatea na miniaturze z „Opowieści o Róży” z 1490 roku. Przypomnijmy, że Galateę wyrzeźbił zmęczony i rozczarowany realnymi kobietami Pigmalion – miała być więc idealnym wizerunkiem, ożywionym zresztą potem dzięki interwencji Wenus.
W renesansie intensywnie szukano piękna, a było to w ramach filozofii neoplatońskiej, utożsamiającej ciało człowieka z boską emanacją. Znalezienie ideału stało się obsesją. Ciała stawały się bardziej widoczne, zmieniła się moda, mężczyźni eksponowali nogi, kobiety – piersi. Piękno było walutą, ale i przepustką do nieśmiertelności.
Epoka nowożytna rozsmakowała się w kobiecym ciele. Właściwie XVI wiek to początek przewagi aktu kobiecego nad męskim. Kobiety na renesansowych portretach często nie były wcale portretowane, były tworzone jako wizja ideału, można powiedzieć, że nakładano na nie XVI-wieczne filtry: skóra blada i gładka jest alabaster, piersi małe i jędrne.
Podobnie jak w średniowieczu mile widziane są brzuszki – może nie takie wydęte, ale nie płaskie, do tego pełne kształty, krągłe biodra. Jeśli chcemy wiedzieć, jaki był ideał piękna w danej epoce, warto przyjrzeć się przedstawieniom Wenus. Takim jak na obrazie Parisa Bordonego „Wenus i Kupidyn” z połowy XVI wieku. Leżące boginie były znanym i lubianym tematem, idealnym prezentem ślubnym czy zaręczynowym, najczęściej przeznaczonym do sypialni państwa młodych. Takie wizerunki miały podniecać i uczyć zmysłowości. Chowano je w pomieszczeniach przeznaczonych tylko dla domowników, a niekiedy zasłaniano kotarami. Sylwetka będzie się czasem kurczyć i wracać.
Te zmianę ilustruje fakt, że gdy obraz Bordonego znajdował się w kolekcji Adolfa Hitlera w jego willi Berghoff, na polecenie nazistów został przemalowany – nie tylko dodano fragment pejzażu, żeby zmieścił się w nowej ramie, ale także odchudzono leżącą boginię tak, by „zmieściła” się w kanonie urody z lat 30. XX wieku.
Najsłynniejszymi dziewczynami plus size ze sztuki dawnej są chyba dziewczyny Rubensa i jego naśladowców. Ich ciałka mają i cellulit, i rozstępy. Faktura skóry jest wręcz atrybutem kobiecości i seksapilu, co widzimy na przykład na słynnym obrazie „Trzy Gracje”. Figury kobiece na obrazach malarza staną się jednym ze znanych argumentów, mających zobrazować zmiany postrzegania piękna na przestrzeni stuleci.
Pełne pupy i roznegliżowanie do granic przyzwoitości są charakterystyczne też dla rokoko. Nieco szczuplejsze choć nadal bardzo rozebrane będą kobiety z XIX-wiecznej sztuki akademickiej, gdzie zgodnie z ówczesnymi zasadami nagość musi mieć mitologiczne lub historyczne uzasadnienie. To rozbieranie bynajmniej nie miało związku z kobiecą emancypacją – wręcz przeciwnie, to okres, kiedy bogate damy żyły w domowych klatkach, a ich seksualność była wypierana i demonizowana.
Paris Bordone „Wenus i Kupidyn” (1545–1550). (Fot. Wikimedia Commons)
Muszę coś wyjaśnić: może się wydawać, że przez stulecia ciała kobiet mogły być prawdziwymi ciałami i nie podlegały dyscyplinie spojrzenia, ponieważ nie podlegały dyscyplinie diety w takim stopniu jak dziś. Ależ podlegały! Nadal panował konkretny lansowany typ sylwetki oraz cery. Mamy źródła: listy i dzienniki, mówiące o trikach, jakie kobiety stosowały w celu upiększania się. Niektóre były bardzo drastyczne i groźne, obejmowały stosowanie trucizn na wybielanie skóry i zębów związkami metali ciężkich. Wiemy też, że spożywały wątpliwej jakości specyfiki na chudnięcie (lub tycie!).
Z idealizacją w sztuce zaczęto zrywać mniej więcej pod koniec XIX wieku, wraz z rozwojem realizmu. Dobrym przykładem jest „Olimpia” Maneta – malarz sportretował realną kobietę, Victorine Meurent, sugerując, że jest eskortką i właśnie otrzymuje kwiaty od klienta. Manet nie wydłużył nóg modelce, nie wygładził skóry, jak jego koledzy (a raczej przeciwnicy) akademicy. Zagrał na nosie XIX-wiecznej burżuazji, pokazując nagą kobietę, nie boginię. Od tamtej pory w sztuce coraz częściej będą pojawiać się „szokujące” obrazy bardziej realnego ciała. Co oczywiście wcale nie znaczy, że to era kobiecej wolności.
Wraz z rozwojem kolonializmu, mniej więcej od renesansu, pięknem było także to, co egzotyczne. Artyści chętnie reprodukowali swoje fantazje na temat haremów i mieszkających tam niewolnic seksualnych. W XIX wieku była to też reakcja na pierwsze protesty kobiet – szukano świata, gdzie kobiety nadal są podporządkowane, dzikie i dziewicze. Mężczyźni jak zdobywcy szukali nowych doznań, niespotykanych kwiatów, rzadkich okazów. Znudzeni wyśrubowaną i grzeczną kobiecością, którą sami wykreowali.
Tym tropem należałoby czytać obrazy Paula Gauguina, który wyjechał na Tahiti i przez lata malował tamtejsze dziewczynki. Gauguin fetyszyzował dzieci, ożenił się zresztą z 13-letnią Tehamaną, by móc korzystać z jej usług jako modelki, ale i kochanki, kucharki i gosposi. Malarz zawłaszczył nie tylko Tahiti i jego wizję, ale przede wszystkim ciała tych dzieci, tworząc własną modną narrację o swoich doznaniach i pragnieniach. Wykreował przekonujący obraz wysp jako raju utraconego. Taka narracja o pięknie świetnie sprzedawała się w zindustrializowanej Europie, zmęczonej smogiem i wystraszonej wizją przyszłości.
Urasowione kobiety stały się nie tyle ideałem piękna, co fetyszem. Duże pupy czarnych kobiet wyśmiewano i uważano za dowód na wyższość białej rasy. Zakrawa na ironię, że jednocześnie kopiowane je w modzie białych dam – sukniach z turniurami zwanymi cul de Paris, czyli „tyłkiem z Paryża”.
To pokazuje dynamikę władzy, w ramach której biali gardzą urasowionymi kobietami, dehumanizują je, ale jednocześnie są nimi zafascynowani, więc zmuszają białe kobiety do rywalizacji, a te w efekcie robią wszystko, by się uegzotycznić. Podobny proces obserwowaliśmy także w drugiej połowie lat 2000. za sprawą takich artystek jak Beyoncé czy Jennifer Lopez, chętnie naśladowanych przez białe gwiazdy nie tylko w ubiorze, tańcu, ale i „pociemniającym” makijażu. Wszystko po to, by się uetnicznić i lepiej sprzedać.
Wcześniej zmiany kanonów obserwowaliśmy na przestrzeni wieków, ale od XX wieku wraz z intensywnym rozwojem technologicznym zmiany zachodzą w ciągu kilku lat. Dwudziestowieczne ciało to zagmatwana sprawa: rozwój emancypacji, walka o prawa kobiet oraz dwie wojny. Wszelkie zmiany polityczne widoczne są w ideale piękna.
Dziewiętnastowieczny kanon wychudzonej, słabej burżujki (wychudzonej po to, by pokazać, że nie musi pracować i jest utrzymywana przez męża) przetransformował się w latach 20. XX wieku na rzecz wyzwolonej, androgenicznej sylwetki. Z kolei w czasie wojny kobiety miały być silne, zdrowe, gotowe do zastępowania mężczyzn w pracy.
Krzepkie i dobrze zbudowane były na przykład modelki z plakatów propagandowych w III Rzeszy i w Związku Radzieckim. Amerykańskie seksowne dziewczyny z figurami klepsydr miały motywować żołnierzy i były obietnicą szczęśliwego powrotu do domu.
Powojenne żony znowu zostały odchudzone. Miały być szczuplutkie, w dodatku znowu zamknięto je w domach. Ich „idealną figurę” wspomagały leki, które dziś uznawane są za narkotyki. Lata 70. to kolejna fala feminizmu. A do tego rozwój fitnessu, aerobiku i innych wygibasów. Ideałem w tej i kolejnej dekadzie są wysportowane, szerokie ramiona oraz siła. Jak przekonująco udowadnia Sophie Gilbert w wydanej niedawno po polsku książce „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciwko sobie” w latach 90. i 2000. nastąpił zwrot. Zrezygnowano ze zdecydowanej kobiecości na rzecz małych, chudych słabych i niedoświadczonych dziewczynek.
Drapieżne top modelki zastąpiono podlotkami, które nie potrafiły odmówić, były notorycznie wykorzystywane – i biznesowo, i seksualnie. Kanon piękna lat 2000. wraz z rozwojem i dostępem do internetu zapewnił nam niespotykany poziom pornifikacji spojrzenia.
Porno rozlało się wszędzie. Najpierw stylistykę tych produkcji zaczęto wykorzystywać w alternatywnych mediach i sztuce, potem przeszła do mainstreamu. A wraz z nią… kanon urody. Wielkie silikonowe piersi, megapłaskie brzuchy, napompowane usta. Ciało lalki Barbie.
Rozwój internetu i social mediów sprawił między innymi, że kobiety zaczęły upubliczniać swoje wizerunki na niespotykaną skalę. Wizerunki, które często same stworzyły, co może wydawać się krokiem do emancypacji i przejęcia kontroli. Ale znowu – jest to chyba dość optymistyczne myślenie. Wychowane w kulturze patriarchalnej niemal nie możemy uciec od dyscyplinującego spojrzenia. Traktujemy nim inne kobiety i siebie. Do tego media społecznościowe bardzo szybko stały się platformą sprzedażową nie tylko samych produktów, ale też stylu życia, swoich marek osobistych, a więc… swojego wizerunku. Swojego ciała.
Trudną relację z tą stroną rozpoznawalności w poruszający sposób opisuje Emily Ratajkowski w książce „Moje ciało”. Jej kariera aktorki i modelki wybuchła po premierze głośnego teledysku Robina Thicke’a i Pharrella Williamsa „Blurred Lines”, w którym tańczyła topless wraz z ubranym w garnitur Thicke’em. Zawsze utrzymywała, że bawiła się podczas zdjęć świetnie i dobrze wspomina ten dzień, po latach powiedziała jednak, że piosenkarz molestował ją seksualnie na planie…
Refleksja Ratajkowski jest gorzka – jej życie świetnie pokazuje, że dziewczynki niemal od początku wychowywane są po to, by być pięknymi. Jak bardzo potrzeba podobania się wdrukowana jest w naszą tożsamość… Jak trudno przed tym uciec, szczególnie osobie, która dosłownie zarabia ciałem, a jej pensja zależna jest od tego, jak wygląda i jak jest odbierana.
Dorastałam w erze głodzenia się. Pamiętam doskonale moje koleżanki mające tablice na portalu Tumblr z „inspiracjami”, pełne zdjęć dziewczyn z kilkoma procentami tkanki tłuszczowej. Pamiętam programy rozrywkowe o odchudzaniu, pamiętam rady modelek, które opowiadały, że jedzą waciki kosmetyczne, żeby wypełnić czymś brzuch.
Pamiętam, że niemal wszystkie w gimnazjum byłyśmy na diecie. Pamiętam szyfrowanie swojej wagi w dzienniczku i poczucie wstydu, jeśli wracało się po wakacjach do szkoły bez redukcji chociaż kilku kilogramów.
Moje zdrowienie w tym kontekście zawdzięczam sztuce – od dziecka byłam otoczona książkami, albumami, moją ukochaną była „Historia piękna” Umberta Eco. Może jeszcze nie do końca ją rozumiałam, ale dzięki niej byłam opatrzona z różnymi pięknymi ciałami bardzo różnych kobiet. Zresztą około 2010 roku rozpoczął się na szerszą skalę ruch body positivity, pierwotnie związany z radykalną ideą dbania o siebie i akceptacji w systemie, który nas zaniedbuje i strofuje. Niestety, ruch został szybko wchłonięty przez drapieżny rynek. Body positivity zaczęło się sprzedawać. Spłyciło to jego antydyskryminacyjny wydźwięk, ale rzeczywiście przez kilka dobrych lat obserwowaliśmy większą reprezentację grubszych czy po prostu typowych rozmiarowo kobiet w mediach, filmach, a nawet na wybiegach. Przez chwilę złapałyśmy oddech.
Oczywiście nie wyleczono naszych strutych umysłów, kultura diety cały czas wmawiała nam, że jesteśmy za tłuste. Dlatego tak łatwo znowu wpadłyśmy w kult chudości.
Od kilku lat obserwujemy backlash feminizmu i ruchu body positivity. Ma to związek z rośnięciem w siłę rasistowskich, mizoginicznych nastrojów. Kobiety znowu muszą się głodzić. Tym razem łączy się to z samodyscypliną, zdrowiem i sportem, ale często to zwykłe katowanie się. Trudno nie czytać tego jako mody na dosłowne zmniejszanie kobiet. Niedożywione i głodne, zajęte czasochłonnym odchudzaniem i morderczymi treningami – nie mamy czasu na nic innego. Świat jakby nie widział złotego środka – jeśli nie wyglądasz jak modelka bielizny, to znaczy, że jesteś spasiona, leniwa i brzydka. A do tego – co jest bardzo charakterystyczne dla późnego kapitalizmu – jesteś niezaradna i zaniedbana. Przecież piękno da się kupić! Stara się nam to sprzedać większość influencerek. Zabiegi, operacje, wyszczuplające majtki, może chociaż słomka do picia, która nie powoduje zmarszczek?
Problemem z modą na wygładzoną twarz jest to, że staje się ona pozbawiona emocji. Zastygłe twarze bez wieku przyciągają wzrok, bo przecież twarz drugiego człowieka i patrzenie na nią są ściśle związane z naszym człowieczeństwem. To jest pierwszy widok noworodka – twarz matki, ojca lub opiekuna. W wieku dziecięcym uczymy się, co wyraża, jaką dany grymas jest emocją. A co, jeśli nie da się jej odczytać? Mózg szaleje.
Kobietom kulturowo zakazuje się gniewu, znacie to słynne: złość piękności szkodzi. I to jest właśnie ten cały patriarchalny spisek – wściekłość to emocja, która pomaga wdrożyć zmiany. Wściekłe mamy ogromną moc, siłę do buntu, sprzeciwu, obrony siebie i swoich bliskich. Zabierając nam wkurw, zabiera się nam sprawczość. Śliczne, młode i miłe – takich kobiet chce kultura.
Trwamy w kieracie, który kładzie nacisk na bardzo powierzchowne traktowanie siebie i ludzi wokół. Kolektywnie stawiamy na indywidualne cele, dyscyplinę i kontrolę. Wygląd ludzi sprowadzamy do decyzji tak lub nie, ewentualnie oceniamy go w skali od jednego do dziesięciu i zawsze łączymy z moralnością. Jakby wcale nie był wypadkową genów oraz sytuacji społeczno-ekonomicznej. Robimy z piękna wartość. Robimy z ciała projekt. Do malowania, kształtowania, upiększania. Ten projekt nie ma deadline’u – nigdy się nie kończy, bo zawsze wymyślą nam kolejną część ciała, której mamy teraz nienawidzić i którą mamy wyrzucić i zastąpić nową.
Dla mnie piękno jest wyższą wartością. Widzę je w zmarszczkach, liniach na twarzy i rozstępach. To piękno wspomnień. Piękne ciało to ciało, które żyje, śmieje się, płacze. Wyraża emocje. Jest piękne, bo jest ludzkie. Realne. Podobne do natury, więc pełne nierówności i plamek. Po prostu niedoskonałe.